RSS
wtorek, 27 czerwca 2017
Bładząc w skalnym labiryncie

Wydaje mi się, że kiedyś musiałam być na Szczelińcu (najwyższy szczyt w Górach Stołowych), ale zupełnie tego nie pamiętam. Chociaż nazwa nie jest mi obca. Natomiast Błędne Skały po raz pierwszy- nieświadomie- zobaczyłam w Opowieściach z Narni, zaś kolejny w jakiejś  Mężowskiej gazetce. Zobaczone wtedy zdjęcia natchnęły mnie do wyruszenia w Góry Stołowe i praktycznie od razu zasiadłam przy kompie i zarezerwowałam nam nocleg w Domku Skowronek w Szczytnej.

Obawiałam się, że pogoda uniemożliwi mi zo0baczenie tych miejsc, dla których przybyłam na Dolny Śląsk. Kolorowe Jeziorka z żalem odpuściłam, ale w stosunku do Błędnych Skał się zawzięłam. Zapakowaliśmy przeciwdeszczowe kurtki, założyliśmy bluzy (sobota była nie tylko deszczowa, ale też nie rozpieszczała temperaturą) i ruszyliśmy. Było warto!







Troszkę zmokliśmy, odrobinę zmarzliśmy, zgłodnieliśmy, byli tacy, co w błoto wpadli po uszy (to ci krótkołapni i długousi;-)), a niektórzy nawet pobłądzili- co prawda nie w Skalnym Labiryncie tylko schodząc szlakiem na parking. Ale było warto:-)
A w Kudowej były ciepłe kocyki i grzejniki w knajpie na werandzie ( w środku miejsc nie było) i niezły obiad.

 

 

21:01, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 26 czerwca 2017
O czerwcowej majówce zatem

Tak się jakoś złożyło w tym roku, czego obecnie żałuję niezmiernie, że nie zaplanowaliśmy pierwszego urlopu na czerwiec. Żal mój jest wielki, bo zamiast wylegiwać się gdzieś przed domkiem w miłym śródziemnomorskim kraju lub poznawać nowe miejsca, siedzę w pracy i hoduję stresowe wrzody (od czasu do czasu mój pracodawca funduje mi takie wątpliwe przyjemności, akurat nadszedł moment na kolejne przepychanki i pogróżki).

W ramach rekompensaty przynajmniej długi weekend w czerwcu postanowiliśmy spędzić daleko od Krakowa. Ponieważ to tylko cztery dni, zatem rozglądnęliśmy się po rodzimych atrakcjach. Wybór padł na Góry Stołowe i okolicę, gdyż- po pierwsze baaardzo dawno nas tam nie było, a strony są niejako rodzinne i kiedyś (w zamierzchłych czasach podstawówki bywało się w tamtych rejonach); po drugie- bardzo chciałam zobaczyć Błędne Skały i Kolorowe Jeziorka; po trzecie- znaleźliśmy miły domek, przyjazny dla psów i dzieci w Szczytnej, skąd do wszelakich atrakcji tamtego regionu blisko.

Spakowaliśmy zatem Herę i naszą trójkę, zaprosiliśmy do towarzystwa Bunię, Grześka i Łucję i wyruszyliśmy na południowy zachód (czy jakoś tak;-)).

We czwartek pełna sielanka- rozkoszowaliśmy się słońcem, wygodnymi fotelami przed domkiem, ptasim świergotem i widokiem na zalesione górki. A trzeba było uwierzyć prognozom i zamiast siedzieć, skubać leniwie truskawki, oddawać lekturze i się rozkoszować, należało zaufać prognozom i od razu wyruszyć w plener!

W piątek o poranku jeszcze się wydawało, że może uda nam się przez Skalny Labirynt przelecieć, ale nadzieje nasze szybko zostały rozwiane, albowiem fronty atmosferyczne z wichrem i deszczem dotarły w naszą okolicę i zmusiły nas do szukania rozrywek pod dachem. Zatem pojechaliśmy odwiedzić zamek Książ. Ufne z nas są istoty, zatem zawierzyliśmy się całkowicie Aucianej Wróżce (GPS), zatem po drodze poznaliśmy piękną bazylikę w Wambierzycach (z zewnątrz), Walimskie sztolnie (takoż z zewnątrz), Podziemne Miasto Osówka (jw), mogliśmy podziwiać krajobrazy Gór Sowich, wspinać się na górskie przełęcze, a nawet, wciąż wierząc naiwnie podstępnemu GPS-owi, jadąc pod prąd dróżką jednokierunkową (zorientowaliśmy się tak jakoś w 2/3) dotarliśmy do pięknego ośrodka Fregata  w Zagórzu Śląskim nad sztucznym jeziorem- bardzo urokliwe miejsce, brałam je pod uwagę szukając noclegów.*

Chociaż po drodze pogoda jakby się poprawiła, to jak tylko wjechaliśmy na parking pod zamkiem dogoniła nas nawałnica, kurc-galopkiem popędziliśmy zatem do tego, co było bliżej, czyli do zabytkowej stadniny koni.

