RSS
wtorek, 16 grudnia 2014
Czyżby przedświąteczna chandra?

Oj, coś przestałam się chwilowo cieszyć na święta. Bo one już tuż tuż, a ja nieprzygotowana. Po pierwszym lukrowaniu nie nastąpiło kolejne, prezenty jeszcze nie do końca skompletowane, plany świąteczne wciąż w rozsypce. Nie chce mi się iść na zakupy, myślami trudno mi ogarnąć, co jeszcze zostało do zrobienia. Miałam nadzieję, że sprawa pierniczków zostanie dzisiaj choć trochę pchnięta do przodu, ale nadzieja, jak to mówią, jest matką głupich, a ja do nich widać należę:(
A tymczasem, nie licząc dzisiejszego, jeszcze dwa dyżury przed Wigilią do odpracowania, zaś w Wigilię obowiązek zastąpienia dyżurującej koleżanki na trzy godziny, żeby mogła wyskoczyć do domu na kolację z rodziną. Za rok to ja będę tą dyżurującą i liczę na to, że i do mnie jakaś dobra koleżeńska duszyczka przybędzie na zastępstwo.

Wczorajsze popołudnie spędziłam w Teatrze Ludowym, gdzie Truś śpiewał w anielskim angielskim chórze, zaś w kuluarach odbywał się kiermasz świąteczny. Dałam plamę, bo nie zdążyłam do bankomatu i w gotówce miałam tylko 5 zł, zatem nie bardzo mogłam wspomóc szkołę kupowaniem bożonarodzeniowych wypieków. A dodatkowo dręczyły mnie wyrzuty sumienia, podsycone jeszcze mailami na naszej klasowej grupie mailowej, że nie dość aktywnie (prawdę mówiąc wcale nie aktywnie) uczestniczę w życiu klasy i nie udzielam się społecznie. I nawet w planowanej na najbliższy piątek klasowej wigilii pomóc nie mogę, bo dekorowanie stołów zaplanowane jest na czwartkowe popołudnie, a te spędzam w pracy i wolna jestem dopiero po 20-tej, zaś w samym spotkaniu opłatkowym też uczestniczyć nie mogę, bo również pracuję, zaś wzięcie urlopu w grę nie wchodzi- już inne osoby zaplanowały sobie wolne. Zatem ogólnie jestem do niczego i jest mi źle. Ot, bywa- rok się kończy, za chwilę 2015 i trzeba będzie dopisać kolejną cyferkę do swojego wieku, a uwierają mnie te cyferki coraz bardziej- za duża liczbę już utworzyły:(

Na pocieszenie- anielski Truś:

A ja się odmeldowuję- idę rozkoszować się swoją chandrą:(

22:32, dsmiatek
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 15 grudnia 2014
Przedświątecznie w magicznej Warszawie

Tym razem nie Kraków, a Warszawa okazała się pełna magii. Co prawda może i Kraków jest o tej porze magiczny, ale jakoś nie mieliśmy wciąż okazji, żeby się z jego tegoroczną bożonarodzeniową oprawą zapoznać. Mam nadzieję, że jeszcze zdążymy...

A tymczasem w Warszawie:

A z rzeczy mniej bajkowych, choć równie fajnych były w Warszawie pogaduchy z Przyjaciółmi, śniadanie, które dzieciaki same sobie zorganizowały pod piętrowym łóżkiem (wcześniej udały się na zakupy niezbędnych produktów śniadaniowych)

I były jeszcze łyżwy- łyżwy, trzeba to podkreślić szczególnie, historyczne, albowiem Truś po raz pierwszy w życiu miał na nogach obuwie z ostrzem. I jak to Truś- nie poddawał się, podnosił z upadków, próbował aż opanował nie tak łatwą sztukę utrzymania pionu i poruszania się na lodzie. A Trusiowa  Mamusia założyła łyżwy po kilkunastoletniej chyba przerwie i dała radę! Bardzo jestem z nas dumna;-)

Buziaki nasi kochani Warszawiacy. Dobrze, że jesteście:-)

20:13, dsmiatek
Link Komentarze (1) »
czwartek, 11 grudnia 2014
Fotorelacja z warsztatów w Muzeum Archeologicznym

Nie wiem, czy wam też czas tak przyspieszył, ale mój goni jak oszalały. Dopiero witaliśmy 2014 rok, a tu już niedługo trzeba się będzie z nim pożegnać. W ogóle mam wrażenie, że im jestem starsza, tym szybciej czas ucieka. Myślałam, że w wieku zdecydowanie starszym trochę zwalnia, ale moja mam pozbawiła mnie złudzeń. Czyli, że ani się obejrzę, a tu już nie z kolejnym nowym rokiem przyjdzie mi się witać, lecz raczej żegnać z własną ziemską egzystencją- ech :(

