RSS
sobota, 30 stycznia 2010
Nadeszły

43-trzecie urodziny. Już nic się z tym zrobić nie da, nic się nie da naciągnąć, nie da się odrobinkę poszachraić. Do 29.01.2011 będzie 43. A potem kolejna cyferka w drugim rządku :( I tak da capo...

Uczciłam ten niewesoły dzień wypucowaniem dużej łazienki na błysk. Kabinka prysznicowa wygląda jak nowa, wreszcie szybki znów stały się przejrzyste. Teraz postawię zakaz kąpieli pod prysznicem, żeby dłużej oczy nacieszyć. A może w ogóle zakaz korzystania z dużej łazienki... I wyczyściłam sobie jeszcze dywan- nie wygląda niestety jak nowy, ale zawsze trochę lepiej. Bo kto przy zdrowych zmysłach sprawia sobie prawie biały dywan- mając dwa jamniki i jedno dziecko w wieku młodym na stanie... No i zlikwidowałam małą choinkę, co zmusiło mnie do wizyty w piwnicy- a wizyt tych unikam jak ognia. I dobrze wiem, dlaczego unikam. Teraz w planach co najmniej jeden dzień weekendowy (lub jeden z tych dwóch zaległego urlopu za 2009) spędzony na poziomie minus 1.
Potem sobie popłakałam- a co, w końcu solenizantka jestem, wolno mi! Potem pizza na obiad i pierwsze wyjście Trusi do kina- ależ to radocha jest robić z nią coś pierwszy raz i obserwować jej reakcje. Na kino były bardzo pozytywne. "Księżniczka i żaba" podobały się. A ja się popłakałam po raz drugi w tym "pięknym" dniu- jest to znak widomy, że się starzeję- płakać na kreskówkach!

A potem urządziliśmy sobie rodzinną urodzinową kolację- były smakołyki przywiezione z Włoch- serki, mozarella di bufalla, "język teściowej", carpaccio, oliwki z migdałami, marmolada z gruszek z muskatem, włskie wino. I upieczony przez Bunię sernik z brzoskwiniami, na którego widok Trusia zawołała "O, to ja bardzo chętnie zjem torcik!" Ale serów "bardzo chętnie" próbować nie chciała. Zto nam kibicowała w konsumpcji. I nawet nie umykała zanadto przed tym "niepachnącym" serem.

Podsumowując- dzień urodzin, choć chwilami płaczliwy, należy zaliczyć do całkiem udanych.
A swoją drogą- kiedy człowiek przestaje niecierpliwie czekać na swoje urodziny, jak przebiega ta magiczna granica, od której chciałoby się je obchodzić 29-go lutego, czyli co cztery lata, zamiast co rok. I czy nadchodzi taki moment, że znów czeka się na kolejny dzień urodzin z radością, że jeszcze w tym roku się udało do nich dotrwać...
Na trzydzieste urodziny dostałam wieżę Philipsa i CD z Requiem Mozarta- może sobie dziś puszczę do poduszki. Na 43-cie chciałam sobie sprawić wypaśny krem- na przykład pod oczy. Stałam wczoraj w Douglasie przed półeczką z Diorem i Chanel, mając w torebce kupon na 40 PLN i 10% zniżki. I przebierałam, czytałam te małoliterkowe instrukcje obsługi. Ale nie było żadnego "na wszystko"- bo albo był na cienie, albo na worki, albo liftingujący powieki, albo na drobne zmarszczki- ale takiego "wszystko w jednym" nie napotkałam. Porzuciłam więc plan ambitny wydania ciężkiej kasy na mały kremik i zakupiłam Erisa. A na luksus może znów mnie najdzie- imieniny za tydzień, Walentynki za dwa...

A jutro do roboty na dyżur.

