RSS
piątek, 23 września 2016
Nie chwal dnia przed zachodem słońca

Już pochwaliłam, że dwie noce obyły się bez strat i pewnie pies przestał się frustrować pobytem u nas i brakiem ukochanego Pawła. Wczoraj wieczorem wracałam do domu z duszą na ramieniu, bo Zmora miała dwie godziny spędzić sama w naszym mieszkaniu. Wracam, a tu nic, żadnych strat, piesek wita się ze mną radośnie w progu, z zadowoloną miną, ze nic nie zmalował.
Niestety, życie nie może być piękne zbyt długo. Bilans dzisiejszej nocy jest taki, że Zmorka pogryzła turystyczne buty Ciecha, takie wypaśne za kilka stówek, które miały mu służyć przez lata, bo solidne i niewiele może im zaszkodzić. Cóż, producenci nie przewidzieli Zmory, a ja zapomniałam, że te buty stoją u nas głęboko pod półką od czasu, kiedy Ciech pożyczył je P. na naszą wyprawę zimową do Pięciu Stawów. No i teraz muszę Ciechowi oddać kasę, żeby sobie nowe buty kupił. Szczęśliwie koleżanka obiecała, że zabierze zniszczoną parę do swojego zaprzyjaźnionego szewca, który może zdoła je choć trochę zreanimować- będą dla P.
Wobec  tej tragedii niewielkie ubytki w basenowych klapkach Trusi (ale takie, które uniemożliwiają korzystanie z nich) i pogryzienie moich kulinarnych notatek ściągniętych z kuchennego regału to rzeczy zupełnie bez znaczenia.

Niniejszym udowodnione zostało, że Zmora jest jednak nieprzewidywalna i niereformowalna. A ja tęsknię coraz bardziej za moim ukochanym przytulaśnym pieskiem- jutro rano się wreszcie zobaczymy. Zaś ze Zmorką musimy się jeszcze przemęczyć do wtorku:-(

08:19, dsmiatek
Link Komentarze (4) »
czwartek, 22 września 2016
Spacer w Dolinie Bętkowskiej

To już chwilkę temu było, jeszcze za czasów resztkowych letnich upałów,  w pierwszy albo drugi wrześniowy weekend. Słonko przypiekało i raziło mocno w oczy, a my postanowiliśmy wybrać się w niedaleki plener, odwiedzić zaniedbane przez nas od paru lat podkrakowskie dolinki, przypomnieć sobie, jak jest pięknie tuż pod nosem. Kiedyś bywaliśmy tu regularnie, od czasów Trusi skupiliśmy się bardziej na aktywności warsztatowej, teatralnej lub dalszych eskapadach. A wystarczy pól godzinki jazdy samochodem żeby znaleźć się w innej niż codzienna rzeczywistości.

Ten domek to moje marzenie- niestety, nic nie wskazuje na to, żeby ktoś zamierzał mi go sprezentować:-(

Hercia okazała się psem bardzo lubiącym wodę, wskakuje z radością do strumyków i kałuż. Woda lubi też Hercię, co oznacza, że Herze futerko mocno nasiąka wilgocią i nie daje się osuszyć ręcznikiem. Trzeba czekać aż wyschnie w słońcu. A taka świeży wykąpana i wysuszona Hercia staje się jeszcze bardziej miękka i puszysta. Nawet stópki się jej puszą- bo Hera to psi hobbit i ma włochate stopy;-)

Trusia włochatych stópek nie ma i po kąpieli nie puszy się tak jak Hera, ale wodę też lubi, nawet tak lodowatą jak ta w strumyku. Co prawda Córka twierdziła, że wcale nie jest jej zimno w nogi, ale moja teoria jest taka, że stopy tak jej zamarzły, że czucie w nich straciła;-)

Ciekawe, czy jeszcze będzie nam darowany taki ciepły jesienny weekend w naturze? mam nadzieję, że tak, że tegoroczna jesień ma dla nas mnóstwo pięknych słonecznych dni.