Powdychaliśmy zapach końskiego nawozu, popieściliśmy konie, posililiśmy się w tamtejszej gospodzie nad podziw dobrym obiadem i wreszcie ruszyliśmy na podbój zamku. Niech was nie zwiodą te pełne słońca zdjęcia- zanim dotarliśmy na zamkowy podwórzec dopadła nas kolejna wichura i ulewa.

Trusia załapała się na dodatkową wystawę kostiumów filmowych.

Zamek Książ jest wielki, zatem bezpieczni pod dachem przetrwaliśmy przejście pogodowego frontu, a jak z powrotem znaleźliśmy się na zewnątrz, to pogoda jakby się uspokoiła.

Niestety, zabrakło już czasu na powłóczenie się po parku i zabytkową Palmiarnię. Ale i tak czas nie był zmarnowany.

Zaś w Błędne Skały postanowiliśmy wybrać się nazajutrz.

* Podróże (czasem także dzięki kapryśnemu GPS-owi) kształcą- wiemy, gdzie wybierzemy się za następnym pobytem na Dolnym Śląsku- bo że kolejny raz nastąpi, tego jestem, pewna:-)

17:34, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
niedziela, 25 czerwca 2017
Pikniki

Jakoś tak się ostatnio rozpiknikowaliśmy. Pamiętam jak parę lat temu Trusia marzyła, żeby się wybrać z kocykiem i koszem w wałówką do parku, rozłożyć gdzieś na trawie w cieniu i po prostu posiedzieć. Kiedyś wciąż brakowało nam na to czasu, ale wreszcie i dla nas przyszła pora na leżakowanie w plenerze. Co prawda brakuje nam prawdziwego kosza piknikowego, który jest moim marzeniem od dawien dawna, a Trusiowym od paru lat, ale może kiedyś i kosz zakupimy. A póki co zabieramy koc i coś do przekąszenia i rozkładamy się- np z Bunią i Łucją w pobliskim Ogrodzie Doświadczeń:

Albo wczoraj na Pikniku Lotniczym- łącząc przyjemność poleniuchowania na trawie z podziwianiem powietrznych akrobacji:

A poza tematem- w sobotni poranek takie oto dwa "ogłoszenia" zastaliśmy na stole:

I tak też było, jak stało napisane;-)

Wkrótce, mam nadzieję, kolejne wpisy, bo trochę się tematów zebrało- choćby relacja z czerwcowej "majówki", którą spędziliśmy w Górach Stołowych.
No i ważna uroczystość- pewien mały Człowiek zwany Łucją, Lulisiem, albo Iju (tak sama o sobie mówi) skończył w międzyczasie 2 lata!

20:01, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
środa, 14 czerwca 2017
Kapelusz jest dobry na wszystko

Zmieniają się ubraniowe upodobania mojej najmłodszej Córki. Od jakiegoś czasu na topie są spodnie, najchętniej luźne i kolorowe. Na sukienki i spódnice muszę ją specjalnie namawiać. Jedno wciąż jednak pozostaje niezmienne- miłość do nakryć głowy- w lecie kapeluszy. Zazdroszczę Truśce tego, że nosi kapelusze z taką łatwością. Mnie tego typu nakrycia głowy zachwycały od dawna, ale z noszeniem ich mam problem. A ona lata w nich na co dzień i od święta. Stylizacja bez nakrycia głowy jest po prostu niekompletna.

Ten akurat egzemplarz był przygotowany na szkolny Dzień Żonkila i został w szkole na wystawie (nadmienię, iż był to jedyny MÓJ własny, osobisty kapelusz, który czasem nosiłam na plażę!- oczywiście bez żółtych kwiatków i frędzli)

Ostatnio najukochańszy Truśkowy kapelusz, pasujący według niej do każdej stylizacji.
Na hulajnogę:

Na zakupy w galerii handlowej:

Na rower:

Piękny, prawda? ;-)

11:05, dsmiatek
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 12 czerwca 2017
Zaległości

Gdybym ten wpis pisała wczoraj, zgodnie z planem, to miałby ob tytuł "Motyle w brzuchu". Wracałam z Truśka i P. rowerem do domu, słońce świeciło, ale upału nie było, czułam się lekko i szczęśliwie, miałam wrażenie, że w brzuchy łaskoczą mnie motyle skrzydełka.

