RSS
niedziela, 21 września 2014
Na niedzielne smuteczki

najlepsze są..... KASZTANY! Znowu się sprawdziły, uleczyły Truśkową poranną melancholię, wszelkie fizyczne dolegliwości i bliżej nieokreślony Weltschmertz.
Chociaż zaczęło się od fiaska- Trusiek przygotował sobie dzień wcześniej przyrząd do strącania kasztanów i skoro świt pobiegł na przydomowy trawnik do rosnącego tam kasztanowca. Niestety- albo narzędzie się nie sprawdziło albo jego operator, łup był nędzny i składał się jedynie z jednego malutkiego kasztanka.

Na szczęście udało się Truśka wyciągnąć na Planty, a tam- kasztanowe eldorado- wypełniliśmy dwie kieszenie Tatusiowego softshella, szczęśliwie są to baaardzo duże kieszenie, zamykane na zamki, zatem nic się z łupów nie uroniło.

Jak się już humor poprawił, to można było pójść pobać się motyli na Grodzkiej:

Jedynie P. odważył się na bliższy kontakt z motylem, Truś spoglądał niespokojnie, czy wyjście jest wystarczająco blisko i czy żaden owad nie odcina drogi odwrotu;-)

Po emocjach motylich skołatane nerwy ukoił lizak z cudnego sklepiczku, który także na Grodzkiej odkryłyśmy. Lizaki były w nim produktem raczej ubocznym, zachwyciły nas pastelowe karteczki, smukłe szmaciane króliki,  szydełkowe sowy, drewniane koniki i kurki. Wypatrzyłyśmy też spineczki od Kollale. Oj chyba jeszcze tam kiedyś potajemnie zaglądnę;-)

Potem była kasza w "Dobrej kaszy naszej", Dzwoneczek w Plazie (miałaś rację Kermixx, dało się oglądać i nieźle bawić) i wreszcie dotarłyśmy do domu. Jeszcze tylko obowiązkowe tworzenie kasztanoludków i można sobie odpocząć;-)

Na koniec jeszcze Truś z piątkowego wieczoru, podziwiający się w nowych okularkach:

Mój Okularniczek kochany:-)

PS
Grzywka autorstwa Trusia- gry część włosów wymknęła się jej w szkole z gumki, złapał Truś nożyczki i niesforne włosięta ciachnął.  Dobrze, że chociaż w miarę równo i na dobrej długości ciachnął! I tyle nam przyszło z dwuletniego zapuszczania:(

20:01, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
czwartek, 18 września 2014
Może warto trochę przystopować...

Złapałam się na tym, że już od paru dni kombinuję, co by tu fajnego wymyślić na niedzielę. Gdzie można by pojechać, co nowego zobaczyć? A może odwiedzić jakieś znane lubiane miejsce?
A tu prognozy chcą mi spłatać figla i na weekend zapowiadają pogorszenie pogody, deszcz, wiatr i zimno. Oczywiście prognoza może się nie sprawdzić, albo też sprawdzić w miejscu odległym od Krakowa, ale gdyby tak jednak padało... I tu sobie pomyślałam, że wcale nie byłoby tak źle. Bo przydałby się też wolny dzień w domu, z porządnie przygotowanym "od podstaw" niedzielnym obiadem. Można by upiec placek ze śliwkami, albo muffiny z borówką amerykańską. Wreszcie skręcić półkę do Truśkowego pokoju, którą zakupiliśmy chyba już rok temu. Wyekspediować na zimowanie w piwnicy letnie sukienki, bo ich czas w tym roku już się raczej skończył. Można by pójść z Trusiem do kina na obiecanego już dawno "Dzwoneczka"- ja co prawda aż tak się do Dzwoneczka nie palę, ale Truś się naprasza. P. ma lepiej, w minioną sobotę "wylosował" Mikołajka. Ale też nie posądzałabym Trusiowego Tatusia o dobrowolne udanie się na przygody małych wróżek. Mogłoby go to przyprawić o trwaly uraz psychiczny, a ja powinnam jakoś dać radę;-) Może wreszcie znalazłaby się chwila na zdjęcia ze Słowacji i uzupełnienie słowackich wspomnień na blogu...

