RSS
środa, 02 września 2015
Rok szkolny 2015/16 ogłaszamy za rozpoczęty

Truśka pognała do szkoły z radością i entuzjazmem. Bo mimo niewątpliwie ciekawych i pełnych wrażeń wakacji stęskniła się za koleżeństwem i wychowawczynią, a nawet za nauką. Dziś na przykład okropnie narzekała, że niczego z książek nie robili, tylko opowiadali o wakacjach. Nawet na brak zadania domowego wyrzekała! Zobaczymy, co będzie jutro, jak trzeba będzie zdążyć do placówki na 8.00. A propos wakacji, to nasza córka jest chyba klasową rekordzistką w ilości letnich wyjazdów i odwiedzonych w ich czasie  miejsc. Ale teraz przed nami stacjonarny okres, najbliższa wyprawa dopiero pod koniec października W Drzewa. No chyba, że się coś jednak w międzyczasie "urodzi"... Trzeba jednak zająć się ogarnianiem chaosu domowego, który się stworzył w lecie i naprawianiem rozbisurmanionej późnym chodzeniem spać, kinem domowym i spaniem do późna Córki.

A tymczasem Córka znowu urosła:

Strasznie poważnie i "dorośle" wygląda w tej "stylizacji" na rozpoczęcie roku szkolnego!

A już niebawem relacja z pobytu na Słowacji.

21:46, dsmiatek
Link Komentarze (4) »
piątek, 14 sierpnia 2015
Chyba mamy studentkę;-)

Pamiętacie jak w czerwcu żaliłam się, że nie udało mi się zapisać Truśki na Uniwersytet Dzieci, bo miejsca się wyczerpały w pierwszej minucie zapisów, a nasze zgłoszenie "poszło" w drugiej? Wysłałam co prawda maila z prośbą o wpisanie na listę rezerwową, ale generalnie pozżymałam się i odpuściłam temat. A tu niespodzianka, wczoraj przyszedł mail, że Truś dostał się jednak na kierunek Inspiracje! Zatem mamy studentkę:-)

Sierpień przelatuje mi przez palce, przynajmniej jego pierwsza połowa. Z powodu urlopu w drugiej jego połówce muszę odrobić przynależne dyżury przed wyjazdem. Urlop jakoś specjalnie mnie nie cieszy, tym bardziej, że skład nam się posypał- mężowa siostra nie dostała wolnego, zatem zamiast niej z Tolą jedzie moja teściowa. P. musi być obecny w pracy w przyszłym tygodniu we wtorek, środę i czwartek, a w następnym tygodniu to jeszcze nie wiadomo jak będzie. Bunia cały czas zapowiada, że nie wie, czy zostaną na dwa tygodnie. A Ciech może przyjedzie, a może nie przyjedzie. Zatem i mi mija ochota na wyjazd. Siedzenie w leśnej głuszy z dwiema ośmiolatkami i siedemdziesięciosześcioletnią starszą panią wcale mi się nie uśmiecha. Poza tym coraz bardziej martwię się o Męża, któremu taka huśtawka nastrojów szefowej bynajmniej zdrowotnie nie służy, a kolejne problemy stwarzane przez nią z jego urlopem zaczynam uważać za mobbing. Bo nie wiem czy pamiętacie (jak i owszem, nawet bardzo dobrze pamiętam), że w ubiegłym roku P. w czerwcu musiał z urlopu we Francji lecieć służbowo do Niemiec, a w trakcie tygodnia na Słowacji też wyjeżdżał na dwa dni do pracy!

11:11, dsmiatek
Link Komentarze (4) »
wtorek, 11 sierpnia 2015
Upał

Upał sprawia, że umysł i ciało mi szwankuje. Jadąc o poranku rowerem do pracy miałam wrażenie, że jest mi lekko zimno i przydałby się sweterek- termometr pokazywał 25 stopni!
A propos jazdy do pracy- jak tylko wyszłam, to się zorientowałam, że zapomniałam komórki. Wróciłam po nią i, w moim przekonaniu, zabrałam ją z domu. A parę minut po moim wejściu do dyżurki w jej drzwiach pojawił się uśmiechnięty P., który przywiózł mi moją ... komórkę! Co w takom razie zabrałam z domu? Nie mam pojęcia- do tej pory tego nie odkryłam! 

