RSS
niedziela, 23 listopada 2014
Jeszcze pierniczki zdążyły dziś powstać:-)

Pierwsze koty za płoty, czyli proces wypiekania pierniczków na Święta został u nas rozpoczęty:-) Z zarobionego wczoraj przez P. ciasta dziś powstały serduszka, gwiazdki, renifery, koty, jeże, aniołki i inna menażeria. A jak u nas w domu teraz pachnie!

19:48, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
Zamiast kariery filmowej

Plan na dziś był taki, że od dziewiątej rano do trzeciej po południu Truś wciela się w gwiazdę filmową, a rodzice mają czas na pielęgnowanie relacji między sobą, czyli idą na francuską komedię i jedzenie, na które Truś nie może patrzeć, bo samo patrzenie szkodzi.
Nie martwcie się, Trusia nie wygrała bynajmniej castingu na główną ani poboczną bohaterkę żadnego serialu, po prostu jej klasa została wytypowana do nakręcenia filmów szkoleniowych z lekcji wf-u dla studentów AWF. Niestety, plany filmowe pokrzyżowane zostały kontuzją nauczycielki, która owe lekcje miała prowadzić i przesunięte na grudzień w terminie, który absolutnie wyklucza karierę Trusi na ekranie. Tym samym nie powiodło się też rozwijanie naszych małżeńskich relacji, zatem trzeba było znaleźć jakiś godziwy zastępnik, pozwalający przynajmniej na rozwinięcie kontaktów na linii rodzice-córka.

Ale zanim nastała niedziela, była sobota. A w sobotę chłopaki zajmowały się pracami remontowymi w dwóch domach na raz, a dziewczyny w liczbie trzech opanowały kuchnię. Chociaż nie do końca, bo sobotni poranek wypełnił bożonarodzeniowy zapach piernikowe ciasta, które skoro świt kole jedenastej zarobił P. No ale potem kuchnia przeszła już w damskie ręce- Truś wyciskał sok z pomarańczy i cytryn, potem wraz z Bunią wyczarowywał tiramisu, a ja faszerowałam grzybami dynie, mieszałam zupę z czerwonej papryki i piekłam schab- żeby nasi spracowani mężczyźni mieli się czym posilić, jak już znudzi im się remontowanie. Ukoronowaniem kulinarnych poczynań były dwie foremki piwnego chlebka w wykonaniu P., które pożarliśmy jeszcze ciepłe na kolację:-)

Zaś niedzielę opanował nas "Konik muzealny" i graliśmy w zielone w kamienicy Szołayskich na Placu Szczepańskim.

Na przekór szarej jesieni na dworze tropiliśmy zieleń na młodopolskich obrazach, rysowaliśmy karykaturę na zielonym baloniku, Truś starał się przerobić jesienno-zimowe Planty na pełne wiosennej zieleni, "sadził" trawę dla nieśmiałego Fauna, wymyślał nazwy kwiatów do zielnika Wyspiańskiego, mieszał farby w celu uzyskania różnych odcieni zielonego i eksperymentował z zieloną pacią z kartoflanej mąki. Zajrzeliśmy też do Szuflady Wisławy Szymborskiej odkrywając zgromadzonej w niej "skarby".

Wizyta w muzeum skończyła się oczywiście w świetnie zaopatrzonym w cudowne książki, kolorowanki i zabawki muzealnym sklepiku, skąd wyszliśmy z dwiema kolorowankami XXL i poradnikiem do domowego wykonywania magicznych sztuczek.

A na koniec regeneracyjny posiłek w Karmie i już można było wracać do domu.

Czyli co- kolejny całkiem udany weekend, chociaż inny niż w pierwotnych planach. Niestety, już dobiega do końca- trzeba tylko jeszcze przekonać Córkę, że czas najwyższy odrobić zadanie domowe na poniedziałek.

