RSS
sobota, 30 sierpnia 2014
dziśaj nasze kłopoty i sukcesy

Dzisiaj oglądałam 2 filmy i jedną bajkę . I mama powiedziała że włączy coś tacie jeśli zapłaci za jej hobby,czyli za moje ubrania . Dziś mieliśmy wypadek i jechałam karetką . A teraz piszę bloga.

 

Autor Zosia

20:37, dsmiatek
Link Komentarze (1) »
Gdyby... Na szczęście nic poważnego się nie stało

Gdyby Truś nie siedział przypięty w foteliku (zawsze siedzi przypięty, ale gdyby...).
Gdybyśmy my nie byli zapięci pasami (też zawsze mamy zapięte, ale gdyby...).
Gdyby ktoś akurat przechodził jeszcze na pasach...
Gdyby stał przed nami inny samochód...
Gdyby P. akurat nie zwolnił hamulca, przygotowują się do ruszenia...
Gdybyśmy siedzieli w mniejszym samochodzie, a nie w solidnym Fordzie Galaxy...
Gdyby ten, kto w nas wjechał z pełną szybkością, uderzył nas nie w tył, ale od boku lub przodu...

Na szczęście tylko gdyby.

A miał to być fajny ostatni weekend wakacji. Pogoda sprzyjała, ja nie miałam dyżuru, goście się  rozjechali, Pasia zdołała już z grubsza ogarnąć mieszkanie, zostało tylko kilka małych zniszczeń do naprawy. Postanowiliśmy pojechać do krakowskiego zoologu, w którym w tym roku jeszcze nie byliśmy. Truś trochę protestował, bo trzeba iść pod górę, ale  końcu dał się przekonać. Na skrzyżowaniu  całkiem niedaleko od naszego domu, gdy staliśmy na czerwonym świetle, z pełną szybkością wjechał w nas facet w fordzie mondeo. Huk, szczęk, zapach palącej się instalacji, silne szarpnięcie pasów, a potem płacz zszokowanej Trusi. Sprawca najpierw twierdził, że nie zadziałały mu hamulce, potem okazało się, że to nie jego samochód, jeszcze później, że miał 0,4 promila alkoholu- podobno po wczorajszych czterech piwach. Na końcu zaczął twierdzić, że to P. nagle przed nim zahamował, więc on nie zdążył. Straż pożarna, policja, w końcu karetka, która zabrała Truśka do szpitala. Bo Truśkiem szarpnęło najbardziej- pewnie dlatego, że jest najlżejsza, więc blokada pasów musiała zadziałać trochę później. Płakała, narzekała na ból głowy i kręgosłupa, potem jeszcze rozbolał ją brzuch. Na szczęście w szpitalu okazało się, że wszystko jest OK- usg brzucha w porządku (sama nadzorowałam, a jakże), zdjęcia kręgosłupa w granicach normy (osobiście sprawdziłam!), objawów neurologicznych nie miała, a ból głowy zaczął powoli przechodzić. Nie zdecydowałam się zostawić jej na oddziale na obserwacji, bo uznałam, że sami ją poobserwujemy w domu, nie narażając jej dodatkowy stres związany z pozostanie w szpitalu. Jest dobrze- głowa i brzuszek nie bolą, humor powrócił. Pozostał jej tylko ból nadwyrężonych plecków, a mi krwiak w mięśniach kciuka- musiałam uderzyć w coś ręką.
Dziękuję Opatrzności, że ominęły nas wszystkie  "gdyby"- bo gdyby choć jeden z nich wystąpił, to mogło być znacznie gorzej.

Truś zaopatrzony wstępnie przez przemiłych Panów Strażaków i zabawiany cały czas przez jednego z nich:

Zdjęcie Trusia nie powstało bynajmniej, by udokumentować fakt wypadku, ale żeby ją troszkę odstresować i złagodzić dyskomfort kołnierza- mówiłam jej, że wygląda jak mały robocik i zrobiłam fotkę, żeby jej to pokazać- udało się wywołać blady uśmiech na wystraszonej buzi.

Na dowód, że wszystko OK Truś w domu po południu ogląda Harrego Pottera:

A nasze kochane autko czeka dłuższy pobyt w warsztacie:(

PS
Cały czas zadziwia mnie bezczelność sprawcy wypadku, który usiłował zmniejszyć własną winę, sugerując, że to P. nagle przed nim zahamował! To tak jak kiedyś dawno temu, gdy byłam jeszcze w ciąży z Trusią i właśnie ruszyłam spod naszego domu do pracy, jadąc sobie wolniutko wewnątrzosiedlową drogą, wjechał we mnie cofający z parkingu samochód nauki jazdy- stłuczka była naprawdę niewielka, kursant jednak się zestresował, zaś instruktor usiłował mi wmówić, że we mnie wjechali, bo na pewno jechałam za szybko i nagle się za nimi objawiłam! Dlaczego nie można się po prostu przyznać do własnej winy, tylko trzeba koniecznie starać się odwrócić kota ogonem i zwalić winę na osobę, która tak naprawdę jest tą poszkodowaną!

