RSS
poniedziałek, 31 stycznia 2011
Zdjęcie i urodzinowe prezenty

Zaaferowana wielce Trusia przbiega do mnie dzierżąc w łapkach pewne zdjęcie.
"Mamo, mamo, patrz, jakie piękne zdjęcie znalazłam. Spójrz, tu jestem ja, jak jeszcze byłam aniołkiem, a tu ja, jak mieszkalam w twoim brzuszku. Prawda jaka byłam wtedy ładna. Popatrz, tu mam nawet brokacik i się błyszczę. A jak byłam w brzuszku, to byłam taka malutka, że nikt mnie nie widział, prawda? Podoba ci się to moje zdjęcie?"
I jak jej powiedzieć, że to nie ona jest na tym zdjęciu, tylko Ciszek- kiedyś, gdy odszedł, myślałam, ze jest to jedyne zdjęcie, jakie mi po nim zostało. Zanim w Mężowskim laptopie znalazłam zdjęcia zrobione po jego urodzeniu. Zatem niech wierzy, że to ona, malutka fasolka, cudny ludziczek z łapkami i nóżkami jak kuleczki siedzi sobie oprawiona w rameczkę z aniołkiem. Bo przeciez i ona była tak samo piękna...

Po południu rozebrałyśmy wreszcie choinkę, dzięki czemu uwolniony zostal mały stolik, część Trusiowego wysokiego krzesełka.
"Patrz Trusiu, masz swój stoliczek. Jak przyniesiesz krzesełko z przedpokoju, to będziesz miała wlasne biureczko."
Truśka wyraźnie ucieszona:
"Tak, tak. Jeszcze tylko postawisz mi na stoliczku laptopika i myszkę i będzie prawdziwe biureczko."
Cóż, takie czasy- bez laptopika biureczko się nie liczy. Ale póki co dysponuję li i jedynie wolną myszą. Wolnych laptopików na horyzoncie brak;-)

Od moich Starszaków dostałam urodzinowe prezenty. Od Buni dwa bilety do teatru i wielką michę tiramisu. Od Pawła czarny T-shirt z wlasnoręcznie przez Syna namalowaną żyrafopodobną stworą (może też być to długoszyi pies). Do teatru pójdę z Mężem, tiramisu zjedliśmy wszyscy mlaskając głośno i wylizując miseczki, bo takie pyszne było. A T-shircik na razie podziwam i się zachwycam. I na samo wspomnienie moich urodzinowych prezentów oczy robią mi się zleczka wilgotne.

20:34, dsmiatek
Link Komentarze (6) »
niedziela, 30 stycznia 2011
Urodzinowa lista marzeń

Chciałam sobie już dawno takową stworzyć. Bo ja właściwie "karteczkami stoję"- jak nie mam karteczki z listą rzeczy do zrobienia/kupienia/ załatwienia, to czuję się zupełnie bezradnie. Karteczki czasem się mnożą, jest karteczka-matka z listą na czas dłuższy i karteczki-dzieci, jedno- ewentualnie dwudniowe. Bywają też karteczki z knajpami "do odwiedzenia" i z listą filmów do oglądnięcia. Czas najwyższy, by powstała karteczka z listą marzeń do realizacji w pozostałej mi jeszcze części ziemskiego żywota lub chociaż do popatrzenia i powzdychania i pomarzenia.
No i tak sobie od dni paru myślę nad tymi swoimi marzeniami i kicha- może ja już nie mam marzeń? A to niedobrze by było.
Jasne, są takie uniwersalne, takie wlaściwie nie marzenia tylko prośby, zanoszone co dzień przed oblicze Najwyższego, o zdrowie dla moich bliskich, o dobre wybory, o odnalezienie życiowej drogi, o mądrość i dobro w sercach.
A te moje własne, egoistyczne, dla mnie, dla mojej własnej przyjemności? Z tymi jest już gorzej- były kiedyś, ale wyparowały z pamięci- może z powodu braku widoków na realizację.

Zawzięłam się jednak i postanowiłam sobie za wszelką cenę przypomnieć, przywołać marzenia- no bo co ma mi się spełnić, jak ktoś spełnienia marzeń życzy. No i powstała top-lista Dorotkowych życzeń.

