RSS
czwartek, 31 stycznia 2008
Tłusty Czwartek

Wpisu nie będzie, bo skasował się już drugi:( Może będzie jutro... A dziś będzie Ciech i Trusia, jak się kumplują:

A taka ładna była notka, że powiem nieskromnie:(

23:11, dsmiatek
Link Komentarze (5) »
środa, 30 stycznia 2008
Urodziny :(

30 stycznia 1967 roku urodziła się taka właśnie mała dziewczynka z chudymi nóżkami. Zdaje się, że był to poniedziałek rano :) A potem rosła rodzicom na pociechę, chodziła sobie do przedszkola, podstawówki, liceum, przynosiła do domu same piątki. W końcu poszła na studia i została lekarzem- może studia nie całkiem ją uszczęśliwiły, a nawet tak głęboko zapadły jej w pamięć, że się w owej pamięci zakopały i udają, że wcale ich nie było...Ale jakoś odnalazła się w swoim zawodzie i obecnie całkiem lubi swoją pracę.
W międzyczasie- 30 lipca 1988- wyszła za mąż, a równe dziewięć miesięcy później urodziła swoją Pierwszą Córkę. A dwa lata później- Pierwszego Syna. Jak już myślała, że posiada wszystkie dzieci, które szczęśliwie wyrosły z pieluch i pozwoliły na zwiedzanie świata i odrobinę swobody, na świat nieśmiało zapukał Wojciech. A wiele, wiele lat później dziewczynka- która w głębi duszy wciąż dziewczynką pozostała- zapragnęła zostać prawdziwą matką. I tak- po lekcji pokory udzielonej przez życie- dziewczynka poczuła się naprawdę szczęśliwa. A było to już 40 lat od owego poniedziałku...
A kolejny rok był najszczęśliwszym w życiu, każdy dzień uczył czegoś nowego i zaczynał się od uśmiechu. I tak dorosła dziewczynka dotrwała do swoich 41-wszych urodzin:)

I chociaż metryka dobitnie wskazuje, że czas się ustabilizować i wreszcie wydorośleć, to jakoś wciąż nie mam na to ochoty. Dzień urodzin spędziłam na budowaniu wieży z miękkich klocków, wrzucaniu róznokształtnych klocuszków do odpowiednich otworków, wydawaniu odgłosów zwierzopodobnych i łażeniu na czworakach po podłodze w pogodni za swoim najpiekniejszym urodzinowym Prezentem.
A pozostałe trzy urodzinowe Prezenty też starały się ze wszystkich sił.  Najstarszy słaniał się na nóżkach i udawał zwłoki, porzygując od czasu do czasu i blednąc oraz trzęsąc się od dreszczy:( Ten nieco młodszy, ale za to większy, ugotował obiad, a następnie specjalnie udał się na Rynek i upolował tam kolejnego aniołka do mamusinej kolekcji:) A ten jeszcze młodszy wczoraj wieczorem pościelił mi łóżko, jako, że ów najmłodszy w dniu wczorajszym nagle zrobił się cieplutki, przytulaśny, nieodkładalny do łóżeczka, a termometr pokazał temperaturę zdecydowanie za wysoką:(
Na szczęście Prezencik Najmłodszy dziś rano ożył i funkcjonował już normalnie, wieczorkiem ożył Prezent Najstarszy, ale za to zwłokowacieje powoli Prezent Średni;) Ciekawe, co w dniu jutrzejszym zrobi Prezent Młodszyniżśredni?
A ja zakupiłam sobie jednoosobowy urodzinowy torcik, którym łaskawie podzieliłam się z tymi, którzy byli w stanie spożywać. Zakupiłam też winko, które wypiliśmy sobie z Mężem, co to właśnie był wrócił z niedalekozagranicznego wyjazdu- i też przywiózł winko- tokaj z 1997 roku. Bo w ramach wyjazdu tokajskie piwnice zwiedzał i putony degustował;) A w 1997 roku byłam taka młoda jeszcze i piękna- a w ramach urodzinowego prezentu dostałam wtedy wieżę z odtwarzaczem CD i Requiem Mozarta- bo 30 lat to już czas na mszę żałobną;)
Wszystkim kochanym przyjaciółkom blogowym bardzo dziękuję za życzenia i ciepłe myśli:)