Truś siedzi w domu z Pasią i się nudzi- ale wyjść na plac zabaw się nie da- nie dość, że usmażyłby się człowiek jak sadzone jajeczko na patelni, to i tak nikogo na nim nie ma. Na szczęście jutro mają pojechać z koleżanką do miasta do labiryntu luster i muzeum bursztynu.

Z powodu dyżurów co 2 lub trzy dni tracę rachubę czasu i długo muszę się zastanawiać, jaki aktualnie mamy dzień. Dziś wmawiałam wszystkim, że mamy środę. A że w ten gorąc doskwiera mi wszystko, co chociaż trochę przylega do ciała, to nie noszę zegarka, zatem nie mam pojęcia, która jest godzina. W rezultacie mam wrażenie, że egzystuję trochę poza czasem.

Marzę o zimie, śnię o śniegu w Dolomitach- jeszcze tylko pół roku... 
A póki co w sobotę jedziemy na Słowację- tam też upał, ale upał w lesie i w górach łatwiej się znosi. Powieszę sobie hamak i będę się na nim bujać z książką. O ile tylko uda mi się przetrwać jeszcze parę dni, jeden dyżur i górę mammografii. 

20:53, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
sobota, 08 sierpnia 2015
Domowe warsztaty sushi

Nie wiem, czy sushi jest dobre na upały, ale w sumie może nawet tak. Trusia wpadła na pomysł, żeby je zrobić Pawłowi na urodziny- bo akurat  on jest wielkim fanem takiego pożywienia. Sam Truś sushi z rybą nie jada, ale na warsztatach, na których była, dowiedziała się, że ryba wcale nie jest obowiązkowa, zatem dla siebie stworzyła rolki z jabłkiem i słodkim serkiem i ogórkiem i jagodami. Degustacja jutro.

W zawijaniu dzielnie pomagała przysposobiona "siostra", czyli koleżanka z klasy, z którą Trusia ostatnio spędza całe dnie i nawet noce;-)

A czym się jeszcze ratujemy w te upały poza domowym wyrobem sushi? Ano lemoniadą - klasyczną lub arbuzową. Albo pluskaniem w Parku Wodnym. Albo wizytą w kinie- Mały Książę- piękny, W głowie się nie mieści- fajne, a w Minionkach najbardziej podoba mi się czołówka, ale resztę też da się oglądnąć z przyjemnością.
Jeszcze kilka dni, dwa dyżury i jedziemy w góry do naszego ulubionego Liptowa.

22:40, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 03 sierpnia 2015
NIe poddaję się

Ano, nie poddaję się i nie ustaję w wysiłkach mających na celu przekonanie Trusi do jedzenia zdrowego i próbowania nowych smaków. A przy okazji utylizuję nadmiar zakupionych owoców- ot choćby tak:

Smoothie porzeczkowo- malinowo- truskawkowe na sobotnie śniadanie

wypite ze smakiem :-)

i ukochane ostatnio przez Trusię francuskie tosty z dodatkiem owoców- świetnie się nadają do przemycania jajek;-)

A dla poznawania nowych smaków niedzielny obiad w ulubionej przez nas ostatnimi czasy Tao:

Jak widać Trusi nie tylko jedzenie przypadło go gustu:-)

Chociaż jedzenie było pyszne

W Truśce szala zwycięstwa przechylała się w stronę jej kulinarnego konserwatyzmu, ale coś tam jednak udało się jej zjeść:

Jeszcze tylko 11 dni do urlopu, który troszkę zaczyna się sypać towarzysko, ale mam nadzieję, że jakoś uda się go jednak poskładać. Od urlopowego szczęścia  dzielą mnie niestety jeszcze 4 dyżury i chaos w domu- sama go sobie wymyśliłam zarządzając przeprowadzkę Trusi do większego pokoju. W rezultacie na chwilę obecną jedynym jeszcze nie naruszonym porządkowo bastionem jest nasza sypialnia.