Chciałabym kiedyś zobaczyć całkowite zaćmienie słońca. I zorzę polarną. I fiordy Norwegii. I pojechać do Szkocji, i do Londynu (Anglia to kierunek, którego nie dane mi było jeszcze nigdy obrać.). Wrócić jeszcze raz chociaż do Nowego Jorku, a nawet nie jeden raz- bo i ze Starszą Córką powłóczyć się po Manhattanie i z Mężem i Córką Młodszą odwiedzić tam parę miejsc. Dotrzeć na południe Włoch, i do Portugalii, pokazać Piotrowi Meteory w Grecji. Kiedyś zachwycilam się widoczkiem zatoczki na greckiej wyspie Zakhyntos i zamarzyłam, żeby spędzić tam kilka dni...
Chciałabym nauczyć się włoskiego, wskrzesić mój niemiecki, móc swobodnie rozmawiać o wszystkim z moją bratową po angielsku, bez szukania w panice słówek, zagubionych gdzieś w zakamarkach pamięci (i często odnajdywanych dluższy czas po tym, jak były potrzebne).
Jak Marlena de Blasi odkrywać kulinarne perełki Italii.
Raz jeszcze pojechać do Istanbułu i, ten pierwszy raz, zwiedzić coś więcej w Turcji.
No i dotrzeć do Dubrownika- może to marzenie uda mi się zrealizować tego lata...
Zresztą, miejsc, które pragnę zobaczyć jest jeszcze bardzo dużo, do głowy przychodza mi tylko te, będące w zasięgu możliwości. Paryż na dłużej, Praga raz jeszcze, Holandia, gdy kwitną tulipany...

Mały drewniany domek z werandą i kominkiem, gdzieś w niedalekich górach.

Wigilia, na której spotkają się wszyscy nasi bliscy.

Chciałaby się nauczyć tańczyń tango.

Są takie marzenia, które wykreślam pomału ze swojej głowy- one uparcie wracają, ale staram się je wyrzucić, żeby nie bolały tym, że są nierealizowalne.

Chciałabym usiąść w fotelu bujanym w świeżo pomalowanym i posprzątanym mieszkaniu, z nową kuchnią, normalną podłogą, łazienką bez kabinkowej katastrofy, skończoną wreszcie szafą, nieobgryzioną kanapą. I tak sobie siedzieć przez chwilkę z kubkiem dobrej herbaty i napawać się chwilą. To jedno z tych nierealizowalnych marzeń...

Chciałabym mieć chociaż pięć lat mniej (i pięć kilo;-).

Oj, trzeba wrócić do rzeczywistości i marzeń możliwych do spełnienia- no to bym chciala nauczyć się dobrze jeździć na snowboardzie- tu wielką nadzieję pokładam w Trusi- może za małych parę lat będziemy się uczyć razem.

Chciałabym uwierzyć wreszcie w siebie, poczuć się piękną, kochaną, wartościwową, pozbyć się kompleksów, ciągłej niepewności. Zobaczyć tą pełną połowę szklanki.

A na razie wpatruję się w pustą połowę i ze zgrozą sobie uświadamiam, że przez najbliższy rok będę dwa razy starsza od Córki Starszej i jedenaście (!) razy starsza od Córki Młodszej. I powli powinnam zacząć postrzegać siebie, jako kobietę dojrzałą, choć wewnętrzne ja buntuje się przed tym określeniem. Bo w środku wciąż więcej jest we mnie młodej dziewczyny, która całe życie ma przed sobą, może sobie kupić martensy w kwiatki, założyć kolczyki z filcu, legginsy do tuniki, haftowaną torbę od Słonia Torbalskiego i patchworkową spódnicę-bombkę. Uczesać włosy w warkocze...I jeszcze zamarzyć... Spróbować jeszcze raz, jeszcze lepiej, jeszcze pełniej...

Osiemnaście lat- kiedy to było?

PS
A wracając do Trusi- wykąpała się z naleśnikiem. Bo naleśnik był meduzą, a ona polującą na meduzę barrakudą. Sama to wymyśliła? Bynajmniej. Rodzony Tatuś poddał dziecku tą myśl genialną. Szkoda tylko, że nie Tatuś wyławiał potem z wanny naleśnikowe okruchy.

23:04, dsmiatek
Link Komentarze (14) »
piątek, 28 stycznia 2011
Przymiarki

Za tydzień, jak nie nastąpi żaden kataklizm, będziemy siedzieć w autobusie i jechać na południowy zachód (bardziej chyba południowy). W domu trwają przymiarki- Truśka z Ciechem dziś przymierzali się do kasków:

Truśka była zachwycona swoim wyglądem poważnego narciarza, Ciech narzekał i marudził, że w kasku we Włoszech jeździć nie będzie i zabierze to nakrycie głowy tylko na obóz, na który jedzie jutro rano. Się zobaczy.
W każdym razie bardzo skomplikowane się to narciarstwo zrobiło, nie dośc że narty trzeba mieć odpowiedznie, ubranko wypaśne, to jeszcze kask na głowie. No i jechać nie można byle gdzie ;-)

Zaczynam odliczanie do przyszłego piątku. Może mi w tym odliczaniu umknie gdzieś niepostrzeżenie dzień urodzin. Dziś w każdym razie świętowaliśmy przedurodziny za pomocą grznek z pesto i ziołami i sałatką w wariacji ala grecka.

