RSS
środa, 04 marca 2015
Nareszcie powrócił!

Po 6,5 miesiącach nieobecności, wydanych 7 tysiącach jako dopłata do przyznanego nam z AC odszkodowania, zakupie używanego auta zastępczego, które przejmie teraz Ciech, milionach telefonów, użeraniu się z firmami ubezpieczeniowymi, nerwach i chwilach zwątpienia, czy kiedykolwiek jeszcze go zobaczę, wreszcie JEST. Skazany na "szkodę całkowitą", wygląda jak młody bóg, cichutko i równiutko mruczy silnikiem, mruga światełkami, a po odniesionych ranach nie został nawet ślad.
Ciekawe tylko, co by było, gdybyśmy nie mieli tych siedmiu tysiaków na wykupienie mu zdrowia i wolności?

Niestety mojego nowiutkiego laptopa, podlanego przez Trusię kakałkiem, nie udało się zreanimować. Nie wierzyłam, że umarł na śmierć, myślałam, że może jakiś mały przeszczp i odpali, poprosiłam więc Ciecha, żeby go jeszcze zawiózł do laptopowego doktora. Przez chwilę miałam jeszcze nadzieję, bo chociaż Ciech dostał wiadomość, że wnętrzności ma laptopik spalone na amen, to gdy poszedł go odebrać (i uiścić 80zł za diagnozę), okazało się, że sprzętu na miejscu nie ma. Na chwilkę zapaliła się więc mej duszy iskierka optymizmu, że może jednak da skomputerek wskrzesić. Niestety sms od Ciecha szybko ją zgasił:
"Powiedzieli mi, że jest martwy jak trup, więc nie sądzę. Muszą go z kostnicy odesłać." No cóż R.I.P.

Dobrze, że chociaż monitor zrzucony w sylwestra przez Tolę o poskładany przez Męża działa, bo mielibyśmy jeszcze większe braki na koncie.

08:49, dsmiatek
Link Komentarze (3) »
niedziela, 01 marca 2015
Warsztaty sushi z mistrzem

Jak obiecywałam dzielę się a wami sobotnim wydarzeniem. Otóż za namową Kasi zapisałam Truśkę na warsztaty sushi w restauracji Tao w Podgórzu. Uczucia miałam mieszane- z jednej strony oczywiście chciałam, żeby Truś poznał coś nowego, wziął udział w czymś, czego jeszcze nie próbowała, z drugiej, znając awersję Truśki do większości produktów spożywczych, obawiałam się, że albo powstanie sushi z samego ryżu, albo też Truś z krzykiem opuści placówkę, obawiając się znaleźć zbyt blisko (nie daj Boże w kontakcie fizycznym) z rybą lub nieznanym warzywem. Na szczęście obyło się bez takich, krew w żyłach mrożących, scen. Truś dzielnie zniósł towarzystwo łososia i bezpośredni kontakt w paluszkiem krabowym, tykwą tudzież japońską rzodkwią, ale do własnej jamy ustnej rzeczonych nie wprowadził. Za to ja ze smakiem pożarłam ulepione i zrolowane przez Córkę maki i uromaki. Przy okazji obie dowiedziałyśmy się, co oznacza słowo "sushi" (podobno znaczy to kwaśny ryż), jakie są jego podstawowe rodzaje (to w postaci wałeczka ryżu z plastrem ryby to nigri, rolka z wodorostem na zewnątrz to maki, zaś z wodorostem w środku to odwrócone maki, czyli uromaki). Już wiemy, że do sushi można zapakować dowolne składniki- zatem może kiedyś powstanie takie, które Truś zje, czyli owocowe- byleby tylko miało ono w sobie ryż. Zaś wytrawne sushi, które też miałoby szansę na spożycie przez Strusia to kappamaki, czyli maki z samym zielonym ogórkiem- nazwane tak na cześć potwora japońskiego, który uwielbiał ogórki.

