RSS
niedziela, 29 marca 2015
Weekendowe dokonania

Cóż, jak już wspominałam, życie codzienne nie przynosi nowych tematów na bloga. Na szczęści są weekendy i te bywają ciekawsze.
Chociaż pogoda, jak to ostatnio w trakcie naszych wolnych dni bywa, trochę się popsuła, to jednak nie było najgorzej i można było wybrać się na poszukiwanie wiosny. My szukaliśmy jej w Lasku Wolskim, odwiedzając przy okazji krakowski zoolog. O tej porze roku minusem był brak części zwierzaków na wybiegach, za to niewątpliwym plusem fakt, że niewiele osób wpadło na te sam co my pomyśl, zatem można się było spokojnie powłóczyć, pogapić i nie przepychać w tłumie, posłuchać świergolących ptaszków i spędzić na świeżym powietrzu kilka miłych godzin.

A wiosna? Wiosna też oczywiście była:-)

Aż chciało się ją przytulić z radości. O na przykład tak:

W nagrodę za stracenie kilku kalorii na spacerze zafundowaliśmy sobie obiadek w widokiem, czyli kurdyjskie przysmaki U Zijada:-) (zdjęć z tego wydarzenia brak:-()

W co w niedzielę?
Ano na niedzielę już od dawna mieliśmy zabukowane warsztaty w Muzeum Archeologicznym. Truśka bardzo je lubi i niecierpliwie oczekuje na kolejne. Ponieważ godzina 14-ta jet niestety porą niedzielnego obiadku, trzeba się było wcześniej zaopatrzyć w , niekoniecznie obiadkowe, kalorie;-)

Taak, a ja się potem dziwię wskazaniami łazienkowej wagi i oczom własnym uwierzyć nie mogę...

Tematem warsztatów tym razem był starożytny Rzym. Najpierw było opowiadanie o zwyczajach Rzymian, ich strojach, codziennych zajęciach itp, a potem dzieciaki z pudełek od zapałek robiły model akweduktu, mogły też wykleić mozaikę, przymierzyć strój Rzymianki i rzymskiego senatora i pograć w tematyczną planszówkę.

Nie muszę chyba dodawać, że Truśka bardzo mnie pilnowała, żebym ją zapisała na kolejne- będą za miesiąc, a tematem będzie średniowieczne skryptorium.

Żeby zaś nie było, że natłoku rozrywek zapomnieliśmy o przygotowaniach do Świąt- pierwsze mazurki z kajmakiem już powstały. 

I nawet odrobinkę ich już ubyło;-)

18:55, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
niedziela, 22 marca 2015
Z cyklu fajne zabawki odcinek kolejny

Hmm, jak już sobie myślę, że trzeba kończyć tą pisaninę, bo właściwie nie ma o czym pisać, to życie przynosi coś, czym znowu warto się podzielić.

Niedawno przybyła do nas przesyłka ze sklepu "I hate design", a w niej między innymi tekturowe lale od "Trzech myszy". Truś powoli zdrowiał, ale wciąż jeszcze z domu nie wychodził i zaczynał się już nudzić w domowym chorobowym areszcie Wypakowałyśmy zatem lale i spędziłyśmy fajne popołudnie kolorując, przyklejając i składając tekturowe towarzystwo.

I cała gromadka:

Bardzo polecam tekturowe lale- nie są zbyt skomplikowane, nie wymagają wielkiej precyzji w ruchach (a z tym ja mam problem i na przykład sklejanie laleczek kokeshi czy zwierzątek Djeco szło mi dość opornie), ale ich składanie i ubieranie to bardzo fajna zabawa nie tylko dla córki;-)