Dziś jest poniedziałek, chmury za oknem (właściwie nie przeszkadzają mi specjalnie), przede mną perspektywa spędzenia w pracy popołudnia i nocy. Pewne problemy zawodowe znowu o sobie przypomniały, a w dodatku coś mi się stało w mięśnie przykręgosłupowe i cały ich pas na wysokości lędźwi/krzyży boli mnie tak, że mam problem z poruszaniem się. Oczywiście nafaszerowałam się odpowiednimi lekami, wsmarowałam przeciwbólowe i przeciwzapalne maści, nakleiłam plaster rozgrzewający i jest lepiej niż rano, ale do ideału wciąż daleko. Zatem motyle chwilowo się wyprowadziły i nie łaskoczą. Ale wrócą, mocno w to wierzę!

A co u nas poza brakiem motyli i bólami w krzyżu? Ano Ciech od 12 dni ma już 22 lata!

W dmuchaniu świeczek dzielnie pomagała mu Profesjonalna Dmuchaczka;-)

Świeczki-dwójeczki  już niebawem posłużą za świeczki na urodzinowym torciku samej Dmuchaczki- już za 4 dni stukną jej dwa latka!

Za nami kolejny leniwy weekend- bardzo wypoczynkowy- moje boleści nie mogą więc wynikać z przepracowania.

W niedzielę tradycyjne lody na Placu Szczepańskim:

Potem obiecany piknik w Parku Jordana:

Już kolejną niedzielę fontanna na Placu Szczepańskim była wyłączona- czyżby po to, by pozbawić dzieciaki pokusy kąpieli? Na szczęście w Parku Jprdana zamontowano fontanny, w których nikt nie zabrania pluskania:

A jak widać, z pluskania i moczenia się do suchej nitki, tak łatwo się nie wyrasta;-)

Widziałam szlochającego kilkuletniego chłopca, któremu rodzice kazali stać na trawniku w słońcu, bo zamoczył w fontannie spodenki- miał tam czekać aż wyschną. Ja nauczona doświadczeniem byłam przygotowana, zabrałam ręcznik, który pełnił też rolę piknikowego kocyka i pełny zestaw do przebrania dla truśki.

Ciocia i Siostrzeniczka w identycznych sukienkach z paszczą:

I tak sobie myślę, że pewnie z powodu nicnierobienia tak mnie postrzyknęło;-)

15:01, dsmiatek
Link Komentarze (1) »
środa, 31 maja 2017
Twórczość Trusi

Czasem zdarza się jej spontanicznie napisać wiersz. Dzisiaj odkryłam dwa i muszę je sobie zapisać, żeby nie zginęły w niepamięci.

 

"W burzy, słońcu czy padole
Z przyjaciółmi, nawet w szkole
Bunt przeciw nauczycielom
Johny Depp, idolów wielu
Mądrym ty człowiekiem bądź-
Z niewidomym w ławce siądź
Pomóż mu odzyskać wzrok
Uczyń wielki w życiu skok
Z przyjacielem po wszech czasy
Zasiedl łąki, zasadź lasy."

Zwłaszcza druga połowa tego wierszyka mnie urzekła:-)

I drugi wiersz- na Dzień Matki:

"Mamo, dziękuję ci za to, że żyję
Że mnie pocieszasz, i że zjadasz mi uszy.
Że mnie kochasz i że się śmiejesz.
Ty jesteś światłem w moim życiu,
Z tobą mam nadzieję.
Nadzieję na lepsze życie,
Na świat bez spalin i bez smogu.
Nadzieję na to, że kiedyś będzie
można żyć bez nałogów.
Ja cię kocham najbardziej na świecie,
A ty zawsze w sercu moim
Na zaufania bilecie będziesz żyłą wiecznie wśród swoich."

Tu się wzruszyłam...

21:15, dsmiatek
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 29 maja 2017
Weekendowe nieróbstwo w wydaniu Smiatków

Wspaniały weekend za nami. Dwa dni, kiedy nic nie musieliśmy robić, nie byliśmy umówieni na żadne warsztaty czy imprezę. Dwa dni bez zawodowych obowiązków. I do tego z piękną pogodą. Dawno już nas taki luksus nie spotkał.

