RSS
niedziela, 04 grudnia 2016
Podwójna Barbórka

Taka okazja trafia nam się co roku, gdyż obie nasze mamy na imię mają Barbara. I oby trafiała się jeszcze długo.

Tradycyjnie zatem pierwszy weekend grudnia spędzamy w naszym rodzinnym mieście na świętowaniu w gronie rodzinnym. Całe szczęście, że jest to nasze wspólne rodzinne miasto i musimy tylko podzielić imprezy na dwa dni tego samego weekendu.

W sobotę zatem bawiliśmy się na imieninach Babci Barbary:

Wspólna i na razie jedyna  Prawnuczka obu solenizantek:-)

W niedzielę świętowaliśmy u Babci Basi

Skoro obie babcie miały tak samo na imię, to nasze dzieci jakoś musiały je odróżniać. Zatem już we wczesnym dzieciństwie Pierwszej Wnuczki, czyli Buni, jedna babcia została Barbarą, a druga Basią. I tak pozostało do dziś.

A ja mam wrażenie, że od Barbórki grudzień zaczyna nabierać szaleńczego tempa. Analiza najbliższego czasu i zadań do wykonania, przeprowadzona w wolnej chwili powrotu samochodem do domu, wykazała, że nijak się ze wszystkim nie wyrobię. Jak co roku zresztą;-)

 

21:35, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 28 listopada 2016
Sobota- już ostatnia w listopadzie

Znowu bez fajerwerków, ale owocna i całkiem fajna, mimo szarości i smogu na zewnątrz. Dla mnie jedyny dzień weekendu, bo niedzielę spędziłam w pracy.

Przed południem magiczny Kraków- Truśka dyskutowała w Muzeum Archeologicznym "Czy Egipcjanie chodzili w gorsetach?" i tkała dla mnie zakładkę, a ja tymczasem uzupełniałam bożonarodzeniowe i mikołajowe prezenty.
Potem kawa i lemoniada na Grodzkiej w Cupcake Corner- przy frontowym oknie z widokiem na ulicę:-) Oprócz delektowania się kawą i ciastkami można się było pogapić- trochę tak, jakby się oglądało film dokumentalny;-) Lubię siedzieć przy frontowych oknach.

 

Trochę magii w szary dzień:

Potem wypad do Ikei na kuchenny rekonesans. Wiem, w weekendy Ikei należy unikać, ale cóż zrobić, kiedy tylko wtedy Pan Mąż ma czas, żeby się tam wybrać.
Zaraz po wejściu Trusia przepadła na piernikowaniu;-)

Mimo prawie 10 lat Truśka wciąż lubi być wożona w wózku;-)

Trusia bardzo chciała się załapać na warsztaty z szycia skandynawskich koników, ale trzeba było czekać aż zwolni się miejsce. Ponieważ nie chciało nam się  tkwić w mocno zaludnionym sklepie, obiecałam jej takie warsztaty w domu. Zatem po powrocie rozpracowaliśmy wreszcie Trusiową maszynę do szycia, którą dostała w prezencie pierwszokomunijnym od swojej chrzestnej mamy, a zarazem starszej siostry.

I tak oto powstał pierwszy konik:

A ponieważ w niedzielę rozpoczynał się adwent, to musiałam sobie urządzić warsztaty z wypełniania niespodziankami kalendarza adwentowego.

Na koniec dnia jeszcze partyjka Labiryntu:-)

21:21, dsmiatek
Link Komentarze (1) »
piątek, 25 listopada 2016
Black Friday

Od rana rozćwierkały się SMS-y, poczta mailowa zapełniała się w większym niż zwykle tempie. Black Friday, ale też White albo Pink od tych, którzy chcieli być bardziej oryginalni i zerwać z dominującą czernią. 20%, 30%, 50%, do 70% przeceny! Przed centrum handlowym, do którego pojechałam odebrać zamówienie trudno było znaleźć miejsce do zaparkowania.

A my, na przekór czarnym piątkom, świętujemy Dzień Pluszowego Misia:-)

Obecnie na stanie są dwa ukochane Pify- Duży Pif i Mały Pif. Duży, starszy, rzeczywiście nazywa się Pif, małemu Truśka wciąż zmienia imiona na kolejne wykwintne, dzisiaj na przykład jest on Blanką. Ale ja i tak wiem, że naprawdę nazywa się Małym Pifem, tak jak pewna Zofia jest Gertrudą i już! 

