RSS
sobota, 20 sierpnia 2016
Za szybko się dzieje

Ja wiem, że się powtarzam, ale czas pędzi zdecydowanie za szybko, a tego lata jakby jeszcze przyspieszył. Dopiero co zaczęliśmy wakacje i pakowaliśmy się do Włoch, a tu już za nami i Trusiowy obóz w Koninkach, i Dania, Stan Truśkowe też już przeszły do historii. Dziś jedziemy jeszcze na ostatni wakacyjny tygodniowy wypad- tym razem na znajomą Słowację. A po powrocie trzeba się będzie pakować do szkoły....

A jeśli chodzi o rozwiązanie cukierniczej zagadki, to przedstawione na zdjęciu wypieki były zaczątkiem eklerków. Te, które raczyły spuchnąć i dały się przekroić, doczekały się nawet nadziania bitą śmietaną i lodami. 

Zaś na wierzchu ciasta ze śliwkami nie ma żadnej tajnej broni, śliweczki są przykryte warstewką ciasta, dzięki czemu lepiej się rozpiekają i wysychają.Zaś zwyczajem mojego Jedynego Męża jest usypywanie dla mnie serduszka z cynamonu:-)

Do zobaczenia za jakiś tydzień- na Słowacji jak dotąd nie mieliśmy internetu i może niech tak pozostanie:-)

10:17, dsmiatek
Link Komentarze (6) »
czwartek, 18 sierpnia 2016
Letnie przyjemności

Oj, chyba pomalutku będą się kończyć:-(

Ale co mi tam, chociaż odzewu na te moje pisarskie wypociny nie ma, to, zgodnie z deklarowaną filozofią, że bloga piszę dla Gertrusi ku pamięci, wrzucę jeszcze kilka zakamuflowanych fotek dokumentujących przyjemności tego lata.

Chociaż smoothie i koktajle owocowe goszczą u nas często niezależnie od pory roku, to w lecie są najsmaczniejsze, bo ze świeżych sezonowych i jakże pysznych owoców. Zauważyłam u siebie dziwną obsesję- otóż trochę podświadomie dopasowuję kolor kubka do koloru napoju.
Oto przykłady proszę szanownych czytelników:

Koktail morelowo-bananowy w kubeczku z pomarańczowym dekielkiem:

jagodowy w fioletowym naczyniu:

a malinowy z czerwoną pokrywka i rurką:

Jakby co, na stanie są jeszcze dekielki zielone na wypadek smoothie z jarmużem czy szpinakiem oraz żółte do picia lemoniady i koktajlu bananowego;-) Chyba miałabym dużą psychiczną trudność w nalaniu sobie fioletowego koktajlu do kubeczka z żółtą lub zieloną pokryweczką. Ot taki nieszkodliwy bzik;-)

Życie balkonowe- jakoś bardziej kwitnie tego lata- pewnie dzięki hamaczkowi. Luliś też upodobał sobie nasz balkon i z zapałem na nim grasuje, kwiatki podlewa i ukrywa się pod kocykiem Hery- która nic przeciwko temu nie ma i chętnie się z Lulisiem dzieli nie tylko kocykiem, ale też swoimi zabawkami  i posłankiem:-)

A skoro o przyjemnościach mowa, to powstał już pierwszy- wielce przyjemnie smakujący- placek ze śliwkami, co niechybnie wskazuje na to, że jesień się zbliża, a lato pomalutku robi nam "pa pa".

Zaś w dalej w temacie wypieków pozostając zagadka- czym właściwie są- lub też być w zamiarze miały- poniższe piekarnicze wytwory Najmłodszej Córki?

zaznaczam, że zagadka do łatwych nie należy, albowiem wytwory w niczym nie przypominają bardzo popularnego ciastka, dostępnego prawie w każdej cukierni;-) Ale próbujcie, a nuż zgadniecie... A jak nie, to może chociaż jeden komentarzyk się pod wpisem pojawi...

