RSS
piątek, 31 lipca 2015
Babskie popołudnie

Truś wrócił do nas na dobre. Skończyło się obozowanie. Przed nami jeszcze dwa tygodnie na Słowacji pod koniec sierpnia- całe szczęście, bo nasz włoski urlop wydaje mi się już tak bardzo odległy...

W każdym razie mamy już naszego Trusia w domowych pieleszach, jakiegoś takiego wyrośniętego i troszkę obcego- trzeba się przyzwyczaić do nowych odzywek i min. Ale mimo zmian jest to nasz kochany Trusiek, który dziś zarządził babskie popołudnie.
I nawet wspólnie ze mną przygotował na nie babeczki z owocami i bitą śmietaną- mniam:-)

Miałam nadzieję, że uda mi się w babeczkach zutylizować trochę zakupionych na targu owoców, ale ubył tylko niewielki procent. Ech, tak jakoś mam, że jak się znajdę na targu, to kupuję dopóki mi miejsca w rowerowym koszyku i torbie wystarczy. Trzeba będzie rano umiksować smoothie albo kisielek ugotować, bo inaczej zjedzą nas owocówki- jak się już z naszymi porzeczkami, wiśniami, czereśniami itp uporają;-)

Za to my uporałyśmy się z częścią babeczek, co wprawiło nas w całkiem dobre humorki- nawet tą z nas, które babeczki zjadają jak na razie w formie mocno przetworzonej i przefiltrowanej;-)

Na koniec jeszcze małe słodkie stópki- mniam:-)

A jutro do roboty:(

22:41, dsmiatek
Link Komentarze (1) »
wtorek, 28 lipca 2015
Wakacyjnych wspomnień odcinek ostatni

Rozciągnęły mi się nasze włoskie wakacje- a miały być tylko zajawki, więcej planowałam na osobnym blogu. Blog oczywiście powstanie- kiedyś...
A na razie garść zdjęć z drogi pomiędzy południem a północą, czyli krótka wizyta w Orvieto, a potem dwa dni nad Gardą.

Orvieto odwiedziliśmy już kolejny raz, ostatnio z Trusią przy okazji pobytu w Umbrii sześć lat temu. Ale chociaż dla nas nie jest nowością, zachwyca zawsze- zarówno jego wspaniała panorama oglądana z autostrady, jak i urokliwe uliczki i przepiękna katedra.
Oczywiście nie odmówiliśmy sobie zejścia do studni- tym bardziej, że na dworze panował straszliwy upał, a tam przyjemny chłodek.

Katedra:

I wieża kościoła san Andrea:

Nad Garda spędziliśmy cztery noce, ale tylko dwa dni. Jeden dzień poświęciliśmy na rozrywki kempingowe i popołudniową wizytę w Sirmione- urokliwym miasteczku na wąskim cyplu:

Wybrzeże jeziora Garda to miejsce, gdzie cytryny lubią rosnąć.

Sirmione sławne jest między innymi z lodów- chociaż miasteczko jest małe, co krok można natrafić na lodziarnię z lodami domowego wyrobu, także takie "zdrowotne" bez laktozy, glutenu itp. Oprócz lodów w kulkach są też lodowe lizaki z zamrożonej pulpy owocowej i takie wesołe dla dzieciaków jak poniżej:

W Sirmione jest też uzdrowisko z termalnymi wodami siarkowymi, znane już w starożytności. Jedno ze źródeł gorącej siarkowej wody wybija na brzegu jeziora i można się w gorącej wodzie pławić za darmo- jest jednak tak ciepła, że wcale niełatwo w niej zanurzyć stopy.