Bardzo dziękuję za dobre życzenia:)

PS
Ja sobie ryczę, tuląc się do Męża, rozpaczając nad złym losem, który sprawia, że lata upływają, a u mych kolan Truśka się tuli i przemawia:
"No już nie płacz. Patrz, ja jestem. Tu jestem koło ciebie i Tatusia. No już nie płacz. Przytulę cię. Po co płaczesz? No popatrz, ja jestem."
Dobrze, że jesteś Skarbie :)

 

21:46, dsmiatek
Link Komentarze (13) »
czwartek, 28 stycznia 2010
Drugi raz w Dolomitach

Nie ma się czym chwalić. Byli z nami tacy, którzy już trzynasty raz jeździli w Val di Fiemme. Rozpieszczają te góry- widokami, śniegiem, ilością wyciągów, długością i przygotowaniem tras. Bajka. W przyszłym roku- jeśli będzie to możliwe- zabieram ze sobą Truśka. Na pewno będzie się jej podobało.

A teraz będzie dużo zdjęć- które zaledwie w ułameczku oddają całe to piękno, które nas otaczało.

Dzień pierwszy- jeździliśmy w Predazzo/Oberregen. Pochwalę się- tylko jednym wyciągiem nie wjechaliśmy. A nie spamiętałam, ile ich tam było.

Nie tylko na narty warto tu wrócić- gorąca czekolada z dodatkami różniastymi, bombardiono i wariacje na temat ajerkoniaku z czym popadnie, świeżtkie croissanty z morelowym dżemem, tirmisu- będę tęsknić...

Kościółek na Passo San Pellegrino.

Prawie jedyne moje zdjęcie, na któych widać, że mam narty. Nie dość, że zdjęć własnych mam niewiele, to zwykle Ciech same "popiersie" mi ujmował. Ale co tam- to nie ja byłam tu najbardziej wartym fotografowania obiektem.

Typuję, że to MArmolada

a to jej ciąg dalszy. A może nie?

We środę pojechaliśmy na imprezę na Bellamonte- do schorniska wiosły nas takie oto skutery śnieżne z przyczepką

albo ratrak.
A na górze były tańce- nawet na stołach, dużo śmiechu, świetka zabawa i włoskie przysmaki. A na zewnątrz niebo rozgwieżdżone do nieprzytomności i cisza. Bosko!

Malamuty przy naszym ulubionym schronisku na Bellamonte.

Zostałabym tu jeszcze- choćby w takiej chacie.

Ciech na Via del (a może di) Bosco- wąskiej, długiej nartostradzie z Alpe Cermis, na której co jakiś czas romieszczone były zagadki w trzech językach i nieopodal odpowiedzi- takie jak ta powyżej.

Nasze Cavalese widziane z Alpe Cermis.

I nasz hotel, z naszą restauracją, w której co wieczór objadaliśmy się pysznym makaronem, pizzą lub grilowanym mięskiem/rybą. A co rano pijaliśmy prawdziwe capuccino, oblizując "wąsy" z gęstej mlecznej pianki.
Hotelik z około 150-ma apartamentami dla 4 lub 6-ciu osób, każdy z dobrze wyposażoną kuchnią. Basen, sauna, jacuzzi, siłownia, salka z kulkowym basenem, zjeżdżalnią i innymi "rozrywakmi" dla dzieci, ping-pongi i bilard. Skibus pod samym hotelem.
Cavalese- urocze miasteczko, które niestety zobaczyłam tylko w okien autobusu w dniu przyjazdu. Bo potem nie było czasu- a to dyskoteka zapoznawcza, a to wspólna  pizza w knajpie, a to nocna wyprawa na Bellamonte, a to zawody i dekoracja zwycięzców, połączona z degustacją regionalnych serów i wędlin, a to imprezka Pożegnanie Gór z udziałem samego króla Laurinio. No i zabrakło czasu na półtorakilomerowy spacerek do centrum Cavalese. Nadrobię w przyszłym roku. A może jeszcze w tym na "pierwszym śniegu" w grudniu... Rozmarzyłam się, czas wracać do rzeczywistości i zabrać się za produkcję kotlecików na jutrzejszy obiad dla Trusi.