 

 

17:11, dsmiatek
Link Komentarze (7) »
środa, 17 sierpnia 2016
Kociaki

Wreszcie ściągnęłam z aparatu zdjęcia z kolejnej kociej wizyty w naszym domu. Tym razem kotałki nie boczyły się już wcale, od razu zajęły wszystkie najwygodniejsze i najbardziej mięciutkie miejsca. A także te dość zaskakujące jako miejsce odpoczynku- ale to pewnie skrzywienie "zawodowe" właścicieli psów;-)

Niech was nie zwiedzie podobieństwo- kociska są dwa, chociaż bardzo do siebie podobne.

20:41, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 16 sierpnia 2016
Prezent rocznicowy

Z okazji rocznicy ślubu ukochana Druga Połówka zamontowała mi na balkonie hamak-huśtawkę- jeden z punktów z mojej listy marzeń (chociaż akurat zapisany na niej nie był, ale Mąż pamiętał, że chciałabym się czasem na czymś pobujać).

Do bujania zbierałam się trochę- wciąż coś mi stawało na przeszkodzie, ciągle czasu nie miałam na pobyczenie się na balkonie. Ale parę razy się jednak udało.

Jednak samotność pisana mi nie była;-)

Potem mój hamaczek odkryli inni

Trusi też się spodobał. Nawet urządziłyśmy sobie małe kino balkonowe- jak widać na świecie sprawiedliwości nie ma, musiałam sobie inne legowiska zorganizować.

11:22, dsmiatek
Link Komentarze (3) »
sobota, 13 sierpnia 2016
Wróciła

Moja Najmłodsza Dziewczynka powróciła szczęśliwie zza oceanu. Stęsknieni byliśmy i ona i my. Wróciła pełna pozytywnych wrażeń, jakby doroślejsza. Pewnie wkrótce jakaś relacja z pobytu Trusi w USA. A póki co na blogu wakacyjnym ostatnie wpisy z pierwszej części tegorocznych wakacji- może ktoś zajrzy...

10:58, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 09 sierpnia 2016
Pożegnanie z Danią

Ostatniego dnia, po przygodach z parkowaniem w Kopenhadze i trochę zmęczeni dużym miastem postanowiliśmy sobie odpuścić. I chociaż jeszcze dużo nam a stolicy Danii zostało do zobaczenia, to niech będzie na zaś. Wybraliśmy przyjemniejsze spędzenie dnia i wybraliśmy się do Koge oraz na klify.

Koge jest uroczym kameralnym miastem z przepięknym centrum, gdzie co kroczek natrafia się na budowlaną perełkę. Przy odchodzących od rynku uliczkach stoją przepiękne kolorowe stare domki z tzw. muru pruskiego.

Bardzo oryginalny był plac zabaw na dziedzińcu muzeum- zbudowano go w formie wraku statku. Trusia ogromnie się spodobał więc spędziliśmy tu trochę czasu.

A mnie zachwyciły szafirki posadzone w rynnie pod dachem- sprawdziliśmy, były prawdziwe

Najstarszy dom w Koge z 1527- jest też jednym z najstarszych szachulcowych budynków w Danii:

A poniżej największy szachulcowy budynek w mieście, piętrowy dwór z 1644r. Obok niego odkryłyśmy z Trusią sklepik, w którym chętnie byśmy zrobiły zakupy, gdyby nie był to ostatni dzień i gdybyśmy już wcześniej nie wydały przeznaczonej na nie kasy. P. pozostał nieczuły n urodę króliczków, myszek i jeżyków Maileg oraz akcesoriów z nimi związanych:-(

Z Koge pojechaliśmy uroczymi wąskimi lokalnymi drogami w kierunku Stevns Klint. Nad samą krawędzią klifu stoi uroczy maleńki kościółek Hojerup Gamle Kirke, zbudowany w średniowieczu. W 1928r. część prezbiterium kościoła runęła wraz ze skałą, na której stała do morza.

