RSS
czwartek, 31 stycznia 2013
Jak Trusia została elfem

Najtrudniej było wyhodować spiczaste uszka. Pomysłów było kilka. Skorzystać z pomocy weterynarza, który przycinał psie uszy (pewnie teraz już się tego nie robi, ale ci starszej daty chyba jeszcze umieją), żeby uformował Trusiowe- czasu jednak za mało było, żeby się uszy zdążyły uszpiczaścić i wygoić;-) Zawiesić Trusię na całą noc za uszy, może się wyciągną- istniała jednak obawa, że po odwieszeniu mogą nie chcieć sterczeć do góry, tylko smętnie oklapną, a czy ktoś widział kłapciastouchego elfa?;-)
Domontować szpiczastą część ucha do Trusiowego przyklejając ją kropelką- też jakoś zarzuciliśmy, pewnie dlatego, że kropelka jak zwykle okazała się wyschnięta;-)
W końcu Trusiowy Tatuś wykonał uszka z bristolu, założył im zgrabne gumeczki i takie dwie konstrukcje umieścił na Trusiowych uszkach własnych- pierwsze wersje zdecydowanie bardziej przypominały ośle uszy, Trusia zaś nie chciała zmienić przebrania elfa na Szrekowego Osła, zatem trzeba było kilka razy podocinać sztuczne uszka, aż do uzyskania pożądanego elfiego wyglądu.
Reszta to już była bułka z masłem- Bunia przyniosła swój piękny łuk i kołczan z prawdziwymi strzałami- łuk był wyższy od Trusi, a ze strzał wybraliśmy dwie, który odpadły groty, ale i tak mieliśmy wątpliwości, czy dobrze robimy pozwalając Córce zabrać to wszystko do przedszkola. Istniała obawa, że mimo trudności w naciągnięciu łuku mogłaby jednak ustrzelić któregoś z kolegów. Nawet zaczęliśmy ją namawiać na pozostawienie łuku w domu, ale Truś za nic nie chciał na to przystać.
Dwie tuniczki w kolorach beżowo zielonkawych posłużyły za elfie ubranko, niezawodna Calzedonia dostarczyła zielone rajstopki, Paweł pożyczył Trusi pasek, na głowę zamontowaliśmy skórzaną przepaskę. Szczęśliwie koloru włosów nie trzeba było zmieniać (swego czasu, lata świetlne temu, Ciech na bal w przedszkolu zażyczył sobie przebrania Rona, kumpla Harrego Pottera- a poza szatą połataną i przykrótką oraz złamaną różdżką głównym atrybutem Rona są rude włosy, musieliśmy więc Ciecha przefarbować- farba miała teoretycznie być zmywalna po jednym razie, trzymała się jednak na jasnych Ciechowych włoskach dość długo, przybierając po każdym myciu coraz bardziej różowy kolor i barwiąc na czerwono poduszki).

Oto efekt naszej pracy zespołowej:

No i jak- może być taki Legolas?

Niestety dziś w przedszkolu nasz elf zachował się całkiem nie po elfiemu. Bo elfy, jak wiadomo, nie chorują. A nasz Legolasek w trakcie balu poczuł się zmęczony i osłabiony, podniosła się mu temperaturka, napadł go kaszelek i gardła bolenie i usnął w kąciku :(