Ale póki jeszcze się z nią nie żegnam, to ku pamięci wstawię zdjęc parę z egipskich warsztatów, na ktorych Trusia była ostatniego dnia listopada wraz ze swoim Tatusiem, gdy tymczasem ja oddawałam się swojej ulubionej pracy zawodowej w równie ulubionym szpitalu;-) A poniewaz fizycznie w muzeum obecna nie byłam, zatem muszę polegać na słowach P. i truśki, że warsztaty były ekstra, że najpierw pani prowadząca opowiedziała dużo o piramidach i mumiach, a potem dzieci samodzielnie przygotowały naszyjnyk mumii- nie paciorki, jak sądziłam wcześniej, lecz coś w rodzaju kołnierzyka (mumie miały złote i zdobione klejnotami, zaś dzieciaki materiałowe zdobiły mniej cennymi błyskotkami). Druga częśc pracy plastyczne polegała na wykonaniu i ozdobieniu piramidki. Truś był zachwycony i koniecznie chce jeszcze- zatem jak się uda to na pewno wrócimy na Poselską nie raz.

16:32, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
wtorek, 09 grudnia 2014
Nieodrodna córka swoich rodziców :-)

A zwłaszcza swojego Tatusia, który czyta gdzie popadnie i w dowolnej pozycji oraz sytuacji. Parę dni temu zastałam Truśkę w kąpieli:

Dostała nową książkę i natychmiast musiała się zapoznać z treścią. A że akurat wypadała pora kąpieli, to zabrała książkę ze sobą. Oj, nie raz się też tak czytało... Teraz jest trudniej, bo przeważnie biorę prysznic, a czytanie pod prysznicem, sami przyznacie, jest ździebko skomplikowane i "urazowe" dla papieru;-)

A przy okazji podaję przepis na chlebek piwny

3 szklanki mąki (przesianej)
1/3 szklanki cukru
4 łyżeczki proszku do pieczenia
1/2-1 łyżeczki soli
trochę więcej niż pół butelki piwa (najlepiej miodowe)
60 g roztopionego masła
zioła do posypania chlebka, ziarenka dyni, słonecznika do środka, ew. gruba sól na wierzch

Piekarnik rozgrzać do 190 stopni. Mąkę przesiać, wymieszać wszystkie suche składniki w misce. Zrobić dziurę  środku i wlać piwo, ostrożnie zmieszać. Masę wlać do wysmarowanej masłem blaszki keksowej, polać po wierzchu roztopionym masłem, posypać ziołami i grubą solą. Piec około godzinę. Zaraz po wyjęciu z piekarnika wyjąć z blaszki. Zjadać najlepiej na ciepło- jest przepyszny:-)

20:56, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 08 grudnia 2014
Pierwsze pierniczki już polukrowane

Kiedy we czwartek wróciłam po ósmej wieczorem z pracy zaskoczona zastałam Truśka z kolorowymi lukrami i posypkami rozłożonymi na stole w tzw. salonie. Usteczka Truśka wskazywały, że lukier został zdegustowany, podobnie posypki. Cóż zrobili sobie z P. wagary od basenu i rozłożyli się z lukrowaniem. Chcąc nie chcąc musiałam się przyłączyć, chociaż nie takie miałam plany na czwartkowy wieczór...

Ledwie mała puszeczka zapełniła się gotowymi pierniczkami. Większość wciąż czeka na zdobienie- nie jestem pewna, czy do Świąt zdążymy...

 

15:42, dsmiatek
Link Komentarze (1) »
niedziela, 07 grudnia 2014
Rodzina nam się powiększyła :-)

Poznajcie nowego członka naszej rodziny, a właściwie małą członkinię, która ma zaledwie sześć tygodni, nie ma jeszcze imienia, a od dziś zamieszkała razem z Najstarszym Synem.