Może zatem lepiej, żeby pogoda na chwilę się popsuła i uniemożliwiła mi planowanie i realizowanie kolejnych wyjazdów czy innych spektakularnych eventów...
Chociaż jak widać na ewentualny deszcz juz mam dużo zaplanowane. Ot, taka już widac moja "karma"... ;-)

19:29, dsmiatek
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 15 września 2014
Małe ale poprawia humor

Niedzielny poranek w naszej części Krakowa wstał mglisty i nie zachęcał do aktywności. Truś też obudził się jakiś mało entuzjastyczny i wszystko wskazywało na to, że najchętniej cały dzień przesiedziałby w domowych pieleszach przed kompem, ewentualnie z małym przerywnikiem na wyjście do kina. Ale ponieważ kino było z Tatusiem w sobotę, ja miałam za sobą dobę w pracy, a stan Trusia, mimo prób przekonania nas, iż jest tragiczny, obiektywnie źle się nie przedstawiał, zażądzone zostało wyjście z domu. Najpierw na mszę do kapucynów (jeszcze niestety nie wystartowali z dziecięcymi), a potem do zoologu, do którego jak wiecie nie udało nam się dotrzeć dwa tygodnie temu. Uszy nasze przefiltrowywały płynące z fotelika treści "głowa mnie boli, brzuszek mnie boli, niedobrze mi, spać mi się chce". I jak się okazało tym razem nie zawiodła nas rodzicielska intuicja, jako że wszelkie objawy zniknęły w momencie opuszczenia samochodu w Lasku Wolskim i pojawienia się pod naszymi stopami mnóstwa brązowych lśniących kuleczek. Kasztany lubią chyba prawie wszyscy, Truś do wyjątków w tym względzie nie należy i jak tylko nadejdzie czas kasztanobrania, to pod każdym drzewkiem bacznie sprawdza i poszukuje łupów. W zeszłym roku chyba był nieurodzaj, w tym w Parku AWF-u też nam się nie udało zbyt wiele znaleźć, ale w Lasku Wolskim kasztanowce spisały się lepiej i wróciliśmy z pełną siatką. Zoo też oczywiście było, a po zoo jeszcze obiad przy Błoniach i Truśkowy taniec w deszczu, jako że nie wiadomo skąd przyleciała ulewa- a jak przyleciała tak i szczęśliwie odleciała szybko.

18:04, dsmiatek
Link Komentarze (1) »
piątek, 12 września 2014
Moda na jesień 2014 ;-)

sukienka- Grain de Chic z zeszłorocznej kolekcji
kamizelka nosweet jw
getry i balerinki H&M
szalik Tape l'Oleil

i na koniec hit sezonu 2014- nakrycie głowy- Bike Belle- pokrowiec na siodełko !!!

Spieszę uspokoić- nie zmieniamy się w bloga modowego. Ale jakby ktoś szukał inspiracji, co na siebie włożyć, zwłaszcza jeśli chodzi o nakrycia głowy, to poddaję pomysł autorski Truśki z dzisiejszego poranka. I żeby nie było wątpliwości- ona TAK ubrana udała się do szkoły. Okrutna Matka pozbawiła ją jednak oryginalnej czapeczki, naciągając ją na siodełko swojego roweru.

Dziś wybrałyśmy i zamówiłyśmy okularki- będą gotowe dopiero za tydzień, ku wielkiemu rozczarowaniu Trusi, która myślała, że od razu będzie je miała. Na szczęście oczki nie są aż tak kiepskie, żeby nie mogły czytać- wracając od optyka wstąpiłyśmy do księgarni- w pewnym momencie straciłam Truśka z oczu- gdy ją wreszcie odnalazłam taki oto ujrzałam obrazeczek:

Miłego weekendu wam życzę. 