Zatem byle do 15-go;-)

23:22, dsmiatek
Link Komentarze (5) »
piątek, 31 lipca 2015
Babskie popołudnie

Truś wrócił do nas na dobre. Skończyło się obozowanie. Przed nami jeszcze dwa tygodnie na Słowacji pod koniec sierpnia- całe szczęście, bo nasz włoski urlop wydaje mi się już tak bardzo odległy...

W każdym razie mamy już naszego Trusia w domowych pieleszach, jakiegoś takiego wyrośniętego i troszkę obcego- trzeba się przyzwyczaić do nowych odzywek i min. Ale mimo zmian jest to nasz kochany Trusiek, który dziś zarządził babskie popołudnie.
I nawet wspólnie ze mną przygotował na nie babeczki z owocami i bitą śmietaną- mniam:-)

Miałam nadzieję, że uda mi się w babeczkach zutylizować trochę zakupionych na targu owoców, ale ubył tylko niewielki procent. Ech, tak jakoś mam, że jak się znajdę na targu, to kupuję dopóki mi miejsca w rowerowym koszyku i torbie wystarczy. Trzeba będzie rano umiksować smoothie albo kisielek ugotować, bo inaczej zjedzą nas owocówki- jak się już z naszymi porzeczkami, wiśniami, czereśniami itp uporają;-)

Za to my uporałyśmy się z częścią babeczek, co wprawiło nas w całkiem dobre humorki- nawet tą z nas, które babeczki zjadają jak na razie w formie mocno przetworzonej i przefiltrowanej;-)

Na koniec jeszcze małe słodkie stópki- mniam:-)

A jutro do roboty:(

22:41, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
wtorek, 28 lipca 2015
Wakacyjnych wspomnień odcinek ostatni

Rozciągnęły mi się nasze włoskie wakacje- a miały być tylko zajawki, więcej planowałam na osobnym blogu. Blog oczywiście powstanie- kiedyś...
A na razie garść zdjęć z drogi pomiędzy południem a północą, czyli krótka wizyta w Orvieto, a potem dwa dni nad Gardą.

Orvieto odwiedziliśmy już kolejny raz, ostatnio z Trusią przy okazji pobytu w Umbrii sześć lat temu. Ale chociaż dla nas nie jest nowością, zachwyca zawsze- zarówno jego wspaniała panorama oglądana z autostrady, jak i urokliwe uliczki i przepiękna katedra.
Oczywiście nie odmówiliśmy sobie zejścia do studni- tym bardziej, że na dworze panował straszliwy upał, a tam przyjemny chłodek.

Katedra:

I wieża kościoła san Andrea:

Nad Garda spędziliśmy cztery noce, ale tylko dwa dni. Jeden dzień poświęciliśmy na rozrywki kempingowe i popołudniową wizytę w Sirmione- urokliwym miasteczku na wąskim cyplu:

Wybrzeże jeziora Garda to miejsce, gdzie cytryny lubią rosnąć.

Sirmione sławne jest między innymi z lodów- chociaż miasteczko jest małe, co krok można natrafić na lodziarnię z lodami domowego wyrobu, także takie "zdrowotne" bez laktozy, glutenu itp. Oprócz lodów w kulkach są też lodowe lizaki z zamrożonej pulpy owocowej i takie wesołe dla dzieciaków jak poniżej:

W Sirmione jest też uzdrowisko z termalnymi wodami siarkowymi, znane już w starożytności. Jedno ze źródeł gorącej siarkowej wody wybija na brzegu jeziora i można się w gorącej wodzie pławić za darmo- jest jednak tak ciepła, że wcale niełatwo w niej zanurzyć stopy.

Drugi dzień nad Gardą to obiecany Trusi Gardaland, czyli wesołe miasteczko.  Truś uwielbia karuzele i podobne rozrywki, ale nigdy nie był w żadnym prawdziwym dużym lunaparku. W Gardalandzie spędziliśmy cały dzień, a Truśka bawiła się świetnie:-)

Na koniec dziewczyny chłodziły się po emocjach karuzelowych i upalnym dniu w skaczących fontannach. Ubranie na przebranie przezornie zabrałam ze sobą, pamiętając z poprzedniej wizyty w Gardalandzie lata temu, że takie wodne rozrywki też tam istnieją :-)

Obok Gardalandu zbudowano niedawno akwarium, które odwiedziliśmy jadąc już do Polski w sobotę. Nie zdążyliśmy tego zrobić dzień wcześniej, bo zabawa w wesołym miasteczku zajęła nam zbyt dużo czasu, a dziewczynki nie chciały za nic odpuścić sobie oglądania pływających stworzonek. Akwarium na szczęście nie jest duże, za to bardzo  ładne i wizyta w nim przed długą podróżą i na pożegnanie z Włochami była całkiem miła.