 

 

21:30, dsmiatek
Link Komentarze (7) »
poniedziałek, 28 stycznia 2008
Żyjemy

Po pierwszym próbnym dniu w pracy żyjemy obie. Truś jakoś przetrwał męską opiekę, a ja miałam tyle roboty, że czas na szczęście minął mi szybko.  Oj, nie dzieje się wcale dobrze w tej mojej pracy. Właściwie nic się przez ten rok nie zmieniło- a już samo to nie jest specjalnie optymistyczne. A tymczasem przyjaciółka Ania kusi mnie, żebym się przeniosła do niej do szpitala. Tylko, że ja już tam pracowałam kilka lat, parę lat temu odeszłam- nie wiem, czy potrafiłabym wrócić. Tym bardziej, że z tym szpitalem wiążą się jeszcze inne wspomnienia, budzące we mnie tak silne emocje, że nawet w odwiedziny trudno mi tam wpadać. Po krótkich odwiedzinach na dyżurze u Ani wracałam samochodem i łzy kapały mi jak groszki. Bo od dwóch lat ten szpital, to dla mnie głównie miejsce, gdzie dowiedziałam się o śmierci Ciszka. A na to nie pomagają wspomnienia o narodzinach Trusi (także przecież tutaj), czy nawet wcześniej Ciecha... Ale świeżutko wyremontowany rentgen- miodzio. Cóż, coraz częściej myślę o zmianie pracy- trzeba by się czegoś nowego jeszcze nauczyć, robić nowe rzeczy. Ale ja tak nie lubię zmian:(
Jak wróciłam, to Truś przymontował się do mnie i do wieczora nie chciał mnie już opuścić. Ponieważ Tatuś ozdrowiał, to poszliśmy się wzmocnić ciepłą czekoladą, słodką jak ulepek. Ja co prawda zapragnęłam drinka, ale zdusiłam zdrożne myśli w zarodku;) Poczekam do urodzin. A na urodziny zapraszam we środę, 30 stycznia:) I wciąż nie wiem, co chciałabym w prezencie. P. próbował mnie skusić na obiektyw- podobno cud-malina, Mąż ślinił się i oblizywał przed gablotką. Ale mi do fotografowania mojego ulubionego obiektu wystarcza ten obiektywik, jaki już mamy. A do swoich kwiatków i listków P. ma drugi, duży... no ale ten nowy, to podobno jeszcze fajniejszy- mogłabym sobie Truśkę w plenerze i plener sam ujmować;)

"Mam cię, zjem cię, karteczko"- Truśka z demoniczną miną pożera przysmak!

Cudności dziewczynka- uśmiech z dzisiejszego wieczora specjalnie dla blogowych przyjaciół:)

20:42, dsmiatek
Link Komentarze (8) »
niedziela, 27 stycznia 2008
Gdy rozum śpi...

