RSS
środa, 10 lutego 2016
Zróbmy sobie lalkę, czyli domowe robótki ręczne

W prezencie urodzinowym od Mili i Tadzia dostała Trusia własnoręcznie przez nich uszyte poduszeczki. Koniecznie chciała się zrewanżować własną ręczną robótką i postanowiła zrobić Milence lalkę. Wyciągnęłyśmy zatem naszą wełnę do filcowania i szmatki zakupione kiedyś dawno temu w Tchibo, jakieś koraliczki, wstążeczki i piórka i tak oto powstała pierwsza Trusiowa hand- made-doll- w trakcie pracy wyewoluowała w Indiankę:-)

Bardzo się cieszę, że ma Trusia Przyjaciół, którzy zainspirowują ją do tworzenia rzeczy łądnych własnymi rączkami. A krakowskie Truśkowe koleżeństwo złożyło już zamówienia na następne lale- jedna już powstała i powędrowała do nowego domu:-)

20:36, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 08 lutego 2016
Ostatnia porcja zdjęć z Cavalese

Jeszcze kilka fotek z niedawnej co prawda, ale jednak przeszłości i będzie można wrócić do teraźniejszości. W w teraźniejszości zadziała się urodzinowa impreza Trusi- właściwe urodziny w najbliższą niedzielę, ale impreza z koleżeństwem odbyła się w minioną sobotę. Rym razem domówce powiedziałam stanowcze nie i wyprowadziłam towarzystwo do Muzeum Inżynierii Miejskiej na Wawrzyńca.

Na razie ale wróćmy jeszcze w Dolomity. Wg szacunków ze strony dolomitysuperski tej zimy Trusia przejechała 239km, a ja 281. Muszę sprawdzić, jak się to ma do wyników zeszłorocznych, ale wydaje mi się, że u Truśki to duży postęp:-)

19:26, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
środa, 03 lutego 2016
Dolomity 2016 - porcja druga

Pięknie prawda? Jednak troszkę żal, że to już czas przeszły:-(

Bardzo dziękuję wszystkim za urodzinowe życzenia:-)

A Dolomitów ciąg dalszy jeszcze nastąpi...

16:47, dsmiatek
Link Komentarze (1) »
wtorek, 02 lutego 2016
Pierwsza porcja zdjęć z Dolomitów

Ponieważ za oknem szaro i brudno, a temperatury raczej wiosenne, pooglądajcie trochę zimy. Może nie takiej, jak w ubiegłym roku, ale jednak bielszej i bardziej mroźnej niż tegoroczna nasza. Nie wiem jak wy, ale ja bym chętnie jeszcze na śnieg popatrzyła. 

A ciąg dalszy niewątpliwie nastąpi:-)

20:24, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
niedziela, 31 stycznia 2016
TEN dzień

Cały dzień wiosenne słońce- temperatury mogłyby co prawda być bardziej zimowe, ale nie będę się czepiać, w końcu "darowanemu koniowi w zęby się nie zagląda";-)
Rano telefon z życzeniami od Mamy, buziaki i sernik od Ukochanego. Po południu powrót Najmłodszej- znowu uściski i całuski.
Wreszcie kino i ostatnia część Gwiezdnych Wojen (trochę szkoda, że już wszystkie 7 odcinków za mną, będę czekać na nowe).
Podwieczorek z gaworzącym i strojącym minki Lulisiem i lampeczka musującego zimnego fragolino, przywiezionego z Cavalese.