A Truśka jest słodka, tylko zapomniałam, dlaczego takie przekonanie znowu dziś powzięłam. I pewnie sobie nie przypomnę:(

22:22, dsmiatek
Link Komentarze (3) »
wtorek, 25 stycznia 2011
Przepis na to jak się zamęczyć w pozornie luźny dzień

Chyba jestem w tym mistrzem, jakby ktoś też chciał mistrzostwo osiągnąć, służę radą. A dzisiejsze sukcesy wyglądały tak:

Budzik wyrwał mnie z dość realistycznego snu, w ktorym występowałam w fryzurze "na jeża" o 6.20- czyli czasu mnóóóóstwo.  Nawet nie zdenerwował mnie specjalnie widok fontanny w kuchni, która to fontanna utworzyła się w ciągu nocy z soku malinowego i zalała mi lekko lepkim czerwonym strumieniem połowę blatu. Mąż, człowiek praktyczny i nie lubiący nieczego, co sam stworzył marnować, ocalił sfermentowany sok przed wylaniem, twierdząc, że go na wino przerobi.
I było tego czasu mnóstwo do momentu budzenia Trusi, która z policzkiem ułożonym na złożonych łapkach spała słodko i nie reagowala na czułe szepty ni smyrania po stópkach i szyjce. Trzeba było brutalnie ściągnąć z niej kołdrę i nieco głośniej oznajmić, że nadszedł czas wstawania. Oj, nie podobało się to Córce, zaniesiona do łazienki i posadzona na kibelku użalała się, że przecież ona nic nie widzi, bo oczy jej się nie chcą otworzyć, a jak się już otworzą, to zupełnie same zaklapują się z powrotem. Udało się jednak przyodziać Latorośl i wyprowadzić z domu bez wybuchu większej lamentacji (niemałą zasługę miała w tym bluzeczka z cekinami, których widok jakoś pogodził Truśkę z koniecznością pobudki).
Potem w pracy można się było "wykazać" i opisać wszystkie wykonane w danym dniu badania, bo po co je zostawiać na jutro na dyżur. W międzyczasie można też pójść poszkolić w obsłudze SIMP-a osoby, ktore rzekomo w celu szkolenia naszego personelu przybyły. No ale one w końcu zaznajomiły się z tym programem tylko teoretycznie i pobieżnie, a ja na nim pracuję od sześciu lat, to coś tam już wiem.
Po pracy szczęśliwa, że koleżanka zamieniła ze mną dzień w przychodni i mam niespodziewanie wolne (ale za to w piątek będę miała podwójną porcję pracy, nic w przyrodzie nie zginie) podążyłam lekka i radosna do Centrum Handlowego w celu dokonania zakupów- żeby rodzina przez dwa dni z głodu nie umarła. Zakupów dokonałam, podywagowałam nad drewnianym domkiem dla lalek (potencjalny prezent dla Truśki na urodziny, tylko dlaczego tyle kasy kosztuje), kawkę sobie wypiłam moją ulubioną i podążyłam do domu.
W domowych planach były tortille i koktail z czerniejących w koszyku z owocami bananów (jak im skórka ciemnieje, to nikt ich już jeść nie chce, trzeba je zatem w inny sposób zutylizować), potem fasolka po bretońsku na jutro, obiecane korale z masy solnej z Trusią. Miałam nadzieję, że uda się wreszcie upiec żytni chlebek, na który mąkę zakupiłam już dwa tygonie temu.
No i były tortille, był koktail, fasolka w wielkim garze stoi na kuchence i się przegryza, chlebek wyszedł tym razem grząski- jutro się zobaczy, co z nim będzie.
Korale ulepiłyśmy i ususzyłyśmy w piekarniku.
W międzyczasie Truśka zażyczyła sobie kukurydzy, a ponieważ dysponowałam tylko wielką puchą, to resztę przerobiłam na sałatkę z ananasem i jajkami (dzieki temu w domu nie ma już jajek).
Odbyłam miłą rozmowę z panią namawiającą mnie do zakupu książki telefonicznej (nie wiem tylko, dlaczego pani mówiła łamaną polszczyzną...), przyjęłam kuriera z wielką paką, w której siedziała niespodzianka dla Truśki (współpraca z Lambi zaowocowała trzema przesyłkami- pierwszą z Lambikami do pomalowania i papierem do testowania, drugą z prezentem na Święta i trzecią z Lambikiem w wersji XL jako nagrodą dodatkową w konkursie na najładniej pomalowane owieczki (ja tam "celowałam" w wycieczkę do Grecji, a trafiła się wielka owca dla Truśki- cóż, grunt, że Truśka przez moment czuła się uszczęśliwona), podyskutowałam z Synem Młodszym na temat butów na snowboard, które zawsze były za wielkie, a teraz są "na styk", wypełniłam kartę na obóz, przeleciałam się na miotle po mieszkaniu, a na koniec uwieńczyłam pracowity dzień miksując pochlebowe pomyje (bo wstępne mycie dzbanka miksującego w Kohersenie polega na tym, że się do niego wlewa wodę i miksuje ową wodę, dzięki temu to, co się do ścianek przylepiło pięknie się odkleja) bez uszczelki- a ja się dziwiłam, jak to jest, że tak łatwo pokrywkę na dzbanek zakładam i jakim cudem odrobina mąki wyleciala mi z miksera w czasie zarabiania ciasta. No to przestałam się dziwić, a mogłam zacząć usuwać żytnio-razowe pomyje z kafelków, blatów i okolicy.
A potem już z górki było- dopilnować Truśkę pod prysznicem, gdzie w ramach kąpieli zbudowała zamek z tego, co ze sobą zabrała- nie było tego mało, skoro na niewielki zameczek wystarczyło, skończyć jej czytać o przygodach Dorotki w Krainie Czarnoksiężnika Oza, wytrzeć jej nos niezliczoną ilość razy- albowiem katarek, co nas przed tygodniem opuścił, zatęsknił i powrócił wraz ze swym przyjacielem kaszelkiem, a teraz, w fazie wstępnego rozwoju, wymaga zużywania ton chusteczek, zapodać odpowiednie do stanu Dziecka lekarstewka, namówić do picia, żeby nereczki się płukały, oskubać pewną ilość mandarynek (bo Córka stwierdziła, że jest tak starsznie zmęczona, że nie da rady ich obierać swoimi maleńkimi paluszkami), pobawić się w Lambią mamę i Lambiątko idące na bal karnawałowy (przy okazji przewinął się temat karnawału w przedszkolu- dziś rano nie zauważyłam, żeby jakiś bal się szykował, ale możliwe, że po południu już wisiało i bal jest na przykład jutro, co nam pozwoli zarobić kolejną przebraniową plamę;).
I właściwie sama już nie wiem, co jeszcze dzisiejszego popołudnia zrobiłam. Nie mogę tylko zrozumieć, dlaczegóż to w taki dzień lajtowy, z jedną tylko zawodową pracą, czuję się taka wyeksploatowana. Ktoś wie?