Klify Stevns to miejsce piękne, z silnym przewieszeniem górnej części klifu. Nad morze schodzi się stromymi schodkami. Urządziliśmy tam sobie mały piknik.

Uwielbiam te obłe kamyki, które, gdy są mokre, mają tak różne kolorki i wzorki (na sucho już tak pięknie nie wyglądają). Sporo przyjechało z nami do Krakowa- nie mogłyśmy się z Trusią oprzeć ich urodzie.

W drodze powrotnej pomachaliśmy jeszcze uroczym domeczkom, które mijaliśmy codziennie jadąc na wycieczki,włochatym  krowom z grzywkami i wielkimi rogami- sąsiadkom naszego kempingu (niestety, nie udało mi się ich sfotografować, bo gdy pasły się w pobliżu, to mi się nie chciało, a jak już miałam aparat w pogotowiu, to się akurat przeniosły dalej, prawei czarnym świnkom bardzo przypominającym dziki, pięknym konikom biegającym po pastwiskach nieopodal miejsca gdzie mieszkamy. Bardzo sielska była okolica naszego kempingu.

Żegnaj Danio- do zobaczenia:-)

Tym razem promem płynęliśmy krócej, bo z Rodby do Puttgarten płynie się tylko 45 minut.

PS
Nie wiem, czy zwróciliście uwagę na lekturę Trusi (miała ją ze sobą na klifach)- po przeczytaniu dwóch kryminałów z Flawią de Luce zabrała się za Ziemiomorze.

20:41, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
Plany na przyszłość

Grunt to pozytywne planowanie. Wakacje 2016 powoli się kończą, jesień nieśmiało puka do okna,co powinno skłaniać ku melancholii. Ale przed nami jeszcze jeden urlop- na znajomej, oswojonej i lubianej Słowacji, w ukochanym Liptowie. Rozłożenie urlopu letniego na trzy kawałki nie jest wcale takie głupie- co miesiąc tydzień wolnego od pracy i codzienności. W październiku weekend W Drzewach- już się cieszę na październik. P. ma jeszcze przed sobą służbowy wyjazd baaardzo daleko, bodajże do Szanghaju - nie wiem, czy ta perspektywa bardziej go cieszy czy bardziej martwi. Ale on przynajmniej nie ma lęków związanych z lataniem- ja już bym przeżywała. Trzeba jeszcze coś fajnego wymyślić na październik, potem będzie już z górki- Mikołaj, Boże Narodzenie, wyjazd na narty i łyżwy z trusią na miejscu... I zaraz wiosna, dzień się znowu zacznie wydłużać, będzie można czekać na kolejne wakacje :-)

Dziś rano P. rzucił pomysł na dalszą przyszłość- za 20 lat, kiedy już znudzi nam się praca, kupimy kampera i pojedziemy w podróż dookoła świata- dookoła świata to może nie, ale dookoła Europy chętnie. I tego będę się trzymać, dzięki temu perspektywa starości stanie się mniej przygnębiająca.

A w najbliższej przyszłości- Truś wraca w piątek:-), dziś może wreszcie skończę relację z Danii. No i powstał nowy blog, a na nim pierwszy wpis z tegorocznych wakacji- jeśli ktoś chce zobaczyć więcej zdjęć z kolorowego Burano, to zapraszam:

http://wenecjaikopenhaga2016.blox.pl/html

Wkrótce- może nawet dzisiaj- kolejne wpisy z Włoch.

10:07, dsmiatek
Link Komentarze (1) »
piątek, 05 sierpnia 2016
Kopenhaga po raz drugi

Drugi raz w Kopenhadze był przyjemniejszy, bo trochę za pierwszym razem oswoiliśmy miasto. Tym razem zaplanowaliśmy Okrągłą Wieżę i okolicę, Pałac Królewski i oczywiście Małą Syrenkę.