Zdążyła się już zapoznać ze wszystkimi członkami swojej nowej rodziny i olać nasze mieszkanie, zanim udała się wraz z Pawłem do swojego domku. Mam nadzieję, że będzie jej z nami dobrze:-)

20:45, dsmiatek
Link Komentarze (6) »
niedziela, 30 listopada 2014
Rozmowy

Z dzieckiem trzeba rozmawiać. Nie wrzeszczeć, nie straszyć sankcjami, broń Boże nie bić, tylko rozmawiać, tłumaczyć, świecić własnym przykładem, nasiąkać skorupkę za młodu dobrymi nawykami, zainteresowywać, angażować itp. A dziecko, jako istota rozumna, w końcu pojmie i wdroży w życie nasze rady.
Taaaa, tyle teoria. A praktyka wygląda jakby nieco inaczej. I czasem się zastanawiam, czy wychowanie za czasów naszych rodziców  w systemie nakazowo-zakazowym nie przynosiło jednak szybciej oczekiwanych efektów.
Ano bo z Truśką się rozmawia, tłumaczy, czasem cytuje fragmenty mądrych artykułów, liczy się z jej zdaniem, gustem i upodobaniami, angażuje do wspólnych działań. I co? I Truś nadal kultywuje dietę węglowodanową, nie planuje wyprowadzki z naszego łóżka, ogląda te same filmy w kółko, broniąc się rękami i nogami przed nowymi...

Dieta.
Gdyby ktoś zajrzał do naszej lodówki, porozglądał się po kuchni, zerknął w nasze talerze, to uznałby, że całkiem zdrowo się odżywiamy. W większości i owszem, za wyjątkiem Najmłodszej Latorośli, która wciąż nie potrafi zrozumieć, że na śniadanie nie wystarcza tost z masłem i mleko z kulkami, że drugie śniadanie nie jest po to, żeby wróciło z powrotem do domu, tylko, że należy je zjeść, by mieć siłę na szkolne wyzwania. Żadne negocjacje w grę nie wchodzą- że na przykład nie jadasz wędliny- OK, ale jadasz sery i jajka. Nieee, sery i jajka też są be. Zaś zasada, że jak porządnie zgłodnieje, to zje wszystko, w tym wypadku jeszcze się ani raz nie sprawdziła. Być może trzeba by bardziej głodem zamorzyć, żeby się przekonać, czy w ekstremalnych warunkach jednak nie zadziała. Ale jak długo kochający rodzic odmawiać będzie dziecku ulubionego jedzenia (pusty naleśnik na ten przykład czy jedynie słuszny kotlecik panierowany), oczekując, że zgłodniały Potomek rzuci się w końcu  na kawałek pieczeni z surówką lub jajecznicę. Ja nie jestem dośc twarda :(

Spanie.
Tyle już było Truśkowych deklaracji, że jak będzie miała własny pokój, to się z naszego łóżka na dobre wyprowadzi, że jak baldachim nad łóżkiem zawiśnie, to będzie ten moment, że jak skończy siedem lat, to osiągnie wiek właściwy, że po powrocie z koloni, to już na pewno.. Co wieczór odmawia zaśnięcia u siebie, nasze mocniejsze argumenty kończą się zalewem łez i rozpaczą. A przecież wcale nie chcę, żeby Truś zasypiał przyciskany na siłę do poduszki w łózku we własnym pokoju, chlipiąc i łkając przez sen, z poczuciem nieszczęścia i niezasłużonej krzywdy. Zatem co wieczór P. nadwyręża swój kręgosłup, przenosząc Córkę z naszego łóżka do jej pokoju- z różnym zresztą skutkiem.

Ubieranie.
Tu co prawda większych kontrowersji między nami nie ma, widać czym skorupka od młodości nasiąkała, tym teraz trąci;-) Ale są mimo wszystko punkty sporne. Po pierwsze obuwie- argumentem, który zmusił Trusię do rezygnacji z zakładania balerinek (z uwagi na warunki pogodowe trzeba było je zastąpić czymś bardziej zabudowanym i cieplejszym) było wyrzucenie owych do kosza (Truś zdziera buty straszliwie i po sezonie nadają się tylko do śmieci)- z braku laku trzeba było założyć krótkie botki. Nastał też czas rajstop i nie zawsze można je zastąpić ukochanymi przez Truśkę bawełnianymi legginsami. A tu Truś uznał, że rajstopy są straszne i noszenie ich jest karą. Ale jeszcze straszniejsze okazały się w tym roku rękawiczki. Już zeszła zima zapowiadała powoli zmianę w podejściu Truśki do odziewania dłoni w stosowne ocieplacze. W tym roku, pomijając halloweenowe rękawiczki z kosteczkami, które Trusiek założył tylko w celu dopełnienia stylizacji, Truś udaje, że rękawiczek zupełnie nie posiada. I nic to, że paluszki lodowacieją, a rączki sinieją- rękawiczki są be!