Sushi było przepyszne, ale nie tylko tajniki jego wytwarzania były atrakcją sobotniego przedpołudnia. Dzieciaki w wolnej chwili pod okiem instruktorki mogły składać proste origami, robić sobie śmieszne zdjęcia w zdjęciowej budce, pomalować twarze. Brały też udział w konkursach, za które dostawały nagrody. Był też tytułowy mistrz- dzieci mogły posłuchać opowieści o rajdach, zobaczyć zdjęcia i film z tegorocznego Dakaru i porozmawiać z tegorocznym zwycięzcą rajdu Paryż-Dakar panem Rafałem Sonikiem, który cierpliwie odpowiadał na najbardziej absurdalne pytania, np o ewentualne spotkanie w trakcie rajdu pioruna kulistego:-). Miały też okazję poczuć ciężar głównej nagrody;-)

Bardzo udane cztery godziny spędziłyśmy w restauracji Tao. Ja na pewno do niej jeszcze wrócę, bo aż mi ślinka leciała na widok dań, które zjadali inni goście restauracji. Zresztą Tao już od dawna znajduje się na mojej liście knajp do wypróbowania:-)
Kasiu dzięki:)))

21:32, dsmiatek
Link Komentarze (1) »
czwartek, 26 lutego 2015
Zdjęcia

Okazuje się, że nie jest ich zbyt wiele, jak na P. to nawet bardzo mało. Ale cóż, skoro zapomniał swojego ciężkiego aparatu, musiał mu wystarczyć mały Fuji Truśki. I chociaż mały, lekki, poręczny i spokojnie mógł sobie jeździć z nami codziennie- co też czynił zresztą- nie spełniał mężowskich kryteriów, zatem albo wisiał sobie bezczynnie na szyi albo też odpoczywał w czeluściach plecaka i specjalnie się nie napracował:(

I to by było na razie na tyle. Odezwę się pewnie niebawem, chociaż na razie wydaje mi się, że nie mam o czym pisać. Ale w sobotni poranek idziemy z Trusiem na warsztaty sushi, więc jest szansa, że będzie się czym na blogu podzielić.

21:42, dsmiatek
Link Komentarze (1) »
niedziela, 22 lutego 2015
I z powrotem

Wróciliśmy. Było cudnie- śnieg, dużo słońca, dookoła najpiękniejsze góry na świecie, codziennie 5 godzin szusowania, a we środę jeszcze trzy w nocy. Truś na początku jak zwykle ostrożny, pod koniec turnusu bez problemu pomykał na czarnej Olimpii i Diretissimie. Po nartach biegła jeszcze wypluskać się w basenie. I tylko nie mogę zrozumieć, jak to się dzieje, że czas do wyjazdu dłuży się niemiłosiernie, a tydzień w Cavalese mija nie wiadomo kiedy. Dopiero się pakowaliśmy, a już jesteśmy z powrotem w domu.

Zdjęcia wstawię, jak coś wykombinuję- mężowski komputer nie posiada programu do ich obróbki- albo przynajmniej nikt go do tej pory nie odnalazł, zaś mój laptop od pewnego czasu cierpi na niechęć do wszelkiego sprzętu, który się doń podłącza, osobliwie do aparatu fotograficznego- jak tylko wykryje obecność "obcego" natychmiast zgłasza błąd i się wyłącza. Miejmy jednak nadzieję, że coś w tej kwestii da się poradzić.

Miłego odpoczynku dla tych, którzy jeszcze mają tydzień przed sobą. Truś co prawda też jeszcze przez tydzionek się leni, ale ja jutro zaczynam od mocnego uderzenia, czyli od całodobowego dyżuru:(

17:11, dsmiatek
Link Komentarze (3) »
czwartek, 12 lutego 2015
No to w drogę :-)

Jutro o tej porze będziemy już nerwowo pakować walizki. Nerwowo, bo każdy z nas udaje się w dniu jutrzejszym do normalnej pracy, a Truś do szkoły, zatem czas na pakowanie będzie dopiero po powrocie do domu. Dobra wiadomośc jest taka, że na narty łatwiej się spakować, bo niewiele rzeczy potrzeba- byle nie zapomnieć sprzętu i narciarskiego przyodziewku.

