RSS
poniedziałek, 30 stycznia 2012
Katafalk

Miała być lista marzeń, ale nie będzie. Nie mogę sobie żadnego przypomnieć. Czyżby wszystkie już się zrealizowały? A może, co bardziej prawdopodobne, przestałam wierzyć w marzenia?
Jest jeszcze trzecia możliwość- że tak źle jak powyżej to nie jest, a brak urodzinowej marzeniowej listy tłumaczy się brakiem czasu na zebranie myśli. Niebacznie bowiem pozostawiłam dziś zakatarzoną Córkę w domu pod opieką Braci i Pasi, zatem jak wróciłam, już od progu usłyszałam znienawidzone "mamo, pobawisz się ze mną?" Córka rześka i wcale nie sprawiająca wrażenia chorej, za to znudzona siedzeniem w czterech ścianach (niech się cieszy, że miała taką możliwość, Ford rano pokazywał minus 16), zaproponowała zabawę "w mamę i córkę, ktore lecą samolotem do Chorwacji". No to poleciałyśmy - "katafalk" nadał się doskonale na samolot. Potem był jeszcze okrętem, wyspą itp. A najlepiej nadał się jako miejsce do lektury o sympatycznej rodzince Ciumków*, w towarzystwie moich ulubionych poduch w ilości niezliczonej, które wreszcie mam gdzie pousadzać. I żaden pies mi ich nie pociamka!

* Pierwsza część Ciumków została zakupiona w sobotę ku wielkiemu Trusiowemu niezadowoleniu- bo ona akurat wolała jakieś różowo-błyszczące paskudztwo o księżniczkach. A dziś Trusia, zachwycona zabawnymi historyjkami, zażyczyła sobie zakupu pozostałych dwóch tomów, co, jak się uda, uczynię jutro z ochotą.

Z dokonań urodzinowego dnia- zamówiłam nam letnie wakacje- i to zamówiłam je do kwadratu! Bo miala być Sycylia i Kalabria, zatem dokonałam stosownej rezerwacji. A potem zaisedliśmy z P. nad mapą i przewodnikiem, policzyliśmy kilometry, rozważyliśmy okoliczne atrakcje (morze i plaża nie są wystarczającymi, ktore nas gdzieś mogą zwabić) i doszliśmy do wniosku, że chyba jednak niekoniecznie tak daleko. Zatem przewertowaliśmy katalog Vacansu raz jeszcze i dokonałam rezerwacji numer dwa-tym razem Lago Maggiore i Liguria. Na obie mam potwierdzenie i muszę pamiętać, żeby jedną odwołać, bo mi jeszcze za obie zapłacić każą. Zapłacić to nic, gorzej gdyby kazali obie zrealizować ;-)

PS1
A ten snowboard to jeszcze opanuję zanim skończę setkę ;-) 

PS2
Już wiem, gdzie się podział Truśkowy katar- przeszedł na mnie!

22:48, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
niedziela, 29 stycznia 2012
Już za chwileczkę, już za momencik

Jeszcze tylko 2 godziny i będę musiała podawać we wszelkich ankietach swój wiek z kolejną cyferką :( Oj, uwiera mnie ten mój pesel, uwiera. Coraz bardziej nie na miejscu czuję się w tym młodym blogowym towarzystwie. Ale nie będzie narzekań. Może jutro spróbuję sobie stworzyć swoją urodzinową listę marzeń- bo czas ucieka, marzeń nie ubywa i można nie zdążyć z realizacją.