10:53, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
Zmorzy raport

Dwie kolejne nocki minęły spokojnie, tzn żadnych większych zniszczeń nie zanotowaliśmy. Zmorka spożyła tylko jedną parę zapomnianych gdzieś sznurówek i kawałeczek listwy przypodłogowej, którą i tak w większości dawno temu oderwała Klucha. Co prawda piesek miał napad aktywności w okolicach godziny pierwszej i postanowił pobawić się zabawką, ganiając po całej dostępnej chałupie i podrzucając ją sobie oraz popychając, co zdołało skutecznie wybić ze snu biednego P., ale jest to już zupełnie malutka niedogodność w porównaniu z poprzednimi ekscesami. Ale barykady są co  wieczór wznoszone, blokują jej dostęp do wszystkich możliwych do zablokowania pomieszczeń. Zaniepokojonych i zbyt małą przestrzeń dla pieska spieszę  uspokoić, że zostaje jej całkiem sporo, bo otworem przed zwierzątkiem stoi kuchnia, przedpokój i duży pokój, a to wcale niemało.  Dziś kolejne wyzwanie przed nami- Zmorka musi zostać sama w naszym mieszkaniu na jakieś dwie godziny. Mam nadzieję, ze jak wrócę, to nie zostanę zjedzonej połowy biblioteczki, której nijak zablokować się nie da, ani wybebeszonej zawartości szafy- przesuwne drzwi nawet dla kota nie stanowią żadnej bariery.
Niestety okazuje się, że psiątko zostaje z nami do wtorku, bo dopiero wtedy z wakacji wraca Paweł. Może jednak wszyscy przeżyjemy i jakoś się nawzajem dopasujemy do siebie. Szkoda mi tylko Herci, która wciąż pozostaje na wygnaniu u Ciecha, dopieszczana co prawda nie tyko przez niego, ale i przez Ewcię i Wojtkowego współlokatora. Niestety Ciech nie zgadza się na zamianę i zdecydowanie woli naszą spokojną jamniczkę od szalonej Zmory, zaś oba psy kompletnie się nie dogadują ze sobą.
Na plus trzeba zaliczyć Zmorze, że bardzo fajnie chodzi na  smyczy i spacer z nią jest całkiem przyjemny. Poza tym, jak już skończy szaleć i wreszcie usadzi się na kanapie lub podłodze, to prezentuje się bardzo elegancko i też potrafi być przytulaśna. Bo to przecież inteligentny i kochany pies, tylko z ADHD;-)

10:02, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 20 września 2016
Liczenie strat

Po dzisiejszej nocy do bilansu strat dopisuję dwie pary butów P. (Zmora zjadła po jednym z każdej pary), szminkę P. oraz mydełko w płynie i rolkę papieru toaletowego w kolorze intensywnie niebieskim (włamała się do małej łazienki). Ciekawe, czy dziś będzie miała biegunkę w kolorze niebieskim? W każdym razie moje wczorajsze buty doprawione olejkiem do ust wyraźnie jej zaszkodziły, w związku z czym zakupała dywan, który musiałam wyrzucić- dywanik znalazł się w bilansie wczorajszym.

Jeszcze przed nami 5 lub 6 nocy...

09:15, dsmiatek
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 19 września 2016
Kasztanowe żniwa

Tegoroczne zapowiadają się wspaniale- już teraz kasztany znajduję dosłownie wszędzie- wkładam rękę do kieszeni, a tam kasztan siedzi. Zaglądam do torebki- tu też zalęgły się brązowe kulki. Rozgościły się na stole w pokoju, na komodzie w sypialni. Ale wciąż nie mamy ich dość.

A to przecież dopiero początek.