Rozrywka.
Kino domowe jest jedną z Truśkowych ulubionych. Ja też lubię od czasu do czasu w jesienne wolne od innych zajęć popołudnie zakopać się z nią wśród poduszek i oglądnąć coś fajnego. Ale po raz dziesiąty Ralfa Demolkę lub dwudziesty Akadamię Pana Kleksa? Co to to nie. A Truś jak się już na czymś ufiksuje, to odfiksować się nie daje. Tymczasem na oglądnięcie czeka Hotel Transylwania i Frankenweenie, które Truśka wciąż bojkotuje. I gdyby chociaż nie potrzebowała mojego towarzystwa do uczenia się na pamięć wciąż tego samego filmu. Ale kino domowe bez mamy nie jest takie fajne- zatem "Mamo, oglądaj ze mną i ucz się dialogów na pamięć!"

Fryzura
Truśkowe włosięta cieniutkie są i delikatne. Końcówki wołają o podcięcie, grzywka, zapuszczana z takim poświęceniem i ciachnięta w przypływie natchnienia przez Truśkę odrosła i wpada do oczu. Ale fryzjer w grę nie wchodzi nawetw  kwestii grzywki, o końcówkach nie wspominając, zaś spinki stały się passe. Obecnie jedynym dopuszczalnym uczesaniem jest samodzielnie zrobiony kucyk, a ozdobą włosów opaska, króa jednak nie sprawdza się przy opadającej na ślepia grzywce.

Sa jednak i sukcesy:-) Pamiętacie moje narzekania w minionym roku szkolnym na nieustanne braki sprzętu w piórniku? W tym roku już nie narzekam. Ale niekoniecznie jest to wynik większej dbałości Truśki o wyposażenie piórnika. Truś wymienił piórnik z przegródkami na jednojamowy wałek i wrzuca tam cały dobytek. I póki coś w piórniku grzechocze, a w dzienniczku nie pojawiają się uwagi, że Córce czegoś brakuje, to śpię spokojnie- w końcu czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal;-)

I to by było na tyle niedzielnych przemyśleń. Tylko tak się zastanawiam, kogo one właściwie obchodzą. Bo jeśli chodzi o kometarze, to pojawiają się głównie te z odsyłaczem do jakiejś strony internetowej. Szanowni Państwo wpisujący owe komentarze- darujcie sobie tą kryptoreklamę. Ja mam na takie coś cieżką alergię. I chyba będę takie pseudokomentarza po prostu usuwać.

14:40, dsmiatek
Link Komentarze (14) »
sobota, 29 listopada 2014
Kulinarna jesień

Tak jakoś wyszło, że najpierw wszystkie weekendy mieliśmy bardzo zagospodarowane, a od drugiego listopadowego spędzamy je w domu w ściśle rodzinnym gronie. W grudniu znowu zacznie się weekendowe odwiedzanie i rozrywkowanie, ale póki co rozkoszujemy się tym, że nigdzie nie trzeba się spieszyć i można wreszcie robić coś w domku.

Wczoraj Truś świętował Andrzejki, a właściwie Katarzynki i w babskim gronie, jak na Katarzynki przystało, tańcował, lał wosk i wróżył.

Dziś za to  sporo czasu spędziliśmy w kuchni- upieczone zostały kolejne pierniczki, upichcona przepyszna zupa pomidorowa, cukiniowa pasta do chleba, sałatka z brokułów i krabowych paluszków, chrupiące kąski z kurczaka, a na koniec dnia dwa chlebki piwne, które właśnie znikają. Zaangażował się każdy, kto był w domu, nawet Truś nie tylko wykrawał niegroźne pierniczki, ale też skubał listeczki tymianku i posypywał nimi bardzo groźne kurczaki;-) Jest w tych kuchennych działaniach jakaś magia, coś z chatki czarownicy lub pracowni alchemika, nieprawdaż?

A ponieważ już jutro zaczyna się adwent, to tradycyjnie mieszkanie ozdobiły dwa kalendarze adwentowe- jeden sklepowy z czekoladkami  i drugi "skarpetkowy" z niespodziankami. Od niedzieli Truś zaczyna sprawdzanie zawartości i wyjadanie;-) I tak przez 24 dni, a 25-go Wigilia:-)

Miłego świętowania niedzieli- ja niestety pracuję:-( Ale Trusiowi i P. zorganizowałam rozrywkę- idą do Muzeum Archeologicznego dowiedzieć się czegoś o piramidach i mumiach i ulepić egipskie koraliczki. Ciekawe, czy będzie się im podobało? Szkoda, że nie mogę iść z nimi, bardzo lubię te muzealne zajęcia.