23:05, dsmiatek
Link Komentarze (6) »
Imprezka

Zupełnie niechcący wyszła nam wczoraj całkiem fajna spontaniczna imprezka. Oficjalna stypa urodzinowa planowana jest na niedzielę, zatem wczoraj zupełnie nie przejmowałam się celebracją. Walcząc ze śliskimi chodnikami i zalegającym wszędzie śniegowym błotem i wodą powróciłam do domu już po zachodzie słońca, planując ewentualnie szybkie brownie na poprawę nastroju (po muffinkach bananowych została tylko jedna brudna foremeczka). A tu Truś z Ciechem oświadczyli mi (właściwie to Truś oświadczył, albowiem Ciech przebywał właśnie w świecie wirtualnym), że mam sobie usiąść i nic nie robić, a oni ida do Carrefoura zorganizować tort i urodzinowy prezent. He, he, Truś wystąpił przy tym o dotację na ów cel, nie był bowiem pewny, czy Ciechowe fundusze wystarczą  na "dorosły prezent" ("A co byś mamusiu takiego dorosłego chciała? Może sukienkę? Coo, tylko tulipanki? Ale z tulipankami może być kłopot, nie wiem czy będą. No dobrze, to poszukamy ci tulipanków. Tylko pamiętaj, nie piecz żadnego brownie.")
Przebrałam się więc w dres i starałam odstresować tętniaka 2 w 1 (rozwarstwionego i pękającego ) u ostatniego zbadanego w USG pacjenta. Truś z Ciechem poczłapali, wrócili z trzema tulipanami w trzech róznych kolorach i czarnym lasem, przybył Mąż z wielkim pękiem tulipanów żółtych oraz dwiema butelkami wina, SMS-owo przywabiliśmy Bunię i Grześka oraz Pawła i wyszło bardzo fajnie. Wspólnie staraliśmy się przerobić słodką sześcioletnią Dziewczynkę w poważnego elfa- Paweł był głównym konsultantem w sprawie wierności kostiumu z oryginałem, Bunia konsultantem do spraw broni "palnej", Mąż zajął się zaostrzaniem i wydłużaniem uszu, a ja resztą stylizacji. Jak wyszło pokażę wieczorem.
I w rodzinnej kreatywnej atmosferze udało mi się zapomnieć, że od dziś mam już 46 lat.

09:48, dsmiatek
Link Komentarze (5) »
środa, 30 stycznia 2013
Ten trzeci nieulubiony

Nie ma się co oszukiwać- nadszedł dziś nieuchronnie. I choćbym nie wiem jak się starała nie pamiętać, wyrzucić z głowy, udawać, że nie istnieje, nic nie poradzę. Od dziś muszę sobie kolejny roczek dodać w rubryczce wiek:(

A dzień dziś adekwatny do nastroju- resztki burego śniegu spływają do kanalizacji lub zalegają szerokimi kałużami, z nieba dżdży mokre coś, śmierdząca smogiem mgiełka zalega nad Krakowem.

Ale poszłam do przyszłej Trusiowej szkoły, coby rozwiać wątpliwości, które mną coraz bardziej targają. Bo już sama nie wiem- posyłać do pierwszej klasy czy przetrzymać jeszcze rok w przedszkolu. Gdybym była pewna, że to Trusi dobrze zrobi, to bym zostawiła. Ale nasze przedszkole nie ma już wyższej grupy, Trusia musiałaby "repetować". Poza tym, mimo peanów wypisywanych przez rodziców na cześć naszego przedszkola na jego stronie internetowej, moje zdanie jest troszkę odmienne. Przedszkole mnie zawiodło- tak, atmosfera jest w nim dobra, Trusia lubi tam chodzić, ale jeśli chodzi o rozrywkę/edukację/ rekreację to dla mnie mogłoby być dużo lepiej. Zdaje się, że w tym roku szkolnym dzieci jeszcze ani razu nie były w teatrze ani w żadnym muzeum.
Dziś zobaczyłam, że na liście chętnych na kolejny rok przedszkolnej edukacji znalazły się dwie Trusiowe koleżanki, których mamy w rozmowie ze mną deklarowały, że od wrzesnia poślą dziewczynki do szkoły. Cieszyłam się, że Trusia będzie miała koleżanki w pierwszej klasie. A tu zonk:( Zawsze to raźniej, gdy zaczyna się nowe ze wsparciem znajomych. Wszystkim starszym moim dzieciom się to udało. Truś wyraźnie się zmartwił, że Zosia i Natalka nie pójdą z nią razem do szkoły we wrześniu. Poszłam zatem do szkoły ja wybadać sytuację- bo może mamy się dowiedziały, że na przykład klasy przepełnione, nauka na zmiany, świetlicy brak itp. Ale akurat szkoła, której od zakończenia w niej edukacji przez Ciecha nie odwiedzałam, zrobiła na mnie bardzo pozytywne wrażenie. W obecnych pierwszych klasach jest mniej niż 25 dzieci na klasę, jest osobna klasa dla sześciolatków (chyba, że rodzic woli, żeby jego sześciolatek chodził z dziećmy starszymi), sześciolatki mają zawsze na ósmą, zresztą nawet jeśli lekcje zaczynaą się później, to kończą się najwyżej o 15.15. Jest świetlia, pierwszaki chodzą na basen i na lodowisko. Chyba jednak zacznie Trusia od września swoją przygodę ze szkołą. Tylko żal, że to już :(