I to już koniec skróconej opowieści o tegorocznych włoskich wakacjach. Mam nadzieję, że obszerniejsza relacja powstanie wkrótce na osobnym blogu.

21:15, dsmiatek
Link Komentarze (1) »
niedziela, 26 lipca 2015
Z cyklu zwiedzamy Kraków i krakowskie knajpy

Wreszcie udało mi się zrealizować dawno obiecywaną sobie wizytę w tym miejscu:

Kusiło mnie już od dawna, jak jeszcze powstawało. Patrzyłam na nie nie raz z przeciwległego brzegu Wisły przy okazji naszych rowerowych przejażdżek. Ale jak dotąd nigdy nie było nam tu po drodze. Aż nadszedł wreszcie TEN dzień. Pod pretekstem organizowania atrakcji mojej Mamie, która przyjechała do nas zapoznać się z Łucją, wybrałyśmy się obie do Cricoteki.

I powiem tak- niekoniecznie trzeba Kantora rozumieć, czy, co jeszcze chyba trudniejsze, go lubić, ale Cricotekę odwiedzić warto, bo jest to miejsce w środku równie niezwykłe i ciekawe, jak z zewnątrz. I jeżeli moje nogi/kółka zawiodą mnie kiedyś znowu na tamten brzeg Wisły, to chętnie wstąpię tu jeszcze raz. Chciałabym też zabrać Trusię, ale nie wiem, czy ją prezentowana tu sztuka nie przestraszy. Chociaż aktualnie jest też czasowa wystawa, doskonale obrazująca to, o czym czytałyśmy w książeczce Mizielińskch pt Sztuka- instalacja Christiana Boltanskiego "W mgnieniu oka" to dywan ułożony ze ściętej trawy i kwiatów. Pewnie w dniu otwarcia wystawy 3 lipca był pełen kolorów i świeżych zapachów, teraz już przywiędły i intensywnie pachnący świeżym sianem, będzie dalej podlegał działaniu czasu, zmieniał się, kurczył, brązowiał- metafora przemijania. Trochę smutne, ale skłania do refleksji. W tle wyświetlany jest film tego samego autora "Animitas", a na nim japońskie dzwoneczki przywiązane do gałązek na pustyni w Chile, poruszane przez wiatr- ich delikatne dzwonienie bardzo kojąco działa na zmysły.

Tyle o tym, co dla ducha, teraz o doznaniach cielesnych. Już od jakiegoś czasu ostrzyłam sobie ząbki na Sissi Organic Bistro, które powstało na Krupniczej. Wreszcie dziś się tam wybraliśmy, ale tu akurat przeżyłam rozczarowanie. Czytając entuzjastyczną recenzję Nowickiego w Wyborczej, potem równie pozytywne na kulinarnych blogach między innymi Ulli, spodziewałam się czegoś zdecydowanie lepszego. A tymczasem przeżyłam pewnego rodzaju rozczarowanie- najpierw długo czekaliśmy na nasze dania, chociaż knajpa była pusta, a zamówiona na przystawkę deska serów i wędlin wydawała się potrawą, którą można dość szybko przygotować. Ku naszemu zdziwieniu najpierw dostaliśmy dania główne (jak się później okazało kelnerka po prostu o serach zapomniała)- policzki w wiśniowym sosie z puree z selera (danie P.) były rzeczywiście przepyszne, ale mój łosoś z pęcakiem i marchewkowym puree smakował nijak. Porcje zaś były zdecydowanie nie-obiadowe. Zjedliśmy i dalej byliśmy głodni. Na deser dostaliśmy nasze sery (skruszona kelnerka przyniosła nam je gratis), co trochę poprawiło nam samopoczucie, ale zrażeni długim czekaniem ze słodkiego deseru już zrezygnowaliśmy- obawialiśmy się, że spędzimy w Sissi kolejną godzinę w oczekiwaniu na lody. Może szkoda, bo podobno są pyszne, mają też ciekawe smaki- kminkowy, malinę z rozmarynem, maślankę z owocami, owczą śmietankę... Cóż może jeszcze kiedyś się skusimy. W każdym razie P. na obiadowe poprawiny ostentacyjnie przeszedł na drugą stronę Krupniczej i zamówił sobie wołowego burgera u Burgertaty- pyszny, chociaż P. wybrał wersję z ostrymi papryczkami. Zatem u nas Sissi nie dostaje wysokiej noty, ale ponieważ nie było tak źle, to może się jeszcze kiedyś tam wybierzemy.