Z okazji swojego święta dostały Pify nowe koszulki, czapeczki i porteczki z Endo. Ale Mały jest za malutki i koszulka wygląda na nim jak sukienka, a spodenki z ogonka mu spadają, więc musi chodzić z gołą pupą;-)

Oto Pify- przy stole:

i w środowisku naturalnym, czyli Truśkowym łóżku z rezydującym tu zaprzyjaźnionym Muchomorem:

Czasem odwiedzają naszą kanapę:

przeważnie razem z Właścicielką:

Pify są rzeczywiście idealne do przytulania, docenia je nawet Lulisia, która doskonale wie, gdzie mieszkają i za każdym razem, gdy do nas przychodzi idzie się z nimi przywitać. Przytula się też do nich, gdy jej smutno bez mamy.

Hera też miała swojego misia- do środy do tej samej środy. Ponieważ w ciągu paru minut go zamordowała, to teraz ma misiowe zwłoki, które dalej maltretuje:

Pifów na szczęście nie rusza:-)

19:42, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 22 listopada 2016
Słowotwórstwo

Truśka opowiada, co wczoraj w czasie krótkiej roboczej wizyty u Ciecha porabiał Luliś.

Otóż Luliś BĘBENKOWAŁ przy pomocy chrupek oraz KOTKOWAŁ, czyli miauczał i naśladował Ciechowego Benia.
Bo nie wiem, czy wiecie, ale do rodzinnego grona dołączył jakiś czas temu nowy członek- kotek, którego Ciech i Ewa zabrali z fundacji ratującej koty.
Zatem koty w rodzinie górą, bo są trzy, a psy tylko dwa. Najwyższy czas postarać się o towarzystwo dla Hery;-)

A propos Lulisi:

Całkiem spory człowieczek z niej wyrósł. I dzielny piechurek:-)

21:52, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 21 listopada 2016
Bez fajerwerków

Taki był nasz ostatni weekend. I przyznać muszę, że bardzo czasem tęsknię za sobotą i niedzielą spędzoną na miejscu, w domowych pieleszach. Te pielesze to co prawda raczej poetycka przenośnia, bo ci, co mnie znają, wiedzą, że na miejscu długo nie usiedzę. Tu pielesze są rozumiane jako Kraków, bez wyjazdów i spinki.

Zatem mając taki wolny weekend poszłam sobie w sobotę o poranku na swoją siłownię, uprzednio zapodając rodzinie pankejki na śniadanie- wreszcie był na czas, żeby je usmażyć:-)
A o 11.30 znaleźliśmy się w jednym z moich ulubionych ostatnio miejsc w Krakowie, czyli na kampusie UJ- Truśka słuchała sobie wykładu "Po co ludziom wynalazki?", zaś my spacerowaliśmy z Herą, podziwiając otoczenie i powstrzymując się od zbierania kolejnych okazów do Truśkowego zielnika- bo taki zielnik wciąga i może stać się nałogiem;-)

Udało nam się nawet spotkać Smoka Wawelskiego na Kampusie;-)

Po Truśkowym wykładzie ruszyliśmy do miasta, gdzie Trusia miała mieć warsztaty na Krupniczej. P. pojechał odwieźć Herę do domu, a my z Córką przespacerowałyśmy się Grodzką, odwiedzając po drodze ulubione Absurdalia i adoptując stamtąd kolejnego jamnika;-)

Krupnicza to jedna z moich ulubionych krakowskich ulic, zatem z przyjemnością przespacerowałam się nią na, także ulubiony, Plac Szczepański, zatrzymując w pamięci (komórki;-)) miejsca, które nam się tu dobrze kojarzą:-)

Ulubione na drugie śniadania- Karma

i Dynia:-)

Na Placu Szczepańskim też mam swoje ukochane miejscówki- księgarnię w Kamienicy Szołayskich

i bistro Charlotte- też świetne na drugie śniadanko:-)

Centrum Młodzieży na Krowoderskiej to całkiem nowe odkrycie- tyle razy tędy przechodziłam i nigdy nie zajrzałam za bramę!

Ostrzę sobie ząbki na kino Paradox- miałam nadzieję, że może w niedzielę po kapucynach uda nam się tu seans "Biura Detektywistycznego Lassego i Mai", ale obowiązki rodzinne nie pozwoliły. I muszę koniecznie dopilnować spacerów dla dzieci po Krakowie- wyglądają ciekawe. Widziałam też, że w miniony weekend mieli fajne warsztaty z architektury o wieżach. Cóż, szkoda, że nie można mieć wszystkiego:-(

Po warsztatach obiadek- gdzieżby indziej jak nie w ukochanej przez Trusię Mięcie

Było pyyyysznie:-)

Wieczorem jeszcze do kina na "Fantastyczne zwierzęta" wyskoczyłyśmy.
A w niedzielę było rodzinnie:-)