Zaczęło się od całkiem malutkiego kasztanka w Ogrodzie Doświadczeń:

Potem przybyły następne do towarzystwa:

Wkrótce w pudełku zabrakło miejsca:

Miseczka też niebawem okazała się za mała:

Truś wciąż znosi nowe egzemplarze:

W niedzielę przybyły kolejne:

Niedługo nazbiera ich tyle, że będzie można dla Lulisi basenik z kasztanami (zamiast piłeczek) stworzyć;-)

Dziś plucha, a jeszcze niedawno było tak:

Ale co tam plucha- sukienka z najnowszej kolekcji KOTM rozjaśnia ponury weekend i początek tygodnia:

Ta sukienka to przedmiot mojej wielkiej zazdrości. Też chcę taką kratkę! A jakbym miała dłuższe włosy, to po oficjalnych godzinach sama bym sobie spięła włosy żółciutką chmureczką:

I jeszcze małe umilacze na dobry dzień- zdarza mi się w ten sposób nakryć Trusi do śniadania- zwykle w te dni, kiedy ona jeszcze może sobie pospać, a ja już muszę biec do pracy:

Można też z dodatkiem kasztanów, które same wpadły mi w ręce na porannym spacerze z Herą:

A tymczasem Paweł pojechał nacieszyć się włoskim słońcem, nam zaś przypadła "przyjemność" opiekowania się jego Zmorą. I chociaż twierdził ostatni, że demonizujemy jego kochanego pieska, który jest najspokojniejszym czworonogiem na świecie, to po dobie opieki mamy minus jedną parę skórzanych nowych sandałów (bardzo wygodnych na dodatek, na wyprzedaży sobie zakupiłam), olejek do warg Isadory, dzisiejszy obiad w postaci czterech schabowych, dywanik z Ikei, ciasteczko maślane zakamuflowane przez Trusię na czarną godzinę plus plastikowy pojemnik, w którym siedziało (ponieważ pojemnik był solidny, więc żeby dostać się do ciasteczka musiała Zmora najpierw z pudełkiem się rozprawić). Do tego jedną (na razie) nędznie przespaną noc oraz Herę na wygnaniu u Wojciecha- Zmora taka była namolna i tak biedną Herę nieustannie obwąchiwała, na co Hera, niechętna do kontaktów z przedstawicielami swojego gatunku, reagowała warczeniem, ujadaniem i szczerzeniem zębów, że Ciech postanowił uratować Herę od nerwicy i zabrał ją na trochę do siebie. Szkoda, że Zmory zabrać nie chciał:-(
Odliczam dni to powrotu Pawła- niestety nastąpi to dopiero w niedzielę wieczorem- przed nami jeszcze wiele do stracenia:-( 

18:36, dsmiatek
Link Komentarze (1) »
czwartek, 15 września 2016
Dzień ostatni na Słowacji

Po długiej wycieczce na Dziumbir ostatniego dnia postanowiliśmy aktywnie wypocząć. Wybraliśmy zatem naszą ulubioną dolinkę ratunkową, czyli Dolinę Kwaczańską. Miejsce jest piękne, kiedyś biegła tędy droga łącząca Orawę z Liptowem- nie mam pojęcia, jak tą trasę przebywały pojazdy, ale podobno dawały radę. trasa nie jest długa, chociaż gdyby zrobić pętlę z Doliną Prosiecką to wyszłaby całkiem porządna wyprawa. Ale my takich planów nie mieliśmy- tylko dojście do Młynów na Obłazach, tam piknik w towarzystwie miejscowych kóz, wykradających turystom lunch (zupełnie nie są wybredne, zjedzą wszystko, co upolują), ewentualnie chlapanie w potoku dla młodzieży starszej i młodszej. Punkt obowiązkowy dla P.- zwiedzanie młynów. Za każdym razem niezwykle go fascynują i długie minuty wgapia się w młyńskie koła i inne mechanizmy. Ale przecież nigdzie się nie spieszyliśmy, pogoda była piękna, Luliś drzemał w nosidle, a Hera dzielnie odstraszała kozy, więc nie popędzaliśmy nikogo. Na koniec jeszcze zboczyliśmy ociupinkę do wodospadu i o przyzwoitej porze wróciliśmy do domku- można się było jeszcze nacieszyć szumem strumyka, graniem świerszczy, piankami z ogniska (pianki jemy raz w roku, tylko na Słowacji i tylko z ogniska- chociaż wcale za nimi nie przepadam, to też jest punkt obowiązkowy liptowskich wakacji), mydlanymi bańkami i tym podobnymi zupełnie zwyczajnymi, ale jakże przyjemnymi wakacyjnymi rozrywkami.