21:07, dsmiatek
Link Komentarze (5) »
czwartek, 11 września 2014
Zmiany

Zanosi się na zmiany, a właściwie zmianę Truśkowego wizerunku. Dziś przekonałam się, że dziecku to jednak od czasu do czasu wierzyć trzeba, jak na coś narzeka, a nie tylko zbywać, że pewnie sobie coś wymyśla.
Truś od początku roku szkolnego przymarudzał, że źle widzi, że z tablicy nie zawsze może wszystko przeczytać, że literki się jej rozmazują. A ja sobie naiwnie myślałam, że może pozazdrościła mi okularów (sama miałam taką fazę pod koniec podstawówki bodajże, że zapragnęłam koniecznie nosić okulary- cóż, cóż wzrok okazał się wtedy sokoli- szkoda, ze dalej taki nie pozostał:(). Ponieważ w ubiegłym roku problemów nie było, a i w wakacje Truś spokojnie czytał i nie narzekał, to początkowo zbagatelizowałam marudzenie. Dzwoneczek zadzwonił, gdy zauważyłam, że zadanie w zeszycie z matematyki stopniowo opuszcza zaczętą linijkę i cyferki oraz literki opadają w dół. Zatem umówiłam Córkę do okulisty, dziś rano udałyśmy się do przychodzi, a tam niespodzianka- Truś faktycznie ma wadę wzrokui! Zatem jutro czeka nas wyprawa do optyka i już niebawem zaprezentuje się Struś w okularkach.
Truś się cieszy i niecierpliwie wyczekuje jutrzejszego wybierania oprawek.
A dziś inauguracja kolejnego sezonu basenowego pozaszkolnego- basen szkolny zaczął się już w poniedziałek. Od przyszłego tygodnia taekwondo. Czekamy jeszcze na termin zajęć z tańca i trzymam kciuki, że udało się gdzieś bezboleśnie zmieścić dodatkowy angielski. Początek lekcji we wtorek i środę w okolicy południa niestety nie ułatwia sprawy:(

17:53, dsmiatek
Link Komentarze (3) »
niedziela, 07 września 2014
Akcja umilanie i oswajanie jesieni rozpoczęta

Piątkowy wieczór- Zlot Teleskopów w Ogrodzie Doświadczeń i obserwacja kraterów na księżycu- zdjęć brak, bo było za ciemno, ale Truśka zachwycona, musicie mi uwierzyć na słowo.

Sobota- wyprawa do Szczawnicy z Córkami.
Najpierw coś dla ducha: 

Potem coś dla ciała, czyli obiad w cudownie oldschoolowym otoczeniu w Cafe Helenka:

Niespodziewana ulewa pokrzyżowała dalsze plany Truśki, czyli odwiedziny w parku linowym. Ale nawet deszcz. zwłaszcza taki prześwietlony słońcem, potrafi wzbudzić radość:

W niedzielę próba dotarcia rowerami do kapucynów na 11-tą, skończyła się we wcześniejszym kościele jezuitów. Za to potem był Rynek i Parada jamoszków- tylko żak, że jeszcze rok temu sami dysponowaliśmy dwoma, a teraz paradują oba w psim raju. Na pocieszenie Plac Szczepański i lody w tamtejszej małej lodziarence- moje były rewelacyjne- śliwkowe i gruszkowe, rozważałam jeszcze szafranowe lub baklawę. Truś bardziej zachowawczy wybrał cytrynę i śmietankę z nutellą:

Okazuje się, że z pewnych rzeczy tak szybko się nie wyrasta i niektóre ulubione rozrywki są w nas mocno zakorzenione. Nie mogłam wytrzymać tęsknego spojrzenia, pozwoliłam zdjąć spódniczkę i buty i tylko nieśmiało poprosiłam o zachowanie suchości bielizny- co spotkało się co prawda z pełnym zrozumieniem Dzieciny i jej solenną obietnicą, ale jak to dziecięce obietnice- rzadko są dotrzymywane;-)

Potem jeszcze powrót rowerami nad Wisłą, szukanie kasztanów w Parku AWF i powrót do domu, gdzie Truś zabrał się za tworzenie tortu urodzinowego dla Pawła- co prawda urodziny miały miejsce miesiąc temu, ale dopiero dziś znalazł się czas na oficjalne świętowanie:

Potem obiad i podwieczorek ze wszystkimi Dziećmi i bycie razem.

A teraz Truś ogląda Kapitana Hooka, którego wreszcie udało nam się dla niej zdobyć, a i ja zerkam, bo bardzo lubię ten film. Wczoraj skończyłyśmy wreszcie czytać Piotrusia i Wendy, zatem film bardzo na czasie.