Marzymy z Trusią o wielkiej bieli- Truś to nawet pragnie opadów, ja mniej, pamiętając walkę z muldami w trakcie ostatnich dwóch pobytów, niedogodności związane z brakiem "wycieraczek" w goglach, i konieczność rezygnacji z niektórych ośrodków z powodu zbyt dużego zagrożenia lawinowego. Zatem niech lepiej nie pada, co najwyżej prószy od czasu do czasu. I niech nie będzie zbyt zimno, ale też nie na plusie. I jeszcze o trochę słońca poprosimy- bo ośnieżone Dolomity w słońcu są jeszcze piękniejsze.
Jak tylko dotrzemy na miejsce, zaczniemy świętować Walentynki i ósme urodziny Trusi- osiem lat- kiedy to minęło?

17:17, dsmiatek
Link Komentarze (5) »
wtorek, 10 lutego 2015
Pokazy

Za Truśką kolejne taneczne pokazy- nie żaden konkurs czy zawody, ot pokazy dla rodziców, żeby zobaczyli, co dzieciaki porabiały na zajęciach przez cały semestr. Tym razem nie w szkole, ale w hali Wisły, zatem całkiem "poważnym" miejscu. Truśka, jak to ona, bawiła się świetnie, ale wiem to tylko z relacji mężowskiej, który był naocznym świadkiem i dokumentatorem:

21:02, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 08 lutego 2015
Zima w mieście i warsztaty w Muzeum Archeologicznym

Co prawda warsztaty odbyły się dwa tygodnie temu, ale problemy z komputerami oraz mężowska pazerność na aparat, z którym nie rozstawał się dniem i nocą sprawiła, że nie mogłam dopełnić mojego kronikarskiego obowiązku. A zresztą- dwa tygodnie temu było pięknie i biało i dzisiaj rano też powitała nas biel za oknem. A dziś zamiast warsztatów był Kopciuszek w Grotesce.

A zatem najpierw parę fotek z warsztatów- tym razem tematem były zajęcia naszych praprapradziadków i prapraprababć- dzieciaki próbowały zmielić zboże na żarnach, tkały zakładki na prostych krosienkach i lepiły z modeliny koraliki na wzór starożytnych ozdób.

A wracając do zimy w mieście- czyż nie jest piękna i czy świeżutki śnieg nie napełnia waszych serc radością? Moje i Truśkowe serce wielce się raduje, gdy wokół takie widoki:-)

Dzisiaj też uśmiech z Truśkowego buziola nie znikał:-)

Miłego wieczoru- przed nami jeszcze moja zaległa imprezka urodzinowo-imieninowa.

PS
Aha, Kopciuszek w Grotesce był fajny. Na szczęście, sądząc po reakcji Truśki, jeszcze nie wyrosła z teatru lalek.

16:57, dsmiatek
Link Komentarze (1) »
sobota, 07 lutego 2015
Z sms-owej wymiany, a przy okazji wpis ze specjalnymi dedykacjami:-)

Dziś przed południem- ja na dyżurze pracuję pilnie, Truś w domu przygotowuje się do tanecznych pokazów. Nagle naszła mnie myśl szalenie optymistyczna, niestety dla równowagi zaraz za nią pojawiła się myśl już mniej radosna i postanowiłam się nimi podzielić z hipotetycznie zainteresowanymi, czyli Trusią, Mężem i Starszym Synem. Faceci mnie zignorowali :(

Ja: "A za tydzień już będziemy dojeżdżać do Cavalese:-) A za dwa już będziemy spakowani na powrót i ostatni raz będziemy szusować na Alpe Cermis i pić ostatnie bombardino:-("

Truś: "Wiem mamo, to smutne:-("

Ja: "Ale pierwsza część sms-a wesoła:-) Kiedyś pojedziemy sobie we dwójkę na dwa tygodnie."