20:01, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
piątek, 29 sierpnia 2014
Księżniczka Zosia

Wydawało mi się, że okres różowo-księżniczkowy mamy już za sobą, aż tu nagle nastąpił nawrót tej przypadłości. Truś wymusił na Babci tiulową sukienkę, wyjęczał na mnie swoje "jedyne i największe marzenie"- brokatowe butki na obcasikach i przeobraził się w Księżniczkę.

Wymogłam na niej obietnicę, że butki noszone będę tylko z okazji bardzo specjalnych i broń Boże nie do szkoły!

Tylko dlaczego Tatuś Trusi na widok tej stylizacji zakrzyknął od progu : "Truśka, czy co ci dolega?!"

Tak ustrojona udała się Truśka na zaległą mini-imprezkę koleżanki.

21:47, dsmiatek
Link Komentarze (1) »
czwartek, 28 sierpnia 2014
Jesteśmy, a najazd "Hunów" już mamy za sobą;-)

Dziś rano opuścili nas ostatni "najeźdźcy" (niech się przypadkiem nie obrażą za takie określenie, bo w moich myślach brzmi ono wręcz pieszczotliwie:-)). Czas na oswojonym Liptowie minął jak sen, ale za to jaki piękny był to sen:-) Prawie spełniło się jedno z moich marzeń, żeby spędzić trochę czasu w szerokim gronie najbliższych mi osób. I miałam- moją mamę, brata, dwójkę jego dzieciaków, swoją Trusię i P., jego siostrę i jej córeczkę- Trusiową równolatkę. Pewnie, tych najbliższych jest o wiele więcej, ale cóż, nie można mieć wszystkiego, a poza tym w tłumie chyba jednak nie dalibyśmy rady tak fajnie odpocząć. W dziewiątkę odpoczęliśmy wszyscy, dzieciaki biegały po trawie, "łowiły" ryby w strumyku, zwiedzały jasknie i zamki, piekły w ognisku pianki i zmuszały nas do ich zjadania, udawały tarzanów na huśtawkach, ćwiczyły równowagę na slack line, puszczały mydlane bańki i narzekały na to, że muszą chodzić na wycieczki;-) Czyli fajnie jak co roku:-)

Relacja zdjęciowa mam nadzieję wkrótce nastąpi.

PS
Mamojovana- sklep Bike Belle w Krakowie mieści się na ulicy Dietla 45- idąc od strony Wisły po prawej zaraz za skrzyżowaniem z Krakowską. Adres sklepu internetowego bikebelle.pl.
Udanych zakupów życzę:-)

15:32, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
piątek, 15 sierpnia 2014
Przerwa

Jutro wybywamy wielką gromadą na naszą zaprzyjaźnioną Słowację, gdzie od internetu będziemy odcięcia- a taki odwyk zrobi nam dobrze. Nadmienię tylko, że i w trakcie tego urlopu Pan Mąż musi dwa dni poświęcić na pracę zawodową i to bynajmniej nie tam, gdzie będziemy. Następne wakacje chyba będę planować bez jego udziału:(

Mam nadzieję, że nazbierają się tematy na bloga. Do przeczytania.

08:45, dsmiatek
Link Komentarze (5) »
niedziela, 10 sierpnia 2014
Niedzielne dolce far niente