I tak sobie myślę, że czasami można mieć wszystko. A tymczasem na dworze burza...

19:24, dsmiatek
Link Komentarze (3) »
czwartek, 04 września 2014
Matka psychicznie zdekompensowana

Stan mojej psychicznej nirwany zostal brutalnie zaburzony wraz z początkiem szkolnego roku. "Uporządkowana" wakacyjna rzeczywistośc, pozwalająca Latorlośli na dłuższe poranne polegiwanie w łóżku, obiadki przygotowane specjalnie pod nią i troskliwa opieka Pasi oraz rozliczne wakacyjne rozrywki odeszły w niebyt, zaczął się zaś szkolny chaos. Na szczęście jako weteranki w tym temacie mam świadomość, że z czasem zbudujemy sobie nowy ład, więc nie rwę włosów z głowy, ale na razie moja psychiczna równowaga jest mocno rozchwiana.

Truśka do początku roku szkolnego podeszła lajtowo i radośnie- dla niej oznaczał on spotkanie z koleżankami i lubianą wychowawczynią oraz potencjalne nowe szkolne przygody.

Mój początkowo także dość lajtowy stan pogorszył się znacznie, gdy zobaczyłam plan lekcji i zorientowałam się, że po zeszłorocznym chołubieniu sześciolatków, siedmiolatków- drugoklasistów taryfa ulgowa już nie obowiązuje. Po pierwsze dyrekcja naszej szkoly postanowiła zawalczyć o tytuł "dobrej cioci" i przyjąć wszystkie chętne dzieci do klas pierwszych, także te spoza rejonu. W tymże celu utworzono 6 pierwszych klas- najwięcej od początków działalności tej szkoły (klas obecnie drugich jest 3, odeszły zaś chyba tylko 2 klasy szóste). A co się wiąże z utworzeniem dodatkowych klas wyjaśniać nie trzeba- tlok na stołówce, tłok na korytarzach i w świetlicy oraz konieczność nauki w systemie zmianowym. I tak oto moja Córeczka w poniedziałki zaczyna jeszcze nie najgorzej, bo chyba około 10-tej, ale we wtorki dopiero o 12.45, we środy 11.45, szczęśliwie we czwartki i piątki ma na 8.00. Ponieważ nie wyobrażam sobie, żeby po kilku godzinach siedzenia na świelicy mogła się jeszcze skupić na lekcjach, zaszła koniecznośc zaangażowania Pasi w opiekę nad nią we wtorkowe i środkowe przedpołudnie. Popołudnia w tych dniach są już raczej stracone na ew. zajęcia dodatkowe, wystarczy jej siedzenie w szkole do 16.05 :( Ew. na środę planuję taekwondo albo robotykę, ale to już od decyzji Truśki zależy.
Szatnię klasa Truśki musi dzielić z klasą trzecią, zmieniła się im też sala. Poprzednia, w czasie zimowych ferii remontowana z dużym zaangażowaniem także rodziców, dostała się jednej z klas pierwszych, zaś klasie Truśki przydzieloną inną, którą jednak dzielą się z inną jeszcze klasą. Truśka narzeka, że w sali jest hałas, bo sąsiaduje ona z zadaszonym patio, na ktorym odbywają się lekcje wf-u, poza tym przez sufit docierają odgłosy z klasy na pierwszym piętrze (poprzednia sala była na piętrze). Skończył się też luksus własnej szkolnej szafki- zredukowała się do jednej małej półeczki. Nie było też mowy o pozostawieniu w szkole stroju na wf czy boxu z podręcznikami ani o dodatkowym piciu czy też wspólnym z wychowawczynią docieraniu do szkolnej stołówki. Ja wiem, przez rok nauki już się trochę ze szkołą obyli, ale w ubiegłym roku szkolnym byli do samego końca głaskani po główkach jako "nasze kochane maluszki" (a szkoła jest przecież przyjazna sześciolatkom), zaś w nowym muszą być samodzielni i "walczyć" o swoje od pierwszego dnia. A gdyby tak  przez pierwszy miesiąc poświęcić im jeszcze trochę więcej uwagi....
Pewnym problemem jest też dostarczanie Trusi do szkoły na godzinę ósmą- w związku ze zmianą mojego systemu pracy nie mogę sobie pozwolić na odprowadzanie jej do szatni na "ostatnią chwilę"- co możliwe było w pierwszej klasie. Truś musi albo samodzielnie udawać się do placówki (na szczęście ma blisko i do pokonania tylko małe wewnątrzosiedlowe uliczki) albo podążać ze mną wcześniej, a potem samotnie oczekiwać pod szatnią na pojawienie się koleżeństwa.