Drugi dzień nad Gardą to obiecany Trusi Gardaland, czyli wesołe miasteczko.  Truś uwielbia karuzele i podobne rozrywki, ale nigdy nie był w żadnym prawdziwym dużym lunaparku. W Gardalandzie spędziliśmy cały dzień, a Truśka bawiła się świetnie:-)

Na koniec dziewczyny chłodziły się po emocjach karuzelowych i upalnym dniu w skaczących fontannach. Ubranie na przebranie przezornie zabrałam ze sobą, pamiętając z poprzedniej wizyty w Gardalandzie lata temu, że takie wodne rozrywki też tam istnieją :-)

Obok Gardalandu zbudowano niedawno akwarium, które odwiedziliśmy jadąc już do Polski w sobotę. Nie zdążyliśmy tego zrobić dzień wcześniej, bo zabawa w wesołym miasteczku zajęła nam zbyt dużo czasu, a dziewczynki nie chciały za nic odpuścić sobie oglądania pływających stworzonek. Akwarium na szczęście nie jest duże, za to bardzo  ładne i wizyta w nim przed długą podróżą i na pożegnanie z Włochami była całkiem miła.

I to już koniec skróconej opowieści o tegorocznych włoskich wakacjach. Mam nadzieję, że obszerniejsza relacja powstanie wkrótce na osobnym blogu.

21:15, dsmiatek
Link Komentarze (1) »
niedziela, 26 lipca 2015
Z cyklu zwiedzamy Kraków i krakowskie knajpy

Wreszcie udało mi się zrealizować dawno obiecywaną sobie wizytę w tym miejscu:

Kusiło mnie już od dawna, jak jeszcze powstawało. Patrzyłam na nie nie raz z przeciwległego brzegu Wisły przy okazji naszych rowerowych przejażdżek. Ale jak dotąd nigdy nie było nam tu po drodze. Aż nadszedł wreszcie TEN dzień. Pod pretekstem organizowania atrakcji mojej Mamie, która przyjechała do nas zapoznać się z Łucją, wybrałyśmy się obie do Cricoteki.

I powiem tak- niekoniecznie trzeba Kantora rozumieć, czy, co jeszcze chyba trudniejsze, go lubić, ale Cricotekę odwiedzić warto, bo jest to miejsce w środku równie niezwykłe i ciekawe, jak z zewnątrz. I jeżeli moje nogi/kółka zawiodą mnie kiedyś znowu na tamten brzeg Wisły, to chętnie wstąpię tu jeszcze raz. Chciałabym też zabrać Trusię, ale nie wiem, czy ją prezentowana tu sztuka nie przestraszy. Chociaż aktualnie jest też czasowa wystawa, doskonale obrazująca to, o czym czytałyśmy w książeczce Mizielińskch pt Sztuka- instalacja Christiana Boltanskiego "W mgnieniu oka" to dywan ułożony ze ściętej trawy i kwiatów. Pewnie w dniu otwarcia wystawy 3 lipca był pełen kolorów i świeżych zapachów, teraz już przywiędły i intensywnie pachnący świeżym sianem, będzie dalej podlegał działaniu czasu, zmieniał się, kurczył, brązowiał- metafora przemijania. Trochę smutne, ale skłania do refleksji. W tle wyświetlany jest film tego samego autora "Animitas", a na nim japońskie dzwoneczki przywiązane do gałązek na pustyni w Chile, poruszane przez wiatr- ich delikatne dzwonienie bardzo kojąco działa na zmysły.

Tyle o tym, co dla ducha, teraz o doznaniach cielesnych. Już od jakiegoś czasu ostrzyłam sobie ząbki na Sissi Organic Bistro, które powstało na Krupniczej. Wreszcie dziś się tam wybraliśmy, ale tu akurat przeżyłam rozczarowanie. Czytając entuzjastyczną recenzję Nowickiego w Wyborczej, potem równie pozytywne na kulinarnych blogach między innymi Ulli, spodziewałam się czegoś zdecydowanie lepszego. A tymczasem przeżyłam pewnego rodzaju rozczarowanie- najpierw długo czekaliśmy na nasze dania, chociaż knajpa była pusta, a zamówiona na przystawkę deska serów i wędlin wydawała się potrawą, którą można dość szybko przygotować. Ku naszemu zdziwieniu najpierw dostaliśmy dania główne (jak się później okazało kelnerka po prostu o serach zapomniała)- policzki w wiśniowym sosie z puree z selera (danie P.) były rzeczywiście przepyszne, ale mój łosoś z pęcakiem i marchewkowym puree smakował nijak. Porcje zaś były zdecydowanie nie-obiadowe. Zjedliśmy i dalej byliśmy głodni. Na deser dostaliśmy nasze sery (skruszona kelnerka przyniosła nam je gratis), co trochę poprawiło nam samopoczucie, ale zrażeni długim czekaniem ze słodkiego deseru już zrezygnowaliśmy- obawialiśmy się, że spędzimy w Sissi kolejną godzinę w oczekiwaniu na lody. Może szkoda, bo podobno są pyszne, mają też ciekawe smaki- kminkowy, malinę z rozmarynem, maślankę z owocami, owczą śmietankę... Cóż może jeszcze kiedyś się skusimy. W każdym razie P. na obiadowe poprawiny ostentacyjnie przeszedł na drugą stronę Krupniczej i zamówił sobie wołowego burgera u Burgertaty- pyszny, chociaż P. wybrał wersję z ostrymi papryczkami. Zatem u nas Sissi nie dostaje wysokiej noty, ale ponieważ nie było tak źle, to może się jeszcze kiedyś tam wybierzemy.