Wstąpiliśmy też do katedry, która z zewnątrz zupełnie nie robi wrażenia, w środku jest trochę lepiej, a najładniejszy jest anioł- ponoć na Wawelu jest podobny tylko mniejszy, przez tego samego rzeźbiarza wykonany- musimy poszukać.

Okrągła Wieża przy kościele Świętej Trójcy jest wspaniała zarówno z zewnątrz jak i w środku. na górę wchodzi się nie po schodach ale szeroką, którą konno sforsował ponoć car Piotr I, zaś caryca Katarzyna wjechała na górę karetą.

Na tarasie widokowym można podziwiać dachy Kopenhagi i zajrzeć do obserwatorium astronomicznego- taki zresztą był cel budowy Wieży.

W samym środeczku Okrągłej Wieży znajdował się kiedyś środek Danii- od tego miejsca wykonywano pomiary odległości.

Z okolicy Kopenhaskiego Uniwersytetu powędrowaliśmy bocznymi 9a więc mniej ludnymi) ulicami w kierunku Amalienborga, czyli zamku królowej Małgorzaty.

Królowa chyba była na wakacjach, bo spacerujący po placu gwardziści byli jakby mniej odświętni, a zasłony w pałacowych oknach, przynajmniej od frontu, były zaciągnięte. W ogóle pałac wyglądał na opustoszały.

Odwiedziliśmy też bardzo reprezentacyjny kościół św. Fryderyka przy pałacu

A potem nadmorskim bulwarem udaliśmy się na poszukiwanie kopenhaskiej Syrenki.

Po drodze w Parku Churchilla chwilkę ochłodziliśmy się przy fontannie Gefron

I wreszcie Syrenka- P. udało się ją sfotografować bez dodatku skośnookich turystów- uwierzcie, wcale nie było łatwo

Od Syrenki wolnym spacerkiem wróciliśmy do samochodu, gdzie za wycieraczką czekała na nas niespodzianka, czyli mandat. Mandat w całości napisany w, niewątpliwie dla wszystkich zrozumiałym, języku duńskim. Ponoć- o ile dobrze ów duński zrozumiałam- zaparkowaliśmy na zarezerwowanym miejscu. Tylko skąd mieliśmy wiedzieć, że akurat te miejsca parkingowe nie są dla każdego, skoro paski były białe, miejsca nieprzekreślone, zaś przy niebieskim prostokąciku z literką P (jak parking- zrozumiałą dla przybysza z innej strefy płatniczej chociaż też z Unii) nie było nic napisane jedynie obrazek jakiegoś zygzakowatego kabelka z wtyczką. Owszem, urządzonka, do których owe wtyczki dało się ew. wrazić stały, ale pooglądaliśmy inne samochody, które obok stały i żaden nie był kabelkiem do niczego podczepiony, uznaliśmy zatem, że miejsca są ogólnodostępne. Wg policji czy też kopenhaskiej straży miejskiej nie były, więc wlepili nam mandat- nawet nie bardzo wysoki, cóż jednak z tego, skoro nijak nie udało mi się z duńskiego tekstu wywnioskować, gdzie też mamy ową karę zapłacić (ani dla kogo konkretnie zarezerwowane były miejsca parkingowe). Zatem przywieźliśmy mandacik na pamiątkę- istnieje jednakowoż możliwość, że, jako członkowie Europejskiej Wspólnoty, zostaniemy w domu wytropieni i mandat od nas wyegzekwują- może chociaż będziemy wiedzieli za co konkretnie i jak mamy go uiścić- o ile ktoś do nas w ogólnie zrozumiałej mowie przynajmniej angielskiej lub chociaż niemieckiej napisze. Na razie postanowiliśmy się nie przejmować.
Zresztą, już jeden mandacik zaległy za przekroczenie czasu parkowania we Florencji nam wisi- 9 lat minęło od jego zaistnienia, dotąd nic do nas nie dotarło- tamten wypisany był ręcznie w ogólnie wszystkim znanym języku włoskim- i chociaż włoski jest mi bliższy od duńskiego, to i tak nie byłam w stanie zrozumieć, gdzie właściwie mamy zapłacić karę. Ale przynajmniej wiedzieliśmy za co;-)