Wrócili- P. z kilkugodzinnym opóźnieniem, Truś ledwie godzinnym, ale opóźnienie samolotu P. poskutkowało tym, że Truś wylądował u mnie na dyżurze. I wszystko by było OK, gdyby nie fakt, że Truś ubzdurzył sobie, że przecież skoro już tyle ze mną jest w szpitalu, to i nockę dałoby się spędzić z mamą. Zatem na widok stęsknionego Tatusia zamiast rzucić mu się na szyję zaczęła lać łez potoki . A przecież nikt jej nocowania w dyżurce nie obiecywał, a nawet starał się jej uświadomić, że taka nocka do przyjemnych nie należy. I taki oto zgrzyt nastąpił na początek.
Powrócony po dziesięciodniowej nieobecności Truś znowu jest jakby wyższy, a przez to też jakby nieco smuklejszy- to tak jak z ciastem lub plasteliną, im wałeczek dłuższy, tym cieńszy się robi. Zrobił się Truś też jakby trochę mniej mój, troszkę obcości się wkradło, nowe słowa i nowe odzywki się pojawiły. Niekoniecznie mi się wszystko podoba, ale albo przywyknę, albo Truś się z powrotem odmieni. Przegląd walizki wykazał, że raczej nic istotnego nie zginęło, za to, w przeciwieństwie do Niechorza, skąd większość ubrań wróciła nieużywana, te z Huty Szklanej wszystkie wyglądały na noszone, Za wyjątkiem co najmniej połowy majtek- co wydało mi się raczej dziwne, albowiem Truś każdego wieczora całość garderoby wrzuca do kosza na pranie.
W moim czystym i pustym przez dni parę domku zapanował pewien chaos i bałagan, który niestety spotęguje się jeszcze w piątek, kiedy to przybędą goście w liczbie 6 sztuk, by razem z nami pojechać w sobotę na Słowację. Ale mam nadzieję dam radę i to przetrzymać;-)

Dziś zatem odzyskiwałam energię utraconą na dyżurze (oj, przeczołgali mnie w sobotę!) i starałam się nałapać nowej- na dyżur wtorkowy i rychły najazd Hunów;-)
Czyli- dolce far niente- tyle że na rowerze- oj, jak ja lubię na nim się przemieszczać:-)

Dzięki Batorysi odkryłam na Dietla sklep z rowerowymi gadżetami i prawie zakumplowałam się ostatnio z jego właścicielką;-)

Po drodze natrafiliśmy na takie oto nietypowe roślinki rabatkowe- poniżej pomidorki- jeszcze nie dojrzały, więc słabo są widoczne:

poziomki:

małe dynie:

Były jeszcze inne roślinki bardziej użytkowe niż zwykłe kwiatki.

Knajpka przyjazna rowerzystom- Piri Piri przy Błoniach- jest rowerowa myjnia i zniżki na niektóre dania dla tych, co na dwóch kółkach przypedałują:

Upodobań żywieniowych Truś mimo dwóch kolonii nie zmienił- chociaż twierdzi, że jadala tam inne mięsko i surówkę- przy nas dalej zamawia kotleciki z kurczaka z frytkami.

Jeden z moich ulubionych widoków w Krakowie- jeszcze nie oszpecony kolejnym wysokim biurowcem:

Chwila w Parku Jordana, skąd przegoniła nas nadciągająca burza- nota bene ostatecznie nie naciągnęła, przynajmniej nie nad nasze głowy.

I kilka chwil na Rynku, gdzie załapaliśmy się na wczesny podwieczorek w Wedlu (Truś zapragnął czekolady o smaku " pierożków z truskawkami i śmietaną", niestety już jej nie ma w ofercie i musiała się zadowolić czymś innym).

Nie mogło się obyć bez tradycyjnego spaceru po łańcuchach- ile lat trwa już ta tradycja...

Przejechaliśmy w sumie dwadzieścia parę kilometrów, co może nie jest osiągnięciem wybitnym, ale jak na słodkie nicnierobienie nie brzmi już najgorzej, nieprawdaż? ;-)

No to miłego tygodnia dla was, a ja idę wieszać kolejną porcję prania.

20:14, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
czwartek, 07 sierpnia 2014
Tęsknota

Jednak po paru dniach samotność zaczęła mi już doskwierać. Co prawda samotnośc owa jest zupełnie teoretyczna, bo w sobotę zajmowali sie mną czule Bunia z Grzeskiem, zabierając mnie ich osobistym autkiem na spacer, obiad, podwieczorek i "zwiedzanie" ich nowego kota oraz podziwianie świeżo skoszonej trawy w ich mikrym ogródeczku. Późnym sobotnim wieczorem znienacka wrócił też Ciech, ale do dziś nie do końca wiem, jak mój Młodszy Syn wygląda po żeglarskim obozie, albowiem widuję go bardzo przelotnie i w przelocie, zatem ani przyrzeć się nie zdołałam ani pogadać. Wczoraj rozrywek dostarczal mi Syn Starszy, z którym wybrałam się w ramach akcji Urodziny na zakupy do Ikei. Potem miał obiecane sushi, wylądowaliśmy w Galerii Krakowskiej, bo było już późno na szukanie bardziej wysublimowanego miejsca, a poza tym mieliśmy samochód wyładowany zakupami. Sushi i grillowane szparagi udalo nam się zjeśc i było całkiem smacznie, ale deseru pozbawiło nas wycie alarmu i wygłoszony kilkukrotnie w języku polskim i obcych komunikat, że Galeria z "powodów technicznych" zostanie zaraz zamknięta, zatem wszyscy mają ją spokojnie opuścić, pozostawiając na parkingu samochody, jako że parking został już zamknięty. Deseru aż tak nie żałowałam, ale pozostawienie auta z zakupami nie uśmiechało mi się wcale, poza tym i tak musieliśmy się w nim znaleźć, żeby zabrać Pawłowy plecak, zatem udaliśmy się jednak w kierunku parkingu. Zanim doń doszliśmy cichy komunikat, wygłoszony jednorazowo i tylko po polsku poprosił klientów o "zignorowanie poprzednich zapowiedzi". Radość nasza, że jednak nie zaaresztują nam auta była wielka;-)