Fotoreportaż z tworzenia korali:

Na koniec Truśka i prezenty od Lambi:

A jutro się "zrelaksuję" na dyżurze;-)

22:31, dsmiatek
Link Komentarze (9) »
niedziela, 23 stycznia 2011
Ukulturalnianie

Muszę przyznać, że wraz z osiągnięciem przez Córkę Młodszą wieku komunikatywnego wyraźnie wzrosła nam częstotliwość wizyt w przybytkach kultury i to nie tylko świątyniach X muzy, ale też i tej szlachetniejszej, czyli w teatrze. Cóz, że repertuar dla młodszego pokolenia przeznaczony, ważne, że się człowiek przy okazji zapewniania rozrywki Dziecięciu sam "ukulturalnia". W tym roku kalendarzowym zaliczyliśmy już drugie przedstawienie w Łaźni Nowej- po Świętym Franciszku przyszła kolej na Pinokia, wystawianego przez Teatr Maska z Rzeszowa. Truśce się podobało, brawa biła z wielkim zapałem.
A wcześniej, w czasie mszy (tym razem w naszej parafii) załapaliśmy się na koncert kolęd w wykonaniu młodzieży ze Szkoły Muzycznej w Krakowie. Pięknie grali i śpiewali, a rozochocona Truśka wraz ze spotkaną w kościele przedszkolną koleżanką odstawiły dodatkowo balet. Bardzo były z siebie zadowolone, aż żal było upominać, tym bardziej, że msza się już skończyła, odglosów zagłuszających młodych artystów nie wydawały, a Pana Boga chwalić można na różne sposoby, także i tańcem.

W czasie śniadania Truśka, która skończyła jeść wcześniej (w końcu jak długo można jeść mleko z płatkami), uraczyła nas "spektaklem" własnym pod tytułem:
"Patrzcie, druga Bunia przyszła i przyniosła prezent dla mamy"

A poza tym do Krakowa wróciła zima i ja się osobiście z tego cieszę.

Za tydzień wpis urodzinowy, w międzyczasie nie wiem, czy coś się uda...

Pogrzeb Ewy we czwartek 27.01. o godzinie 12.30 na Cmentarzu na Wólce Węglowej. Jeśli uda mi się zalatwić kogoś, kto przyjdzie zwolnić mnie z dyżuru tak, żebym zdążyła na pociąg o 8.05, to pojadę pożegnać moją Przyjaciółkę.

PS
Z ostatniej chwili- w naszym domu odchodzi właśnie "pranie brudnych pieniędzy"- Truśka podstępnie zabrała ze sobą do kąpieli całe swoje monetowe oszczędności i szoruje je w wannie pachnącym mydełkiem, odżywia balsamem do włosów i osusza własną gąbeczką.

19:32, dsmiatek
Link Komentarze (4) »
sobota, 22 stycznia 2011
Znów dałam przedszkolną przebraniową plamę:(

Truśka znowu złapała infekcję dróg moczowych. A wczoraj właśnie z P. cieszyliśmy się, że od paru dni zupełnie nie kaszle i nie ma kataru, zdrowiutka taka, jak przed pójściem do przedszkola. Cóż, widać "pochwaliliśmy dzień przed zachodem słońca"- rano Trusia zaczęła biegać do toalety częściej niż zwykle. Poza tym na szczęście jest radosna i pełna energii. Przyszła mnie nawet odwiedzić na dyżurze, wykorzystałam więc okazję i zataszczyłam ją do usg- pooglądałyśmy sobie jej nereczki- prezentowały się doskonale.

