RSS
środa, 18 kwietnia 2018
Jeszcze dalszy ciąg ciągu dalszego, czyli Drzewa odsłona trzecia

W piątek znowu miałyśmy powtórkę z rozrywki- Truś zarządził wizytę w Muzeum Rowerów w Gołębiu. Zatem kolejny raz wysłuchałyśmy gawędy właściciela muzeum i konstruktora większości dwukołowych pojazdów, a Truśka miała okazję wypróbowania niektórych z nich. Była tez powtórka pogodowa- ostatnio, jak byliśmy w Gołębiu przechodził akurat front atmosferyczny, wiało okrutnie i było lodowato, dodatkową atrakcją była ulewa. Tym razem obyło się bez deszczu, ale również przemarzłyśmy na kość- pierwszą rzeczą w drodze powrotnej była wizyta w Tesco w Puławach, gdzie kupiłam Trusi dresowe spodnie, a sobie rozpinany sweter- takie praktyczne pamiątki z wyjazdu;-)

Oprócz Muzeum Rowerów w Gołębiu jest też piękny zabytkowy kościół i Domek Loretański:

Zaopatrzone w ciepłe ubrania mogłyśmy spokojnie udać się do Kazimierza- najpierw na pyszny obiad w klimatycznej Zielonej Tawernie z widokiem na zamek i kościół:

a potem na zakupy- bardzo polecam niewielki sklepik przy jednej z uliczek odchodzących od Rynku- sympatyczny młody właściciel, jego urocza kilkuletnia córeczka Zosia, lokalne wina (to, które kupiłam było bardzo smaczne), cydry, książki dla dzieci, fajna ceramika- myślę, że jeszcze się rozkręcą

i długi spacer nad Wisłą

A w sobotę przed południem trzeba się było pożegnać z Drzewami. Kiedy następna wizyta jeszcze nie wiemy, ale na pewno jeszcze nie raz tam zawitamy. Wczoraj kupiłam sobie wreszcie przewodnik po okolicach Kazimierza:-)

16:09, dsmiatek
Link Komentarze (1) »
piątek, 13 kwietnia 2018
CD nastąpił

Truś "terrorysta" wymusił na na mnie powtórkę z rozrywki. trochę ją rozumiem, bo sama mam miejsca, które mi się podobały i chętnie bym do nich wróciła. Zatem we czwartek udałyśmy się do Laboratoriów Wiedzy w Janowie Lubelskim w ZOOM Natury.

Warzywa atakują- widać chyba przerażenie w oczach Najmłodszej;-)

Trzy Gracje:

W drodze powrotnej z Janowa do Nałęczowa rozkosze podniebienia w Patataju, a po południu- dolce far niente:-)

Ciąg dalszy oczywiście znowu nastąpi, ale dopiero po weekendzie, albowiem na razie miejsca na zdjęcia mi już zabrakło.

Dziś czeka nas kolejna przyjemność- przedstawienie Ovo Cirque du Soleil. Będzie się działo:-) Jutro natomiast nawiedzą nas Drzewni Przyjaciele, którzy na Słoneczny Cyrk do Krakowa przybywają:-)
Wygląda na to, że nasze życie to ostatnio same przyjemności;-)

12:40, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
czwartek, 12 kwietnia 2018
Wiosenne wagary powielkanocne

Były zaplanowane już od jesieni. I chyba nietrudno się domyślić, gdzie nas znowu zawiodło niezawodne auteczko- oczywiście W Drzewa.  Zbyt długi czas bez Drzew skutkuje spadkiem energii i ogólnej radości życia. Zatem zawczasu zadbałam o swoje zdrowie psycho-fizyczne i zaklepałam cztery nocki w Grabie zaraz po Wielkanocy. Truśka oczywiście ochoczo mi towarzyszyła, a ponieważ Mąż tym razem nie mógł wziąć urlopu- a przynajmniej twierdził, że nie może- to pojechała z nami moja Mama.

Jak było? Pięknie oczywiście:-) Trochę leniwie, trochę spacerowo, trochę planszówkowo i książkowo. Przede wszystkim spokojnie i bez pośpiechu, zbędnego hałasu i napinki. A wszystko przy akompaniamencie ptasich treli od świtu do wieczora.

Struś poranny:-)

W Drzewach jeszcze wielkanocnie

Sowy są stałymi mieszkankami Grabu

W Nałęczowie w tym roku na początku kwietnia była jeszcze bardzo wczesna wiosna- dopiero zakwitły przylaszczki.