Mój rozum zasypia, a właściwie gdzieś się ukrywa jak na dworze robi się ciemno, a w domu jest pusto. A w moim domu wystarczy, że zabraknie jednej osoby i już robi mi się jakoś pustawo. Wczoraj wieczorem zabrakło aż trzech- wszystkie starsze dzieci wybyły na noc do kolegów/żanek, a my zostaliśmy sami. Ja, P., Trusia i dwa jamniki w domu to pustka. A w tej pustce wiatr hula po kątach, a zza mebli, spod łóżka, zza zasłonki wyłażą "potwory". Opanowały mnie wczoraj potwory- myśli, że to nie może tak być, żeby człowiek był non stop szczęśliwy, że kiedyś to się odwróci. Myśli, że mogłabym stracić kogoś z moich bliskich i paniczny strach. Myśli, że ludzkie życie jest takie kruche, wystarczy chwila nieuwagi, moment zagapienia, brak rozsądku przez chwilę- i koniec...
Nie zawsze potrafię sobie z potworami poradzić- potrzebny byłby zestaw głupich, ale strawnych komedii na DVD, żeby zagłuszyć myśłi i przegonić potwory z mojej głowy. Bo skoro jest tak dobrze, Trusia taka radosna i cudna, to po co zatruwać sobie życie zapraszając potwory...
A Trusia radosna, cudna, przytulaśna, przekochana- ale bardzo mnie pilnuje. Gdzieś tam w swojej mądrej główce przeczuwa, że czas naszej wspólnej sielanki dobiega końca. A w nadchodzącym tygodniu próba generalna- na pięć dni wracam do pracy, żeby pomóc kolegom w czasie ferii, Trusia zostaje z rodzeństwem. "Na szczęście" Tatuś jeszcze trochę chory i jutro zostanie w domu- pani doktor w przychodni chciała mu L4 na cały tydzień wypisać, ale bronił się wszystkimi siłami- nędzne to były siły, ale dał radę i tylko na piątek i jutro dostał "wolne". Więc przynajmniej jutro dopilnuje chłopaków, żeby Truśka dobrze się opiekowali. Bo od wtorku muszą sobie radzić sami prze kilka godzin. Starsza Córka stanowczo odmówiła współpracy- w piątek ma pierwszy egzamin i zakuwa. Żeby mieć spokój "wyprowadza" się do przyjaciółki na dopołudnia- nie wierzy, że bracia zostawią ją w spokoju, jak mnie nie będzie.
Jak ja bez mojego Truśka przeżyję? Niby w sierpniu (z podobnego powodu) już to trenowałyśmy, ale wtedy miałam świadomość, że to tylko dwa tygodnie, a potem wracamy do siebie i czeka nas pól roku wspólnej sielanki. A teraz już tylko miesiąc:(
Niechcący ugryzłam dziś Truśka w paluszek- bawimy się w kąpieli różowym hipkiem, który sika wodą z dwóch otworków, piszczy, a od czasu do czasu Trusia łaskawie podaje mi go " do zjedzenia". I dziś niechcący ugryzłam hipka razem z Trusiowym paluszkiem- nie wiem, kogo bardziej zabolało, podejrzewam, że mnie. W każdym  razie łzy dłuzej mi niz Trusi płynęły. Ale paluszek na szczęście cały, śladu po matczynych zębach nie widać...A serce i tak boli:(
A we wtorek już P. pójdzie do pracy, a właściwie wyjedzie służbowo za granicę na dwa dni- i znowu wyjdą potwory. Bo bez P. w domu jest baaardzo pusto, a za oknami jeszcze ciemniej i nieprzyjemniej niż normalnie- nawet jak są pozostali domownicy:(

20:27, dsmiatek
Link Komentarze (5) »
sobota, 26 stycznia 2008

Tata chory:( Kaszle, kicha, marudzi:( W łóżku poleguje :( Ciech też trochę chory:( Jeszcze Trusia zarażą:(((

Starsza Siostra nie chce się z Dzieckiem bawić, tylko do egzaminu się uczy:(  A na noc do Tysi idzie, filmy będą oglądać! Nie wyśpi się i jutro jak wróci zrzędzić będzie:(

Mandarynki też zawiodły- kwaśne jakieś:(

No za dużo tego wszystkiego na mojej głowie!