A - oczywiście Prababcia ze swoją pierwszą Prawnuczką koniecznie musi się na blogu znaleźć:

Dodamy im jeszcze do towarzystwa zakochanego w Siostrzenicy Wujaszka Wojciecha- przyszłego Ojca Chrzestnego:

To tyle wieści ode mnie- kompletnie niekonsekwentnej, przynajmniej w kwestii zakończenia blogowania. A tymczasem Truś wczasuje nad polskim morzem.

20:36, dsmiatek
Link Komentarze (3) »
środa, 22 lipca 2015
Odkrycie roku;-)

Czerwone porzeczki kryją się za tym odkryciem. Niby wiedziałam, że istnieją,ale w dzieciństwie skutecznie je na wiele lat znielubiłam. Jako dziecko za nimi nie przepadałam bo:
A- są kwaśne, B-mają pesteczki i małe czarne "noski", C- musiałam je na działce rodziców i u babci zrywać z krzaczków bynajmniej nie na własne skromne potrzeby tylko do gołego krzaka, a na krzakach wiadomo, gnieżdżą się robale i pajory, D- te zerwane trzeba jeszcze było pozbawić łodyżek przed przetworzeniem. A jeszcze kuzynka mężowska (było to jeszcze na początku naszego małżeńskiego stażu na rodzinnych wakacjach w domu dziadków P. w Muszynie) zapodała porzeczkowy kompocik, który ugotowała z owoców wraz z gałązkami, bo jej się skubać nie chciało i w kubkach pływały owe gałązki. Zatem jak tylko nadarzyła się okazja rozpoczęłam bojkot, który trwał do tego roku.
A w tym roku przeżyłam objawienie i nawrócenie;-) Pojechałam na targ, a tam uśmiechają się do mnie błyszczące czerwone kuleczki- aż chce się spróbować.

Kupiłam i na początek zapodałam na surowo, pomieszane w miseczkach z poziomkami, malinami i jagodami- pycha. To co zostało dodałam następnego dnia do smoothie. I pojechałam po następną partię- tą przerobiłam na kisiel- PYCHA- nawet niechętnej wszelkim kulinarnym nowinkom Trusi uszy się trzęsły, jak wcinała.

Tak wyglądał mój poniedziałkowy podwieczorek- kisiel, kawusia i dwa mini magnumki:

Pycha:-)

W planach mam tartę z porzeczkami, następną porcję kisielu, myślę też, że z sałatą świetnie by się komponowały nie tylko wizualnie, ale też smakowo.

Zatem niech żyją porzeczki:-)

 

 

21:47, dsmiatek
Link Komentarze (7) »
wtorek, 21 lipca 2015
Lulunia*

Nie da się o niej nie napisać- taka jest słodka, wciąż malutka (chociaż już o kilogram większa), mięciutka i przytulaśna. Ech, Pan Bóg wiedział, co robi, sprawiając, że mały człowiek jest taki cudny. Dzięki temu ludzkość wciąż trwa:-)



Słodziak, prawda? Nie sposób jej nie kochać. Jak zresztą każdego dzidziusia- bo już przestała być nasza Łucyjka** noworodkiem!