Dziś były pierwsze urodzinowe obchody i pewnie jedyne. Zamiast tortu- cytrynowa tarta na moje zamówienie i sernik z pianką i brzoskwiniami. Ponieważ w Trusiowej główce brak tortu się nie mieścił, postanowiła przerobić tartę na tort:

A z weekendowych rozrywek był "Kot w Butach" w sobotę i "Malutka Czarownica" dzisiaj, a dla Męża składanie nowej kanapy. Ta ostatnia wreszcie jest niedostępna dla jamników- za wysoka, nie wskoczą. Wylegujące się na kanapie jamniki co prawda stanowią obrazek sielankowy i śliczny, ale zasierszczają każdą narzutę i zostawiają na niej swój psi zapaszek. Zatem mamy kanapę nareszcie dla siebie!
Na cześć nowego mebla Trusia odtańczyła wczoraj wieczorem triumfalny taniec-  wyskoczyła przebrana ze swojego pokoju w chwili, gdy wszyscy uważali, że już zapadła w objęcia Morfeusza.

PS
Bunia stwierdziła, że nowy mebel przypomina jej katafalk. Z racji naszego coraz bardziej podeszłego wieku sprzęt jak najbardziej przydatny ;-) 

22:15, dsmiatek
Link Komentarze (7) »
piątek, 27 stycznia 2012
Z cyklu "Ja-Mama- Poświętnik Czczony"

Albo "Mamo pobaw się ze mną!". Tym razem było "Pobawmy się w księżniczki. Ja będę córeczką księżniczką, a ty mamą księżniczką.I pójdziemy na bal. Przygotuję nam balowe suknie."

Musiałam pląsać, odgrywać rolę Księżnej Pani i jeszcze udawać, że mnie to bawi. Ale czego się nie robi dla ukochanej Młodszej Córki. Można nawet wsadzić sobie na głowę różową puchatą koronę;-)

A z innej beczki:
Przed zaśnięciem rozmawiałyśmy o jedzeniu i przepisach na rozmaite owocowe i warzywne dania z jej książeczki kucharskiej "Owoce i warzywa. Dzieciaki robią przysmaki.". Większość przepisów jest naturalnie dla Trusi "trująca", bo zawiera na przykład brokuły albo marchewkę -wciąż zawodzą próby rozszerzenia Truśkowego menu. Tymczasem okazało się, że rozbłysło nieśmiało światełko w tunelu.
"Wiesz mamusiu, u nas w przedszkolu w zupce często pływa takie coś zielone. I dzieci mówią, że to są liście i nie chcą tego jeść i to wyławiają. Ale ja jem ładnie, bo wiem, że to przecież nie są żadne liście, tylko pietruszka może, albo szczypiorek, albo koperek. A to nie są liście, prawda mamusiu?" No jasne, że to nie są liście, wiadomo! ;-)
Proponowałam też Trusi, że jej zrobię myszkę z gotowanego jajeczka. Zastanawiałyśmy się obie, z czego mogłyby być poszczególne elementy potrawy. Tułów wiadomo, jajko, ale co z resztą? Uszka z zielonego ogórka zostały zaakceptowane (rzodkiewkę oprotestowała natychmiast), nosek może z piętki małego pomidorka (oj, tu już pojawił się grymasik niezadowolenia), a oczka? Z zielonego groszku?- proponuję nieśmiało. Ależ skąd, co za pomysł- w oczach Córki widać prawdziwe przerażenie. Z paciek keczupu?- jeszcze gorzej.
"Wiesz mamo, jeśli chcesz, żeby te oczka były małe i kulkowe i żebym ja je zjadła, to muszą być z tych czekoladowych cukierków-kuleczek, które dostałam od Pasi. A ogonek może z długiego żelka."


Smacznego;-)

PS
Pożalę się- poniosłam kolejną porażkę, próbując zarezerwować bilety do opery- na drugą połowę marca, na spektakl dla dzieci ("Mały Lord" tym razem)! Już mnie to nawet nie dziwi. Widać sztuka wyższa jest jednak tylko dla wybranych lub sprytniejszych (bardziej przedsiębiorczych, inteligentniejszych?) niż ja. Ale za to w niedzielę idziemy do Groteski na "Malutką Czarownicę". Jak Trusia się nie rozchoruje. Bo coś noskiem pociąga i pokasłuje od czasu do czasu od dzisiejszego wieczora :(