14:23, dsmiatek
Link Komentarze (13) »
wtorek, 29 stycznia 2013
Krok ku samodzielności

W pewnym momencie po południu, po powrocie z przedszkola, zwróciła się Trusia do mnie z czymś w rodzaju wyrzutu:
"A dlaczego ja nigdy nie mogę sama pójść na zakupy? Kiedy wreszcie będę mogła pójść sama i coś kupić do domu?"
Hmm, właściwie to możesz dzisiaj.
Truś wydal się nieco zaskoczony, ale się nie wycofał.
"To co mam kupić i gdzie?"
Idź do Kartofelka i kup pięć bananów, upieczemy bananowo-czekoladowe muffinki.
Warzywniak mamy praktycznie pod blokiem, zatem spokojnie mogła Trusia sama tam podreptać>
Ciech zastrzygł uszami, albowiem samodzielność Trusi jest jego osobistym interesem. Przyklasnął zatem gorąco pomysłowi.
Zatem Truś ubrał się, schował do kieszonki dwie dyszki i poszedł. W drzwiach opadły ją jednak wątpliwości i poprosiła i zapytała, czy w razie czego, jakby strachy ją ogarnęły, może przerwać msję i wrócić do domu. Ciech też poczuł obawę o Młodszą Siostrę i szybko w tym samym momencie zabrał jamniki na spacer, żeby w razie czego być w pobliżu.
Poczłapała zatem Trusia do warzywniaka, monitorowana przez Ciecha z trawnika i Matkę ukrytą za drzwiami wejściowymi na klatkę schodową, zakupiła banany i wesolutko i bezpiecznie wróciła do domu, chwaląc się, że za jednego papierowego pieniążka dostała nie tylko innego papierowego, ale jeszcze dwie dwójeczki i kilka drobniaczków. Bardzo była z siebie dumna i oświadczyła, że teraz to ona już chętnie będzie robiła wszelkie zakupy, byle dało się je zrealizować w Kartofelku, ewentualnie w sklepiku wędliniarskim, który jest na parterze naszego bloku. Ha, może idąc za ciosem wyślę ją jutro po szynkę, niech się oswaja. Oswaja nie z samodzielnością, ale z szynką- bo tak bliski kontakt z wędliną może stanowić dla niej prawdziwe wyzwanie;-)

20:15, dsmiatek
Link Komentarze (5) »
niedziela, 27 stycznia 2013
Narty po polsku

Co najmniej od siedmiu lat nie byliśmy na żadnym polskim stoku. Ciech bywał, Bunia też, a my jakoś nie. Nie ze snobizmu bynajmniej, nie z przekonania, że jeździć można li i jedynie za granicą, ale z czystego lenistwa. Wstyd- góry mamy o rzut beretem, a bliżej nam w Dolomity niż w Gorce, Beskidy czy Tatry. No ale w tym roku postanowiliśmy zerwać z tą złą tradycją i pojechaliśmy przetestować narty po polsku. Córka Młodsza po raz pierwszy w karierze!
Na test pierwszy wybraliśmy Kasinę- bo blisko, bo krzesełko, bo zjazd nie kończy się zanim się zacznie.
Wnioski:
Po pierwsze jednak niestety kolejki. Jasne, pamiętam, że drzewiej były większe, ale w pięknym kraju na W. w cudnych górach na A. (uściślając na D.) kolejek przez pięć pobytów nie uświadczyliśmy. No ale też wyciągów i kilometrów tras nieporównanie więcej.
Po drugie tłok na stoku- ale to związe w w/w.
Po trzecie lód i muldy.
Po czwarte- moje biedne dziewicze prawie nartki, które uchowały się prawie bez żadnej ryski w czasie ferii w Cavalese, przestały być już nieskazitelne:( No ale- kolejki, pchanie się do przodu po trupach czy nartach innych- tak, to pamiętam z przeszłości.
Po piąte- drogo. Jak na możliwą ilość zjazdów w warunkach jak powyżej, jak na przygotowanie stoku i ofertę dwóch zaledwie tras i jednego wyciągu 50zł normalny i 45 zł ulgowy za cztery godziny to nie jest mało. W przeliczeniu na przejechane kilometry karnet w Dolomitach wypada korzystniej. No i dzieci w wieku Trusi nie płacą, a zniżka 5zł w karnecie ulgowym to śmiech na slai (zniżka tylko do 12 r.ż.)