Teraz zajmuje mnie akcja "odebranie Trusi z autokaru" albowiem:
1.Truś wraca w sobotę
2. Ja w sobotę mam dyżur
3. P. takoż wraca w sobotę, ale jego samolot ma przylot na godzinę przed przewidywanym przybyciem Trusi, zatem zaangażowanie go w odbiór pociechy raczej możliwe nie jest.
4. Bunia i Grzesiek wybywają jutro na tydzień wakacji.
5. Ciech mimo że jest, to jakoby go nie było, pracuje, ale zapytany czy w sobotę równiez i jesli tak, to jak długo daje odpowiedzi wymijające. I jeszcze wspomina coś o grillu o kolegi w Wisniczu czy gdzieś tam indziej poza Krakowem.
6. Rodzice koleżanki, z którą Trusia jest aktualnie na obozie, odbierają swoją latorośl bezpośrednio z Huty Szklanej i od razu jadą się wczasować nad morze.
6. Całe szczęście, że zaopatrzyłam się w stosowną ilość dzieci, zatem zostaje jeszcze Paweł, który będzie musiał sprostać odpowiedzialnemu zadaniu wytropienia Młodszej Siostry gdzieś na wielkim parkingu w okolicy Carrefoura na Zakopiance.

Truś telefonicznie uprzejmie mi donosi, że zakupił już mnóstwo pamiątek i prezentów. Oprócz "uroczego" skaczącego pająka (może się już popsuł...), nabyła dla mnie trzy (!) naszyjniki- jeden "trochę dziecinny z kwiatkami, drugi z Babą Jagą i trzeci ze słonikiem"- ale mam się nie bać, bo są bardzo ładne. Poza tym na spółę dla mnie i dla niej kolczyki, dla Buni pierścionek z krzemieniem, dla taty słonika, dla braci przypinki jakieś czy coś w tym rodzaju. Dalsza wyliczanka została przerwana, bo połączenie niespodziewanie się rozłączyło.
A ja tak pięknie odgruzowałam pokój Trusi, pozbyłam się dyskretnie przywiezionych z Niechorza glutków i wielu innych paskudztw nagromadzonych z zestawów z McDonalda, rozmaitych gazetek itp., powyrzucałam nieudane dzieła plastyczne, bardzo pamiątkowe kamienie, gwoździki, śrubeczki, sprężynki oraz stare wyposażenie szkolne! I tak się ładnie w jej pokoju zrobiło. Cóż, trzeba będzie przeżyć nowy zalew pamiątek i poczekać na stosowną okazję do ich segregacji.

No a poza tym, to chyba pomału kończą mi się tematy na wpisy. Co prawda mam nadzieję, że życie jednak, jak to zwykle czyni, gdy tylko myślę o zakończeniu blogowania, przyniesie nowe, ale co będzie, jeśli jednak nie... trzeba będzie zakończyć siedmioletnią już prawie przygodę na bloxie:(

17:59, dsmiatek
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 04 sierpnia 2014
Truś na kolonii

Truś na kolonii ma się dobrze. "Latał" już na miotle, piekł kromeczki na ognisku, odwiedził Jura Park w Bałtowie i Święty Krzyż. A co najważniejsze przepultał kasę na pamiątki i prezenty dla rodziny. Między innymi na obrzydliwego skaczącego pająka, którego jej odmówiliśmy w Nałęczowie, a o którym "zawsze przecież marzyła". No to teraz ma! A ja będę musiała poczekać na kolejną nieobecność Truśki, żeby móc się tarantuli z domu pozbyć. Albowiem takie dziecięce absencje są świetną okazją do zrobienia czystki w zabawkach- co też z wielką radością uczyniłam przedwczoraj. Jakże pięknie prezentuje się teraz Córczyny pokoik:-) (He, he- mężowskie biurko zresztą też;-))

22:26, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 31 lipca 2014
Puste gniazdo