17:02, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
środa, 19 listopada 2014
I koniec wspomnień z wakacji

Jeszcze trzy miejsca zostały ku pamięci z tegorocznej Słowacji- miejsca, które co prawda my mamy nieźle zapamiętane, bo odwiedziliśmy je wielokrotnie, ale w tym składzie po raz pierwszy, zyskały zatem nową jakość.

Dolina Kwaczańska i młyny na Obłazach- wciąż nam się nie znudziła, chociaż odwiedziliśmy ją już wielokrotnie- z Truśką po raz pierwszy, gdy miała pięć miesięcy, a dolinę próbowaliśmy przebyć z wózkiem, co skończyło się porzuceniem pojazdu pod drzewem i przesadzeniem Truski do nosidła. Kiedy to było....

Dolina Źiarska- nasza najbliższa, zatem odwiedzana co roku. W tym bardzo się zmieniła. Wichura powaliła wielkie kawały lasu, aż przykro było patrzeć na leżące drzewa. I trudno sobie wyobrazić, jak to się właściwie mogło stać, jak wielka musiała być siła żywiołu, który połamał jak zapałki stuletnie kilkunastometrowe świerki.

I miejsce ostatnie, czyli nasza ostatnia deska ratunku, gdy pogoda się psuje, albo gdy towarzystwo bolą kończyny, a gdzieś ruszyć by się wypadało- skansen w Pribylinie. Miejsce fajne nie tylko ze względu na stare drewniane domki, ale też duży teren, po którym można swobodnie biegać, przepływający strumień- wiadomo woda dla dzieci atrakcją jest zawsze, niezależnie od pogody. Ileż spodni i innych elementów garderoby już w nim zostało "niechcący" utopionych!  I są przecież jeszcze pociągi...

I tyle, koniec wspomnień. Ciekawe, czy w najbliższe wakacje znowu wrócimy do Liptowa? Mam wrażenie, że dla Truśki wakacje bez pobytu w Mikulaszu się nie liczą.

19:47, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 18 listopada 2014
Kulturalne wzruszenia

Żeby nie było, że tylko wspominki u nas królują- jest też kulturalnie. W ubiegłym tygodniu wybraliśmy się pierwszy raz w tym sezonie do Groteski na "Porwanie Baltazara Gąbki"- spektakl z rockowym pazurem, odpowiedniejszy chyba bardziej dla troszkę starszych dzieciaków. Truśce się podobało, chociaż początkowo dziwiło ją, że Smok Wawelski nie przypomina smoka, gra na perkusji, a jego towarzysze podróży biegają z gitarami. Ale zaakceptowała taką konwencję i bawiła się dobrze.

W sobotę wysłałam Trusia z Tatusiem do krakowskiej Areny na rewię na lodzie- w końcu i z takim rodzajem rozrywki należy się zapoznać, nie mówiąc o absolutnie koniecznej wizycie w arenie- chociaż Areny za to, że zajęła nam połowę parku nie lubimy! Truśka była zachwycona- zarówno widowiskiem, jak i miejscem.

Zaś niedzielny wieczór spędziliśmy we trójkę w operze na Carmen. Truś załapał się trochę przez przypadek, bo towarzyszyć miał nam Paweł. Dumna jestem z Córki bardzo, że dzielnie zniosła operę w czterech aktach, a nawet zaangażowała się w nią do tego stopnia, że na samym końcu, gdy wiarołomna Carmen poniosła śmierć z ręki Don Jose, z ocząt przejętego Trusia polały się łzy! Dobrze, że gromkie brawa zagłuszyły jej szlochanie. Wychodząc usłyszeliśmy deklarację, że na żadną operę, w której się zabijają już więcej z nami nie pójdzie- zważywszy na to, że opery zwykle kończą się tragicznie trudno będzie wybrać odpowiednio łagodną;-) Ale OK- następny w planach jest "Dziadek do orzechów", a to nie opera przecież, a potem "Wesele Figara", które też nie kończy się tragicznie :-) A ja szczęśliwa jestem, że skorupka za młodu nasiąka i być może w przyszłości nie będzie zasypiać na "Jeziorze łabędzim" i sama z siebie zapragnie pójść na "Czarodziejski flet" ;-)

PS
A tak na marginesie Struś idealnie trafił stylizacją w Carmen, albowiem założył swoją słynną czerwoną spódnicę i niewątpliwie zwracał na siebie uwagę w czasie przerw. Zdjęć brak- komórka została w domu. Ale spódnicę przecież znacie...