18:36, dsmiatek
Link Komentarze (1) »
piątek, 25 stycznia 2008
O przytulaniu

Trusiek to takie przytulaśne stworzonko. Łazi niby, eksploruje nowe terytoria- ale od czasu do czasu wraca, żeby się przytulić. Ssacza natura znowu się w niej odezwała i przysysa się do mnie z lubością- widać i jej szkoda, że czas tak szybko mija, a ona z malutkiego niemowlaczka staje się małą dziewczynką. P. się śmieje, że dopiero teraz Trusia jest karmiona "na żądanie"- i ma trochę racji- przychodzi Truś, patrzy wymownie i łakomie, rączki we wiadomym kierunku wyciąga- "daj mleczka!". A jak dostanie, to minka triumfalna- ha, mam to, czego chciałam.
Wieczorami zasypia przytulona do Tatusia- po rytualnej serii zapytań "cio to?", pooglądaniu wszystkich okolicznych pluszaków i wypiciu w ratach butelki z kaszką. Potem ląduje sobie w łóżeczku, a po północy mniej więcej przeprowadza się do nas. I baardzo pożąda fizycznego kontaktu. Ostatnio nie jest to tylko przysysanie się do mamusi, ale próby umoszczenia się na mnie do snu. Ostatniej nocy spałyśmy na przykład tak- ja na plecach, a Truś na mnie- główka w okolicach mojego żołądka spoczywała. Nie powiem, żeby było to szczególnie wygodne.. Jak tylko na czas jakiś próbuję się w nocy od niej odseparować i odsunąć troszeczkę, to małe łapki przebierają przez sen i poszukują mamusi- aż znajdą- wtedy się uspokajają i przestają na chwilkę "łobuzować".
Na spacerach, jak tylko Truszon nie śpi, to też nie usiedzi zbyt długo samotnie w wózku (niestety, wadą naszego wózka jest to, że Trusia ma buźkę w kierunku jazdy, a za sobą oparcie, budkę i mnie, więc nie możemy sobie "pogadać" ani się do siebie pouśmiechać) i też chętnie przenosi się na rączki, żeby się poprzytulać- czasem daje się z powrotem do wózka odłożyć.
Lubi też Trusia nosidełko- czasem Tatuś lub Starszy Syn ją noszą w domu- jak jest marudna i niczego zrobić nie pozwala.
Gdybym kiedyś w czasach wczesnej Trusiowej mlodości zamiast bebelulu zakupiła wiązaną chustę, to pewnie byśmy się z nią zaprzyjaźniły..Niestety, w google wpisałam "chusta nosidełko" i bebelulu pierwsze się napatoczyły:( A tu przyjaźń wielka się nie narodziła- owszem, troszkę się nosiłyśmy i pracowałyśmy opisując mammografie, ale współpraca najlepsza nie była:( Trusi było niewygodnie i mi było niewygodnie. Szkoda mi, że nie spróbowałyśmy z wiązaną chustą- tak fajnie wyglądają mamy (i taty też) z dzieciaczkami przytulonymi jak małe małpeczki, a i dzidziusie takie szczęśliwe... No trudno, to se ne wrati:(
A teraz dziewuszka już za duża, żeby w chustę inwestować. Ale za to przytulaśna:)

22:04, dsmiatek
Link Komentarze (5) »
czwartek, 24 stycznia 2008
Idziemy do szkoły