Z powodu mężowskiej fascynacji młynarstwem (coś tam mu widać w genach zostało, bo pradziadek P. zdaje się że coś z młynem miał wspólnego- a może to nie młyn był tylko karczma? - karczmy też P. całkiem lubi;-)) odkryłam, że większość zdjęć z tego dnia stanowią koła młyńskie, zębatki rozmaite tudzież inne elementy młynarskiej architektury i oprzyrządowania. A gdzie namolne kózki? Gdzie pluskający się w rzeczce Luliś? Gdzie brodzące w strumieniu dziewczyny? Tylko we wspomnieniach moi państwo niestety;-)

A jednak znalazły się kózki:

15:48, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
środa, 14 września 2016
Wycieczka na Dziumbir

To była druga nasza prawdziwa górska wyprawa. Oczywiści wspomogliśmy się krzesełkami i gondolką na Chopok, bo kto by się chciał wspinać mozolnie pod górę w słońcu i upale, skoro może na nią wjechać, a potem granią Niskich Tatr, podziwiając przepiękne widoki na każdą stronę, powędrować na ich najwyższy szczyt, czyli Dziumbir.  Tu już dzielnie towarzyszyła nam Hera- do Słowackiego Raju nie mogliśmy jej zabrać, bo na pionowych drabinkach nie miałaby szans, a na ażurowe stopnie boi się wchodzić. Zatem czekała na nas w domku i wygląda na to, że chyba na ten czas zahibernowała, bo jedzenie i woda były nietknięte, nie było też żadnych śladów jej działalności na podłodze.

W drodze nie Dziumbir żadne powyższe przeszkody nie występują, a przepaście, strome podejścia i zejścia Herze niestraszne.

Oczywiście z Dziumbira schodziliśmy piechotą, wypatrując świstaków i kozic, które kiedyś, dawno temu przed epoką Trusi, tu właśnie spotkaliśmy. W tym roku zwierzyna nie była dla nas łaskawa- nie pokazał się żaden świstak, koziołek ani niedźwiadek. Nawet węża nie spotkaliśmy. Tylko żabki w kałużach, kruki i drapieżne ptaki.
Chociaż jeśli chodzi o niedźwiedzie, to może lepiej, że nie stawały nam na drodze- jeszcze by Herę albo Lulisia schrupały. Bo taki Luliś to jest całkiem do schrupania i nie trzeba wcale być niedźwiedziem, żeby mieć na to ochotę;-) Hercia też bywa słodka;-)

15:46, dsmiatek
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 12 września 2016
Słowacja część druga

W tym roku udało nam się zrealizować dwie poważniejsze górskie wycieczki- jedną do ukochanego przez Truśkę Słowackiego Raju- ponieważ byli z nami "nowi ludzie", to pokazaliśmy im trasę nam już znaną, ale chyba najbardziej w Słowackim Raju spektakularną, czyli szlak wzdłuż Hornadu. W ramach modyfikacji zboczyliśmy z niej na Klastorisko, gdzie też czekały drabinki i łańcuchy oraz kilka wodospadów w gratisie:-)

Tak, tak, wzrok was nie myli, Luliś maszeruje w skarpetkach;-)

CDN

20:47, dsmiatek
Link Komentarze (3) »
niedziela, 11 września 2016
Słowackie wakacje 2016- część pierwsza