15:37, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 16 listopada 2014
Wspomnień wakacyjnych ciąg dalszy

Jakoś tak się dziwnie złożyło, że z Orawskiego Zamku prawie nie mamy zdjęć. Ale kiedyś już były, zatem tylko sam zamek- tak dla przypomnienia:

Chopok- pewnie kiedyś nadejdzie ten szczęśliwy właściwy moment, gdy nie wwieziemy się na niego kanapę, lecz zdobędziemy go na własnych nogach, albo też wjedziemy krzesełkiem i wyruszymy granią przed siebie. Już kiedyś, w czasach przedtrusiowych udało nam się przedsięwziąć ambitniejsze wycieczki. Mieliśmy nadzieję, że w tym roku wreszcie wyruszymy na szlak, ale okazało się, że to nie był jeszcze ten moment. Może w takim razie w 2015...

Zanim "zdobyliśmy" szczyt:

Chopoczki tradycyjnie zostały zbudowane:

Vrbickie Pleso- miejsce odwiedzane chyba co roku- ale w każdym jest tu równie pięknie:

cdn

16:57, dsmiatek
Link Komentarze (1) »
sobota, 15 listopada 2014
Wreszcie Słowacja

Nie da się ukryć- trzy miesiące mi zabrało dotarcie do zdjęć z naszego tygodnia na Słowacji i przygotowanie ich na bloga. Temat może się już wydawać nieaktualny, większość z was pewnie nieśmiało planuje kolejne wakacje, a o tych minionych już dawno zapomniała. Ale ponieważ blog ma być ku pamięci, nie mogę tego cudownego czasu pominąć. Zwłaszcza, że naprawdę było super- tym razem w innym składzie, od dawna przeze mnie upragnionym, czyli wraz z moją Mamą, moim Bratem i jego Dziećmi. Plus "stara" ekipa, czyli Siostra P. i Tola.

Rewelacji ani nowości nie było, raczej powtarzanie corocznych rozrywek- ale cóż zrobić, same dzieciaki chcą znowu wykąpać się w fontannie na rynku w Mikulaszu, przespacerować do pobliskiej stadniny i poszaleć na tamtejszym placu zabaw, który w tym roku wzbogacił się o kilka nowych atrakcji. Górskie wycieczki wciąż nie są na topie- na Chopok należy wjechać wyciągiem (od tego roku także nowości w tym temacie) i ew. tam się przespacerować. Dolina Źiarska to koniecznie hulajnogi- ale akurat w dniu, gdy się tam wybraliśmy kołobieżek nie było. Dolina Kwaczańska może być, bo człek się chodzeniem aż tak nie zmęczy, na miejscu rzeczka, kózki, kotki, a dla P. nieustannie fascynujące go wodne młyny tartaczne. Orawski Zamek chcieliśmy koniecznie pokazać naszym nowym gościom- bo naprawdę jest imponujący, a w USA to oni takich przecież nie mają. Magię Vrbickiego Plesa uwielbiam- cicho tam i kojąco, mogłabym siedzieć kilka godzin, gapić się na wodę i kaczki i oddychać przesyconym żywicą powietrzem.
Dzieciaki właściwie mogłyby cały tydzień spędzić w naszej dolince przydomowej- ognisko, kiełbaski, pieczone pianki, bańki mydlane, latawce, huśtawki, tym razem także slack line, "połowy" w strumyczku, malowanie kamieni, a wieczorami kominek i domowe kino- więcej im do szczęścia wydaje się być niepotrzebne.