A ja dałam plamę z przedszkolnym Dniem Babci. Tak mocno sobie w głowie (i w kalendarzu oraz na karteczkach pomocniczych) zanotowałam i zapamiętałam, że impreza odbywa się w piątek, nawet nasze babcie na piątek zapraszałam, przygotowałam Trusi piekne pierzaste anielskie skrzydła i puchatą aureolkę, zapewniłam panie, że te części anielskiego stroju przyniesiemy na pewno, przedszkole miało zaś ubrać Trusię w białą szatę. Rajstopki i biała bluzeczka pod ową szatę też były w gotowości.
A tymczasem impreza odbyła się w czwartek, Trusia udała się do przedszkola ustrojona przez Tatusia (ja we środę miałam dyżur, zatem rano mnie w domu nie było) na fioletowo, skrzydła spokojnie spoczywały w szafie. Całe szczęście, że Babcie nie zdecydowały się na przyjazd, bo spóźniłyby się o jeden dzień. Po południu Córka opowiedziała mi, jak to babcie i dziadkowie przybyli tłumnie na przedstawienie, a ja jej wmawiałam, że cos mi tu konfabuluje, bo przeciez dopiero następnego dnia przybędą. Ale Truśka obstawała przy swojej wersji, pobiegłam zatem po różowy ruloniczek z zaproszeniem dla babci (którego nie rozwijałam, bo przecież zaproszenie nie dla mnie było przeznaczone, a cudzej korespondencji nie czytuję), no a tam stało pięknie wypisane, że Babcie są uprzejmie i gorąco zaproszone na przedszkolną imprezkę w dniu 20-go stycznia! Na moje lamentacje, że dałam plamę, że skrzydeł i aureolki nie dostarczyłam, Córka pocieszyła mnie, opowiadając, że zamiast skrzydełkami, mocno machała rączkami, a przedstawienie pięknie się udało i przyszła Pasia w zastępstwie Babć. Dobrze chociaż, że Pasia panuje nad sytuacją.

23:09, dsmiatek
Link Komentarze (8) »
czwartek, 20 stycznia 2011
(*)

Chciałam ubrać w słowa myśli,które od wczoraj kłębią się w mojej głowie. Chciałam Wam napisać o Ewie- takiej, jaką ja ją widzialam i postrzegałam. Ewie, z ktorą znajomość nie byla wcale łatwa, choć wiem, że darzyła nas sympatią.
Wiem, że była osobą budzącą kontrowersje i skrajne czasem emocje. Bo trzeba się było postarać, żeby polubić Ewę, trzeba było popatrzeć na świat z perspektywy jej wózka.

Ewa- z jednej strony osoba tolerancyjna dla innej orientacji czy poglądów, z drugiej nierozumiejąca tak zwanych "obiektywnych" trudności dnia codziennego.
Bo Ewa chciala żyć, jak osoba zdrowa, nie ograniczona niepełnosprawnością, chciala aktywnie uczestniczyć w życiu, nie zgadzala się na ograniczenia. Chciała swoim wózkiem normalnie wjechać do tramwaju czy autobusu, chciała wejść do każdego lokalu, posiedzieć w dowolnie wybranej kawiarni przy kawie, zwiedzić muzeum na każdym jego poziomie, pospacerować po mieście jak każdy z nas. A tymczasem rzeczywistość byla taka, że wiele z tych miejsc było dla niej niedostępnych.
Kiedy planowałam ich pobyt w Krakowie, zastanawialam się, gdzie się możemy razem wybrać na obiad, gdzie wypić kawę czy pospacerować. Tymczasem na przeszkodzie stawały schodki, wąskie drzwi, lokalizacja restauracji w piwnicy, ciasno ustawione stoliki, między ktorymi trudno było zmieścić elektryczny wózek Ewy. Wieliczka- teoretycznie dostępna dla niepełnosprawnych. Ale- wózek Ewy nie mieści się w windzie. Tyniec- ostry żwirek na podjeździe, który grozi przedziurawieniem opony wózka. Taka katastrofa zdarzyla nam się w ubiegłoroczny Nowy Rok na Rynku- dziura w oponie i unieruchomienie, pociąg, na który Ewa i jej Rodzina mieli bilety odjechal bez nich, wezwany wulkanizator zainkasował tyle, co za oponę w samochodzie, a łata wytrzymała zaledwie do Dworca Głównego w Krakowie.
Spacer po Kazimierzu- nierówne chodniki, dodatkowo zastawione przez samochody tak, że wózek się nie mieści, więc Ewa musiała poruszać się po ulicy, zbyt wysokie krawężniki i problem z bepiecznym zjazdem. Bo miejsca, gdzie były obniżenia zajmowały samochody, zdarzył się nawet samochód policji!
Nie wiem, jak udawało jej się podróżować pociągiem, jak mieścił się jej wózek na wąskich korytarzach w wagonach.