Najwyższy czas zacząc edukację- już przebimbaliśmy ponad 11 miesięcy życia Truszona, że o 9 miesiącach życia wewnątrzbrzusznego nie wspomnę. Ale postaramy się szybko nadrobić braki i dziś zapisałyśmy się do akademii ;)  A było to tak- przedwczoraj na wieczornym spacerze z psami przyuważyłam, że w podstawówce, do której uczęszczały moje starsze dzieci usadowiła sie nowa instytucja- Akademia Aktywnych i Kreatywnych- szyldzik kolorowy, wesolutki informował, iż jest to program zajęć edukacyjnych dla dzieci od 0 do 6 lat i rodziców w ciąży. Uj, myślę, a my już 11 miesięcy skończyłyśmy- niedobrze, trzeba się będzie zainteresować. Wczoraj przy okazji window-shoppingu w sklepie Chicco- gdzie kontemplowałam foteliki samochodowe i spacerówki i przy okazji (zupełnie niechcący) nabyłam Trusi komórkę, znalazłam ulotkę owej akademii z adresem internetowym i telefonem. Wieczorkiem się zapoznałam z owa stronką i ponownie postanowiłam się bliżej tym zainteresować. A dziś w trakcie przedpołudniowego spacerku- na którym Truś wyjątkowo nie spał, albowiem złośliwie zdrzemnęła się w domu zaraz po śniadaniu- okazało się, że właśnie odbywają się zajęcia otwarte dla dzieci w wieku 0-20 miesięcy. No to poszłyśmy przetestować akademię. Truśce się podobało. Dzieciaczki łaziły lub pełzały po podłodze, miłe panie uczyły masażu z jednoczesnym deklamowaniem wierszyków, spreparowałyśmy ludka szyszkowego (ja stworzyłam, a Truśka zjadła mu kapelusik), pograłyśmy w piłeczkę...Fajnie było. No to się zapisałyśmy i po feriach zaczynamy nadrabiać braki w edukacji niemowlaka:)
A idąc za ciosem zadzwoniłam na basen (który zaplanowałam dla Trusi jeszcze przed jej urodzeniem, tylko potem jakoś zapominałam, żeby zadzwonić, a wodne pampersy w szufladzie czekają..)- są zajęcia w soboty przed południem- termin dobry, może Trusia chodzić z tatusiem. Co prawda jeszcze trzeba zadzwonić do pani instruktor, czy aktualnie są miejsca, ale mam nadzieję, że i basen zrealizujemy.

Tornister już sobie Truśka organizuje:)

A może jeszcze nauka gry na basie? A potem balet... No i języki oczywiście;) I jazda konna- na razie na  pasikoniku chyba albo na psie;)