Trusia: "Ok będzie fajnie ;-)"

I taką mam właśnie nadzieję, która trzyma mnie przy życiu na kolejnym weekendowym dyżurze, a to  już trzeci pod rząd weekend spędzany w 50% w pracy:( Za tydzień będzie fajnie, bo będziemy już w Dolomitach. A kiedyś też będzie fajnie, jak się nam uda pojechać tam na całe dwa tygodnie, a nie tylko na jeden:-)

A tak było w 2010- Ciechu patrz i  żałuj, że nie chcesz w tym roku z nami jechać (nadmieniam, że Ciech już po sesji!):

I w 2011:

i Ciechu- specjalnie dla Ciebie- żałuj Gadzino! ;-)

w 2012:

i w 2013:

dla Ciecha- a nuż jednak się skusi..

i dla Grzesia i Buni wspomnienie spod Cima Uomo- buziaki dla was kochani:-*

i jeszcze rok temu:

I ostatnie dla Buni z 2009:

No, to się wprowadziłam w nastrój- jeszcze tylko kilka dni i będzie podobnie, albo jeszcze lepiej;-)
A Tobie Synu radzę, ty się jeszcze dobrze zastanów!

16:53, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
wtorek, 03 lutego 2015
Ogórecznik vel ogórkowiec

Panie w świetlicy w Trusiowej szkole ogłosiły konkurs na potwora z warzyw i owoców. Truśka, zawsze chętna do brania udziału w tego typu imprezach, oczywiście i tym razem się zgłosiła. I tak oto powstało dzieło nazwane Ogórecznik lub Ogórkowiec ewentualnie Potwór Ogórkowy.

A przy okazji nasza Najmłodsza Członkini, która z rozkosznej puchatej kuleczki zmieniła się w wyrośniętego potwora, który "głową sięga ponad stół" i wciąż obmyśla, co by tu zbroić. Ale bywają momenty, krótkie co prawda, kiedy zwierz zastyga na chwilę i wtedy prezentuje się wciąż jeszcze słodko, rozkosznie i przytulaśnie.

21:27, dsmiatek
Link Komentarze (6) »
niedziela, 01 lutego 2015
Stosik

Tydzień temu udało mi się wreszcie uporządkować Trusiową biblioteczkę, która powoli zaczynała pękać w szwach. Część książek, na które moim zdaniem Trusia jest już "za dorosła", została albo spakowana do pudła "dla przyszłych pokoleń" albo przeznaczona do rozdania młodszym dzieciakom. Oczywiście zdaniem Trusi, bardzo przywiązanej do swojej własności, z większości wytypowanych przeze mnie do wyniesienia pozycji wcale jeszcze nie wyrosła i kilka udało jej się nawet przemycić z powrotem (między innymi Julka i Julkę, które manifestacyjnie zaczęła sama czytać pomiędzy innymi czytanymi właśnie tytułami). Przy okazji sprzątania uzbierał się całkiem pokaźny stosik książek jeszcze nie przeczytanych, które przeprowadziłam na nasza podręczną przyłóżkową półeczkę, żeby się znowu nie pogubiły i doczekały na swoją kolejkę. Stosik cieszy oko i pomalutku maleje:-)

Aktualnie czytamy "Pitu i Kudłata w opałach" Talki i zaśmiewamy się obie co wieczór, na zmianę z "Pięcioro dzieci i coś", której to książki zażyczyła sobie Trusia po skończeniu "Czworo dzieci i coś".

Tegoroczne urodziny były idealne- poza opisanym już we wpisie poprzednim dniu urodzinowym nastąpił dzień po - najpierw były taneczne występy Trusi w szkole (zachwyciła mnie moja Córeczka pląsająca Waka Waka bosymi stópkami po parkiecie sali gimnastycznej- jedyna była na bosaka- cała Truska:-) Potem spontanicznie zwołany rodzinny obiadek- nawet rozrabiająca zwykle najmłodsza członkini naszej rodziny Zmorka tym razem zachowywała się jakby bardziej statecznie i aż tak nas nie obgryzała. Wreszcie zamówione na ten dzień Pingwiny i wieczorne łyżwy- udało mi się tym razem tak opatulić stopy, że prawie nic mnie nie gniotło i jeździło nam się bardzo fajnie. A Truśka już na lodzie pomyka całkiem sprawnie :-)

11:22, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 137