I tak oto minął weekend bez fajerwerków. Następny już za 4 dni:-)

 

 

19:20, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 20 listopada 2016
Zielnik

Mimo mojego bojowego nastawienia, żeby zielnik w listopadzie zbojkotować, złamałam się i zadanie zostało odrobione. I chociaż zbieranie okazów późną jesienią nie jest łatwe, ale okazało się jednak łatwiejsze niż myślałam. Zaś suszenie, przyklejanie, opisywanie sprawiło nam z Trusią dużo frajdy. Prawdą jest  jednak, że robienie zielnika jest zadaniem dla rodzica i dziecka, albowiem czwartoklasista nijak samodzielnie tego wykonać nie da rady. Zwłaszcza jeśli chce dostać dobrą ocenę i sprostać wymaganiom nauczycielki. 

A teraz się pochwalimy- oto nasz tegoroczny zielnik:

Oczywiście to tylko jego fragmenty, udało nam się zebrać 41 okazów, a nawet więcej, ale części liści nie potrafiłyśmy przypasować. Bo to wcale nie jest łatwe! Bez żadnej wskazówki znalezienie nazwy gatunku, z którego liść pochodzi jest prawie niemożliwe.

Niestety, nasze wspaniałe dzieło nie zostało oddane w terminie, albowiem we czwartek Truś zaniemógł i musiałam ją odbierać ze szkoły. Zaś w piątek została w domu i oddawała się chorowaniu w towarzystwie wiernej psiej przyjaciółki;-)

Dobrej nocy. I miłego nowego tygodnia:-)

20:37, dsmiatek
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 14 listopada 2016
Długi weekend listopadowy

Skoro nasz już to szczęście spotkało, że mieliśmy trzy dni pod rząd wolne od zawodowych obowiązków, to postanowiliśmy zrealizować obietnicę poczynioną w maju. Dla niepamiętających (czyli ogół€ czytelników;-)), na długi weekend majowy zaplanowałam wycieczkę do wrocławskiego zoologu, będąc przekonana, że większość ludzkości wiosenną majówkę spędza w plenerze, daleko od dużego miasta. Niestety, większość ludzkości widocznie z podobnego założenia wychodziła, spotkaliśmy się więc w gigantycznej kolejce pod kasami. Po dwu i półgodzinnym staniu udało nam się zdobyć bilety (w międzyczasie Trusia z Tolą i P. zdążyli popływać statkiem po Odrze), ale do największej atrakcji, czyli Afrykarium, wejść nam się nie udało, bo i tamże kolejka długaśna stała. Obiecałam sobie wtedy, że kolejna wyprawa do Wrocławia odbędzie się w listopadzie- miesiącu, kiedy rozsądna i wygodna ludzkość piecuszy w ciepłym domu. Byłam przekonana, że późną jesienią, dodatkowo w aurze średnio sprzyjającej spacerom, będziemy jedynymi zwiedzającymi zoo, że gdy pojawimy się przed kasami, ochrona, pukając się w czoła i myśląc o nas niezbyt pochlebnie, w popłochu zacznie szukać kasjera, który będzie mógł sprzedać nam bilety. Tak źle jednak nie było, nie byliśmy odosobnieni w naszych planach weekendowych, ale plan tym razem udało się zrealizować.
Afrykarium zostało zdobyte:-)

W Afrykarium spędziliśmy prawie dwie godziny, podziwiając kolorowe ryby, płaszczki, krokodyle, żółwie, hipki., kotiki, pingwiny, krowy morskie... Poznaliśmy dwa zupełnie nieznane nam wcześniej stworzenia- afrykańskich zjadaczy termitów czyli mrówniki oraz mało urodziwe, ale niezwykle ciekawe golce, żyjące w społecznościach przypominających życie w ulu czy mrowisku.

Spacer po części otwartej zoologu nie był długi, bo pogoda średnio sprzyjała, a i część zwierząt starała się ukryć w ciepłych domkach.

Udało nam się załapać na obiad w restauracji "Przystanek Zoo"- i był to bardzo pyszny obiadek:-)
Nie był to jednak koniec atrakcji, zaplanowanych na ten dzień.

Drugim miejsce, w którym spędziliśmy chyba tyle samo czasu, co w zoo, było Hydropolis.
Niedawno otwarte Muzeum Wody gorąco wszystkim polecam- i duzi i mniejsi znajdą tu atrakcje dla siebie.

Hydropolis mieści się w wyremontowanych budynkach wrocławskich wodociągów, które po powodzi tysiąclecia zyskały nowe oblicze i nowe życie.