*Lulunia od lulania (czyli jak sobie słodko śpi)
** Łucyjka od łucenia (czyli jak akurat wyje)
Może jeszcze być Dziwaczkiem, bo jak nie lula i nie łucy to patrzy i się wszystkiemu dziwuje wielce:-)

 

10:05, dsmiatek
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 20 lipca 2015
Etnomania 2015

To już piąta Etnomania, nasza trzecia i podobnie jak w poprzednie dwie i tym razem bardzo nam się podobało. Były warsztaty, koncerty, wykład o rydzach, piknikowanie, pyszne jedzenie, stragany i straganiki. Truś naturalnie chciał spróbować wszystkiego, ale na wszystko czasu nie było. Na szczęście następna Etnomania już za rok:-)

W tym roku przybyła nam do kompanii dodatkowa dziewczynka, klasowa koleżanka Trusi. (Tak na marginesie, to mam wrażenie, że Justynka się do nas wprowadziła, bo od paru dni ciągle jest, jak wracam do domu z pracy, wczoraj zapukała do naszych drzwi już o 10-tej rano, więc chociaż się wcześniej nie umawialiśmy na wspólny wyjazd, to musieliśmy ją zabrać, potem z rozpędu została na noc, a dziś znowu z nami "zamieszkuje".)

Cóż, biedny Truś chociaż urodził się w tzw rodzinie wielodzietnej, to rośnie sobie jako ten jedynaczek, zwłaszcza, gdy jej całe rodzeństwo wyprowadziło się z rodzinnego gniazda. Zatem gdy tylko może przyhołubia sobie jakąś przybraną siostrzyczkę i zaraz jest szczęśliwszy. 

Zapraszam na Etnomanię 2015- na dobry początek ceramiczne maki:

Zaraz po wejściu dziewczyny zrobiły sobie własnoręcznie zaprojektowane przypinki:

Potem malowały drewniane łyżki:

Na dłużej uziemiła je "Żywa Pracownia", która w tym roku promowała koronki:

Nie znaczy to jednak wcale, że warsztaty polegały na robieniu tradycyjnych serwetek. Nic z tych rzeczy- "koronki" były z gliny. Najpierw należało rozwałkować gliniany placek, potem odcisnąć na nim koronkowe wzorki. Można też było wybrać sobie już gotowe kształty z odciśniętym wzorem (wcześniej wypalone, żeby były trwałe), pomalować je jednokolorową farbką, a następnie część farbki zetrzeć i w ten sposób stworzyć "koronkę" z gliny:

Ale prawdziwym hitem była koronka gigant, wiązana z tasiemki na wbitych w ziemię patyczkach:

Obowiązkowo musiało być malowanie na szkle:

Uwiły też zabawki z siana:

Jeszcze posiłek regeneracyjny:

I trzeba było uciekać przed burzą- a szkoda, bo jeszcze by się w Wygiełzowie niejedna atrakcja znalazła.

Nasze trofea warsztatowe:

i moje osobiste "pamiątki" z tegorocznej Etnomanii- nowa szmaciana lalka do kolekcji:

i zakupowa torba z Małą Mi- naszą ulubioną bohaterką z Muminków:

Jak zobaczyłam Mi w wersji folkowej, to po prostu musiałam ją mieć. I ta jej wiecznie wkurzona minka- uwielbiam:-)

17:43, dsmiatek
Link Komentarze (1) »
niedziela, 19 lipca 2015
Lato w mieście nie musi być nudne

Co prawda Truś należy do szczęśliwców, którze tylko trzy tygodnie wakacji mają szansę spędzić w mieście, ale Trusiowi rodzice już takiego szczęścia niestety nie mają. Warto zatem wyszukiwać sobie drobne przyjemności pomiędzy obowiązkami pracowo-domowymi, żeby naskładać także dobre wspomnienia z lata 2015 w Krakowie.