PS
Obiecany przepis na pierniczki:

50dkg mąki
12 dkg masła
37 dkg miodu
12 dkg cukru
1 jajko
przyprawa do pierników
łyżeczka sody

Miód, tłuszcz i cukier zagrzać, do przestudzonej masy dodać mąkę, przyprawę, sodę i jajko. Dobrze wyrobić ciasto. Odłożyć je w chłodne miejsce na co najmniej 1 dobę. Wałkować na grubość ok. 3mm, wykrawać pierniczki i piec w 180 stopniach około 20 minut. A za jakiś czas polukrować i ozdobić (można oczywiście zaraz po wystygnięciu, ale u nas rytuał lukrowania to całkiem osobna rozrywka).
W tym roku pieczemy też staropolski piernik, który już dojrzewa na balkonie. Za parę tygodni zostanie upieczony, przełożony powidłem śliwkowym i, by może, orzechową masą i oblany czekoladą. Już się cieszę:-)

21:13, dsmiatek
Link Komentarze (6) »
niedziela, 23 listopada 2014
Jeszcze pierniczki zdążyły dziś powstać:-)

Pierwsze koty za płoty, czyli proces wypiekania pierniczków na Święta został u nas rozpoczęty:-) Z zarobionego wczoraj przez P. ciasta dziś powstały serduszka, gwiazdki, renifery, koty, jeże, aniołki i inna menażeria. A jak u nas w domu teraz pachnie!

19:48, dsmiatek
Link Komentarze (7) »
Zamiast kariery filmowej

Plan na dziś był taki, że od dziewiątej rano do trzeciej po południu Truś wciela się w gwiazdę filmową, a rodzice mają czas na pielęgnowanie relacji między sobą, czyli idą na francuską komedię i jedzenie, na które Truś nie może patrzeć, bo samo patrzenie szkodzi.
Nie martwcie się, Trusia nie wygrała bynajmniej castingu na główną ani poboczną bohaterkę żadnego serialu, po prostu jej klasa została wytypowana do nakręcenia filmów szkoleniowych z lekcji wf-u dla studentów AWF. Niestety, plany filmowe pokrzyżowane zostały kontuzją nauczycielki, która owe lekcje miała prowadzić i przesunięte na grudzień w terminie, który absolutnie wyklucza karierę Trusi na ekranie. Tym samym nie powiodło się też rozwijanie naszych małżeńskich relacji, zatem trzeba było znaleźć jakiś godziwy zastępnik, pozwalający przynajmniej na rozwinięcie kontaktów na linii rodzice-córka.

Ale zanim nastała niedziela, była sobota. A w sobotę chłopaki zajmowały się pracami remontowymi w dwóch domach na raz, a dziewczyny w liczbie trzech opanowały kuchnię. Chociaż nie do końca, bo sobotni poranek wypełnił bożonarodzeniowy zapach piernikowe ciasta, które skoro świt kole jedenastej zarobił P. No ale potem kuchnia przeszła już w damskie ręce- Truś wyciskał sok z pomarańczy i cytryn, potem wraz z Bunią wyczarowywał tiramisu, a ja faszerowałam grzybami dynie, mieszałam zupę z czerwonej papryki i piekłam schab- żeby nasi spracowani mężczyźni mieli się czym posilić, jak już znudzi im się remontowanie. Ukoronowaniem kulinarnych poczynań były dwie foremki piwnego chlebka w wykonaniu P., które pożarliśmy jeszcze ciepłe na kolację:-)

Zaś niedzielę opanował nas "Konik muzealny" i graliśmy w zielone w kamienicy Szołayskich na Placu Szczepańskim.

Na przekór szarej jesieni na dworze tropiliśmy zieleń na młodopolskich obrazach, rysowaliśmy karykaturę na zielonym baloniku, Truś starał się przerobić jesienno-zimowe Planty na pełne wiosennej zieleni, "sadził" trawę dla nieśmiałego Fauna, wymyślał nazwy kwiatów do zielnika Wyspiańskiego, mieszał farby w celu uzyskania różnych odcieni zielonego i eksperymentował z zieloną pacią z kartoflanej mąki. Zajrzeliśmy też do Szuflady Wisławy Szymborskiej odkrywając zgromadzonej w niej "skarby".

Wizyta w muzeum skończyła się oczywiście w świetnie zaopatrzonym w cudowne książki, kolorowanki i zabawki muzealnym sklepiku, skąd wyszliśmy z dwiema kolorowankami XXL i poradnikiem do domowego wykonywania magicznych sztuczek.

A na koniec regeneracyjny posiłek w Karmie i już można było wracać do domu.

Czyli co- kolejny całkiem udany weekend, chociaż inny niż w pierwotnych planach. Niestety, już dobiega do końca- trzeba tylko jeszcze przekonać Córkę, że czas najwyższy odrobić zadanie domowe na poniedziałek.

17:02, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 134