Z innych zabaw kreatywnych- P. zakupił dziś w naszej ulubionej księgarni na Placu Szczepańskim małą książeczkę z limerykami i innymi zabawnymi rymowankami pt "Rymowanki dla dużych dzieci". Uznając, że Truś jest już całkiem duży zaczął jej owe rymowanki czytać i trafił na podatny grunt, albowiem Truś rozchichotał się wielce. Tak się oboje w owe krótkie wierszyki wciągnęli, że sami zaczęli tworzyć własne.Największa wena ogarnęła ich w trakcie obiadu i tak oto powstały dzieła:
"Lepiej w domu kotlecika niż na polu u Chińczyka."
"Lepiej w domu zjeść ogórka niż na drodze pawie piórka."- co Truś zripostował:
"Lepiej dom mijać z daleka gdy górek na mnie czeka." 
Jeszcze jedno udało się zapisać: "Lepiej w domu puścić pawia niż z ogórkiem zjeść żurawia."
I tak oto ogórek stał się inspiracją dla poezji, która wcale nie ustępuje dziełkom noblistki;-) 

19:58, dsmiatek
Link Komentarze (1) »
wtorek, 17 marca 2015
Szmaciane towarzystwo

Szmatkowe lalki lubię od dawna i chyba zaraziłam tym Trusię, co powoduje między nami pewne, hmm, kontrowersje co do praw własności;-)
A skoro Truś wciąż chory, nic się nie dzieje i zupełnie nie ma o czym pisać, to przedstawię wam nasze szmaciane lale- i ręcznie szytą elitę i te zwyczajne, "sieciówkowe", ale też bardzo lubiane.

Pierwsza jest Pipi z Moulin Roty, zakupiona w Orange. Ja głosowałam za inną laką, ale Truś się uparł. Prawem młodszeństwa (w końcu lalki przysługują dzieciom) zakupiłyśmy Pipi. I tylko P. łapał się za głowę przeliczając euro na złtówki, zaś Ciech nawet głośno oprotestował naszą rozrzutność.

Kolejna jest MOJA lala wypatrzona na Słowacji- bez przerwy spada jej na oczy kapelusik, ale nie odbiera jej to uroku:-)

Tilda- anioł śpioch z krakowskiej Współczesnej Manufaktury też jest moja, czuwa u mego wezgłowia, żebym miała dobre sny. A ponieważ Truś co noc u nas gości, zatem i nad jej snami czuwa Tilda.

Trzecia całkiem moja lala też narodziła się w Manufakturze i też zamieszkuje naszą sypialnię. Trochę jest nieśmiała, pewnie dlatego oczki ma takie skromnie spuszczone. Planuję w trakcie kolejnych Targów Rękodzieła zakupić dla niej siostrzyczkę.

Truśkowe ukochane od dzieciństwa "bliźniaki" Emilka i Franek jeździły z nami wielokrotnie na wakacje- bardzo są poręczne, bo lekkie i miękkie, świetnie mieszczą się w plecaczku.

Ma też Trusia w swoim pokoiku trzy kieszonki wypełnione pomniejszym towarzystwem. Mieszkają tam szmaciane króliczki przywiezione z Etnomanii, myszka-baletnica z Targów Rękodzieła, Czerwony Kapturek i Elf z Ikei, mała prosta lala ręcznie szyta, wypatrzona na Etnomanii i jedna z pierwszych Trusiowych lalek, dostana w prezencie od blogowej znajomej Taluli (która już niestety dawno blogować przestała). Z dolnej kieszonki wygląda też szmaciany kostek i aniołek wykopany dawno temu w lumpeksie.

Niewątpliwą królową szmacianego towarzystwa jest nasza wspólnie wymarzona i wreszcie z okazji Trusiowych ósmych urodzin zakupiona Tula z Roma-Szop. Kocham te piękne lale z Roma-Szop- szkoda, że są takie drogie. Gdyby były tańsze, to pewnie co parę miesięcy kupowałabym nową i wkrótce całe nasze mieszkanie zajmowałyby piękne Romy i ich młodsze siostry Lomy;-). Tym bardziej, że dwa takie same egzemplarze się nie zdarzają:

Kilka szmacianych osobników zamieszkuje mój kosz rowerowy z Bike Belle, wciąż do roweru nie przyczepiony, albowiem najpierw muszę wymontować stary (przede wszystkim jego uchwyt przeszkadza w powieszeniu nowego kosza). Zatem chwilowo kosz jest mieszkankiem dla dwóch bożonarodzeniowych skandynawskich krasnali, z czapkami opadającymi na oczy, bardzo zadowolonego z siebie szmacianego ślimora o błogim uśmiechu i zaginionej królewny z Ikei.