15:59, dsmiatek
Link Komentarze (6) »
środa, 25 stycznia 2012
Trwa odliczanie

Niektórzy szusują właśnie na stoku, inni już poszusowali i resztę ferii leniuchują w domu, są pewnie i tacy, co powoli pakują walizki. A do naszych ferii zostało jeszcze 16 dni. Truśka nie może się już doczekać. Zamieniła się w Osła ze Shreka (za Pana Jerzego, który stworzył Osła Doskonałego, mocno trzymamy kciuki i też wierzymy, że pokona chorobę i jeszcze nie raz z Jego powodu rozbolą nas brzuchy ze śmiechu) i kilka razy dziennie pytała "Daleko (a właściwie długo) jeszcze?"  Mając dość liczenia dni i nieustannego udzielania odpowiedzi, postanowiłam ułatwić sobie zadanie i stworzyłam Kalendarz Wyjazdowy.

Córka codziennie odrywa karteczkę, której "lewą" stronę ekologicznie wykorzystuję jako zapamiętajkę, czyli spisuję na niej pracowicie zadania do wykonania (na pierwszym miejscu zwykle piszę "praca"- gdybym tak miała strategicznie nie pamiętać, że trzeba tam się udać).
W lutym już pójdzie z górki:

Sprzęt zregenerowany już czeka, niezbędne zakupy zrobione, lista bagażowa układa się powoli w głowie, a niebawem zacznie się spisywać na niezapominajkach/ zapamiętajkach. Żeby się tylko udało naszym domowym studentom zaliczyć wszystkie egzaminy. Bunia już w trakcie, Paweł dziś pisał zaliczenie z angielskiego, jutro ma zerówkę z mikrosocjologii. Trzymajcie kciuki.

A poza tym nie dzieje się nic. Ja popadam w tradycyjną przedurodzinową depresję. Żeby ją zwalczyć, lub przynajmniej zagłuszyć, zapisałam się do nowego fitness-klubu. I mam teraz karnety do dwóch, mogę zatem spokojnie pochłaniać słodycze- w końcu czekolada ma właściwości antydepresyjne ;-) Z nowości zaliczyłam już spinning i XCO- to drugie wykorzystuje perfidne hantelki-"grzechotki". Na obu spływam potem, klnę w duchu na własną głupotę i uzależnienie, które każe mi się tak męczyć, a po wyjściu z szatni zapisuję się na kolejne zajęcia. Ot staram a głupiam ;-)

16:25, dsmiatek
Link Komentarze (6) »
piątek, 20 stycznia 2012
Kot z tatuażem i inne zabawne pomysły

Tego,że zabawki są zdecydowanie przereklamowane, każdy z rodziców dowiaduje się w miarę wzrastania latorośli. Owszem, istnieją wyjątki, które dziecięciu przypasują i zajmą je na czas dłuższy, ale większość zabawek (przynajmniej u nas tak jest) służy do:
-zajmowania pojemników na zabawki, które z kolei służą do zajmowania przestrzeni mieszkalnej
-zajmowania półek i zbierania kurzu na sobie
-wyrzucania z pojemników raz na czas i jeszcze większej redukcji powierzchni mieszkania
-pakowania w wielkich ilościach na wszelkie wyjazdy rodzinno-wycieczkowe, żeby rodzic miał co nosić i czego pilnować (w razie zgubienia okazuje się, że to właśnie była ta jedyna, ukochana i absolutnie niezastąpiona RZECZ)

Ale dzieci, jak wiadomo, bawić się muszą, a w czasie owej zabawy wszelkie rekwizyty są bardzo pożądane. Jak już latorośl wyrośnie z okresu walenia w pokrywki, szeleszczenia folią i ukrywania się w pudłach, uruchamia wyobraźnię i wykorzystuje do zabawy inne sprzęty domowe.
I oto garść Trusiowych pomysłów:

Kot z tatuażem
"Mamo, czy kot może mieć tatuaż?"- woła Córka ze swojego pokoju. Już zabieram się do wyjaśnień, że i owszem, czasem zwierzętom się tatuuje numer czy coś podobnego, żeby w razie zgubienia można było odnaleźć właściciela, ale Córka mi przerywa.
"Nie, nie taki tatuaż, taki inny, z obrazkiem."
"Z obrazkiem? A to nie wiem. No teoretycznie może mieć, ale jaki kot chciałby sobie obrazek wytatuować?"
"Ja. Ja będę w takim razie kotem z wytatuowanym łosiem. Bo nie mam żadnej bluzeczki brązowej bez obrazka!"
A oto, co ujrzały me oczy, gdy wkroczyłam do pokoju:

* ogon z zabytkowej skarpety Trusiowego Tatusia, wykonanej na drutach jeszcze przez moją Babcię
* wąsy narysowane moją kredką ( Diora!!!) do kresek
*maska H&M
*łoś na piersi- Endo

Twierdza
"Mamo, mamo, zbudowałam sobie domek!"- wołanie Trusi wita mnie od progu, gdy sterana pracą, powłócząc dolnymi kończynami, wchodzę wieczorem do domu.
"Już przyjdę zobaczyć, tylko się rozbiorę."- odkrzykuję.
"Nie musisz przychodzić, zaraz ja do ciebie przyjdę i ci pokażę."

Komentarz Starszego Syna:
"Trusia właściwie nie domek, a twierdzę z parasoli sobie zbudowała."

Yellow submarine
Parę dni przed świętami Bożego Narodzenia poprosiłam Męża, żeby nałuskał orzechów do ciasteczek orzechowo-cynamonowych. I wieczorem zastałam go towarzyszącego Trusi przy kąpieli i łupiącego orzeszki. Trusia sytuację szybko wykorzystała, w wannie pływały orzechowe łupinki.
"A cóż wy robicie w tej łazience?"- Matki, wiadomo, czepialskie są.
"Nic, łódeczki puszczam sobie, a Tatuś orzechy łuska."
No ale coś te łódeczki zamiast pływać na powierzchni, to toną."
"Nieee. one wcale nie toną. To są łodzie podwodne." *

 
A nawiązując do poprzedniej, mężowskiej notki
Ja co prawda rekordów w spóźnianiu się do pracy nie pobijam, utrzymuję spóźnianie na stałym, dziesięciominutowym poziomie (no, czasem zdarzy się 15 minut obsuwy, zwykle w dni, gdy jeździ śmieciarka i zablokuje mi wyjazd spod przedszkola). Odkąd Trusia poszła do przedszkola w żaden sposób nie jestem w stanie owych 10 minut zredukować.  Ale mam pewien tajny środek perswazji. W niepobijaniu niechlubnych rekordów pomaga mi argument, który niezawodnie przyspiesza Trusiowe poranne działania: "Jak snie zaczniesz Córcia zaraz się budzić/ubierać/pić kakaa/zakładać butów itp, to Tatuś zamiast mnie odprowadzi cię do przedszkola."
Jak dotąd zawsze działa ;-)

 * zdjęcia ilustrujące łódź podwodną pojawią się, gdy tylko uda mi się dorwać do Mężowskiego kompa

18:46, dsmiatek
Link Komentarze (4) »
Kiedy ranne wstają zorze, ...

To człowiek powinien już był zrobić śniadanie, kanapki do szkół i prac, odebrać raport z 3-ciej zmiany, ubrać się i oporządzić, oraz obudzić Bohaterkę bloga i doprowadzać ją do przedszkola.

Powinien. A rzeczywistość wygląda tak:

Dziecko jest nieobudzalne i co najwyżej podatne na zmianę konfiguracji:

Ale pierwsze promyki nadziei się pojawiają:

Może jednak się uda?

Szanse rosną:

A na koniec - bonusik:

Z drugiej strony - dzięki Truśce już w styczniu ustanowiłem wysoko poprzeczkę w konkurencji spóźniania się do pracy z powodów, których nie da się racjonalnie wyjaśnić.