Najważniejsze jednak. że Truśka przekonana jest, że da sobie radę.

I na pewno da- lepiej niż jej chwilowo zdekompensowana Matka;-)

Ale i Matka powróci, mam nadzieję, do stanu równowagi, jak minie pierwszy miesiąc szkoły, ukonsytuują się zajęcia dodatkowe, Ciech zacznie być przewidywalny, bo rozpocznie nauczanie wyższe i ustali się nasz tygodniowy harmonogram.
A na razie, ponieważ jesień już puka, a nawet drzwi uchyla, trzeba sobie koniecznie zaplanować coś miłego na moją nieulubioną porę roku. Chciałam znowu pojechać "W drzewa", ale pierwszy wolny akceptowalny termin weekendowy znalazł się w kwietniu- zatem Nałęczów dopiero na wiosnę. A na razie powtórka z Kopciuszka na początku października, Carmen w listopadzie, ostatnie Targi Śniadaniowe, Noc Teleskopów i Noc Naukowców w Ogrodzie Doświadczeń, jakiś niedaleki przyjemny wypad w najbliższy weekend z udziałem Starszej Córki, zaległa impreza urodzinowa Pawła i, mam taką nadzieję, spotkanie z Przyjciółmi. Potem Mikołaj i Boże Narodzenie i już można zacząć planować narty- jakoś ten niemiły czas zleci;-)
No to- byle do wiosny;-)

17:10, dsmiatek
Link Komentarze (7) »
niedziela, 31 sierpnia 2014
Ostatni dzień wakacji 2014- w Ogrodzie Doświadczeń

Na przekór wczorajszym przykrościom postanowiliśmy mimo wszystko miło spędzić ostatni wakacyjny dzień. Co prawda niezbyt spektakularnie, ale fajnie. Ponieważ Truśkowe plecki dolegają jakby mniej, zaś w tym roku kalendarzowym jeszcze nie zdołaliśmy odwiedzić pobliskiego Ogrodu Doświadczeń, to właśnie tam powiozły nas nasze dwukołowe wierne rumaki. Nie żałowaliśmy wyboru, bo po pierwsze to niedaleko, po drugie nie trzeba było wsiadać do samochodu i odczuwać powypadkowej traumy, a po trzecie Ogród wzbogacił się o  nowe miejsca i sprzęty, między innymi strefę zapachową obsadzoną różnymi gatunkami róż, lawendą i ziołami, ogródek geologiczny czy LEM-BIRYNT. Spędziliśmy sobie kilka godzin eksperymentując, piknikując i dobrze się bawiąc. A od jutra zaczynamy nową rzeczywistość- czyli back to school.

17:42, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
sobota, 30 sierpnia 2014
dziśaj nasze kłopoty i sukcesy

Dzisiaj oglądałam 2 filmy i jedną bajkę . I mama powiedziała że włączy coś tacie jeśli zapłaci za jej hobby,czyli za moje ubrania . Dziś mieliśmy wypadek i jechałam karetką . A teraz piszę bloga.

 

Autor Zosia

20:37, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
Gdyby... Na szczęście nic poważnego się nie stało

Gdyby Truś nie siedział przypięty w foteliku (zawsze siedzi przypięty, ale gdyby...).
Gdybyśmy my nie byli zapięci pasami (też zawsze mamy zapięte, ale gdyby...).
Gdyby ktoś akurat przechodził jeszcze na pasach...
Gdyby stał przed nami inny samochód...
Gdyby P. akurat nie zwolnił hamulca, przygotowują się do ruszenia...
Gdybyśmy siedzieli w mniejszym samochodzie, a nie w solidnym Fordzie Galaxy...
Gdyby ten, kto w nas wjechał z pełną szybkością, uderzył nas nie w tył, ale od boku lub przodu...