To tyle. Wysiliłam się w stylu "lifestylowym" lub "designerskim" czy podobnym, a co tam. Mając do wyboru albo napisać o szmacianych lalkach albo nic nie pisać, wybrałam to pierwsze;-)

PS
Marzy mi się jeszcze taka mała filcowa czy też wełniana lalunia na literkę "M", o której kiedyś na Ładnym Bebe czytałam, ale nie mogę odnaleźć jej nazwy:( Ktoś może mi pomóc?

16:27, dsmiatek
Link Komentarze (10) »
niedziela, 15 marca 2015
Zmiana planów

Tydzień temu patrzyłam tęsknie przez okno szpitalnej dyżurki i snułam plany na kolejny (tzn. obecny) weekend, który miał być całkowicie wolny. Marzył mi się długi spacer- może ZOO, może poszukiwanie wiosny w Niepołomickiej Puszczy, może nawet wypożyczenie Pawłowej Zmory, żeby się przeleciała po lesie. Miał być Kopciuszek albo Nokturna. I jeszcze mnóstwo innych rzeczy, bo takie wolne 2 dni, to kupa czasu.
A tymczasem los chichotał sobie cichutko za moimi plecami, śmiejąc się z ludzkiej naiwności. W sobotę za oknem było szaro i dżdżyście, za to Truś promieniał ciepłem. Dziś co prawda świeci słonko, skrzeczą sroki i ćwierkają ptaszęta, ale Trusia nadal nie wychodzi z roli domowego piecyka. Zatem plany sprzed tygodnia poszły w odstawkę:(

No ale przecież człowiek jest elastyczny i może się dostosować do panujących aktualnie warunków. Zatem zamiast spaceru była godzina intensywnego fitnessu. P. wyżywał się kulinarnie- jesteśmy zaopatrzeni w dobre jedzonko chyba do końca tygodnia;-) Truś w chwilach schłodzenia zagonił nas do gry w Osadników z Katanu, a nawet chwilowo odzyskał apetyt, gdy zobaczył mój przepyszny czekoladowy mus z awokado z owocami:

I nie odstraszył jej nawet fakt, że głównym składnikiem czekoladowej masy było awokado - na zdjęciu musu nie widać spod warstwy owoców, ale był i to przepyszny.

Wreszcie udało nam się zrealizować plan kolejnej alternatywnej kolorowanki. Jakiś czas temu kupiłam w Ikei dwie poszewki na poduszki, które świetnie się do tego celu nadawały. A ponieważ został nam jeszcze spory zapas farbek do tkanin, zaś wczorajsze popołudnie nie było niczym zagospodarowane, to przystąpiłyśmy do dzieła:

Była jeszcze w gościach Zmora, która dawno nie przypomina puszystej kuleczki, chociaż jej właściciel, czyli Paweł wciąż twierdzi, że to jeszcze malutkie dziecko- w końcu ma dopiero 4,5 miesiąca. łobuziak z niej okrutny- wczoraj u nas udało jej się zrzucić modem- na szczęście jak widać działa. A Pawłowi zeżarła plecak- to tylko jedno z najświeższych osiągnięć. Oj, trzeba ją będzie zapisać do szkoły grzeczności, bo jak jeszcze urośnie, to sobie z nią nie poradzimy!

Wieczorem w ramach kina łóżkowego (jedna z najulubieńszych rozrywek Trusi) obejrzałyśmy po raz kolejny Czarownicę- nic to, lubię ten film, więc mogłam znowu obejrzeć.
A nocą Truś znowu zamienił się w piecyk, osiągając 39 stopni:(

13:42, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
czwartek, 12 marca 2015
Skończył się Świat Dysku:(

Właśnie przeczytałam wiadomość, że umarł Terry Prachett. Wszyscy jesteśmy fanami jego Świata Dysku- szkoda, że już ich więcej nie powstanie. Na pocieszenie została jeszcze ostatnia napisana opowieść- podobno wkrótce ma się pojawić.