Pozdrawiam,

nie-dsmiatek

 

00:05, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
niedziela, 15 stycznia 2012
Hu! Hu! Ha! Hu! Hu! Ha! Wreszcie nadeszła :)

Nie wiem jak was, ale mnie śnieg wprawia w świetny nastrój. Uwielbiam, jak z nieba padają białe płatki, a im jest ich więcej, tym lepszy humor mam.
Zatem od rana mam dobry humor, Trusia tez szczęśliwa i żeby pełnia szczęścia nastąpić mogła pojechaliśmy na naszą cozimową "pielgrzymkę" do Niepołomickiej Puszczy.

Oj, fajnie było. I ja egoistycznie proszę (chociaż niektórym pewnie się narażę)- padaj śniegu, uzupełniaj to, cośmy zdeptali i rozjeździli, trwaj zimo aż do wiosny!

20:34, dsmiatek
Link Komentarze (3) »
sobota, 14 stycznia 2012
Żale matki dorosłych dzieci

O czwartej nad ranem obudził mnie śnieg i brak Pawła.
Zbieram się do tego wpisu od dłuższego czasu (coś tam zresztą mi się już wymykało). Do wpisu o tym, jak to jest być matką dzieci dorosłych lub prawie dorosłych. Uwierzcie- milion razy gorzej niz bycie matką malucha. Bo co możesz właściwie odpowiedzieć na pytanie (i tak sukces, że takie w ogóle ono pada) postawione o 21.30 przez Starszego Syna, czy może w tej właśnie chwili wyskoczyć do kumpla na drugi koniec miasta. Zabronić? Bez ważnego powodu jakoś głupio, w końcu Osobnik pełnoletni. Robię zatem tylko nieszczęśliwą minę, wzdycham, proszę nieśmiało "tylko wróć cały i w dobrym stanie". A potem budzę się (kolejny zresztą raz) o czwartej nad ranem i wiem, że go jeszcze nie ma. Komórka odpowiada, że abonent chwilowo jest niedostępny.
Parę dni temu Młodszy z Synów widząc mój niepokój wieczorny o Starszego (Starszy z zasady prowadzi życie nocne. Potrafi dzień cały przebyć w domu i znienacka wyjść na: imprezę, spacer, do kolegi itp w porze, gdy normalni obywatele myślą już o kąpieli i ścieleniu łóżka) popatrzył na mnie z wyrazem rozbawionego współczucio-politowania na paszczy: "Mamusiu, przecież on ma już ponad dwadzieścia lat, da sobie radę." I co ja mu będę opowiadać, że podobnych ponaddwudziestolatków to na każdym dyżurze oglądam z poobijaną twarzą, złamanymi żebrami i kończynami, krwiakiem w głowie, złamanym kręgosłupem. Jakoś sobie nie poradzili, mimo swej "dorosłości".
Bunia przesłała mi kilka dni temu piosenkę Moniki Urlik "Coreczko"
http://www.tekstowo.pl/piosenka,monika_urlik,coreczko.html

Cała jest o mnie, matce nie tylko dwóch córek (w tym jednej dorosłej), ale, "co gorsza" dwóch dużych synów. Może sobie posłuchają, że to nie tylko ja matka nadopiekuńcza z ulgą oddycham o 7.15, gdy słyszę zgrzyt klucza w zamku i mogę wreszcie spokojnie zasnąć, bo wiem, że tym razem sie udało, bezpiecznie wrócił/a do domu. Dzisiaj dane mi było spokojnie zasnąć około piątej...

Patrzyłam sobie na Najmłodszą, rozkopującą się w swoim łóżeczku i myślałam, ile lat jeszcze spokoju będzie mi dane z jej strony. Parę na pewno- zatem muszę sie nimi cieszyć i napawać, bo będzie już tylko gorzej- przynajmniej do czasu, aż rzeczywiście dorośnie i zmądrzeje.