Oczywiście zadbałyśmy też o dopieszczenie kubków smakowych- drugie śniadanko pierwszego dnia zjadłyśmy w Ewelinie- ciacha są tam pyszne, herbata też była smakowita:-)

Po południu w Kazimierzu- pewnie nie raz już to pisałam- takie wyjazdy poza sezonem są najlepsze- pusty rynek i uliczki, można się włóczyć bez końca i gapić na piękne kamienice.

Nie ma konkurencji do fotografowania się przy studni

Warto też zboczyć z głównych szlaków turystycznych i powałęsać się po mniejszych uliczkach.

Małgosia też dbała o dopieszczanie naszych kubków smakowych- każdego popołudnia czekało na nas w domku ciasto-niespodzianka:-) Najlepiej smakowało oczywiście zjedzone na tarasie na leżaku w towarzystwie dobrej książki:-)

CDN

 

 

 

16:40, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
środa, 11 kwietnia 2018
Nowalijka i migawki wielkanocne

Mam dylemat- czy pokazać Wam cośmy porabiały na drugich wagarach, czy może, idąc za ciosem/wpisem sprzed Świąt pociągnąć temat naszej Nowalijki.

Jutro Pisklę skończy dwa tygodnie, zatem niech będzie o Nim, żeby się nie przeterminowało- bo ani się obejrzymy a przestanie być nowalijką i całkiem nam spowszednieje;-)

Cóż, Pisklątko wykluło się w Wielki Czwartek o poranku. Wielkie nie było, ale dzielnie daje sobie, póki co, radę na tym wielkim, nieznanym mu jeszcze świecie. Jak to z Pisklętami bywa, leciutkie jest jak pióreczko, delikatne jak puszek i pięknie pachnie. No i, bo i to typowe jest dla świeżutkich pisklątek, raz jest śliczne do schrupania, a raz brzydaczne- też do schrupania;-)

Oto nasza Nowalijka- dobę po wykluciu- bardzo tu przypomina pewnego Osobnika- a nawet dwóch pewnych Osobników;-)

Ha, tu już Świeżynka ma całe dwa dni i jakieś sześć godzin. Królika w prezencie uszyła własnymi rękami Truśka:-) I zapewniam, wcale nie jest on ogromny, jaki się na zdjęciu wydaje!

Pierwsze zdjęcie w domu:

Kończę już prawie tydzień, ale wciąż jestem mniejszy od kota;-)- Kot, to ten kłąb po prawej stronie zdjęcia;-)

Uśmiech?

No dobra- czas wyjawić, kto sobie Pisklątko "wyhodował"- mili Państwo- oto Iju-Starsza Siostra- już nie jest najmłodszą w rodzinie:-)

A skoro już jesteśmy przy Starszej Siostrze- tak oto zagospodarowywała sobie czas czekania na wyjście ze szpitala Mamy i Braciszka:

Zapewniam, to nie MY zamknęliśmy ją w klatce naszych świnków (o pardon, teraz one noszą oficjalne miano Kawii Domowych;-)).

Nie my też skazaliśmy biedne Maleństwo na mieszkanie w "psiej budzie";-)

Ale to między innymi my oraz Trusia, w tym przypadku zwana ciocią, umożliwiła Dziecięciu świetną zabawę przy malowaniu jajek w towarzystwie innych Ciotek

Oj działo się na naszym stole!

Mimo emocji związanych z Nowalijkiem i oczekiwania na jego przybycie do domu (doczekaliśmy się dopiero w niedzielę wieczorem) udało się zdążyć ze święconką:

A jak już wszyscy przyzwyczailiśmy się do nowej rzeczywistości, to poszliśmy rodzinnie na lody- niech się Młody od pierwszych dni przyzwyczaja i poznaje nasze ulubione miejsca i smaki:-)

Piszą się kolejne karteczki w Księdze Życia, nieprawdaż:-)

A jakby ktoś pytał o imię Nowalijka, to my z Truśką aktualnie obstawiamy Zgredka,skoro Franklin i Koszałek-Opałek nie zostały zaakceptowane;-)

19:26, dsmiatek
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 09 kwietnia 2018
Pierwszych wagarów częśc druga

Wciąż mam zaległości- za nami Wielkanoc i kolejne wagary (coś się rozbisurmaniliśmy wagarowo tej wiosny), a tymczasem jeszcze nie skończyłam pierwszego wyjazdu. Ale nie moja to wina, to blog zwlekał z dodaniem mi miejsca na zdjęcia.