W piątek tydzień temu, gdy jeszcze Truś bawił na obozie AAK w Koninkach, przeżywaliśmy z P. rozkosze podniebienia w Ramen Girl. Cóż, dla mnie to była pycha- czerwony ramen z pieczonymi pomidorkami i dojrzeającą szynką, steki z kalarepy i genialny filet z dorsza z soczewicą, a wszystk to ozdobione bogato gałżkami musztardowca, który bardzo nam przypadł do gustu. trochę gorzej było z deserem, ale lojalnie nas uprzedzono, że beza ze słoną pastą miso i kozim serem nie każedmu musi smakować. P. uznał ją za ciekawą i zjadł ze smakiem, ja od deseru oczekuję jednak więcej słodyczy, zatem wolałam zielone jabłko z proszkiem eukaliptusowym i bitą lekko słoną śmietaną, ale przyznać muszę, że jadałam lepsze "słodycze". Potem kawa w Tekturze przy scrabblach i mamy całkiem udany wieczór we dwoje:-)

W sobotę odbieraliśmy Truśkę z obozu, a przy okazji najedliśmy się pozimek oraz odwiedziliśmy w drodze powrotnej knajpę z widokiem- tylko widok wart jest wzmianki, od jedzenia lepiej trzymać się z daleka.

Jeszcze w Koninkach:

W knajpie z widokiem:

Rzeczony widok:

We środę z Truśka SPA-mowałyśmy. Ponieważ pogoda nie sprzyjała rozrywkom zewnętrznym- co chwilę przelatywały ulewy, postanowiłyśmy się porozrywkować wewnątrz. Nasze Spa-mowanie nie polegało jednak na rozsyłaniu ludziom na maile niepotrzebnych reklam, ale na cielesnych przyjemnościach własnych. Najpier przygotowałyśmy sobie miseczki z solami i perełkami kąpielowymi (zostały nam jeszcze resztki po imienionwej imprezie) i moczyłyśmy w nich nogi, oglądając Baranka Shawn'a, potem zafundowałyśmy naszy stopom peeling, masaż i balsamowanie, a skończyło się na przyozdabianiu paznokci. Trochę mniej uwagi poświęcilyśmy dłonion, a wieczorkiem dopieściłyśmy jeszcze resztę kochanego ciałka, też fundując mu peeling i balsam pachnący jak truskawki z bitą śmietaną. Rozochocona Truśka zapragnęła wybrać się kiedyś do prawdziwego SPA, a jak się jeszcze dowiedziała, że można w nim zamówić zabiegi czekoladowe, to oczęta je rozbłysły podwójnym entuzjazmem- uznała tylko, że połowę owej czekolady pewnie by z siebie zlizała:-)

W miniony piątek był Dzień, a właściwie Wieczór Brykania na Placu Szczepańskim.

I my tam byliśmy, cydr i wino piliśmy, muzyki słuchaliśmy i w wfontannie brykaliśmy;-) Naturalnie rozrywki podzieliliśmy stosownie do wieku- my z P. cydr i wino, Truśce zostawiliśmy bieganie w wodzie. (Ja wiem, fontanna jest źródłem wszelkiego zła i nie należy się w niej moczyć, a nawet jest to surowo zabronione. Ale od czasu do czasu można złamać przepisy i nie słuchać głosu rozsądku- to zdrowo wpływa na psychikę;-)).

Jak do tego dodać jeszcze pyszne lody u Irańczyków (tym razem perska róża, brazylijskie orzechy i genialna wiśnia, którą Trusiek niechcący usadowił także na mojej bluzce i łokciu- z łokcia kazałam zlizać, a bluzka mam nadzieję się wypierze) i trofeum w postaci koziego twarożku i bryndzy oraz węgierskich absolutnie zdrowych (rzekomo bez glutenu, laktozy, konserwantów, barwników i innych rzeczy wyklętych) słodyczy, to i ten wieczór nalezy zaliczyć do bardzo udanych:-) Tym bardziej, że wybraliśmy swój ulubiony środek lokomocji czyli rowery, a powrót późnym wieczorem stanowił dla Trusi dodatkową atrakcję z małym dreszczykiem. (Coś się ta moja Córka strachliwsza ostatnio zrobiła niż normalnie była- jak się ściemni, to nawet w pokoju sama nie zostanie, a w dzień też gdy tylko traci domownika z oczu, to co jakiś czas sprawdza, czy aby nie została ama w mieszkaniu. Jak na razie nie mogę się dowiedzieć, czy jest jakiś konkretny powód tej strachliwości, czy po prostu w taki akurat etap rozwoju weszła.)