16:53, dsmiatek
Link Komentarze (5) »
wtorek, 22 stycznia 2008
Zła jestem

Od paru dni  zła jakaś jestem. I nie bardzo wiem, dlaczego. Może na tą pogodę niezimową i na ten wiatr, który mi Truśkę z wózka wywiewa. I na tą codzienną nudną rutynę- wstawanko, śniadanko, rozpaczliwe próby doprowadzenia mieszkania do stanu jako-takiej czystości, pralkę włącz, spacerek- bo Trusia już śpiąca, pod drzwiami kwitnie i wyraźnie się domaga. A na spacerku śmieci na każdym trawniku, stada gawronów (kiedyś tyle ich na trawie siedziało, że jak w "Ptakach" się poczułam), ew. mew lub gołębi, pożywiające się resztkami zupki jarzynowej i kośćmi kurczaka, które "dobrzy" ludzie w celach dożywiania biednych ptasząt na każdy niemal osiedlowy trawniczek wyrzucają- pewnego dnia nawet kiszone ogórki ktoś wyrzucił, bo jak wiadomo ptaki i bezdomne koty przepadają wprost za zepsutymi kiszonymi ogórkami.. A na spacerku kombinowanie, jak tu iść, żeby Truśce w nosek nie wiało- no i meandry między blokami, przemykanie się na ukos- niestety nadchodzi moment, że bez obejścia kuli ziemskiej z wiatrem do domu wrócić się nie da i trzeba ustawić się w domowym kierunku, czyli pod wiatr. Można co prawda przez krótki czas ciągnąć wózek za sobą, ale na dłuższym dystansie się nie da. A po spacerku szybko dziecko nakarmić, bo dziób otwiera, spróbować coś rodzinie ugotować z Truśką albo czepiającą sie nogi, więc ruszyć się nie da, albo wiszącą jak winogronko na rękach- też kłopot z gotowaniem, albo (rzadko) niknącą gdzieś w mieszkaniu i podejrzanie cicho bedącą, co natychmiast budzi niepokój, gdzie jest i co złobuzowuje ( wczoraj np. odkryłam ją przy drzwiach balkonowych, jak się z Kluchą integrowała- Klucha minę miała cierpiętniczą, ale jeszcze znosiła Trusine pieszczoty- tylko jak długo- boję się, że kiedyś zupełnie niechcący łapnie Truśka zębami w rączkę i dlatego niechętnie zostawiam je same we własnym towarzystwie).  A potem już sielanka- wszyscy lub prawie wszyscy (bo Mąż zwykle do domu o 19-tej powraca) najedzeni w swoich ulubinych miejscach się wygodnie usadawiają ( w tym co najmniej dwóch synów w okolicy bardzo bliskiej komputera), a ja mogę się dalej z Trusią rozrywkować- ile razy można czytać- krówka-muu, kotek-miau. Żeby chociaż odzew był i na podchwytliwe moje zapytanie- "gdzie jest krówka?" albo "jak robi  kotek?" dziecko przejawiło błysk geniuszu i poprawnie odpowiedziało. Ale gdzie tam- tyle razy już to przerabiałyśmy, że ja chyba dotykiem wyczuwam te krówki i pieski, patrzeć wcale nie muszę, a Truś nic. No, czasem łaskawie końcem paluszka na mysz pokaże- może dlatego, że oba domowe szczury darzy wielkim uwielbieniem i ich obrazek w łebku ma lepiej zakodowany. Chociaż... dziś w sklepie zoologicznym kotka perskiego widziałyśmy i coś jakby "miau" z ust Truśkowych wyszło- co prawda cały kotek taki zachwyt w Truśce wzbudził, że może to wcale "miau" nie było, a po prostu okrzyk zachwytu.
A dziś jeszcze dodatkowa szykana- na poczcie jakieś cło kazano mi płacić za małą paczuszkę z moim urodzinowym prezentem od Brata- i niczego nie można się było od pani urzędniczki dowiedzieć- dlaczego właściwie cło i czemu aż 70 PLN! A ponieważ nie przewidywałam takiego scenariusza i nie zabrałam ze sobą gotówki w potrzebnej kwocie, to paczuszka została biedna na poczcie i mój urodzinowy (pierwszy tegoroczny!) prezent  też:( Dla odreagowania zakupiłam dwie siateczki słodyczy (tyle pieniążków przy sobie jeszcze miałam), żeby sobie humor poprawić. Nie bardzo się udało- teraz mam nowy powód do złości- gruba będę!
A P. dziś znów w mieście pracy nocuje- wrrrr, jak ja tego nie lubię!

No i tak sobie pomarudziłam troszeczkę- a co, od czasu do czasu można. A ja ogólnie marudna jestem. A teraz ilustracja dnia dziesiejszego:

To z wczoraj- jak je obie z Kluchą przy drzwiach balkonowych przydybałam.

Na spacer się wybieramy- Trusia w butkach już prawie bezproblemowo stoi i nie protestuje przy ich zakładaniu. Ale nadal przejawia w stosunku do nich spożywcze zapędy.

Co zrobić, żeby mieć chwilkę na utłuczenie kotletów- dać Dziecku coś nowego do zabawy. Tym razem była to całkiem nowa pasta, która to ma Trusię przekonać do szorowania wszystkich dwóch zębów. szczotkowanie zębów udaje nam się średnio, za to Dzidzia przejawiła błysk inteligencji i szybciutko wyczaiła, jak pastę otworzyć. A potem można już małego palucha w otworek wrażać lub ew. język tam wpychać i wyżerka gotowa! Dobrze, że nie przyuważyła jeszcze, że tubkę można nacisnąć i więcej "smakołyku"uzyskać!