Zatem Kielc część druga:

jeszcze w Muzeum Zabawek- pamiętacie Kolargola- tego wiecznie łkającego misia?

A Plastusiowy Pamiętnik kto z was czytał? Moja Młodsza Córka już nie czytała...

W drodze powrotnej do Krakowa odwiedziliśmy jeszcze zamek w Chęcinach:

Córka początkowo trochę burmuszyła, więc postanowiłam zamiast niej fotografować lisa, który wydawał się zadowolony ze swojego losu:

Potem na szczęście i Trusi dobry humor powrócił:

Uff, dobrnęłam do końca przedwielkanocnego weekendu. Może wreszcie wyjdę na prostą- info o Nowiutkim Członku Rodziny, który wykluł się o poranku w Wielki Czwartek już przecież było:-)

20:29, dsmiatek
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 02 kwietnia 2018
Mały przedświąteczny przerywnik

Wiem, że już jest właściwie PO świętach, ale wobec ogromu atrakcji i wydarzeń PRZED najpierw o weekendzie tydzień temu.
Zamiast sprzątać, pucować, piec i oddawać się przedświątecznemu szaleństwu wybraliśmy się na małe weekendowe wagary;-)

Dzień pierwszy- Energetyczne Centrum Nauki:

Potem chwila szaleństwa na pobliskim edukacyjnym placu zabaw:

Wieczorem pyszna pizza- Truśka jak zwykle z nosem w książce- tym razem wielkogabarytowej;-)

Krótki spacer:

I błogie leniuchowanie w wynajętym apartamencie:

Nazajutrz:

Truśka lubi odwiedzać miejsca, które kiedyś się jej spodobały- zatem przed południem miejsce znane:

Ktoś pamięta Gąskę Balbinkę?

I na tym na razie koniec, bo zabrakło mi miejsca na zdjęcia. Ale ciąg dalszy niewątpliwie nastąpi.

Jeszcze tylko jedno małe selfie- oto, co zdziałać może magia makijażu:

Starsza Córka "nasłała" na mnie panią kosmetyczkę, która postanowiła zachęcić mnie do kosmetyków Mary Kay. Rezultat powyżej- szkoda, ze to selfie, ale nie było nikogo w pobliżu, kto mógłby cyknąć mi lepszą fotkę.

19:28, dsmiatek
Link Komentarze (7) »
piątek, 30 marca 2018
Księga życia

Od wczoraj pisze się całkiem nowa. Na razie wpisy są krótkie i dość monotonne: "Śpię, ciamkam, jem, tulę się"- najlepiej wszysto na raz. Ale z każdą kartką będzie ciekawiej:-)

Poznajcie Koszałka- Opałka (to mój typ) alias Franklina (wersja preferowana przez Trusię);-)

22:11, dsmiatek
Link Komentarze (9) »
sobota, 17 marca 2018
W Warszawie w pierwszy weekend marca

To naprawdę jest przyjaźń- mam nadzieję na długie lata:

Jak na razie trwa już lat chyba prawie 10 i nie słabnie.

Chociaż były atrakcje w postaci nowej wystawy w Centrum Kopernik (zdjęć brak) oraz wizyty w Muzeum Warszawy połączonej z warsztatami dla dzieci "poszukiwanie Rzeczy", to i tak najważniejsze było, że mogą razem spać, pogadać o swoich dziewczyńskich sprawach i po prostu się spotkać:-)

Jednym z zadań było odnalezienie ornamentów na srebrach i platerach- chyba jeszcze nigdy w swoim życiu tak wnikliwie nie przyglądałam się rozmaitym cukiernicom, talerzom itp przedmiotom. Ale zadanie udało się wykonać, chociaż łatwo nie było.

Jedna z sal Muzeum jest poświęcona warszawskiej Syrence- nie miałam pojęcia, że kiedyś była ona płci męskiej i trochę przypominała naszego krakowskiego Lajkonika, tylko zamiast elementów końskich były rybie- a nawet smocze!

Bardzo polecam pożyczenie audioguide'a- nawet Tadzio z zainteresowaniem słuchał informacji szeptanych w słuchawkach.

Potem był obiadem w malutkiej pizzerii, poleconej przez Milę- pizza przepyszna:-)

Jeszcze krótki spacer po Starówce i do domu.