W dawnym podziemnym zbiorniku na wodę zorganizowano bardzo ciekawą ekspozycję poświęconą wodzie- można tu "zrobić" sobie swoją autorską burzę, wprawiając w ruch zawieszone pod sufitem walce, można przyjrzeć się chmurom "zamkniętym" w gablotkach, poczytać o ekspedycjach w do najgłębszych miejsc oceanów, zobaczyć modele mieszkających w głębinach stworzeń, przeczytać o morskich potworach... Jeszcze dużo, dużo innych ciekawostek czeka w Hydropolis na ciekawych. A jak się ktoś znuży, to można położyć się na podświetlanej leżance w Strefie Relaksu i odpocząć patrząc na ekran z rozgwieżdżonym niebem i słuchać plusku morskich fal. Głodnych zapraszają dwie kawiarenki z pyszną kawą i deserami.

Selfie w Strefie Relaksu

Przybywajcie zatem do Wrocławia do Hydropolis- warto:-) Z informacji praktycznych- bilet należy zakupić wcześniej przez internet- gdybyśmy tego nie zrobili, to byśmy do muzeum nie weszli.
My też jeszcze bardzo chętnie we Wrocławiu zawitamy- jednak na kolejny raz zaplanowane mamy tropienie krasnali.  Zatem- wiosną czas na wrocławskie krasnale:-)

Zaś długi weekend zaczęliśmy pożywnym śniadaniem:

Chciałam zaproponować Truśce coś innego niż omlet i francuskie tosty, usmażyłam zatem owsiano-bananowe placuszki z jagodami i zmiksowałam koktail czekoladowo-bananowy. Pyszne było, chociaż Trusia, znana konserwatystka żywieniowa, na nieznane racuchy zareagowała "umiarkowanym" entuzjazmem.

15:15, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
środa, 09 listopada 2016
Twórczość

Na początek wiersz napisany przez Trusię w czasie ostatniego pobytu u Babci. Treść jego jest całkowitą literacką fikcją. Nie udało mi się dowiedzieć, co było inspiracją do tej spontanicznej twórczości- czyżby głód?

Obiad

Kiedy zgłodniałam, obiad dostałam
I śledzia, i ogórki w śmietanie,
I pralinki, które ciocia dała mamie,
I kukurydzę, i befsztyk, i ser.
Lecz to wszystko jest nie fair,
Bo Gosia zjadła łososia.

Druga twórczość miała miejsce, gdy Truś przechowywał się u Buni po południu w dniu, kiedy miałam dyżur, a P. jeszcze nie wrócił z pracy. Trusia postanowiła przeprowadzić obserwację swojej Siostrzeniczki.

16.53- rozpoczęcie obserwacji.
Lulin próbuje wziąć syropki i lekarstwa.
Teraz wali się pięściami jak goryl.
Próbuje zjeść banana ze skórką.
Lulin je banana.
Łucja słucha bajki i powtarza ruchy.
Teraz bierze książkę o kropkach oraz wykonuje zadania z niej.
Dzidziuś kończy jeść banana i bierze książkę pod tytułem "Pierwsze urodziny Prosiaczka".
Bunia czyta Lulinowi książki.
Łucja skończyła banana.
Dziecko czyta o pojazdach i przyrodzie.
Lulin tuli się do Buni. A teraz nie.
Dzidziuś rozwala wszystko i robi bałagan, a następnie ciągnie swoją mamę Bunię do regału z książkami i wyciąga książkę o gąsienicy.
Teraz Lulin zrobił bardzo śmieszną minę i tuli swoją mamę.
Łucja wyrzuca skórkę od banana do kosza na śmieci.
Lulin pije wodę.
Bobas wspina się na skórzaną pufę i bawi się ekspresem do kawy.
17.18- zakończenie obserwacji.
Wnioski: Łucja jest małym, słodkim i męczącym dzidziusiem.

Kurtyna;-)

Lulina świeżutkiego na zdjęciu nie mam, ale mam Trusię z ukochanym Braciszkiem:-)

I Hercię mam słodko śpiącą na ulubionym fotelu, umoszczoną na podusi:-)

I chwilowo nic więcej dla was nie mam, ale jak się uda, to na wakacyjnego bloga wrzucę drugi dzień w Kopenhadze:-)

16:29, dsmiatek
Link Komentarze (7) »
niedziela, 06 listopada 2016
Halloweenowe szaleństwo AD 2016

Uff, przeżyliśmy !

 

 

Wreszcie nadszedł koniec straaaasznych rozrywek i przyszła pora na zasłużony grupowy odpoczynek.