 

 

21:04, dsmiatek
Link Komentarze (3) »
Zbliża się, co nieuchronne

Ano, nadchodzi ten smutny dzień, kiedy trzeba będzie zmierzyć się z rzeczywistością i zmienić drugą cyferkę w wieku na wyższą o jeden. A ta jedynka czyni różnicę, oj czyni. Jeszcze tylko jutro i będę o rok starsza :(
Trusiowe urodzinki też się zbliżają, ale dla niej to jeszcze powód do radości.
Szczęśliwie  te małe radości powolutku przybywają dla nas obu. Dziś odebrałyśmy z poczty dużą białą kopertę z pierwszymi prezentami.

"Wiesz Tatusiu, mam już film z Świnką Peppą. Podejrzewam, że dostałam go chyba na ulodzinki."

"Puuuść mi Świnkę Peppę, Wojtusiu, na komputelku."
Dał się namówić:) Nie wiem, czy akcja była aż tak emocjonująca i trzymająca w napięciu, żeby Truśka musiała z tych emocji obgyzać pazurki. Tytuł w każdym razie o tym nie świadczył- oglądali "Naleśniki".

A plecak nadał się na razie świetnie do nauki "latania". Dawno, dawno temu pewna inna, wówczas też mała dziwczynka, skręciła sobie kostkę próbując nauczyć się latać. I musiala chodzić z gipsem na nóżce. Ale nie miała plecaka ze Świnką Peppą;-)

Ewuniu, Robercie, Nuleczko i Adasiu- pięknie dziękujemy za prezenty i życzenia. A przede wszystkim za pamięć. Duuużo radości nam sprawiliście :)

19:26, dsmiatek
Link Komentarze (3) »
wtorek, 26 stycznia 2010
Mroźno

Siarczysty mróz uwięził Truszona  w domu. Biedula nudzi się okrytnie i wyrywa na wolność. W ramach prewencji przeciwodmrożeniowej wychodzi tylko na krótkie spacery z psami. Ubieranie trwa dłużej niż sam spacer. A Trusia wygląda jak mały zapaśnik wtłoczony w kurteczkę. O tak wygląda:

Jak ona się w tych wszystkich warstwach porusza pozostaje tajemnicą. Jeszcze większą tajemnicą jest, w jaki sposó zginają się jej nóżki i kolanka. Trusia zniesie jednak wszelkie niewygody, byle by się choć na chwilkę wyrwać na wolność.

Mam nadzieję, że mrozy odpuszczą, bo powoli brakuje mi pomysłów- wyklejamy akwaria, łąki i walentynkowe karteczki, robimy kotleciki mielone, myjemy podłogę. Za co bym się nie zabrała słyszę "O, będziesz lobiła sałatkę. To ja ci chętnie pomogę. O, jajeczka ugotowałaś do sałatki. To ja chętnie zjem sobie jedno. Sałatki nie będę jadła, dziękuję. Nie lubię sałatki."
Ano, menu nadal ograniczone. Ale powróciły do niego jajka. Zawsze to coś.

A Dolomity pewnie od jutra- zdjęcia już czekają w zasobach blogowych. Dziś mały zwiastunek:

22:51, dsmiatek
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 25 stycznia 2010
Bajki

Trusia uwielbia słuchać bajek na CD. Co prawda zwykle konserwatywnie słucha wciąż tych samych, wtrącając "O, a telaz zla klólowa będzie wrzeszczała". A potem sama bajki opowiada. Czasem te wysłuchane, a czasem wymyśla własne. Dziś w kąpieli opowiadal bajkę Ciechowi, co postaram się zacytować.