08:20, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
środa, 03 sierpnia 2016
W nekropolii duńskich królów

Pierwszy dzień w Kopenhadze trochę nas zmęczył, więc postanowiliśmy zrobić sobie przerwę od dużych miast i na kolejną wycieczkę udaliśmy się do kameralnego Roskilde, dawnej stolicy Danii. W tamtejszej gotyckiej katedrze pochowano wielu duńskich władców.

Ponieważ podróżujemy z Dziewięciolatką, to musimy też zadbać o "marchewkę" dla niej- chyba niewiele dzieci w tym wieku pasjonuje się królewskimi sarkofagami, trzeba pomyśleć zatem, żeby wycieczka i dla nich była przyjemnością. Zatem zanim dotarliśmy do katedry posililiśmy Trusię mrożonym jogurtem z dodatkami- ten deser jest jednym z jej lepszych wspomnień z wizyty w Sztokholmie;-)

W katedrze spędziliśmy sporo czasu, pewnie dałoby się jeszcze dłużej, bo jest to bardzo ciekawe i piękne miejsce. Truśka też się zainteresowała- choćby ruchomym zegarem, na którym do godzinę święty Jerzy zabija smoka, albo tajemniczą czarną marmurową płytą nagrobną, pod którą, według legendy, pochowano upiornego konia, ale też historią królowej-regentki Małgorzaty I, której grobowiec znajduje się w samym środku katedry, zaraz za głównym ołtarzem.

Ale prawdziwym hitem wizyty w Roskilde było dla Trusi Muzeum Łodzi Wikingów. Oczywiście wcale nie ekspozycja pięciu wyłowionych z dna fiordu oryginalnych łodzi, ale rozrywki "poboczne". Na placu muzealnym zorganizowano bowiem mnóstwo warsztatów tematycznie związanych z wikingami- można było pleść liny, pomóc kowalowi, zrobić sobie naszyjnik lub bransoletkę ze szklanych paciorków, nauczyć się runów albo zbudować własną łódkę.

Łodzie oczywiście też pooglądaliśmy

I na chwilę wcieliłyśmy się w wikingowe kobiety:

10:30, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 01 sierpnia 2016
W Kopenhadze po raz pierwszy

Trochę się ociągaliśmy z wizytą w Kopenhadze- no bo wiadomo, duże miasto to jednak mniej frajdy niż małe klimatyczne miejscowości. Ale mus to mus- nie można kempingować zaledwie 80 kilometrów od stolicy kraju i wcale do niej nie zajrzeć.

Nie wystartowaliśmy jednak zbyt wcześnie- między innymi z tego powodu, że Trusia musiała skończyć rozdział (najpierw jeden, potem kolejny- ciekawe po kim to odziedziczyła?;-)

Jak już dotarliśmy, to nieszczęśliwie wybraliśmy parking- co prawda w samym centrum, tuż przy wejściu do Ogrodów Tivoli, rzut beretem od Ratusza, za to drogi tak, że P. ledwo przejechał przez szlaban, to już chciał wracać. Do tego wymagający prawdziwego mistrzostwa w parkowaniu, bo miejsca wąziutkie i nawet nasz domowy Chempion Parkowania spocił się i w duchu klął wpasowując w nie nasze niemałe auto.
potem było już trochę lepiej- na pierwszy spacer wybraliśmy główny deptak Kopenhagi, od Ratusza do Nyhavn.

Fotka z Andersenem:

Dziedziniec Ratusza:

Wikingowie dmący w lury:

Fontanna Złotych Jabłek:

Nyhavn:

Ciąg dalszy wkrótce- może już jutro.

20:07, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 155