Wróćmy zatem na sierpniową Słowację i powspominajmy raz jeszcze ten piękny czas:

Dom i rozrywki przydomowe:

Plac zabaw przy stadninie:

Moja ulubiona droga powrotna ze stadniny do domu, zawsze w zachodzącym już słońcu, z lekko zamglonym widokiem na Liptowską Marę:

Coroczne rozrywki niedzielne w Mikulaszu- nauczeni doświadczeniem jako wyposażenie obowiązkowe na niedzielną mszę zabieramy komplet odzieży na zmianę (łącznie z bielizną), a w tym roku także mały ręczniczek. W kolejnym roku w podręcznym bagażu znajdą się pewnie dwa komplety przyodziewku i ręczniki kąpielowe, bo pluskanie, zrazu nieśmiałe i powściągliwe, corocznie przybiera na sile;-)

Jak widać po stroju dorosłych, mimo, że słońce świeciło,  to temperatura, przynajmniej początkowo, do najwyższych nie należała. Ale czy takie mniej sprzyjające warunki mogą przeszkodzić dzieciakom? Jasne, że nie!

Już przebrane, ale wciąż chętne do powrotu do fontanny:

Jedynie obietnica lodów zdołała ich od wody odciągnąć:

I na tym chyba dziś skończymy wspominanie- ciąg dalszy oczywiście niebawem nastąpi:-)

12:51, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 13 listopada 2014
Wow!

Dziewczyny z AAK są naprawdę niesamowite. Z okazji Halloween zorganizowały dla dzieciaków "magiczne" pokazy doktora Wow. Struś, jako weteran AAK, uczęszczający na zajęcia Akademii od jej początków, naturalnie okazji nie przepuścił i na pokazy się udał. Zabawy było co niemiara. A ile krzyków, pisków i wrzasków- do dziś bolą mnie uszy;-)

Ze sztuczek "czarodziejskich" sfotografować udało się tylko uciekającą pianę, albowiem komórka nijak nie nadążała za wybuchającą dynią, płonącą butelką, obrączkowatymi obłoczkami wyskakującymi z tajemniczego walca czy innymi ruchomymi obiektami.

Ania, prosimy o więcej- dzieciaki ci się w AAK starzeją, może kółko magików-chemików dla nich zorganizujesz? ;-)

A skoro o magii mowa, to dniu, gdy Święci balowali w niebie, odkryłam w naszym rodzinnym mieście miejsce, o którym do tej pory nie miałam zielonego pojęcia- a przecież istniało ono w czasie mojego dzieciństwa, a nawet dłuuugo przed moim urodzeniem- choć zważywszy na mój wiek matuzalemowy dziwnym wydawać się może, że było coś zanim się urodziłam;-)
Ktoś z "rodaków" wie, gdzie to jest? Monstermamo- byłaś tam kiedyś?

21:25, dsmiatek
Link Komentarze (6) »
sobota, 08 listopada 2014
Uff, udało się przeżyć;-)

Halloweenowej odwiecznej (czyli dwuletniej) tradycji stało się zadość- nasz dom najechały wczoraj wiedźmy, kocury i białe damy, niecierpliwie oczekiwane przez Gnijącą Pannę Młodą:

Oczywiście na upiorne stworzenia oczekiwała też odpowiednia dla nich strawa- pajęczyny, duszki, gałki oczne, mózgi, glutowate robale, wiedźmie paluchy i kosteczki niewinnych dzieciątek;-)

Pytanie "Ile jeszcze do 17.30?" zadawane było średnio co 30 sekund. Wreszcie godzina zero nadeszła, a Panna Młoda ożywiła się na pierwszy dzwonek.

Pierwsza mała czarownica przybyła:-)

Potem nadlatywały kolejne.

I wreszcie zabawa mogła się rozpocząć.

Oczywiście było ozdabianie dyń- na ich wycinanie nie mogłam pozwolić, gdyż wyobraźnia podsuwała mi obrazy zbryzganych dniową pulpą ścian i sprzętów, gdzieniegdzie dodatkowo upstrzonych krwią z pokaleczonych ostrymi narzędziami paluszków. Zatem dynie zostały pomalowane markerami i oklejone plasteliną.