"Bajka będzie o kotku Ludasie (Rudasie).
Kiedyś żył sobie mały, samotny kotek. I nie było mu fajnie. I spotkał dlugiego dużego kotka i zamieszkali lazem. Ale potem duży kotek umalł. I małem znów było smutno i niefajnie. Bo jak się nie ma lodziny, to nie jest fajnie. I znów sobie szukał przyjaciela kotka. I znalazł inne kotki i znowu miał lodzinę. I nie był sam.
Kotek Ludas nie mył się dziś, ani kiedyś, ani w inny lanek. A potem się już mył i ulósł duży."

Dziś przy obiedzie:
Ale ze mnie gapcio, zapomniała ci przynieśc łyżeczkę.
"Niee, no coś ty mamusiu, nie jesteś przecież klasnoludkiem."
Ale czemu właściwie nie?
"Bo nie jesteś czelwona."

"Ach mamusiu, kocham cię baldzo, baldzo. Jak stąd do kosmosu."
A ja cię skarbie kocham jak stąd do nieba.
"No niee. Nie możesz mnie kochać jak stąd do nieba, bo ja tak już kocham Wojtusia."

"Kocham cię tatusiu baldzo. Tak baldzo, że mogę umalnąć dla ciebie."

Jak się nazywasz?
"Geltludka. Dla tatusia jestem Geltludka."
A dla mamusiu?
"Dla mamusi jestem Skalb."
A dla Buni?
"A dla Buni jestem Żabulek."
A dla Wojtusia?
"Dla Wojtusia Zosia."
A dla Pawełka?
"Dzindzin dla Pawełka.
A dla Pasi jestem słonik. Duzio mam imion."

Korzystając z wolnych wieczorów przed rozpoczęciem kolejnej rundy skrinningu mammograficznego próbuję nadrobić zaległości filmowe. Wczoraj Ciech pożyczył "Piratów z Karaibów" cz.3. Miły wieczór przerwało nam wtargnięcie wcale nieśpiącej Trusi. Zasiadła i z uwagą śledziła scenę, jak to Jack Sparrow rzucia kamykiem, który zamienia się w kraba, a potem w całą armię krabów. A kraby od jakiegoś czasu sa jednymi z ulubionych żyjątek Trusiowych. Za chwilę po pokoju szalał "Skaczący Klab", który ostatecznie skutecznie przerwał mi wieczór przed telewizorem. Dziś usiłuję obejrzeć "Kac Vegas". Jeszcze nie wiem, jakie żyjątko przerwie mi oglądanie.
Może lepiej nie wiedzieć ;-)

A relacja z Dolomitów będzie jak tylko zgram zdjęcia.

PS
Do Mamutów i Tatutów spóźniłam się z dostępem, więc go nie mam:( Uprzejmie proszę o ponownego maila.

21:43, dsmiatek
Link Komentarze (5) »
niedziela, 24 stycznia 2010
Wróciliśmy

Wyjeżdżeni, opaleni na tych częściach twarzy, które wystawały z okularów, szalików i czapek (czyli głównie nasze nosy i policzki są czerwone), zachwyceni i baardzo zadowoleni. No i rozpieszczeni warunkami tak, że już chyba nigdzie indziej podobnie zachwyceni nie będziemy ;-) Relacja foto będzie, jak odzyskam mój komputer, przywłaszczony na czas mojej nieobecności przez Starszą Córkę.

A tymczasem z rozmowy telefonicznej:
"Wiesz mamusiu, Gogol wlazł na moją kultkę." (Gogol- jamnik, syn Kluchy, zamieszkuje wraz z Buniową przyjaciółką.)
No jak to, właził na kurtkę? I co jeszcze robił?
"No skakał po kultce."
A kurtka gdzie była? Na podłodze leżała?
"Nie, ja byłam w ślodku kultki, a kultka na mnie siedziła. I Gogol skakał na nią. Ale ja się nie bałam, bo Gogol jest przecież przyjazny."