Dodatkowym bonusem warszawskiej wizyty była jazda pociągiem- Truśka po raz drugi znalazła się w tym środku lokomocji, więc dla niej niewątpliwie była to atrakcja. Tym bardziej, że z powrotem jechałyśmy Pendolino:-)

09:53, dsmiatek
Link Komentarze (4) »
środa, 14 marca 2018
Trochę zimy u progu wiosny

Wreszcie udało mi się zgrać zdjęcia z ferii- przynajmniej te z komórki, bo tych aparatowych nawet jeszcze nie nie widziałam. Zatem póki jeszcze kalendarzowa zima trwa spieszę się podzielić widokami Dolomitów i Truśki w narciarskim rynsztunku.

Po raz pierwszy chyba udało nam się zobaczyć Cavalese w świetle dziennym- zwykle zachodzimy do miasteczka już po zmroku, tym razem, dzięki późnym feriom, słonko świeciło dłużej.

Chociaż w dolinach było już wiosennie, w górach zima nie odpuszczała i można się było rozkoszować białym śniegiem. (Chociaż niektórzy rodzinni malkontenci nazywają śnieg "białym paskudztwem" dla mnie i Trusi zimą, to co białe i zimne jest piękne:-))

Truśka z okazji ferii pofarbowała sobie włosy na zielony, co widać na powyższym obrazku.

Udało się uchwycić słynne różowe Dolomity.

Oprócz nart i deski niektórzy załapali się też na sanki:

Byli też i tacy, co oprócz rozkosznej bieli śniegu i jeszcze rozkoszniejszej jazdy na dwóch deskach, mogli też spożywać posiłek w, jakże rozkosznym, towarzystwie;-)

W czasie ferii Córka najmłodsza osiągnęła wiek nastoletni, co zostało oczywiście odpowiednio uczczone:

Przy okazji urodzinowego tortu pojawił się mały problem- otóż nikt w okolicy nie dysponował zapałkami- nawet Syn Młodszy, który z nami tym razem spędzał ferie i który zwykle dysponuje zapalniczką, tym razem nie posiadał żadnej. Także znajomi palacze przerzucili się na e-papierosy i zapałek nie posiadali. Mąż próbował wykrzesać ogień przy pomocy mikrofalówki tudzież innych urządzeń "krzeszących"- szczęśliwie przed wywołaniem awarii prądu czy podpaleniem hotelu , udało się odpalić pierwszą świeczkę.

Po powrocie do domu czekał na Solenizantkę niecodzienny prezent od Najukochańszej Przyjaciółki:

Prezent to oczywiście nie to rude i futrzaste udające krokodyla, tylko to srebrne i unoszące się do sufitu serduszko- przybyło kurierem w wielkim pudle i wyfrunęło do góry po jego otwarciu:-) A tak na marginesie nadmienię, że Truś od zawsze marzył o wypełnionym helem baloniku- ciekawe, czy Mila znała to Trusiowe marzenie?

Na tym się jednak przyjemności tegorocznej zimy nie skończyły. Ledwie wróciła Córka do domu, to zaraz pojechała w pobliskie Gorce- tym razem szkolić się w jeździe na jednej desce:-)

Chociaż wcześniej zarzekała się, że snowboardu nie spróbuje, to dała się przekonać i widać, że jazda na jednej desce sprawiała jej frajdę. Plan na ferie w 2019- dwa tygodnie w Dolomitach, jeden obie poświęcimy na deskę, drugi na narty!

Tak oto, z niewielkim opóźnieniem, udało mi się zakończyć temat tegorocznych zimowych ferii. Mam nadzieję, że może w niezbyt odległej przyszłości, wrzucę jeszcze, ku pamięci, kilka przyzwoitszych zdjęć aparatowych.
Ale póki co ferie są już wspomnieniem, wypatrujemy wiosny i Wielkanocy, a zanim nadejdą będzie jeszcze relacja z pierwszego marcowego weekendu- w stolicy! :-)

17:09, dsmiatek
Link Komentarze (1) »
środa, 28 lutego 2018
W oku cyklonu

Zaniedbałam bloga ostatnio, ale nie widzę, żeby ktoś szczególnie za nami tęsknił (tu oczywiście powinny pojawić się liczne komentarze z tekstem "ależ skąd, tęskniliśmy bardzo i wypatrywaliśmy kilka razy dziennie" lub podobne;-))