Plusy?
No pewnie, że są. Pobyliśmy cztery godzinki z dala od krakowskiego smogu, na mrozie, wśród pięknej przyrody i obłędnej zimy- jeszcze piękniejszej niż w mieście (ta w mieście już się zresztą mocno przykurzyła).
W kolejny weekend przetestujemy inne miejsce- może tak lubianą kiedyś Wierchomlę albo Koninki? Zobaczymy.

PS
Truś po drugim zjeździe zakrzyknął:
"Zabierzcie mnie do Cavalese albo do domu!" Ale tak źle nie było- świetnie sobie dawała radę także nie mając połowy stoku dla siebie, pokonując muldy i śnieg. Dzielna dziewczynka:) A co do Cavalese- Mąż stwierdził, że gdyby tak wyjechać w piątek wieczorem, to jadąc bez przystanków dałoby się pojeździć w sobotę i w niedzielę do zamknięcia wyciągów, potem zaraz do samochodu by rankiem skoro świt stawić się w pracy;-)

20:05, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
sobota, 26 stycznia 2013
W świecie elfów, krasnoludow i niziołków

Za sprawą "Hobbita" przenieśliśmy się jakiś czas temu do świata Tolkiena. Czytamy po raz drugi opowieść o przygodach Bilbo Bagginsa, oglądnęliśmy już razem dwie części "Władcy Pierścieni", dziś powtórnie byliśmy w kinie na "Hobbicie"- tym razem w 3D. Truś nieustannie pragnie wyjaśnień rozmaitych Tolkienowskich zawiłości, a tymczasem nasz rodzinny ekspert wyprowadzony. Szczęśliwie dziś wybrał się z nami na film i mógł opowiedzieć Młodszej Siostrze, skąd wzięły się elfy, dokąd odpływały, jak powstały gobliny i jaką rolę w historii Świata odegrała Galadriela. Truś zafascynowany opowieściami z Śródziemia postanowił, że na bal karnawałowy w przedszkolu przebierze się za Legolasa- Bunia ma nawet prawdziwy łuk, więc jeden z rekwizytów już mamy. Ktoś ma pomysł, jak zrobić spiczaste uszy? Właściwie lepszy Legolas od Golluma- a może wcale nie? W końcu ubranie miał Gollum dość proste do skopiowania;-)

Jutro może wyskoczymy przetestować narty po polsku- szkoda takiej pięknej zimy na siedzenie w mieście. No chyba, że mróz nas zniechęci i urządzimy sobie domowy seans filmowy, kończąc trylogię Petera Jacksona.
A zima nawet w Krakowie wciąż zachwyca:

Miłej niedzieli:)

21:08, dsmiatek
Link Komentarze (5) »
piątek, 25 stycznia 2013
Ciąg dalszy- Dolomity w bieli

Dlaczego wyjazd zorganizowany jest lepszy od indywidualnego? Ano bo panuje na nim większy "zamordyzm"- wyjazd na narty o 9-tej, powrót do autokaru o 16-tej. Niezależnie od tego czy sypie czy świeci jeździć trzeba. No chyba, że się podejmie już rano "męską decyzję" i zostanie się w hotelu. Tylko co w nim robić, skoro wszyscy zdrowi na ciele i umyśle i których lenistwo nie ogarnęło jeżdżą, knajpy po porze śniadaniowej zamykają się do wieczora (bo wszyscy przecież obiadują w bajtach na stoku), lodowisko czynne dla publiczności także dopiero po południu i wieczorem, podobnie basen.  Indywidualni (przypadkowo w naszym hotelu spotkałam koleżankę, która przyjechała z rodziną) śpią do przedpołudnia, widząc śnieg sypiący wielkimi płatami odpuszczają narty i snują się po hotelu jak zombie ;-), pierwszy dzień przeznaczają na aklimatyzację, więc nie jeżdżą, zaś ostatni na pakowanie, więc też góry odpuszczają.
A oto, co tracą:

My jako ci "zorganizowani" jeździliśmy dzielnie od niedzieli do soboty włącznie, rekordziści (zgodnie z wyliczeniem szacunkowym na stronie dolomitysuperski) przejeżdżali dziennie prawie 50 kilometrów (to ci ambitni młodzi na deskach), bardziej stateczni dochodzili do 40 kilosków na dzień (to ja;)), żółwiki dzielnie zakręcające i wpadające częściej na małe co nie co dobili do niecałych dwudziestu kilosków (to Truś z Tatusiem).