Jak do tego dodać jeszcze dzisiejszą Etnomanię (o niej wpis będzie osobny), to bilans lata w mieście  wychodzi całkiem dodatnio-

22:48, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
sobota, 18 lipca 2015
A propos zdrowotności i stylizacji

Stosunek Trusi do zdrowego odżywiania niestety wciąż nie ulega zmianie. Ostatnio wracam do domu z zakupów, między innymi na targu. Wypakowuję w kuchni to, co zakupiłam i z dumą prezentuję Trusi czerwone porzeczki, suszone owoce bez siarki, komosę, cudne malinowe pomidory, świeże zioła, zachwalając jakie to pyszne i zdrowe. Moja Córka patrzy na mnie z politowaniem i kwituje:
Oj, to jeszcze ci ta zdrowotność nie przeszła!"

Zaś co do puntu drugiego, to dziś rano w panice wybieram się do pracy na dyżur. Na dworze upał, trudny do wytrzymania już od rana, ale jednocześnie chmury grożą deszczem. Szybki rzut oka w lustro- no tak, czarne szerokie spodnie, żółty top w czarne pióra-OK, ale w uszach granatowe serduszka, które zostały mi z wczoraj, a na ramieniu niebieski plecak i ani chwili na jego zamianę na bardziej pasującą torbę. Jęczę nad moją stylistyczną wpadką, mając nadzieję, że w rowerowym koszu niebieskość plecaka nie będzie zbytnio rzucać się w oczy. Na co mój Mąż ze stoicki spokojem rzuca:
"Wiesz, mam nadzieję, że paparazzi mają dziś wolną sobotę i nie będą na ciebie czyhać pod szpitalem."
Oddycham z ulgą- rzeczywiście, jeśli chodzi o moją skromną osobę, to paparazzi urlopują się nieustannie. Jak to dobrze nie być celebrytką! ;-)

16:42, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 14 lipca 2015
Opactwa to nasza "specjalność"- zatem i w nich byliśmy

Ostatnio tak się jakoś na naszych urlopach dzieje, że zawsze wytropimy w okolicy jakiś piękny klasztor. Oboje z P. mamy wyraźną słabość do klasztorów, do panującej tu ciszy i atmosfery skłaniającej do refleksji, z dala od codziennego zgiełku i w przepięknym otoczeniu. Hmm, Truśka co prawda na hasło "opactwo" czasem reaguje protestem, ale może w jej wspomnieniach zostanie chociaż odrobinka tego piękna, które zobaczyliśmy.

Najbliżej nas było cysterskie opactwo Fossanova, w którym podobno zakończył swoje ziemskie wędrowanie święty Tomasz z Akwinu.

Dziewczynki znalazły sobie ciekawszy obiekt niż klasztorne zabudowania:

Ciekawe, że cysterskie opactwa budowane były według tego samego wzoru- to w Fossanova bardzo przypominało zeszłoroczne prowansalskie Senanque.

Z klasztoru pojechaliśmy jeszcze do pobliskiego miasteczka Priverno. Cudowne we Włoszech jest to, że prawie w każdej małej mieścinie można natrafić na coś pięknego i starego. Tu na przykład na romańskich kościół i gotycki mały ratusz, o wąskich urokliwych uliczkach już nawet nie wspominając;-)

Kociska łase pieszczot znalazły się i tutaj:

Ostatni dzień pobytu w Lacjum też poświęciliśmy na zwiedzanie klasztorów- tym razem nieco dalej, bo okołu 100 km od naszego kempingu, w pobliżu miasteczka Subiaco. Ulokowały się tam dwa klasztory benedyktyńskie- starszy klasztor świętego Benedykta i drugi poświęcony jego siostrze-bliźniaczce świętej Scholastyce. Ten pierwszy powstał w miejscu, w którym święty Benedykt spędził trzy lata pustelniczego życia.