A Truśkę niestety też dopadła infekcja. Tak się dzielnie trzymała i opierała wirusom. No ale ile można się bronić przed atakującymi mikrobami w domu i w szkole. W końcu się poddała i dziś została w domu. Na szczęście jak na razie nie widać, żeby oprócz gorączki i bólu gardła coś jeszcze jej dolegało. Ja w trzecim tygodniu kolejnego chorowania wreszcie postanowiłam wziąć antybiotyk. Trzeciego dnia od połknięcia pierwszej tabletki zaczynam wreszcie jakby zdrowieć.

18:52, dsmiatek
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 09 marca 2015
Z cyklu piękne zabawki

Trafiła do nas ostatnio najpiękniejsza kolorowanka, jaką kiedykolwiek spotkałam. Kolorowanka dla dzieci starszych, z cyklu "projektowanie ubioru". Ale nie ma nic wspólnego z zeszytami projektantki Lilla Lou czy Monster High, za którymi osobiście nie przepadam. Ta jest tak piękna, że każdy obrazek najchętniej oprawiłabym w ramki i powiesiła na ścianie. Z prawdziwą przyjemnością razem z Truśką rysowałam wzory i myślę, że jeszcze parę wieczorów spędzimy wymyślając teraz własne projekty.

W bardzo estetycznym pudełeczku są portrety pięknych kobiet do dokończenia i ozdobienia, szablony pomagające w ozdabianiu, dwustronne pisaki- jeden koniec "klasyczny", a drugi przypomina pędzelek oraz instrukcja, jak tworzyć wzory i ozdabiać poszczególne portrety, których autorką jest Rebecca Dautremer. Całość jest tak piękna, że głaszczę sobie z lubością opakowanie i wciąż zachwycam się całokształtem.  Chyba nie spotkałam jeszcze tak dopracowanej "zabawki".
Producentem tej przepięknej rzeczy jest firma Djeco :-)
Szczerze polecam- i nie jest to bynajmniej wpis sponsorowany, wypatrzyłam kolorowankę na półce w Empiku i nie mogłam się jej oprzeć. Może kupiłam ją bardziej dla siebie niż dla Truśki? Ale i Truśce bardzo się podoba:-)

A jak już jesteśmy przy zabawkach, to może w następnym wpisie przedstawię wam nasze szmaciane lale- trudno właściwie powiedzieć, czy bardziej są Truśkowe czy moje;-)

21:13, dsmiatek
Link Komentarze (7) »
sobota, 07 marca 2015
Czas leci

Leci, pędzi, pomyka- i wszystkich podobnych czasowników można użyć, na określenie tego, co się z nim w naszym życiu dzieje. Niestety nie pasują słowa :"płynie leniwie", "dostojnie kroczy" itp. Za chwilę myślami będziemy już we wrześniu, albowiem właśnie finalizują się nasze plany wakacyjne i za chwilę całe lato będzie już zajęte. Bynajmniej nie dlatego, że tacy jesteśmy niecierpliwi, ale dlatego, że po pierwsze w pracy wymagają od nas zaplanowania urlopów do końca stycznia, wyjazdy też trzeba rezerwować w odpowiednim wyprzedzeniem, a dziś okazało się, że nawet Truśkowy obóz taneczny został zabukowany w ostatniej chwili! Zanim się obejrzymy jeden weekend staje się już kolejnym, a tydzień zniknął gdzieś niepostrzeżenie.
W ubiegłą sobotę rozrywkowaliśmy się w Tao, ale też udzielaliśmy się rodzinnie w domu.
Znacie kolorowanki XXL? Są coraz popularniejsze i coraz więcej ich w sklepach, różnych wydawnictw zresztą. My je znamy od jakiegoś czasu i po raz kolejny przekonaliśmy się, że nie jest to rozrywka dla pojedynczego dziecka. Żeby było fajnie, to kolorowanie musi być zbiorowe. Najlepiej wychodziła nam praca wielopokoleniowa- udało nam się prawie zakolorować całą kartkę.