Trudno zatem się dziwić jej irytacji, jej braku zgody na ludzką bezmyślność, sprawiającą, że osoby niepełnosprawne zostają wyrzucone poza nawias.
A Ewa miała tak ogromny apetyt na życie, chciala żyć całą jego pełnią, jak każdy z nas cieszyć się kochającą rodziną, pracować i pomagać innym.
Nie znałam osoby podobnie zdeterminowanej, z taką wolą "walki" o swoje prawa. Czasem trudno było to zaakceptować...

Podziwiałam w tej drobnej Kobiecie ogromną siłę i hart ducha, podziwiałam jej starania o to, żeby Nulka mogła żyć jak zdrowy człowiek, żeby czuła się piękna, kochana, akceptowana. Swoim blogiem przysporzyła Ewa Nuli wielu przyjaciół i wiernych kibiców, trzymających kciuki za to, żeby kiedyś mogła chodzić na własnych nóżkach. Mam nadzieję, że Robert będzie kontunował bloga Ewy, bo dzięki niemu wiele osób ma szansę na to, bo pomagać Nuli- swoim "jednym procentem", wpłatami na jej konto w Fundacji, modlitwą czy chociaż dobrymi myślami. Modlę się, by Robert dał radę, by znalazł w sobie tyle siły i determinacji, ile miała Ewa.

Ewuniu, myślalam, że spotkamy się wiosną, już nawet zaplanowałam swój przyjazd do Warszawy na początku kwietnia (nie zdążylam Ci powiedzieć o moich planach). Chciałam przygotować dla Ciebie niespodziankę na Twoje urodziny. Myślałam, że w Krakowie wybierzemy się razem do Ogrodu Doświadczeń, zastanawiałam się, jak pokonać przeszkodę 11 schodów do naszego mieszkania- latem obie dziewczynki tak pięknie się razem u nas bawiły. A domowe spotkania są zdecydowanie sympatyczniejsze od tych w restauracji. Miałam nadzieję, że jeszcze kupię od Ciebie kolejne kolczyki, że będę się z Tobą cieszyć postępami Ani, że będę razem z tobą przeżywać jej leczenie w Stanach.
Pamiętasz- miałyśmy pójśc na drinka gdzieś niedaleko Waszego mieszkania w Warszawie i na Twoją ulubioną kawę do Złotycyh Tarasów...
Dużo jeszcze innych myśli i wspomnień kłębi się w mojej głowie- choćby to, że zawsze dzwoniłaś lub pytałaś SMS-em, czy dojechaliśmy do domu bezpiecznie, wracając z Warszawy. Że wyczuwalaś moją chandrę i troski i pytalas mailem, co jest nie tak.
Że, tak jak potrafilaś i umiałaś, starałaś się przekazać cierpiącym po stracie bliskiego swoje współczucie, że oferowałaś swoją pomoc, gdy wydawalo Ci się, że pomóc możesz...

Za nami kilka spotkań, wspólny Sylwester 2009 i Haloween 2010, kilkanaście telefonicznych rozmów, maili, SMS-ów. Przed nami, wspólnie z Tobą, w tym życiu- już nic... 

Nie mogę uwierzyć, że odeszlaś. Że tak niezłomnego Człowieka pokonalo zapalenie płuc- to się nie zdarza w XXI wieku! To się nie zdarza tak silniej osobie, jak Ty!

Ewo, choć nasza przyjaźń nie była dla mnie psychicznie łatwa, to dumna jestem z tego, że obdarzyłaś mnie swoim zaufaniem. Będę o Tobie pamiętać. I, jeśli tylko będą tego chcieli, postaram się wspierać Twoich bliskich na miarę moich sił i możliwości. Mam nadzieję, że nasze córki na długo pozostaną przyjaciółkami.

Wybacz, tylko takie Twoje zdjęcie udało mi się znależć w moim notebooku- już raz pomniejszone na potrzeby tego bloga. Ale taką uśmiechniętą i odprężoną chciałabym Ciebie zapamiętać.

(*)

20:37, dsmiatek
Link Komentarze (22) »
środa, 19 stycznia 2011
Ewa (*)

Kochani!

Godzinę temu zadzwonił do mnie Robert z informacją, że Ewa, mama Nuli, nie żyje. Od godziny zaglądam co paręnaście minut na bloga Ewy z nadzieją, że pojawi sie nowy wpis, że wszystko okaże się makabrycznym żartem, nieprawdą, że Ewa jest wciąż z nami.
Nie mogę uwierzyć, że mogła tak nagle odejść Osoba o tak ogromnym apetycie na życie, tak wielkiej energii, tylu planach, tak ogromnej determinacji.

Ewuniu, ja w to nie wierzę, kochana! To się nie mogło stać!