A tak na marginesie- od dziś przechodzimy na dyniową dietę- pierwsze dwie dynie na dyniowe muffinki z fetą zostały już upieczone.

Jak się tylko uporały z dyniami, to zażądały kolejnych atrakcji, dostały zatem podłogowe kolorowanki, w celu przerobienia słodkich księżniczek i królewien na mniej sympatyczne stworzenia. Przy okazji przedyskutowały szczegółowo różnice pomiędzy królewną i księżniczką, dochodząc do wniosku, że głównie polega ona na tym, iż księżniczki siedzą zamknięte w wieżach, zaś królewny w zamkach.

Autorki dzieła stwierdziły, że po co mają się wysilać i zamieniać w paskudę każdą królewnę na kolorowance, skoro wystarczającej upiorności doda mu odrobina chaosu.

Potem, w celu uspokojenia towarzystwa i ochrony domu przed kompletną demolką spróbowaliśmy urządzić im domowe kino i zasadziliśmy towarzystwo na poduchach przed ParaNormanem. Niestety, dziewięcioro widzów to liczba za duża jak na domowe oglądanie całego filmu i upiorzyska się rozpełzły, by kontynuować dzieło zniszczenia. Część imprezowiczek zamknęła się w łazience, sporządzając magiczne eliksiry i wykorzystując do tego wszelkie dostępne w zasięgu już nie tak małych rączek kosmetyki. Dobrze, że zostawiły choć trochę na wieczorną kąpiel- ale to pewnie nie z premedytacji, lecz przez przeoczenie;-)

Od pewnego momentu my średnio do 30 sekund zaczęliśmy  spoglądać na zegarek sprawdzając, ile jeszcze zostało do 20.00. W końcu się doczekaliśmy i w domu oprócz wiedźmy naszej osobistej, pozostały tylko dwie czarownice, zaproszone na nocowanie. Jak wiadomo wszystkim odrobinkę doświadczonym rodzicom, gdy dzieci nocują w większej gromadzie, to do łóżka zagonić je trudno.
Zatem wciąż bawiły się w najlepsze, harcując i tańcując nawet na stole:

Udało się je zwabić do łózka dopiero oryginalną "Gnijącą Panną Młodą":

Sama też się załapałam, bo bardzo lubię ten film:

I wreszcie nadszedł długo oczekiwany moment-

wiedźmiątka słodko usnęły:-)
A my niedługo po nich.

Ktoś zgadnie, kto obudził się pierwszy? ;-)

A dziś odgruzowujemy, odreagowujemy, oddychamy głęboko i cieszymy się, że impreza się udała, a towarzystwo bawiło się świetnie:-)

18:53, dsmiatek
Link Komentarze (3) »
czwartek, 06 listopada 2014
Czwartkowy dół

Staram się unikać narzekania na blogu, zresztą dzięki wspomaganiu doły dopadają mnie ostatnio nie tak często, a i z równowagi nie tak łatwo mnie obecnie wyprowadzić. Ale dziś się to udało mojemu pracodawcy. Tak bardzo mu się udało, że mam wrażenie, iż głowa mi pęknie, serce takoż, a pierwsza myślą było natychmiastowe złożenie wypowiedzenia z pracy.
Szczegółów opisywać nie będę, może kiedyś, jak emocje opadną, a sprawa się ostatecznie wyjaśni. W każdym razie odpowiedź kolegi na zadane wczoraj pytanie, jak im się żyje, że właściwie to wcale się nie żyje jest jak najbardziej adekwatna. To jakieś przekleństwo naszych czasów, że praca zdominowuje naszą codzienność i na życie brakuje czasu...