A znacie pastę balonową? Jeśli nie znacie, to niekoniecznie się zapoznawajcie, bo będziecie mieć wszędzie flaczejące bańki lub kawałki zasychającej pasty. Ale wasze dzieciaki będą niewątpliwie zachwycone. Truśka bije kolejne rekordy w wielkości wydmuchanych balonó.

Nadeszła też era nocowania u koleżanek lub przyjmowania ich na noc u siebie. Pod koniec ferii Trusia spała u Kingi, a wczoraj Kinga rewizytowała nas. Ma to swoje rozliczne plusy- wreszcie mamy nasze łózko dla siebie, bo dziewczyny oczywiście śpią razem, a poza tym świetnie się w dwójkę bawią. I tylko sprzątania jest potem jakby więcej.

To obrazek z poranka- obie już wykąpane, ubrane i po śniadaniu:

Sobotnie przedpołudnie spędziłyśmy w kinie- zabrałam je na Tajemnice Lasu i cieszę się, że akurat ten film wybrały, chociaż one początkowo były zawiedzione- film nie miał dubbingu i musiały czytać napisy, ale idzie im to już całkiem sprawnie, więc dały radę. Potem się wciągnęły i pomieszanie kilku różnych bajek się im spodobało. Pod koniec były chwile grozy, więc kuliły się na fotelach. Ale wyszły zadowolone. A i mi się Tajemnice Lasu bardzo podobały.

I tyle o naszej codzienności. Brakuje tematów na bloga, gdy Truśka ma już osiem lat, wciąż nie potrafię robić ładnych zdjęć i powoli zniechęcam się do blogowania. Bo czy mam się jeszcze czym z wami podzielić?

17:20, dsmiatek
Link Komentarze (4) »
środa, 04 marca 2015
Nareszcie powrócił!

Po 6,5 miesiącach nieobecności, wydanych 7 tysiącach jako dopłata do przyznanego nam z AC odszkodowania, zakupie używanego auta zastępczego, które przejmie teraz Ciech, milionach telefonów, użeraniu się z firmami ubezpieczeniowymi, nerwach i chwilach zwątpienia, czy kiedykolwiek jeszcze go zobaczę, wreszcie JEST. Skazany na "szkodę całkowitą", wygląda jak młody bóg, cichutko i równiutko mruczy silnikiem, mruga światełkami, a po odniesionych ranach nie został nawet ślad.
Ciekawe tylko, co by było, gdybyśmy nie mieli tych siedmiu tysiaków na wykupienie mu zdrowia i wolności?

Niestety mojego nowiutkiego laptopa, podlanego przez Trusię kakałkiem, nie udało się zreanimować. Nie wierzyłam, że umarł na śmierć, myślałam, że może jakiś mały przeszczp i odpali, poprosiłam więc Ciecha, żeby go jeszcze zawiózł do laptopowego doktora. Przez chwilę miałam jeszcze nadzieję, bo chociaż Ciech dostał wiadomość, że wnętrzności ma laptopik spalone na amen, to gdy poszedł go odebrać (i uiścić 80zł za diagnozę), okazało się, że sprzętu na miejscu nie ma. Na chwilkę zapaliła się więc mej duszy iskierka optymizmu, że może jednak da skomputerek wskrzesić. Niestety sms od Ciecha szybko ją zgasił:
"Powiedzieli mi, że jest martwy jak trup, więc nie sądzę. Muszą go z kostnicy odesłać." No cóż R.I.P.

Dobrze, że chociaż monitor zrzucony w sylwestra przez Tolę o poskładany przez Męża działa, bo mielibyśmy jeszcze większe braki na koncie.