W sobotę postanowiliśmy spać do oporu. Opór nastąpił już o ósmej rano, kiedy to Hera postanowiła się przywitać sposobem "usta-usta";-)
Zatem już o dziesiątej pedałowaliśmy nad Wisłę w stronę hotelu Forum na Duckie Deck. Cóż, impreza nas rozczarowała niestety. Byliśmy chyba dwa lata temu, wtedy sporo było fajnych mini-warsztatów dla dzieciaków, a dla mnie kilka stoisk z fajnymi ciuchami i gadżetami spoza sieciówek. Tym razem większość warsztatów (które pewnie były całkiem fajne) wymagała wcześniejszego zapisu, a te dostępne bez rezerwacji skierowane były raczej do młodszych dzieci. A stoisk z ciuchami itp nie było wcale:-( 

Pomachaliśmy zatem dmuchanej kaczce, która dryfowała po Wiśle i popedałowaliśmy w kierunku Audytorium Maximum wypróbować imprezę podesłaną nam przez Bunię w ramach Copernicusa. Tam wysłuchaliśmy ciekawego wykładu na temat sposobów wykrywania kłamstw, pooglądaliśmy maszyny, służące do powyższego- na ich wypróbowanie nie starczyło nam cierpliwości- w końcu badanie wariografem chwilkę trwa, wystarczy, że ustawi się paru chętnych i owa chwilka wydłuża się znacznie, a tu pogoda piękna...

Ponieważ pora robiła się obiadowa zasiedliśmy w ogródku włoskiej restauracji na rogu Szczepańskiej i Jagiellońskiej.

Deser zjedliśmy na Placu Szczepańskim w postaci przepysznych perskich lodów.

Następnie Truśka pociągnęła nas do swojego ulubionego sklepu

Wpadliśmy jeszcze na chwilę na Rynek na Festiwal Nauki

I już można (a nawet trzeba, bo stęskniony pies czekał) było się udać w kierunku domu. I nareszcie oddać lenistwu na balkonie:-)

Z zimną kawą i podwieczorkiem przygotowanym przez Córkę na podorędziu;-)

Trusia ponadziewała groszki ptysiowe kawałeczkami truskawek i bitą śmietaną- było pysze:-)

A w niedzielę? A w niedziel było jeszcze piękniej. Lulisia na śniadaniu, porwana z jej domku w czasie rannego spaceru z Herą

Potem znowu rowery- najpierw do kapucynów na mszę o 11-tej, potem z Bunią, Grześkiem i Lulisią tradycyjnie na pokościółkowe lody, a potem na Błonia na obiad w Focha 42- bardzo fajne miejsce.

Po obiadku do domu- my na rowerach, a dzielna Bunia i nieustraszony Grzesiek na rolkach!  A w domu hyc na balkon- Truśka zajęła mi co prawda hamak, ale umościłam sobie wygodne siedzisko na smoku. 

Cóż, chociaż zwykle planuję na weekendy jakieś imprezy i wyjścia specjalne, to dwa dni nicnierobienia też mają swój urok.

21:58, dsmiatek
Link Komentarze (3) »
sobota, 27 maja 2017
Sama radość

Taki Luliś na przykład- to sama radość:-) Nie dość, że cieszy się do wszystkiego i ze wszystkiego, to jeszcze radość z nią być i patrzeć, jak kombinuje. ot na przykład zakupy, na które się od czasu do czasu z Bunią i Lulisią wybieramy. Ulubiony sklep Młodej- H&M- nie żeby specjalnie akurat ciuszki stamtąd jej przypasowały. Ale w dziale dziecięcym wiszą na niskich wieszaczkach, w sam raz, żeby je sobie poprzewieszać. Zaś te z większymi rozmiarami świetnie nadają się do ukrywania. Krząta się Luliś tuż obok i zajmuje swoimi sprawami, aż tu nagle znika- Ileż radości jest w szukaniu Małego Zbiega!

A jakaż to radość po schodach ruchomych pomykać w górę i w dół - tym większa, jak się w porę uda Dziecia uchwycić, zanim sama na owe schody wbiegnie- zwykle biegnie na te, które akurat ku nam zmierzają;-)

Piaskownica- kolejna radość- tym bardziej, że dorosły może przysiąść na chwilę, bo "baby" są tak zajmujące, że nieco dłużej można się zająć ich produkcją.