Ferie w Dolomitach przemknęły jak sen. Miałam nadzieję, że pierwszy wpis po powrocie okraszę licznymi zdjęciami, ale na to niestety musicie jeszcze poczekać. Albowiem na dzień przed wyjazdem w nasze domowe pielesze wdarł się mały cyklon, który do dziś w nim wiruje i miota sprzętem wszelakim.  Otóż niespodziewanie musieliśmy zacząć domowy remont. nie, nic się nie zawaliło, nie zalało, ani inny kataklizm nas nie spotkał. Po prostu nasz znajomy Pan Fachowiec znalazł wolny termin i zaproponował, że w czasie gdy my będziemy szusować w Val di Fiemme, on nam pięknie wygładzi i pomaluje ściany w dużym pokoju i przedpokoju. Zatem w dniu wyjazdu, w piątek, jedną ręką pakowaliśmy sprzęt na wyjazd, a drugą opróżnialiśmy duży pokój z książek, mebli i reszty ruchomości, których całkiem sporo w tym pomieszczeniu się znajduje. Wróciliśmy do pięknych ścian w kolorze "vanilla cośtam" i natchnęła nas myśl (która oby pozostała była w czeluściach umysłu!), że skoro ściany są już takie piękne, to może zafundować im do towarzystwa równie piękną podłogę. Wydawało się, że Pan Fachowiec da się namówić na położenie deseczek, które kupić przecież można od ręki w każdym budowlanym markecie. I tu się pomyliliśmy- Pan co prawda zgodził się do nas przybyć, ale dostępność deseczek w marketach była nie do końca prawdziwa. Zostały zakupione po kilkudniowych poszukiwaniach dopiero wieczorem we czwartek- a tymczasem już w sobotę trzeba było po Truśkę do Koninek jechać (gdzie ją w niedzielę powrotu z Włoch odstawiliśmy). O ile zamieszkiwanie w chaosie remontowym we dwójkę jakoś dało się przeżyć- tym bardziej, że ja, z racji dyżurów, które odrobić muszę, mało w domu przebywałam, o tyle życie we trójkę, w normalnym trybie szkolno-pracowym tak łatwe już nie jest. Właściwe prace podłogowe rozpoczęły się wczoraj i prawie połowa pokoju już ma śliczne dębowe deseczki- to na osłodę niedogodności, gdyż zostaliśmy pozbawieni nawet stołu (w kuchni nie mamy, na tym głównym, dużopokojowym, spoczywa sobie kanapa), zaś w pozostałych mniejszych pokojach piętrzą się pudła z zawartością pokoju dużego. Z trudem wywalczamy dostęp do łóżek, a Truśka do swojego biurka- na którym i tak odrabiać się lekcji nie da, bo panuje tam tradycyjny Trusiowy bałaganik.
Hera na razie nie przykleiła się do nowego podłoża (deski są kładzione na kleju), ale obawiam się, że to tylko kwestia czasu.
"Strategicznie" ewakuowałam się na kolejny dyżur- ostatni lutowy, zaś w piątek i poniedziałek, równie "strategicznie" ewakuuję się na pierwsze dyżury marcowe- fajnie mam, prawda? Ale jak już we wtorek wreszcie wrócę do domu (a, bo zapomniałam napisać, że na weekend jedziemy z Trusią do Mili i Batorysi), to mam nadzieję, że cyklon już ucichnie i będzie można zacząć się rozkoszować nowym pięknym mieszkaniem.

Żeby nie było nam za dobrze, to wnoszenie desek, przesuwanie mebli i inne atrakcje zepsuły mężowski kręgosłup do tego stopnia, że w poniedziałek zamiast lecieć służbowo do Berlina zawiozłam go na pilne do lekarza, a teraz kłuję zastrzykami (na pocieszenie jeden jest koloru żółtego, a drugi czerwonego- mężowskie pośladki powinny docenić urozmaicenie kolorystyczne wpuszczanych w nie cieczy), załatwiam rehabilitację i staram się dociążyć od domowych obowiązków. Mąż krzywi się, jęczy, powłóczy, ale już i tak jest jakby lepiej.

Zatem w obliczu opisanych kataklizmów relacja zdjęciowa z Cavalese musi poczekać, aż dokopię się do własnego komputera i wywalczę skrawem miejsca, żeby go położyć.

No to czekajcie i zaglądajcie:-)

16:35, dsmiatek
Link Komentarze (9) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 170
Archiwum