Dziś:
"Idę na polowanie mamusiu. Upoluję ci nieżywe zwirzątko."
Oj, ale ja nie chcę nieżywego zwierzątka.
"Już upolowałam. Patrz, tyglysa upolowałam. A telaz go bęzdziesz jeść."
Oj, ja nie chcę jeśc żadnego tygrysa. Tygrysy są niejadalne.
"Ale to jest nieżywy tyglys. Nie bój się. On jest pomalańczowy. Znaczy to jest tyglys z pomalańczy. Upieczę ci go i ładnie zjesz. Trzeba wszytko jeść."
Ano, nawet tygrysy pomarańczowe. Cóż było robić, trza było dać dobry przykład i zjeść.
Potem była jeszcze czekoladowa nieżywa sarenka i bananowy, także nieżywy, lew.

Smacznego- jak ktoś ma ochotę. Ja już więcej nie zmieszczę.

19:13, dsmiatek
Link Komentarze (4) »
piątek, 15 stycznia 2010
Przerwa urlopowa

Za trzy godziny odjeżdżamy z Ciechem w siną dal, a konkretnie do Val di Fiemme. Torby spakowane, Reisefieber w rozkwicie, tęsnota za Trusią już kiełkuje.

A żeby przypomnieć, kto na tym blogu jest główą bohaterką- oto ona:

Zdjęcia pod tytułem "mama się pakuje, a Trusia pomaga wybrać czapkę z domowych zasobów". Okularki pływackie zostały przyuważone przy okazji i też zastosowane- taki dwa w jednym- narty i basen.
Jak się już ustroiła to zawrzasnęła "Jestem telaz lenifelek."
To ja cię zaraz mój reniferku wrzucę na bloga.
"Nie wrzucaj mnie, nie wrzucaj. Ja chcę jeszcze żyć."

A jednak wrzuciłam, Trusia nadal żywotna.

Do zobaczenia za dni dziewięć.

 

18:54, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
środa, 13 stycznia 2010
Pułapka

Napiszę- króciutko- o pułapce w jaką sama się wpędziłam pisząc bloga. pułapkę, która mnie wciąga coraz bardziej i przez którą  myśli o zamknięciu bloga wracają.
Zaczynałam, zakładając, że piszę dla Trusi- taki pamiętnik z jej życia, który będzie sobie mogła kiedyś przeczytać. Zupełnie nie myślałam o tym, czy ktoś trafi tutaj i się zadomowi. Ale się zadomowiliście i zrobiło mi się miło. A blog przerodził si.ę w miejsce wirtualnego spotkania- z przyjaciółmi. A także w miejsce dzielenia się z Wami i Rodziną radościami z obcowania z Truszonem.
A potem się uzależniłam- od odwiedzających, od komentarzy- bo jak są, to znaczy, że ktoś tu bywa, że ktoś nas lubi i jest ciekawy, co u nas.
Ale odkryłam statystyki- i zaczęłam je sprawdzać. I to już była prawdziwa pułapka- bo jak jest ich mniej, to może się znudziłyśmy, może już nie chcecie do nas zaglądać... Staram się powstrzymywać łapki od klikania w statystyki, ale nie jest łatwo- zwłaszcza, że teraz same się wyświetlają. Z drugiej strony w statystykach natrafiam na odwiedzających nas regularnie, do których poprzez owe statystyki sama zaglądam i przez to krąg "znajomych" się powiększa...
No ale odkryłam też rankingi- i ta pułapka stała się naprawdę niebezpieczna.
Czy da się zablokować sobie samemu mozliwość wchodzenia w rankingi?
Bo w końcu blog w dalszym ciągu powinien być przede wszystkim dla Trusi. I dla Przyjaciół.

To taki rachunek sumienia- do skasowania.
Mea culpa...
Odwyk mi się szykuje ponadtygodniowy- w piątek wieczorem wyruszamy z Ciechem na narty.

A na poranne pytanie, jak się dziś Truszon chce przyodziać, znów usłyszałam "Na lóziowo." wypowiedziane z szelmowskim uśmiechem i troszkę złośliwym błyskiem w niebieskim ślepiu.
A spodnie jakie?
"Lóziowe."
Ostatecznie skończyło się na szarych. Ale bluzka i majtki "lóziowe" były.