Scenka popołudniowa, czyli niewolnica Isaura (ja) i śpiący wlaściciel owej niewolnicy-Leoncio (w tej roli Truś). Pozostali domownicy rozrywkują się w najlepsze. A ja siedzę- a mogłabym w tym czasie z miotłą pomykać, ze ściereczką kapki soczku wytrząśniętego przez Trusia z buteleczki pościerać, z gąbeczką i Cifem w łazience się zaprzyjaźnić. Że nie wspomnę o tzw. rozywkach wyższych, czyli obiedzie na jutro;)

I to by było na tyle w dniu dzisiejszym:)

PS. Jeszcze mi tylko 18 MB pamięci w plikach na zdjęcia zostało, jak zabraknie, to bloga trza będzie zamknąć, bo więcej zdjęć się nie zmieści, a ja starych za nic nie usunę. Zważywszy, że 12 MB zajęło mi 4 miesiące, to gdzieś tak w czerwcu/lipcu miejsce się skończy:(

 

22:48, dsmiatek
Link Komentarze (7) »
niedziela, 20 stycznia 2008
Straszny słonik

Dziś z pewnym żalem rozstałyśmy się z niektórymi zabawkami Trusi. Udałyśmy się obie z  Córeczką na trzecie piętro do Pani Sąsiadki i zaniosłyśmy torbę z matą edukacyjną, dzwoniącym słoneczkiem z robakami, ulubioną żabką-grzechotką, grzechotkami pluszowymi do powieszenia (przynależności gatunkowej niektórych zwierzaczków z tego zestawu dotąd nie rozgryzłyśmy ze Starszą Córką- spór zebra czy tygrys nie został rozstrzygnięty i już nie zostanie:() Trusia na widok kolorowej torby miała wielką ochotę pobawić się jej zawartością, ale cóż, trzeba było się rozstać:( W zamian za swoje zabaweczki Trusia dostała od Pani Sąsiadki plastikowego słonika z kuleczkami w brzuchu, który dodatkowo posiada kółeczka i jak się na owych kółeczkach rozpędzi to wydaje straszliwe trzaski i stukoty. Słonik tak przeraził biedną Dziewczynkę, że aż się głośno rozpłakała i szybko uciekła "pod skrzydła" mamy. I teraz sam widok słonika- nawet z daleka- sprawia, że Truszonek podkówkę z buźki robi i czuje się wystraszony. Do miejsca ze słonikiem nie zbliża się na wszelki wypadek na odległość mniejszą niż kilka metrów. Tak więc słonika trzeba było ukryć, żeby Malucha nie straszył. Chociaż gdyby tak słoniki w miejscach zakazanych ustawić... Pomysł nie jest najgorszy;)
Z innych domowych wieści- Dziecko dostało kubeczek-niekapek, jakoś tam opanowało obsługę i postanowiło nawet Kluchę nauczyć- najpierw podzieliło się z jamnikiem-jak zwykle- swoim herbatniczkiem, a następnie uprzejmie wyciągnęło w jego stronę kubeczek z soczkiem- jamnik nie chciał, widać przerasta psa korzystanie z niekapka ( a może soczku nie lubi), ale buziaka Truśce z wdzięczności za dobre serduszko dać nie omieszkał (oczywiście aparat znów stał za daleko!!! :( )

A z innych wiadomości- Dzidziuś się w nocy zepsuł. Od północy do pierwszej albo i drugiej łaziła po naszym łóżku, książeczki sobie czytała i ogólnie towarzyska bardzo była. My jakoś mniej. Mam nadzieję, że to jednorazowy błąd w oprogramowaniu Dziewczynki i dziś spać już będzie normalnie. Na przykład tak:

Albo chociaż tak:

Cóż, dziecko wypróbowuje rozmaite pozycje, a co jedna, to bardziej niewygodna się wydaje.

Na koniec zagadka- co robi Starszy Syn?