A ileż jest uciechy w spacerze do parku- Luliś, Hera, Trusia na hulajnodze, wózek Lulisi (dobrze, że był, posłużył jako środek transportu dla naszych zbędnych kurtek, jako, że ciepło się zrobiło i to nie tylko z powodu pomykania za Dwulatką).

Próby wspólnej i samodzielnej jazdy na hulajnodze- ileż szczęścia (nie minęło wiele czasu i ma Łucja swoją własną trzykółkową hulajnogę- RÓŻOWĄ!- sama kolor ponoć wybrała- bo większość małych dziewczynek w pewnym okresie swego życia pozytywnie reaguje na róż i już!)

Mały Człowiek tupta, Herę na smyczy prowadzi (uwielbia spacerować z Hera na smyczy) i jeszcze torbę z prowiantem w łapce dzierży- jedzenie w plenerze to sama przyjemność:-)

Powyżej jak widać znowu radość- tym razem z parkowania na trawie, gdy już do domu pora się zbierać.

Tymczasem Truś chwilami się alienuje z towarzystwa Siostrzenicy

Ale i Truś miał ostatnio swoje radości- na pewno jedną z większych była wizyta w Warszawie. A tam, oprócz uroczystości oficjalnych- był park, a w parku woda:

i znowu hulajnoga

I znowu woda- to już kolejny dzień taplania

a w przerwach piknikowanie na trawie

Ileż to małych radości można naskładać i po pewnym czasie uzbierać z nich szczęście:-)

 

20:18, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
piątek, 26 maja 2017
Nasze święto!

Dla mojej kochanej Supermamy i wszystkich innych supermam na świecie (i dla mnie, bo i ja jestem super-mamą;-)) najlepsze życzenia z okazji naszego święta:-)

I mam Supercórkę (a nawet dwie i dwóch Supersynów)

Z moją najmłodszą Superlatoroślą całkiem przypadkiem miałyśmy dziś na sobie kaktusy:-)

A takie prezenty dostałam:

W pudełeczku tekturowym siedzą sobie dwa kamysie- jeden do mycia ciała, drugi do twarzy. W w białym pudełku najlepszy peeling, jaki kiedykolwiek miałam- pachnie przepięknie grapefruitem, a po użyciu nie tylko peelinguje, ale też natłuszcza. Je po prostu obłędny. Wyobraźcie sobie, jaka piękna będę, jak systematycznie zacznę używać tych wynalazków;)

A przed nami WOLNY weekend- niezależnie od tego co będzie, będzie pięknie:-)

22:11, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 25 maja 2017
Tegoroczne komunistki i cudowianki

Maj przeleciał już prawie- bardzo się gdzieś spieszył, nawet na mnie nie poczekał. Wydawało mi się, że to dopiero Majówka się skończyła, a tymczasem za nami trzy komunijne uroczystości, przed nami ostatni majowy weekend i za chwilę połowa roku 2017 też do historii przejdzie.

Nie było mnie tu dłużej niż zwykle- wyłączając wakacyjne wyjazdy. Ale cóż- ledwie z Holandii wróciliśmy, to wpadliśmy w "szpony" komunijnych uroczystości. Pierwszą komunistką była Tola.

Tydzien później Trusia wystąpiła w roli powtórkowej komunistki;-)

Ledwie się z rocznicy Trusiowej "otrząsnęliśmy", już byliśmy w drodze do stolicy na uroczystości Milenki.

Nie wiem, jak to się stało, ale oficjalnych zdjęć tegorocznych komunistek nie mamy wcale:-(

Ze strojem komunijnym, wiadomo, nieodłącznie związany jest wianek- przynajmniej u dziewczynek, chociaż na komunii Mili widziałam jakiegoś chłopca w wianku z żółtych kwiatków- na "pierwoszkomunistę" co prawda nie wyglądał, ale wianek miał!

A ponieważ wianek to całkiem ładne nakrycie głowy, to i my się do niego przymierzyliśmy;-)

Na komunii Toli specjalny wianek, upleciony przez ciocię, czekał też na Truśkę.

Ja się nie mogłam powstrzymać przed pożyczeniem na trochę wianka Truśkowego- bardzo jest on ładny, chociaż już ze sztucznej gipsówki.

Nawet P., zwykle nieskory do takich ekscesów, przymierzył sobie wianeczek znaleziony w sypialni Marysi;-)

Też sobie przymierzyłam, a co;-)

O pozostałych "ekscesach" doniosę w kolejnym wpisie:-)

 

16:05, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 165
Archiwum