Mam świadomość, że wiele ujęć powtórzy się, że te same miejsca i niemalże te same sytuacje już były przed rokiem, dwa, trzy lata temu. Bo przecież w to samo miejsce jeździmy do lat, odwiedzamy podobne zakątki i zapodajemy sobie te same ulubione rozrywki. Trusia nie wyobraża sobie lata bez choćby tygodnia w ukochanym Liptowie, a wakacje na Słowacji nie będą się liczyć, jeśli nie zaliczymy Doliny Ziarskiej, Chopoka, Słowackiego Raju, Tarzanii czy Tatralandii. Ot, taka karma i już;-) Ale nic nie szkodzi, grunt, że wciąż nas to bawi:-)

Zresztą, tak jak fajne jest poznawanie miejsc zupełnie nowiutkich, tak fajne są też miejsca dawno już oswojone. Każde mają swój urok, każde tak samo kuszą, żeby albo je poznać, albo w nie powrócić.  Zatem poznajemy nowe-w tym roku Danię i z radością wracamy do starych dobrych miejsc-przyjaciół, zapoznając z nimi wciąż nowe bliskie nam osoby. Kiedyś, jeszcze przed Trusia, byli do koledzy naszych starszych dzieci, ich ulubieni kuzyni, babcie, mój brat i jego dzieciaki, "drugie połówki" naszych wyrośniętych Pisklątek, a w tym roku szkolna koleżanka Trusi i jej zaprzyjaźnieni z nami Rodzice. Ciekawe, kto się z nami wybierze za rok. Bo oczywiści mowy nie ma o tym, żeby Słowacji w przyszłorocznym wakacyjnym harmonogramie miało zabraknąć- Truśka już zapowiedziała, że najchętniej pojedzie tam za rok na dwa tygodnie, bo jeden to za mało.

A co w tym roku na Słowacji się działo?

Ano- tradycyjnie po niedzielnej mszy było pluskanie w fontannie. Pamiętam ten pierwszy raz, kiedy, jeszcze nieświadomi nowej rozrywki, która na Mikulaskim rynku powstała, nie zabraliśmy ze sobą ubrań na zmianę i dziewczyny wracały do domku w mokrych majtkach tudzież reszcie przyodziewku. Teraz zabieramy komplet odzieży na zmianę, bo wiadomo, że w fontannie kąpiel jest obowiązkowa, a całkowite przemoczenie ubrania należy do koniecznego rytuału. Bez tego wakacje pewnie nie byłyby ważne.
W tym roku do pławiącej się ferajny dołączyły Kinga i Luliś.

Rozrywki przydomkowe też są stałe i niezmienne- jeżdżą z nami zielone huśtawki na linach, które montujemy do miejscowych stelaży, między drzewami zawisa mój żółty hamak (czytanie w hamaku jest jedną z fajniejszych moich słowackich rozrywek) i rozpina się slack-line. I oczywiście bańki mydlane- to też must be :-) W tym roku zabrakło czasu na latawce, kometkę i Grześkowego dronika. Ale bieganie po strumyku, budowanie tamy i podobne mokre rozrywki rozpoczynały się często jeszcze przed śniadaniem Trudno przecież nie wykorzystać takiego fajnego potoczka szumiącego tuż pod oknem.

Do dużej Tarzanii nasze dziewczyny jeszcze nie dorosły- muszą osiągnąć 150cm wzrostu, żeby bez problemów samodzielnie przepinać się na platformach. Zatem pod koronami drzew grasowali chętni dorośli (Bunio-Grześki i tatuś Kingi), dziewczynki pomykały na małej Tarzanii, ale pozostali piastowali Lulisia, który na żadne linowe rozrywki jeszcze się nie kwalifikował i objadali się jagodami, których całkiem sporo rośnie w tym miejscu.