Mały, ale za to wielopoziomowy kościółek, na którego widok opadła mi szczęka- cały przepięknie zdobiony freskami.

Klasztor świętej Scholastyki, większy, nie tak niedostępnie położony, z trzema wspaniałymi krużgankami w trzech różnych stylach- romańskim, gotyckim i renesansowym.

Widzę, że się coś zagalopowałam w tych wakacyjnych wpisach- miała być tylko mała zajawka, a szczegóły na wakacyjnym blogu. Hmm, muszę nad sobą popracować... Na szczęście zostały już tylko dwa dni nad Jeziorem Garda i wspaniałe Orvieto, odwiedzone po drodze.

15:35, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
sobota, 11 lipca 2015
Byliśmy też tutaj- szkoda, że tylko dwa dni

Skoro dzieliła nas odległości zaledwie 100 km, nie mogliśmy nie odwiedzić Rzymu. Ech, Rzym, to miasto, które kocham. Koniecznie chciałam pokazać Trusi chociaż niewielką jego część. A i ona, przygotowawszy się uprzednio czytaniem "Oto jest Rzym" bardzo chciała tu przyjechać.

Pierwszego dnia skupiliśmy się na starożytności, czyli Koloseum, Forum Romanum i pozostałe Fora w okolicy.

Kapitolu też nie mogliśmy ominąć. A Kapitolińska wilczyca to był punkt numer  na Trusiowej liście "must see"- punktem pierwszym było Koloseum.

Cóż, chociaż Ołtarz Ojczyzny wszyscy krytykują, nazywają "maszyną do pisania" i "weselnym ortem", to każdy prędzej czy później się znajdzie w jego pobliżu- bo tak jak we Włoszech wszystkie drogi prowadzą do Rzymu, tak w Rzymie wszystkie ulice kończą się na Placu Weneckim;-)

 

Mimo protestów dziewczynek zaprowadziłam jeh jeszcze do San Pietro in Vincoli, żeby zobaczyły Mojżesza.

 

Drugi dzień zaczęliśmy od Placu św. Piotra:

Potem przespacerowaliśmy się nad Tybr pod Zamek Aniola

i zagłębiliśmy w wąskie rzymskie uliczki, chłodząc się po drodze w fontannach

docierając na jeden z najpiękniejszych rzymskich placów

Odwiedziliśmy też Panteon:

Co jedliśmy? Pizzę oczywiście:) I lody:)

Mój osobisty punkcik "do odwiedzenia"- słonik Berniniego przed kościołem Santa Maria sopra Minerwa

Skończyliśmy na zatłoczonym Piazza di Spagna:

Ciąg dalszy oczywiście nastąpi, bo to jeszcze nie wszystko.

A co do dalszego pisania bloga, to mam dylemat. Ja naprawdę postanowiłam skończyć przygodę z regularnym blogowaniem, czekałam tylko na odpowiedni moment. Jakiś czas temu pomyślałam, że narodziny Łucji to będzie odpowiedni czas na pożegnanie jednej wspaniałej przygody, jaka było regularne blogowanie i rozpoczęcie nowej. Zaskoczyła mnie jednak Trusia, która rozpłakała się, gdy jej powiedziałam o swojej decyzji. Okazało się, że chociaż czasami wydawało mi się, że Truśka już nie chce się dzielić swoim życiem na bloxie, że się boczy, gdy robię jej zdjęcia na bloga, to tak naprawdę lubiła to moje pisanie. I teraz mam dylemat- pisać, skoro ona tego chce, czy jednak pozostać konsekwentną i przestać tu bywać. Nie wiem, pomyślę, pogadam z Trusiem. o tak naprawdę to jest jej blog i do niej chyba powinna należeć ostateczna decyzja...

W każdym razie- niezależnie od tego, co postanowimy- tak jak zapowiadałam relacje z wydarzeń wartych zapamiętania będą się pojawiać. Najbliższa mam nadzieję niebawem- jeszcze trochę we Włoszech zobaczyliśmy;-)

00:07, dsmiatek
Link Komentarze (4) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 142