Wczorajsza kąpiel samodzielna Truszona pod prysznicem skończyła się wylaniem w kanał całego nowiutkiego żelu do mycia.
"Ale ja tylko myłam kubeczek. Żeby był czysty,"
No i mamy najczyściejszy kubeczek na świecie. I brak Trusiowego mydła (no chyba, że poszli z Pawłem zakupić- wczoraj obiecywali, że pójdą). I nici z ekologicznego wychowania,. któremu miała pomóc książeczka "Chrońmy naszą planetę" (czy jakoś tak podobnie. Trusia po wielokrotnym przeczytaniu zapamiętała, że kąpiel pod prysznicem jest ekologioczna. Nie zapamiętała, że nie ma ona trwać pół godziny z wodą lejącą się wartkim strumieniem na Trusiową głowę. O zużywaniu całego żelu pod pryszic na jedną kąpiel autorzy wspomnieć zapomnieli- widać przez myśl im nie przeszło tak nieekologiczne zachowanie.

18:56, dsmiatek
Link Komentarze (11) »
wtorek, 12 stycznia 2010
Cztery lata temu

Cztery lata temu, mniej więcej o tej porze, zawalił mi się świat, serce na chwilę przestało bić, a jak zaczęło znowu, biło już w innym rytmie, innym tonem.
Ktoś mi kiedyś powiedział, że jak dziecko pojawia się w świadomości matki, to powstaje w niej nowe serce- serce do kochania tego właśnie dziecka. Dla każdego dziecka osobne, równie mocno kochające, choć niekoniecznie tak samo.
Jak dziecko umiera, to przypisane mu serce nie umiera wraz z nim- bije dalej i nadal kocha.

Kocham Cię Malutki. I tak bardzo za Tobą tęsknię. Tak bardzo bym chciała przytulić Cię raz jeszcze.
Czekaj na nas w wieczności i pamięci Boga i postaraj się nas odnaleźć, gdy już tam trafimy.

20:30, dsmiatek
Link Komentarze (12) »
poniedziałek, 11 stycznia 2010
Takie tam

"Wiesz mamusiu, ja już nie potrzebuję mojego łóżeczka. No wiesz, tego ze szczebelkami" (Wciąż ma takie, bo przeprowadzka Ciecha nieuskutecznipna, w związku z czym nasza wyprowadzka do innego pokoju też dopiero w planach, w związku z czym nie ma miejsca w pokoju na nowe łóżeczko dla Trusia. Ale Starsza Córka wyprowadzona.)
Nie potrzebujesz? A to w czym będziesz spała?
"No przecież mamy takie duże wspólne łóżeczko. Twoje, tausia i moje. Wszyscy tam możemy spać. A to ze szczebelkami możemy dać innemu dzidziusiowi."

"A Antoś bardzo lubi szyneczkę. Mówił mi, że plosił swoją nianię, żeby mu zlobiła klomeczkę z szyneczką."
O, to może i ty już lubisz szyneczkę? Może jutro zjesz kromeczkę z szynką na śniadanko? (NIe ustaję w wysiłkach rozszerzenia Trusiowej diety- to nie musi koniecznie być szynka, niechby była ryba, albo kasza gryczana, albo ser inny od danonka...)
"Czyżbym już jutro była duża? Jak będę duża, to będę jadła szyneczkę, nie maltw się. Zobaczymy, jak będę duża, to na pewno zjem."

"Lubię ci pomagać mamusiu."- powiada Truś wspinając się na drabinkę, gotowy do obierania marchewki.
"Dobla malcheweczka, zdlowa, smaczna. Dobla będzie zupka, jarzynkowa. Zdlowe są jarzynki. Ale ja nie uwielbiam jarzynowej zupki."

22:36, dsmiatek
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2
Archiwum