Na razie nie potrafię napisać nic więcej.

Pomyślcie wszyscy ciepło o Robercie i Nuli. I wspomnijcie ich i Ewę w swoich modlitwach.

17:38, dsmiatek
Link Komentarze (27) »
wtorek, 18 stycznia 2011
Flamenco

Wczoraj, zupełnie niechcący, załapała się Trusia na pilotażowe zajęcia z flamenco w Akademii. No i Córka wpadła- tak się jej spodobało, że teraz z częstotliwością około pół godziny wypytuje mnie, czy dziś/jutro/ pojutrze też będzie flamenco, bo ona bardzo chciałaby chodzić. A ja nie wiem, czy będzie, bo to zależy od innych- czy zbierze się odpowiednia grupa chętnych dzieci. Trusia z zachwytem machała wachlarzykiem, tupała nóżkami, wyklaskiwała rytm, powiewała spódniczką i krzyczała "ole". Być może na jej pozytywny (entuzjastyczny) stosunek do hiszpańskiego tańca wpłynął słodki poczęstunek przygotowany przez instruktorki. Myślalam co prawda o zajęciach z tańca dla Truśki- teoretycznie ma tańce w przedszkolu, ale chyba ostatnio zajęcia się nie dobywają. Truśka grobowym tonem oznajmiła mi, że pan od tańców bardzo ciężko zachorował na zapalenie płuc. Hmmm...
Ale wracając do mojej chęci utanecznienia Trusi- wciąz Córka, mimo niekwestionowanego wdzięku osobistego, porusza się mało wdzięcznie, raczej jak mały hipek niż zgrabna gazela. I tak sobie kombinuję, że taneczne zajęcia mogłyby pomóc.
Tylko czy to flamenco wypali? Dowożenie Trusi na Loretańską, gdzie mieści się właściwa szkoła hiszpańskiego tańca nie wchodzi w grę. Cóż, zobaczymy...

Popsuła mi się ostatnio Truśka poranna. Od kilku dni nie bardzo chce wstawać i przymarudza, co bynajmniej nie przyspiesza wszystkich niezbędnych porannych czynności,mających na celu wyjście z domu i udanie się do placówki edukacyjnej i pracy. Wykombinowaliśmy, że może dlatego, że parę nocy przespało Dziecko w swoim własnym łóżeczku, bez nocnej teleportacji. Coś w tym niewątpliwie jest, bo wczoraj rano obudzona Trusia wpadła w prawdziwą rozpacz, gdy ujrzała rodzicieli całkowicie odzianych, a, co gorsza, rodzicielskie łóżko było już pięknie złożone i przykryte narzutą. Oj, był płacz i zawodzenie. Żeby zapobiec podobnemu zjawisku Mąż przeprowadził Truśkę do nas, jak tylko zadzwonił jego budzik- aby po obudzeniu wydawało się jej, że co najmniej pół nocy spała z nami. Pomogło średnio, ale jeden z pretekstów do rannego zawodzenia został zlikwidowany. Znalazł się za to następny- Truśka zalała się łzami w samochodzie, gdyż za bardzo odskrobałam szyby, a ona szron chciała podziwiać.

Truśka tuli swoją pluszową wiewióreczkę i się zachwyca:
"Taka ta moja wiewióreczka jest mała, taka mięciutka, taka cała ofutrzona białym futereczkiem."

Co to ja jeszcze chciałam? Cóż, zapomniałam- starość nie radość, urodziny zbliżają się wielkimi krokami, już prawie dyszą mi w ucho. A może tak w tym roku o nich zapomnieć, udawać, że ich nie ma...

Suplement

Już mi się przypomniało, co jeszcze chciałam:
Opowiadam Trusi o Lajkoniku, którego nota bene sama na żywo nigdy nie widziałam, bo zawsze zapominam, kiedy on po Krakowie biega. Namawiam zatem Córkę,żebyśmy się w odpowiednim czasie wybrały a Lajkonik być może uderzy nas buławą na szczęście. Truśka jest wyraźnie zbulwersowana tym uderzeniem i odpowiada stanowczo:
"Nie, ja nie chcę, żeby mnie jakiś Lajkonik bił. NIe potrzebuję tego. Ja sobie sama zdobywam szczęście." Byłam pod wrażeniem tego tekstu- niby faktycznie sami sobie swoje szczęście powinniśmy budować, ale przeważnie wcale o tym nie pamiętamy.

"Mamusiu, a czy tato dziś nie wraca na noc?"
Nie dziś nie wraca.
"O, to w pewnym sensie dobrze, bo on mnie ciągle zjada. A w ogóle to najfajniejsza jest mama. Na twój widok aż bym piszczyła z radości."