11:24, dsmiatek
Link Komentarze (13) »
czwartek, 12 stycznia 2012
12.01.2012

Nie umiem sobie wyobrazić, jaki mógłby być mój Synek w wieku sześciu lat. Dla mnie pozostanie już na zawsze maleńkim noworodeczkiem, a jego brzoskwiniową główkę wciąż będę czuła w mojej dłoni.  Pamiętać będę obrazek podglądnięty w usg w nastym tygodniu, gdy stópkami odpychał się od ściany macicy i wydawał się tym świetnie bawić. Czy to starczy, by kiedyś się odnaleźć i rozpoznać?
Jeszcze sześć lat temu czułam, jak mnie kopie. Dwanaście godzin później dowiedziałam się, że jego serduszko przestało bić.

Kocham Cię, Mój Malutki. (*)

09:58, dsmiatek
Link Komentarze (15) »
środa, 11 stycznia 2012
Deska ratunku

Coś mi się zdaje, że Trusiowy Tatuś jest ostatnią deską ratunku dla "Gertrusi". Albowiem moja inwencja twórcza zdecydowanie się wyczerpuje i coraz trudniej mi jest pisać o "starzejącej" się Córce. 
A dowody na to, że się starzeje zbieram codziennie. Nie tak dawno oświadczyła Ciechowi, że takim dorosłym i wysokim (!) dziewczynkom nie śpiewa się już kołysanek (zdesperowany usiłował jej zanucić Aaa, kotki dwa, żeby wreszcie podjęła decyzję o zasypianiu). Na moje pytanie, dlaczego w takim razie chce, żebym jej śpiewała "Lulajże Jezuniu"  stwierdziła, że kolędy jeszcze jej śpiewać na dobranoc można, bo aż taka dorosła nie jest, żeby i one się nie nadawały.
Po którymś taekwondo podzieliła się ze mną  "wielką tajemnicą" , że jej taekwondowa koleżanka Zosia (Zoś w okolicy dostatek, niestety) się odchudza i dlatego je mniej słodyczy. Trusi to odchudzanie wydało się tak atrakcyjne i dorosłe, że zaczęła rozważać, czy by się do Zosi nie przyłączyć.
A na dodatek wczoraj zadzwoniła do mnie na dyżur, żeby mnie spytać, czy się zgadzam na jej wyjazd wraz z koleżanką i jej rodzicami do Chorwacji! (Potem podobno schowała telefon tak dobrze, że nie było słychać dzwonka i długo go Paweł musiał namierzać, albowiem Truśka popadła w nagłą amnezję i  ponoć nie mogła sobie przypomnieć, gdzie ukryła słuchawkę).
Wszystkie te znaki jak nic wskazują na to, że Truśka się starzeje- bo który mały szkrab chciałby się dobrowolnie odchudzać, albo pojechać bez swoich ukochanych rodziców na wakacje!!!! No i te kołysanki już całkiem dla Trusi nieodpowiednie!
Innym niewątpliwym znakiem doroślenia jest fakt, że Córka postanowiła swoje złote włoski na brązowo zafarbować.
"A jak już je zafarbuję, to wtedy będę je zapuszczać, czyli nie będę ich za często myła ani zaplatała w kucyki inne takie." Po takich zabiegach niewątpliwie zapuszczone zostaną;-)

O dorosłej Truśce pisać mi jest więc coraz trudniej, zatem jeśli chcecie dalej śledzić jej przygody w drodze ku bardziej zaawansowanej dorosłości, to dopingujcie P., niech pisze. Bo jemu jeszcze, przynajmniej teoretycznie, tematów do pisania nie brakuje. 

PS
Z Truśkowego słowotworzenia:
"Wiesz mamusiu, dziś na taekwondo, jak trzeba było podskoczyć i jeszcze machnąć w packę, to sobie UAŁIŁAM stópkę!"

17:24, dsmiatek
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2
Archiwum