A oto dowód, że jeździliśmy:

Córka Starsza ze swoim Grzesiem (którego muszę pochwalić (he, he, podliżę mu się, bo pewnie przeczyta;)), bo to był jego narciarski prawie debiut, a dzielnie dotrzymywał kroku starym wyjadaczom).

Ciech mknący na desce

i odpoczywający w słoneczku ze swoim Prawie Bratem (znają się do żłobka).

Tatuś ze swoim Trusiem.

I jeszcze Truś:

i Truś:

i Truś w gondolce:

i Truś ze swoim giermkiem (oj, przydaje się taki pomocnik nie tylko dzieciom):

A Matka Trusia? Ano zdjęć brak. Małż twierdzi, że za szybko przemykała. Ja mam koncepcję, że obiektyw Mąż kierował ku atrakcyjniejszym obiektom (górom oczywiście;)). Ale znalazłam dowód na to, że chociaż na jakąś górę wjechałam- zresztą z "przytupem", bo tak się zagadaliśmy z tatą Ciechowego Prawie Brata na temat uroków niewątpliwych czarnej trasy, która niestety była zamknięta, a biegła sobie tuż pod wyciągiem, że zapomniałam zsiąść z krzesełka i mało brakowało, a wylądowałabym wprost na owej czarnej nartostradzie. A jak już zsiadłam i ruszyłam, starając się nie zwracać uwagi na złorzeczącego w najpiękniejszym języku świata operatora wyciągu, wykonałam najbardziej spektakularny upadek w karierze narciarskiej, z saltem do przodu i padem na oblicze. Przeżyłam i wyszłam bez szwanku, chociaż akrobacja musiała wyglądać poważnie, skoro Córka Starsza oraz Ciechowi towarzysze zatrzymali się w pędzie, aby w razie czego pozbierać zwłoki;-)

Ale jak jakaś dobra dusza (czyli Tato Ciechowego Prawie Brata) podeśle mi zrobione przez siebie zdjęcia i znajdę na nich siebie, to może wkleję dowód na to, że poza narciarskimi akrobacjami opisanymi powyżej, jeździć też potrafię;-)

18:07, dsmiatek
Link Komentarze (3) »
czwartek, 24 stycznia 2013
Cavalese w bieli

Jak przyjechaliśmy w sobotę była prawie wiosna- biel można było dostrzec gdzieś na szczytach i wstążeczkach nartostrad. Niedzielny poranek zaskoczył nas kolorystyką zupełnie inną- biało było wszędzie, białe padało z nieba. I tak padało całą niedzielę, sypało w poniedziałek, na chwilę ustało w pewnym momencie wtorku, za to we środę wielkie i mniejsze gęste (białe oczywiście)  płatki waliły z góry, lodowe igiełki uderzały i boleśnie kłuły w to, co gdzieś tam z odzieży odważyło się wychynąć. Od czwartku było jakby lepiej, w piątek było jak w bajce, a w sobotę nastał smutny dzień powrotu i nawet góry po południu zaczęły się  przykrywać chmurami. Ale i tak warto było jechać, warto było walczyć ze śniegiem, niezwykłymi tu muldami i własną słabością. W poniedziałek już już zaczynałam wątpić w swoje narciarskie umiejętności, już czułam, że ani chybi dopadła mnie starość, bo jeden zjazd sprawiał, że pod kurtką aż mokra byłam z wysiłku,śniadanie podchodziło mi niebezpiecznie do gardła,  a mięśnie napięte do granic wytrzymałości wydawały się, że zaraz strzelą. Na szczęście  podobne odczucia dopadły też i innych z wyraźnie późniejszych roczników- czyli nie starość to jeszcze na szczęście ale cieżkie warunki były. I tylko Trusia tryskała energią, nieustannym entuzjazmem i szczęściem wielkim. I chociaż w drodze powrotnej ze stoku oczęta jej się zaklapywały, to w hotelu ledwie buty ściągnęła, zaraz chciała biec na basen, grać w młynek lub żółwiki, tańczyć na dyskotece, oglądać "Jak wytresować smoka" (jej feryjny numer jeden )itp. Jedynie propozycja spaceru wywoływała Trusiowe protesty- no to poszliśmy z Mężem we dwójkę podziwiać Cavalese w bieli- i chociaż ja byłam tu już czwarty raz, takiego Cavalese jeszcze nie widziałam.