Jeszcze chwila z smartfonem w ramach bajki na dobranoc- w przyszłym roku, jeśli znowu dam się namówić na domową imprezę, to muszę zapamiętać, żeby zabrać dziewczynom telefony;-)

I nareszcie cisza- śpią :-)

A żeby nie było, że tylko obcym i "pogańskim" rozrywkom się w tym czasie oddajemy- cmentarz Rakowicki wieczorem 1 listopada:

i lampion dyniowy po drodze- był, jak co roku:

Takich pięknych nie potrafimy zrobić:-(

18:10, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 03 listopada 2016
Co ma wspólnego zadanie domowe z porą roku i pogodą

Dziś pierwszy raz w tym sezonie na rękawach płaszcza zobaczyłam coś przypominającego śniegowe płatki. A parę dni temu musiałam skrobać szyby w samochodzie. Bynajmniej nie dziwią mnie takie zjawiska pogodowe- w naszej szerokości geograficznej o tej porze roku są normalne. normalne jest też to, że trawa na trawnikach po ostatnich jesiennych sianokosach już nie wyrosła, że kwiatki też już raczej nie kwitną, a większość drzew, zwłaszcza po ostatnich silnych wiatrach, stoi sobie golusieńka. Co gorsza opadłe liście w naszej okolicy już wygrabione i wywiezione. A co to ma wspólnego z zadaniem domowym?
Ano przedwczoraj Latorośl Najmłodsza oznajmiła mi radośnie "Mamo, robimy zielnik, mamy go oddać 20 listopada!".
Początkowo posądzałam Latorośl o to, że dopiero teraz sobie przypomniała o zadaniu, które na pewno Mądra Nauczycielka musiała dzieciom zlecić na początku roku szkolnego, kiedy liści i zielsk wszelakich było pod dostatkiem. Pozłościłam się nawet, że Dziecko takie zapominalskie i wszystko na ostatnią chwilę. córka jednak zarzekała się, że zielnik został zadany dopiero pod koniec ubiegłego tygodnia. jako matka-niedowiarka napisałam maile do innych klasowych rodziców- wszyscy jednak, zebrawszy wywiad od swoich pociech, zgodnie stwierdzili,  że Pani Od Przyrody wpadła na pomysł zielnika pod koniec października.
Napisałam zatem uprzejmego maila do Pani, czy aby jest to rzeczywiście pomysł adekwatny do pory roku i czy nie dałoby się przenieść zadania na wiosnę, kiedy znowu się zazieleni i zakwitnie. Jak dotąd nie dostałam odpowiedzi i rozważam, czy:
1- wykorzystać bezczelnie listnik, który robiliśmy jeszcze z Bunią i który posłużył potem Pawłowi i być może też Ciechowi, bo piękny był wielce- mam nadzieję, że Bunia gdzieś go jeszcze ma
2- przedstawić pani zielnik ubiegłoroczny, robiony przez Trusię i oczywiści mnie (!) poprzedniej jesieni (szczęśliwie zadany w odpowiednim jeszcze czasie do zebrania okazów)
3- całkowicie zbojkotować zadanie i zaakceptować jedynkę u Córki
4- ostentacyjnie zebrać to, co jeszcze się na trawniku ostało i potraktować pracę mało ambitnie i na odczep.

A dlaczegóż piszę o sobie, skoro dawno już szkołę skończyłam i teoretycznie temat zielników mnie nie powinien dotyczyć? Ano dlatego, że samodzielne wykonanie zielnika przez ucznia klasy IV szkoły podstawowej nie jest możliwe. O ile zebranie liści i sprasowanie ich w książkach może on wykonać sam, to na pewno nie odnajdzie samodzielnie ich pełnych nazw polskich i łacińskich oraz informacji o roślinie- a takie są wymagania Pani Od Przyrody.
Może lepiej by było, gdyby nauczyciel pokazał dzieciom, jak prawidłowo szukać rośliny w książkach czy necie, żeby ją zidentyfikować. W zeszłym roku sporo się nabiedziliśmy wpisując np. "fioletowy kwiatek leśny" i próbując obczaić, do którego nasz okaz jest najbardziej podobny.

Pani zażyczyła sobie dodatkowo, żeby pod każdym okazem, poza jego nazwą polską i łacińską oraz informacjami o roślinie, podać jeszcze przez kogo i kiedy został on zebrany. W opcji pierwszej trzeba by zatem, chcąc być zgodnym z prawdą, napisać- zebrano w Ogrodzie Botanicznym w Krakowie jesienią roku pańskiego około 2000!

17:29, dsmiatek
Link Komentarze (8) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 159
Archiwum