Oczywiście Tarzania nie mogła być jedyną aktywnością w ciągu dnia- przegoniliśmy też towarzystwo na małą wycieczkę w dół z Jasnej do Demianowskiej i w górę z powrotem przez Ostrebok- a co, na przyjemności (wspinaczkę linową) trzeba sobie zapracować;-)

Hera spisywała się na szlakach doskonale, na swoich krótkich czterech łapkach pokonywała trasę dwa razy, pilnując tych, co na przedzie i wracając po wlokących się w ogonie. I wcale nie narzekała na upał czy zmęczenie- cały czas oczka jej się śmiały z radości, że jest z nami:-)

Hercia przejawiała też niezwykłe upodobanie do pławienia się w kałużach i strumyczkach- bardzo w tym przypominała Kluchę, która żadnej, nawet najbardziej błotnistej kałuży nie odpuściła. Hera szczęśliwie jeszcze omijała też najgorsze, pokryte rzęsą, ale tymi mniej zarośniętymi nie gardziła bynajmniej, zaś do strumieni wskakiwała w ogromną radością:-)

Generalnie pies bardzo pilnował, żeby go przypadkiem nie zapomnieć zabrać na wycieczkę- nawet do bagażnika się sama pakowała- chociaż bynajmniej nie w bagażniku podróżowała;-)

Z wycieczki do naszej najbliższej Ziarskiej Doliny okazało się, że zdjęcie mamy tylko jedno- był to jedyny dzień, kiedy pogoda nam nie dopisała- było okrutnie zimno i wietrznie, do tego od czasu do czasu przelatywały mżawki- Lulisia prawie żeśmy zamrozili w nosidle. Na szczęście odtajał w schronisku. Hera tego szczęścia nie miała- co prawda po drodze specjalnie nie zmarzła, bo się intensywnie ruszała, ale z ciepłego schroniska ją wyrzucono (jednocześnie tolerując w środku miejscowe koty!). Solidarnie zostałam z nią na dworze- uważam, że było to torchę nie w porządku, bo pogoda naprawdę była wredna, wewnątrz nie kłębił się tłum, było raczej pustawo, a Hera mogła spokojnie siedzieć sobie pod stołem, czego o kotach powiedzieć się już nie da!

I na tym dzisiaj skończę, żeby was tą słowacką gadaniną nie zanudzić i żeby mi temat na kolejny wpis został;-)
Zatem- cdn

19:14, dsmiatek
Link Komentarze (1) »
czwartek, 08 września 2016
Chyba jednak polubię jesień

Bo nie da się ukryć, że chociaż temperatury środkowoletnie, a do równonocy jeszcze jakieś dwa tygodnie, to wrzesień do lata nie przynależy, lecz jesiennym miesiącem jest. Wcześnie zapadające ciemności co prawda sprawiają, że gdy tylko słonko zajdzie mam ochotę powędrować do łóżka i dziwię się, że godzina jeszcze za wczesna na takie ekscesy. Niestety nic twórczego za bardzo nie chce mi się w tej pozornej nocy robić, zatem dzienna aktywność skróciła mi się znacznie, co skutkuje jeszcze większym niż normalnie niedoczasem. I właściwie mogłoby to spokojnie wywołać jesienną depresję, ale na razie szczęśliwie jej u siebie nie widzę. Zaś poranna mgła rozświetlona słońcem sprawiła dziś, że aż chciało się żyć, wdychać zapach liści i wilgoci. Żałowałam, że nie potrafię tej złocistej mgły zatrzymać na fotografii...

A takie typowo jesienne szare mgły to też właściwie lubię- z trudem rozpoznaję wtedy znajomą okolicę, mam wrażenie, że gubię się pod własnym domem- ale nie jest to wcale takie złe odczucie. Złoszczę się tylko gdy taka mgła przechodzi w fazę przewlekłą;-)

Czasami już śni mi się zima i wyjazd na narty- niestety na razie nie są to przyjemne sny :-(

I gramy ze Strusiem w planszówki po letniej stagnacji w tym temacie- wczoraj ograła mnie w scrabble!

19:20, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 157