Po południu byłyśmy same w domu. Ja próbowałam ugotować coś na jutro dla mojej półosieroconej rodziny (dziś nie mam taty, jutro mamy nie będzie), Truśka układał puzzle na podłodze- co parę kroków natykałam się na puzzlowy dywanik. Towarzyszyły nam tylko jamory. W pewnej chwili Trusia zaczęła liczyć obecnych. Policzyła pięknie do czterech, a potem ogłosiła:
"Dwa my i dwa jaminiki to razem trzy.
Chyba się pomyliłaś, przecież wcześniej dobrze policzyłaś. Policz jeszcze raz.
"No dobra. Dwa ludzie i dwa psy to chyba będzie cztery my w domu."

I jeszcze chciałam zdementować plotki o Trusiowym geniuszu. Cóka jeszcze wcale sama nie pisze i bynajmniej sama nie czyta (chociaż czasem bierze książkę i wodząc paluszkiem po tekście "czyta"- ponieważ niektóre krótkie książeczki zna na pamięć, to nawet jej to wychodzi. Z tym pisaniem jest tak, że i owszem, są literki, ktore Trusia zna i potrafi koślawie napisać, są takie, ktore niby zna i rozpozna napisane, ale nie umie sobie przypomnieć, jak wyglądają i są takie, których nie zna lub znała, ale zapomniała. A jak pisałyśmy imiona, to slowa "mama" i "tata" napisała bez pomocy, pozostałe z podpowiedziami. Dziś sprawdzałam "Trusię"- trzeba jej podpowiadać kolejne literki. Ale i tak jest fajnie, gdy się trudzi z długopisem w rączce.

Na koniec- Matka wyrodna dziś wieczorem wybyła na swoje ćwiczenia, usypianie Trusi wylosowali Bracia. Najpierw Paweł czytał Siostrze "Hobbita", potem pałeczkę przejął Ciech. A ja po powrocie zastałam taki oto widoczek:

Ktoś spał w moim łóżeczku. Ktoś leżal na mojej kordełce i ten sam Ktoś trzymał za nogę Młodszego ze swoich Braci:)

No to idę się do Ktosia przytulić- przecież nie będę pachnącej i cieplutkiej Córki brutalnie przenosić do jej łóżeczka- skoro i tak jedno miejsce (mężowskie) mam wolne;-)

17:00, dsmiatek
Link Komentarze (4) »
niedziela, 16 stycznia 2011
Jeszcze o lataniu i o krakowskich szopkach

Wczorajszy dzień obfitował w różne nietypowe obiekty latające. Pierwsza poleciała pizza, o czym już pisałam. Wieczorem pewien latający Elf o imieniu Trusia, przelatując obok mojego pudełka z kosmetykami zawadził o nie skrzydełkiem i pudełko wraz z zawartością poszybowało lotem koszącym na podłogę. Lot zaszkodził nieco zawartości- w końcu prasowane cienie nie są przystosowane do nagłych upadków na twardą glebę, Pudełko zaś doznało kontuzji, która dyskwalifikuje je z dalszej eksploatacji. A biedna Trusia z radosnego elfa zmieniła się w kupkę znieszczęśliwionej istotki, z wielkim poczuciem winy, że zniszczyła mamine skarby. Bardzo mi jej było żal, taka była biedna i smutna i tak ładnie mnie sama z siebie przepraszała. Oczywiście nikt się na nią nie gniewał, bo skrzydełkiem zahaczyło zupełnie niechcący. Naprawdę ogromnie się przejęła tym wydarzeniem.


Wieczorkiem zaczęłymy kolejną książkę, tym razem coś z mojego dzieciństwa- czytamy opowieść o Dorotce, porwanej wraz z domkiem przez huragan (też o lataniu było na początku) do odległej krainy, w której rządzi Czarnoksiężnik Oz. Czytając Truśce pierwsze rozdziały miałam wrażenie, że tak niedawno sama tą bajkę czytałam...

Dzisiaj wybraliśmy się na wystawę szopek krakowskich. Trusia początkowo była niechętna, marudziła, że już się wyspacerowała. Ale jak zobaczyła bajecznie kolorowe, błyszczące, świecące i ruszające się cuda, to wyjść nie chciała. Na miejscu pokolorowała swoją własną szopkę, a w domu zbudowała z Pawłem krakowską szopkę z klocków lego. Rezultaty poniżej:

Proszę zauważyć, że w szopce znaleźli się trzej królowie, są zwierzątka, pastuszkowie, Święta Rodzina (Dzieciątko spoczywa, z braku żłóbka, na taczkach), a na wieży siedzi skrzydlaty duch- interpretacje tego zjawiska są dwie- może to być anioł, zwiastujący Dobrą Nowinę lub sam Duch Święty;-)

Wracając do samochodu na ulicy Szczepańskiej natrafiliśmy na latające w powietrzu mydlane bańki, wytwarzane przez automacik umieszczony nad sklepem, specjalizującym się właśnie w bańkach. Ale była radocha- Truśka biegała i ze śmiechem próbowała łapać banieczki. W sklepie jest też możliwość zamknięcia człowieka w mydlanej bani- ale to już następnym razem.

20:33, dsmiatek
Link Komentarze (5) »
 
1 , 2 , 3
Archiwum