No i jeden punkt z "lodówkowej" listy życzeń zrealizowany- czuję się kobietą luksusową i nic to, że muszę pamiętać, żeby co rano i wieczór biec do lodówki w celu nakremowania paszczęki. Ach, jakże piękna się za to stanę:-) Do kolejnych urodzin ubędzie mi z 10 lat;-)

Całkiem miły i niezobowiązujący dzień urodzin:-)

14:29, dsmiatek
Link Komentarze (7) »
wtorek, 26 stycznia 2016
Dwie dziurki w nosie i skończyło się

Cóż, wszystko co piękne kończy się zdecydowanie zbyt szybko. Wróciliśmy w niedzielę rankiem, w południe wyprawiliśmy Truśkę na zimowisko do Kościeliska, a w poniedziałek wpadliśmy w wir pracy, który wciągnął nas skutecznie. Ale od pewnego czasu mam nowy sposób na zapobieganie pourlopowej/poświątecznej/poprzyjemnościowej melancholii. Otóż wizualizuję sobie czekające nas w przyszłości bliższej i dalszej przyjemności. I w ramach powyższego postawiłam sobie na kuchennym parapecie hiacynty jako zapowiedź wiosny (chociaż oczywiście liczę jeszcze na mroźną i śnieżną zimę), zaplanowałam kilka wyjść na lodowisko ze znajomymi w najbliższym tygodniu (pierwszy raz wczoraj wieczorem już się odbył), wyobrażam sobie pomału kolejną wizytę W Drzewach (to już na początku kwietnia:))  i planuję wakacyjne wyjazdy. Niebawem przykry ;-) dzień moich urodzin i mniej przykry dzień imienin. Na pocieszenie powtarzam sobie, że w tym roku urodziny nie zmienią pierwszej cyferki, więc jest się z czego cieszyć. Stworzyłam też listę "życzeń do spełnienia"- moje i Truśkowe są wypisane, jakby ktoś z zainteresowanych chciał się zainspirować, to zapraszam pod lodówkę;-) Można też wpisać własne:-)

Mimo nieobecności Trusi wszystkie dni w tym tygodniu mam szczelnie wypełnione- pracą, lodowiskiem, spotkaniem z przyjaciółmi. Chyba zabraknie czasu na to, by wreszcie obejrzeć w kinie najnowsze Gwiezdne Wojny- ale na to możemy przecież pójść z Trusiem, jak wróci.

Po głowie snują mi się jeszcze inne małe przyjemnostki do zrealizowania- wiosenne zakupy dla Truśki- już czekam niecierpliwie na nowe kolekcje ulubionych marek Kids on The Moon,  Nosweet i Polly. Może i dla mnie coś się w  nich znajdzie:-) Dwa T-shirty Bobo Choses właśnie przybyły- ot taki snobizm mały- skoro reklamują i znika jak świeże bułeczki,  to znaczy, że pożądać należy;-)

A wracając do Dolomitów- cudnie było, jak zawsze. Tym razem codziennie budziło nas słońce, a po południu góry żegnały nas kolorem pomarańczowego złota. Śnieg chrzęścił pod nartami i skrzył się brokatem- cóż z tego, że w większości sztuczny, skoro był bielusieńki i idealny do zjazdów. A gdy się zdarzyła wywrotka (mi się tym razem udało bez ani jednej), to wystarczyło tylko otrzepać śnieżny "cukier puder" i ślad nie zostawał- same plusiki :-) A ile pyszności zjedliśmy- nie wiem, czy to tylko sugestia i nieobiektywne zakochanie w tym kraju, ale nie zdarzyło mi się jeszcze natrafić na coś, co by mi nie smakowało. Oczywiście ufam, że wszystkie kalorie zniknęły w czasie przejeżdżanych codziennie kilometrów. Na wszelki wypadek nie wchodzę na wagę;-)

Relacja fotograficzna mam nadzieję niebawem- sama jestem ciekawa, co tam Pan Mąż nafotografował.