Acha, spać można też tak:

Jamniki to mają dobrze w tym domu;)

20:46, dsmiatek
Link Komentarze (9) »
sobota, 19 stycznia 2008
Raport sobotni

Ktoś dziś wstał lewą nogą i nie byla to Trusia. Za to ja byłam to na pewno. No po prostu wszystko mnie wkurzało, a najbrdziej pogoda za oknem.
W ramach terapii rozebrałam choinkę i inne świąteczne dekoracje- zostały tylko światełka na regale w naszym pokoju, żeby Trusia miała się czym co wieczółr zachwycać. Ile miejsca się zrobiło w duzym pokoju bez choinki! Trusik na widok dywanu z choinkowych szpilek na podłodze postanowil przerobić się na jeżyka i tarzał się w igiełkach, starając się je do siebie przylepić. Okrutna matka przerwała jednak tą przednią zabawę.
A potem obraziłam się na Córkę Starszą tudzież Syna Młodszego (Syn Starszy się nie załapal, bo przebywal akurat poza polem rażenia), spakowaliśmy z P. Trusię do samochodu i pojechaliśmy sobie oglądnąć domek pod Puszczą Niepołomicką- no domek ładny owszem będzie, jak się już całkiem budować skończy, ale my aż tak dużego nie potrzebujemy.. W ramach zemsty na Dzieciach Starszych udaliśmy się w drodze powrotnej na obiad we troje- a reszta niech sobie sama upoluje coś do zjedzenia! Truszonka zaczarowała w sobie panią kelnerkę- miłą bardzo, matkę trzech córek (oj, obawiam się, że na tych trzech córciach się nie skończy, wnioskuję to z tego, jak "łakomie" pani się w Trusię wpatrywała). Pani tak była Trusią zauroczona, że postanowiła ją skorumpować przy pomocy lizaka! Miała nadzieję, że przekupiona lizakiem Trusia pozwoli się wziąć na ręce. Truś lizaka owszem łaskawie przyjął, na ręce się jednak wziąć nie dał. Końcowy skutek całej akcji był taki, że Trusia przylepiała się do mamusi, mamusia przylepiała się do wszystkiego w otoczeniu, a tatuś chichotał nieprzystojnie. Dobrze, że nas w tym stanie do samochodu wpuścił..
A wieczorkiem w domu Trusia dokonała kolejnego postępu w swoim rozwoju intelektualnym- wreszcie załapała, że różnokształtne klocuszki należy wrzucać do odpowiednich dla nich otworków- tak się jej nowe osiągnięcie spodobało, że nieustannie żądała otwierania pojemnika z klocuszkami i wrzucała je od nowa- oczekując naturalnie entuzjastycznego aplauzu ze strony uczestniczącej w zabawie rodzicielki.
Humor zaczął mi się trochę poprawiać, niestety pani pogodynka popsuła go znowu, wieszcząc kolejne dni z temperaturą na plusie i deszczem:( Ale za to wreszczie mamy działającego skype'a i można było pogadać i zobaczyć się z rodzonym Bratem:)
Jutro szczęśliwie niedziela- a za tydzień wracam na pięć dni do pracy:(((( O jak mi się nie chce!

I jak jej nie kochać!

Dzwonię- już mi się udalo dodzwonić do Ewci i do Irenki i do paru kolegów/koleżanek Ciecha. Uważajcie, bo może jutro zadzwonię do któregoś z was;)

PS.
A Truś ma nowe-stare hobby- ssanie mamusi. Mogłaby to robić przez dzień cały w krótkich za to częstych seriach. najlepiej żebym siedziala z nagim biustem w pogotowiu- bo a nuz maluchowi zachce się przytulić. Myślałam, że to może z powodu dekoltu w noszonej przeze mnie odzieży- "jedzonko" samo pcha się dziecku przed oczki. Ale nawet założenie golfu nie pomogło- dziecko usiłowało dobrać się do mleczka od góry przez golf! Prawie w nim zanurkowała!

22:59, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2 , 3
Archiwum