A - oczywiście Prababcia ze swoją pierwszą Prawnuczką koniecznie musi się na blogu znaleźć:

Dodamy im jeszcze do towarzystwa zakochanego w Siostrzenicy Wujaszka Wojciecha- przyszłego Ojca Chrzestnego:

To tyle wieści ode mnie- kompletnie niekonsekwentnej, przynajmniej w kwestii zakończenia blogowania. A tymczasem Truś wczasuje nad polskim morzem.

20:36, dsmiatek
Link Komentarze (3) »
środa, 22 lipca 2015
Odkrycie roku;-)

Czerwone porzeczki kryją się za tym odkryciem. Niby wiedziałam, że istnieją,ale w dzieciństwie skutecznie je na wiele lat znielubiłam. Jako dziecko za nimi nie przepadałam bo:
A- są kwaśne, B-mają pesteczki i małe czarne "noski", C- musiałam je na działce rodziców i u babci zrywać z krzaczków bynajmniej nie na własne skromne potrzeby tylko do gołego krzaka, a na krzakach wiadomo, gnieżdżą się robale i pajory, D- te zerwane trzeba jeszcze było pozbawić łodyżek przed przetworzeniem. A jeszcze kuzynka mężowska (było to jeszcze na początku naszego małżeńskiego stażu na rodzinnych wakacjach w domu dziadków P. w Muszynie) zapodała porzeczkowy kompocik, który ugotowała z owoców wraz z gałązkami, bo jej się skubać nie chciało i w kubkach pływały owe gałązki. Zatem jak tylko nadarzyła się okazja rozpoczęłam bojkot, który trwał do tego roku.
A w tym roku przeżyłam objawienie i nawrócenie;-) Pojechałam na targ, a tam uśmiechają się do mnie błyszczące czerwone kuleczki- aż chce się spróbować.

Kupiłam i na początek zapodałam na surowo, pomieszane w miseczkach z poziomkami, malinami i jagodami- pycha. To co zostało dodałam następnego dnia do smoothie. I pojechałam po następną partię- tą przerobiłam na kisiel- PYCHA- nawet niechętnej wszelkim kulinarnym nowinkom Trusi uszy się trzęsły, jak wcinała.

Tak wyglądał mój poniedziałkowy podwieczorek- kisiel, kawusia i dwa mini magnumki:

Pycha:-)

W planach mam tartę z porzeczkami, następną porcję kisielu, myślę też, że z sałatą świetnie by się komponowały nie tylko wizualnie, ale też smakowo.

Zatem niech żyją porzeczki:-)

 

 

21:47, dsmiatek
Link Komentarze (7) »
wtorek, 21 lipca 2015
Lulunia*

Nie da się o niej nie napisać- taka jest słodka, wciąż malutka (chociaż już o kilogram większa), mięciutka i przytulaśna. Ech, Pan Bóg wiedział, co robi, sprawiając, że mały człowiek jest taki cudny. Dzięki temu ludzkość wciąż trwa:-)



Słodziak, prawda? Nie sposób jej nie kochać. Jak zresztą każdego dzidziusia- bo już przestała być nasza Łucyjka** noworodkiem!

*Lulunia od lulania (czyli jak sobie słodko śpi)
** Łucyjka od łucenia (czyli jak akurat wyje)
Może jeszcze być Dziwaczkiem, bo jak nie lula i nie łucy to patrzy i się wszystkiemu dziwuje wielce:-)

 

10:05, dsmiatek
Link Komentarze (6) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 143