17:16, dsmiatek
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 18 stycznia 2016
Pozdrowienia z Dolomitów

Jest prawie idealnie. Na trasach śniegu wystarczająco dużo, sypki, fajnie ubity i zmrożony,niesie cudnie. Słońca co niemiara. Mróz- szczęśliwie umiarkowany w ciągu dnia. Wiatr, który wczoraj wiał jeszcze, dziś się uspokoił. Ludzi mało, wyciągi działają wszystkie, trasy prawie wszystkie, ale to,których jeszcze nie przygotowano akurat nie należą do naszych ulubionych. Zresztą to tylko pojedyncze sztuki. I tylko tego naturalnego śniegu mogłoby być ździebko więcej- w dolinach całkiem zielono, na szczytach biało, ale biała warstewka tak cieniutka, jak jeszcze nigdy nie była za naszej bytności. No ale najważniejsze, że jeździ się świetnie, Tylko Truś od czasu do czasu przeżywa "załamania nerwowe", uważając, że sobie nie poradzi. Cóż, taka jej ostrożna natura...

Buziaki z pięknych Dolomitów:-) :-*

18:25, dsmiatek
Link Komentarze (1) »
czwartek, 14 stycznia 2016
Sporty ekstremalne;-)

Rozjeździłyśmy się ostatnio na łyżwach.
Na wczorajszy wieczór umówiłyśmy się z Truśką, koleżanką Trusi i jej mamą na lodowisko kryte pod dawną Polfą, na godzinę 20.00- żeby się trochę poruszać przed spaniem. Godzinę przed planowanym wyjazdem z domu coś mnie tknęło i zajrzałam na stronę lodowiska, a tu ZONK- we środy nie ma ślizgawki o 20-tej:( Ale tak byłyśmy nastawione, żeby pójść, że szybko zmieniłyśmy miejsce z Eisenberga na Park Jordana- niestety, rzut oka za okno kolejne plany obalił- w Parku Jordana daszku nad lodem nie ma, a na dworze lało aż miło:( Byłyśmy jednak mocno zdesperowane, wynalazłyśmy ślizgawkę o 20.30 na lodowisku Cracovii. Przekonane, że o tak późnej porze pojeździmy sobie bez ścisku udałyśmy się zadowolone porą już dość późną na łyżwy. Na miejscu kolejny ZONK- lud falangą podążał w tym samym co i my kierunku. Ale że desperacja nasza była wielka, to wpakowałyśmy się na lodową taflę i przez prawie półtorej godziny walczyłyśmy dzielnie o życie, starają się uniknąć zderzeń i innych wypadków;-) Dałyśmy radę, wróciłyśmy z tarczą i zaraz umówiłyśmy się na dzień kolejny-znów koło byłej Polfy.
Ekstremalny zaś jest tu fakt, że kolejny dzień to czwartek (dzisiejszy), kiedy to pracuję od 8.00 do 20.00 i zaraz po pracy pędzę na lód- łyżwy, spodnie i plecaczek na podręczny bagaż czekają w aucie. A już jutro pakowanie i wyjazd w Dolomity:-)

PS
Wracamy wczoraj ze ślizgawki z Trusiem, godzina późna, dochodzi 23-cia. Tatuś Trusiowy "postanowił" na noc do domu nie wracać. Słyszę z mojego miejsca za kierownicą jak Truś cos tam do siebie mamrocze, a końcu trochę głośniej, ale też najwyraźniej do siebie mówi:" A niech tam, zapytam!"
Po chwili pada pytanie- "Mamusiu, a skoro tato nie wraca na noc, to czy ja wyjątkowo mogę spać z tobą?"
Bo Truś, moi drodzy, jakiś czas temu wyprowadził się z naszego łóżka- co prawda tylko na łóżeczko polowe w naszej sypialni, ale małymi kroczkami może przed pełnoletnością Najmłodszej Córki doczekamy się sypialni tylko dla siebie;-)


18:34, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
środa, 13 stycznia 2016
Ciszek (*)

skończyłby wczoraj już 10 lat.

To nie jest tak, że zapomnieliśmy. To tylko ten czas goni zbyt szybko...

09:18, dsmiatek
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 11 stycznia 2016
Jak świętowaliśmy okrągłe urodziny P.