08:49, dsmiatek
Link Komentarze (6) »
niedziela, 01 marca 2015
Warsztaty sushi z mistrzem

Jak obiecywałam dzielę się a wami sobotnim wydarzeniem. Otóż za namową Kasi zapisałam Truśkę na warsztaty sushi w restauracji Tao w Podgórzu. Uczucia miałam mieszane- z jednej strony oczywiście chciałam, żeby Truś poznał coś nowego, wziął udział w czymś, czego jeszcze nie próbowała, z drugiej, znając awersję Truśki do większości produktów spożywczych, obawiałam się, że albo powstanie sushi z samego ryżu, albo też Truś z krzykiem opuści placówkę, obawiając się znaleźć zbyt blisko (nie daj Boże w kontakcie fizycznym) z rybą lub nieznanym warzywem. Na szczęście obyło się bez takich, krew w żyłach mrożących, scen. Truś dzielnie zniósł towarzystwo łososia i bezpośredni kontakt w paluszkiem krabowym, tykwą tudzież japońską rzodkwią, ale do własnej jamy ustnej rzeczonych nie wprowadził. Za to ja ze smakiem pożarłam ulepione i zrolowane przez Córkę maki i uromaki. Przy okazji obie dowiedziałyśmy się, co oznacza słowo "sushi" (podobno znaczy to kwaśny ryż), jakie są jego podstawowe rodzaje (to w postaci wałeczka ryżu z plastrem ryby to nigri, rolka z wodorostem na zewnątrz to maki, zaś z wodorostem w środku to odwrócone maki, czyli uromaki). Już wiemy, że do sushi można zapakować dowolne składniki- zatem może kiedyś powstanie takie, które Truś zje, czyli owocowe- byleby tylko miało ono w sobie ryż. Zaś wytrawne sushi, które też miałoby szansę na spożycie przez Strusia to kappamaki, czyli maki z samym zielonym ogórkiem- nazwane tak na cześć potwora japońskiego, który uwielbiał ogórki.

Sushi było przepyszne, ale nie tylko tajniki jego wytwarzania były atrakcją sobotniego przedpołudnia. Dzieciaki w wolnej chwili pod okiem instruktorki mogły składać proste origami, robić sobie śmieszne zdjęcia w zdjęciowej budce, pomalować twarze. Brały też udział w konkursach, za które dostawały nagrody. Był też tytułowy mistrz- dzieci mogły posłuchać opowieści o rajdach, zobaczyć zdjęcia i film z tegorocznego Dakaru i porozmawiać z tegorocznym zwycięzcą rajdu Paryż-Dakar panem Rafałem Sonikiem, który cierpliwie odpowiadał na najbardziej absurdalne pytania, np o ewentualne spotkanie w trakcie rajdu pioruna kulistego:-). Miały też okazję poczuć ciężar głównej nagrody;-)

Bardzo udane cztery godziny spędziłyśmy w restauracji Tao. Ja na pewno do niej jeszcze wrócę, bo aż mi ślinka leciała na widok dań, które zjadali inni goście restauracji. Zresztą Tao już od dawna znajduje się na mojej liście knajp do wypróbowania:-)
Kasiu dzięki:)))

21:32, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
czwartek, 26 lutego 2015
Zdjęcia

Okazuje się, że nie jest ich zbyt wiele, jak na P. to nawet bardzo mało. Ale cóż, skoro zapomniał swojego ciężkiego aparatu, musiał mu wystarczyć mały Fuji Truśki. I chociaż mały, lekki, poręczny i spokojnie mógł sobie jeździć z nami codziennie- co też czynił zresztą- nie spełniał mężowskich kryteriów, zatem albo wisiał sobie bezczynnie na szyi albo też odpoczywał w czeluściach plecaka i specjalnie się nie napracował:(

I to by było na razie na tyle. Odezwę się pewnie niebawem, chociaż na razie wydaje mi się, że nie mam o czym pisać. Ale w sobotni poranek idziemy z Trusiem na warsztaty sushi, więc jest szansa, że będzie się czym na blogu podzielić.

W tym roku Struś przejechał 192km, P. 180, a ja 279 kilosków :-)

21:42, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 138