Na szczęście obok momentów negatywnie wyprowadzających z równowagi psychicznej są też ich pozytywne odpowiedniki;-) Na przykład jutro w naszym domu zagościć mają wiedźmy i straszydła na "tradycyjnym" balu halloweenowym- bo w mniemaniu Trusi, skoro raz taka impreza zorganizowana została, to tradycja powstała i teraz należy ją kultywować co roku. Dzień Wszystkich Świętych i Zaduszki odświętowaliśmy "po Bożemu", poświęcając go naszym Kochanym, których z nami już nie ma, zatem z czystym sumieniem możemy sobie pozwolić na halloweenowe przebieranki.  Truś planuje przeobrazić się jutro w Gnijącą Pannę Młodą (nasz hit ostatnio, podobnie jak kilka innych filmów podobnych tematycznie- ale o filmach mam nadzieję jeszcze będzie), dynie oczekują na honorowym miejscu w "salonie" na dekorowanie, obowiązkowe glutowate szczęki i oczy zostały zakupione. Ponieważ tegotygodniowy wtorek o dziwo miałam wolny od dyżuru, mogłyśmy się z Truśkiem twórczo ponudzić w domu, dekorując ciasteczkowe czarownice, nietoperze, dynie i duchy i piekąc paluszki wiedźmy. Co do tych ostatnich, to wyszły nam raczej paluszyska, ale czy wiedźmy zawsze są kościste?
Mam nadzieję, że relacja z jutrzejszej zabawy pojawi się na blogu- tylko aparat koniecznie trzeba opróżnić, bo miejsca na zdjęcia brakuje. Trzy straszydła zostały nawet zaproszone na nocowanie- oj, będzie się działo. Aż strach się bać! Gdzieś tam w głębi umysłu kołacze mi się pytanie, co prawda wątpliwość, co ja właściwie zrobiłam zgadzając się na tą imprezę, ale widząc , jak wszystkie dziewczyny się cieszą i jak bardzo czekają na jutrzejsze popołudnie, mówię sobie, że dam radę i jakoś przeżyję ten sabacik;-)
Zatem jutro oswajamy strachy i straszydła- co nie znaczy, że oswajamy się z nimi! Zaś Truś na pytanie, kiedy wreszcie na dobre wyprowadzi się z naszego łóżka, odpowiedział, że jak już całkiem przestanie się bać węży i ciemności- oj, obawiam się, że nieprędko to się stanie, bo ja sama wciąż mam swoje upiory, których boję się do dziś. No ale ja się nie muszę z naszego małżeńskiego łóżka na szczęście wyprowadzać. A Truś niepoprawny wciąż w nim ląduje. tylko przed halnym i pełnią zawędrował niechcący do pokoju Ciecha, zapalił mu światło i ułożył się w nogach starszego Brata zupełnie nie zdając sobie sprawy z tego, co robi. Ciech przeżył szok, gdy w środku nocy oślepiło go światło i na wszelki wypadek od razu złapał za komórkę- przedmiot niezbędny przy łóżku i dający odpowiedź na większość pytań;-)

12:19, dsmiatek
Link Komentarze (3) »
piątek, 31 października 2014
Halloweenowej stylizacji wersja złagodzona;-)

A właściwie stylizacja numer dwa- autorką także jest Trusia. Tak nam jakoś z ubraniami wyszło w okolicy Wszystkich Świętych. Zresztą Truś lubi stroje z upiornym elementem. A ostatnio rozmiłował się w filmach z tego gatunku. Ale o filmach będzie wpis osobny. A dziś- halloweenowy Truś po raz drugi*:

I jeszcze moje uzupełnienie dzisiejszego stroju do szkoły, czyli peleryna z najnowszej kolekcji H&M All for Children. Odkąd odkryłam te kolekcje parę lat temu bardzo je polubiłam i niecierpliwie wyczekuję. Tegoroczna jest niestety ostatnią, z którą osobiście możemy się zapoznać, bo ubranka są do rozmiaru 128cm:(

A peleryna genialna, sama mogłabym taką mieć.

* Jakby co, to Truśkowe legginsy są w czaszeczki, a skarpetki w pająki, więc wpisują się jak najbardziej w całość;-)

18:18, dsmiatek
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 133