Obchody były dwudniowe i chyba trochę nietypowe;-)

W sobotnie przedpołudnie wylądowaliśmy na Kazimierzu, albowiem Trusia miała w Muzeum Galicja zajęcia w ramach Uniwersytetu Dzieci pt. "Dlaczego Żydzi noszą jarmułki?". ech, zazdroszczę jej trochę tych zajęć, sama bym chętnie posłuchała. Niestety w wykładach i warsztatach uczestniczą tylko dzieci:-(
Truś zdobywał wiedzę o kulturze żydowskiej w pięknych murach muzeum, a my z P. mieliśmy okazję powłóczyć się po Kazimierzu, na którym dość dawno nas nie było. Potem spacerowaliśmy we trójkę, a w ramach spaceru zdobyliśmy łupy- bynajmniej nie prezenty na P., bo przecież skoro to były jego urodziny, to on powinien sprawiać przyjemność innym- a jak powszechnie wiadomo, sprawianie innym przyjemności cieszy najbardziej:-) Zatem to my dostałyśmy szmacianą lalkę, Truś "frak" z guzikami z Małego Stylu, a Lulin swoją pierwszą tutu i bodzik w herbatniki- właściwie to dostanie je na Walentynki:-)
A na koniec spaceru zaprosiliśmy się do kolanka na naleśniki:-)
Żałowałam tylko, że nie zabraliśmy aparatu...

Po południu zdążyliśmy jeszcze rozebrać choinkę i przearanżować świąteczne dekoracje i wyciągnąć szacownego Solenizanta na Błonia. Co prawda przed łyżwami się wymigał i jeździłyśmy same (z wielką przyjemnością wypróbowałam moje własne łyżewki:-)), za to P. uczcił wejście w kolejną dziesięciolatkę tysiącem spalonych kalorii biegając wokół Błoni:-) To się nazywa urodzinowy prezent.
A wieczorem zakończyliśmy nasz łóżkowy maraton Gwiezdnych Wojen i już jesteśmy gotowi na zmierzenie się z najnowszą częścią w kinie;-)

W niedzielę udowodnione zostało jak kwadrans z małym haczykiem spóźnienia mojego dyżurowego zmiennika z poprzedniego weekendu może rzutować na weekend kolejny. Cała historia wyglądała tak- mój zmiennik zamiast o 9.00 przybył do pracy o 9.17 w niedzielny poranek 4.01. W związku z powyższym kwadransa zabrakło nam na zdążenie w ową niedzielę do kapucynów na 11-tą, co poskutkowało niebyciem w okolicy teatru Groteska i nieodebraniem biletów na wczorajszy spektakl "Doktor Dolittle". Zatem nie byliśmy świadomi, że przedstawienie nie rozpoczyna się jak zwykle o 13-tej, ale pół godziny później. Spędziliśmy więc 30 minut w teatrze grając na parapecie w planszówkę wydrukowaną w programie teatralnym (za pionki i kostkę posłużyły nam monety), a po spektaklu o kwadrans spóźniliśmy się do Fariny na obiad- goście już na nas tam czekali. I tak oto jeden niewinny kwadransik spóźnienia miał dalekosiężne skutki- szczęśliwie nie były to skutki poważne.
W ramach sprawiania przyjemności tym, których kocha, postawił nam Solenizant pyszny (i niestety nietani- pierwszy raz TAKĄ kwotę widziałam na rachunku z restauracji!) obiadek.
Ale nic się nie martw drogi P.- tym razem dostaniesz swoje urodzinowe klocuszki, już Grzesiek o to zadbał- mam nadzieję, że się zdołam mu wypłacić;-)

Udało nam się z Truśką wynegocjować Karmę zamiast Mięty czy Dyni na przedteatralne drugie śniadanko- Truś wystąpił w swoim nowym fraczku:

Kącik dziecięcy z ikeowską kuchenką w Karmie nadal Truśkę fascynuje. Ciekawe, jak długo jeszcze?

W teatrze z planszówką:

15:58, dsmiatek
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 148