Na szczęście tylko gdyby.

A miał to być fajny ostatni weekend wakacji. Pogoda sprzyjała, ja nie miałam dyżuru, goście się  rozjechali, Pasia zdołała już z grubsza ogarnąć mieszkanie, zostało tylko kilka małych zniszczeń do naprawy. Postanowiliśmy pojechać do krakowskiego zoologu, w którym w tym roku jeszcze nie byliśmy. Truś trochę protestował, bo trzeba iść pod górę, ale  końcu dał się przekonać. Na skrzyżowaniu  całkiem niedaleko od naszego domu, gdy staliśmy na czerwonym świetle, z pełną szybkością wjechał w nas facet w fordzie mondeo. Huk, szczęk, zapach palącej się instalacji, silne szarpnięcie pasów, a potem płacz zszokowanej Trusi. Sprawca najpierw twierdził, że nie zadziałały mu hamulce, potem okazało się, że to nie jego samochód, jeszcze później, że miał 0,4 promila alkoholu- podobno po wczorajszych czterech piwach. Na końcu zaczął twierdzić, że to P. nagle przed nim zahamował, więc on nie zdążył. Straż pożarna, policja, w końcu karetka, która zabrała Truśka do szpitala. Bo Truśkiem szarpnęło najbardziej- pewnie dlatego, że jest najlżejsza, więc blokada pasów musiała zadziałać trochę później. Płakała, narzekała na ból głowy i kręgosłupa, potem jeszcze rozbolał ją brzuch. Na szczęście w szpitalu okazało się, że wszystko jest OK- usg brzucha w porządku (sama nadzorowałam, a jakże), zdjęcia kręgosłupa w granicach normy (osobiście sprawdziłam!), objawów neurologicznych nie miała, a ból głowy zaczął powoli przechodzić. Nie zdecydowałam się zostawić jej na oddziale na obserwacji, bo uznałam, że sami ją poobserwujemy w domu, nie narażając jej dodatkowy stres związany z pozostanie w szpitalu. Jest dobrze- głowa i brzuszek nie bolą, humor powrócił. Pozostał jej tylko ból nadwyrężonych plecków, a mi krwiak w mięśniach kciuka- musiałam uderzyć w coś ręką.
Dziękuję Opatrzności, że ominęły nas wszystkie  "gdyby"- bo gdyby choć jeden z nich wystąpił, to mogło być znacznie gorzej.

Truś zaopatrzony wstępnie przez przemiłych Panów Strażaków i zabawiany cały czas przez jednego z nich:

Zdjęcie Trusia nie powstało bynajmniej, by udokumentować fakt wypadku, ale żeby ją troszkę odstresować i złagodzić dyskomfort kołnierza- mówiłam jej, że wygląda jak mały robocik i zrobiłam fotkę, żeby jej to pokazać- udało się wywołać blady uśmiech na wystraszonej buzi.

Na dowód, że wszystko OK Truś w domu po południu ogląda Harrego Pottera:

A nasze kochane autko czeka dłuższy pobyt w warsztacie:(

PS
Cały czas zadziwia mnie bezczelność sprawcy wypadku, który usiłował zmniejszyć własną winę, sugerując, że to P. nagle przed nim zahamował! To tak jak kiedyś dawno temu, gdy byłam jeszcze w ciąży z Trusią i właśnie ruszyłam spod naszego domu do pracy, jadąc sobie wolniutko wewnątrzosiedlową drogą, wjechał we mnie cofający z parkingu samochód nauki jazdy- stłuczka była naprawdę niewielka, kursant jednak się zestresował, zaś instruktor usiłował mi wmówić, że we mnie wjechali, bo na pewno jechałam za szybko i nagle się za nimi objawiłam! Dlaczego nie można się po prostu przyznać do własnej winy, tylko trzeba koniecznie starać się odwrócić kota ogonem i zwalić winę na osobę, która tak naprawdę jest tą poszkodowaną!

20:01, dsmiatek
Link Komentarze (5) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 131