Moje domowe gniazdko opustoszało. Cisza i spokój w nim panujące są wręcz przeraźliwe i zupełnie nienormalne. P. już we wtorek odleciał służbowo, Ciech od jakiegoś czasu uczy się żeglować na Mazurach (wersja dla Trusi- Ciech jest na obozie pirackim). Paweł, choć nie mieszka już z nami, to wpada na obiadki, ale i on wybył gdzieś do Czech na koncerty. A dziś rano wpakowałam Trusia do autokaru, który wywiózł ją wraz jej szkolno-przedszkolną koleżanką na obóz taneczny pod Łysą Górę (wersja dla Trusia- W trakcie Hokus-Pokus Dance będa się uczyli latać na miotłach- temat akurat na czasie, albowiem Truś właśnie zapoznał się w Harrym Potterem- na razie w wersji filmowej, po wakacjach zaczniemy czytanie). Buniś wiadomo uwił sobie własne gniazdeczko, chociaż przejęta losem matki- słomianej i dodatkowo "osieroconej" wdowy obiecał zapewnić rodzicielce rozrywki w sobotę, żeby z tęsknoty samotnie nie usychała;-) Co prawda ja jeszcze dziś do pustego domu nie zaglądnęłam, ale sama świadomość, że nikogo w nim nie będzie oprócz mnie aż do niedzieli jest wystarczająco przerażająca;-) Nie mogę sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz podobna sytuacja się wydarzyła i czy w ogóle kiedyś miała miejsce!- przeważnie trudno jest znaleźć się w naszym mieszkaniu sam na sam ze sobą choćby przez godzinę.
Jak na razie chłopaki od czasu do czasu wysyłają SMS-a z informacją, że żyją- w tego typu lakonicznych info Ciech osiągnął perfekcję- 22.07.- "Żyję jak coś.", 24.07. "Dalej żyję.", 25.07. "Wciąż bez zmian." (znaczy się szczęśliwie żyje;-)), 27.07. "Dla odmiany wciąż żyję, chociaż babcia do mnie dzwoniła, że się martwi" (hmm, czyżby telefon od babci miał być groźny?;-)), 30.07. "Dalej żyję." I tym sposobem czuję się należycie poinformowana o tym co porabia moje trzecie z kolei dziecko- ŻYJE :-)))

Truś przed wyjazdem na obóz wyprosił własną komórkę, co poskutkowało już dwoma krótkimi telefonami- w pierwszym poinformowała mnie o tym, ze są na miejscu, w drugim, że zjadła już obiad i przeprowadziły się z Kingą do innego pokoju. Kolejny telefon przewiduję na dobranoc.

A tak oto, bynajmniej nie łzawo, prezentował się Truś chwilkę przed wyjazdem:

Powyżej to już chyba wprawki taneczne ;-)

PS
Wróciłam do domu i okazuje się, że samotność nie jest mi chyba przeznaczona, albowiem na balkonie zadomowił się jakiś gołębi wypłosz- tak na oko wyrośnięte i prawie opierzone pisklę, które jednakowoż niezbyt pewnie czuje się w lataniu i zamierza u mnie przynajmniej przenocować. Utworzył już sporą kupkę gołębiego guana, co nie wzbudziło do niego mojej szczególnej sympatii. Zaś na sugestię z mojej strony, że mógłby sobie znaleźć inne miejsce na nocne kupanie spojrzał na mnie żałośnie i z odrobiną oburzenia. Cóż, taka karma...

20:31, dsmiatek
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 28 lipca 2014
Weekend W Drzewach

Nie będzie wielu słów, będzie za to wiele obrazów. Kolejne marzenie się spełniło- pojechaliśmy spędziliśmy trzy noce w domku na drzewie. A w domku takim jest pięknie. Mogłabym tylko siedzieć na tarasie, patrzeć na drzewa, słuchać szumu wiatru i śpiewu ptaków. Tylko tyle. Ale jeszcze byli przemili gospodarze, co rano wiklinowy kosz ze śniadaniem, po południu świeże domowe ciasto i kawa na tarasie, wycieczka do Kazimierza Dolnego, spacer po Nałęczowie, pyszny obiad w Patataj.... Nic więcej już nie potrzeba:-)

A jeśli kiedyś zawitacie w te strony, odwiedźcie Drzewa koniecznie. Można się zakochać.

Pierwszy wieczór:

Pierwsze śniadanie:

Kazimierz Dolny:

Stateczkiem po Wiśle:



Podwieczorek na tarasie:

Nałęczów:

Wieżą Ariańska w Wojciechowie:

Drzewa raz jeszcze:

Było cudnie.

22:09, dsmiatek
Link Komentarze (6) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 130