Po drodze popatrywałam tęsknie na oświetloną Olimpię- w tym roku po po raz pierwszy otwartą dla narciarzy także w nocy, od 19.30 do 22.30 (jeździliśmy, a jakże, tylko Truś z Tatusiem zostali w domu, przy czym Truś oprotestował i łzami oblał taką dyskryminację, zaś Trusiowy Tatuś wydawał się całkiem zadowolony z tego, że po raz drugi w tym samym dniu nie musi wciskać się w narciarskie buty;))

Połaziliśmy, odwiedziliśmy stare kąty, pooglądaliśmy na wystawie grappy z zatopionymi w butelkach rozmaitymi gałązkami i inną roślinnością, makarony w tysiącach kształtów, słoiczki z truflami, konfiturami, pesto itp, a potem szczęśliwi i biali jak wszystko dookoła wróciliśmy do domu:

Dobrze mi tu, rzeczywiście przyjeżdżając czuję się trochę tak, jakbym wracała do domu. Oswoiłam sobie to miejsce, pokochałam, czuję, że za rok znowu wrócę.

CDN

 

 

21:34, dsmiatek
Link Komentarze (1) »
niedziela, 20 stycznia 2013
120 kilometrów

Tyle to właśnie Mała Narciarka przejechała kilosków w Cavalese:

Wiadomo to stąd, że każda karta na wyciąg jest wyposażona w indywidualny numer i da się w necie sprawdzić ile kilometrów dana karta przejechała (z podziałem na kilometry, dni i godziny).

Nie jest to jednak mistrzostwo, Mama G. przejechała ponad 270 km, a Wojtek razem z resztą szajki młodzieżowej przekroczył 330 km. Co do chłopaków to można było jedynie poczuć tuman śniegu i usłyszeć świst przejeżdżającego snowboardu (w ostateczności przydybać na bombardino). A Truśka i tak poczuwała się do przynależności do grupy:

Ponadto w ciągu tego jedynego tygodnia Truśka zaliczyła kilka wizyt na pływalni, dyskotekę, spotkania towarzyskie i indywidualne sesje gry w wojnę z przyjaciółmi. Tydzień więc był naprawdę udany.

Jako instruktor - amator zaliczyłem też kilka wpadek: już drugiego dnia pełna wiary w swoje siły Truśka wykonała manewr hamowania własnym nosem na bandzie i tylko dzięki kaskowi i goglom skończyło się na niegroźnych podrapaniach. Odtąd oglądałem ją głównie w bezpiecznym pługu:

Ale muszę też wszystkich uspokoić  - Truśka nie była przemęczona przez nadgorliwego rodzica. Owe 120km rozłożyło się na 6 dni zjazdowych po 5 godzin na śniegu, i już docieramy do całkiem bezpiecznych średnio 4km/godz. ;)

PS1: w górach (i latem i zimą) można się wciąż zakochiwać - majestat natury jest zniewalający:

a przyroda też potrafi pokazać się od pięknej strony:

PS2: ta jazda pługiem Truśki to już coraz większe oszustwo - coraz częściej zamiast buzi widzę tylko tyły. Przyszły rok to może być już bye, bye:

Pozdrawiam,

nie-dsmiatek

22:11, dsmiatek
Link Komentarze (6) »
piątek, 11 stycznia 2013
Do zobaczenia

Jeszcze kilka godzin i wsiadamy do autokaru. Kierunek- Dolomity. Co prawda pakowanie jeszcze w rozsypce, my z P. w pracy, Truś w przedszkolu (w planach były zjazdy na jabłuszkach, co budziło moje obawy o całość i suchość narciarskich spodni), zakupy nie do końca zrobione. Ale damy radę, musimy.

Do zobaczenia za tydzień. Ale możecie wyglądać  też wcześniej wieści z Cavalese.

12:38, dsmiatek
Link Komentarze (6) »
 
1 , 2
Archiwum