RSS
czwartek, 30 stycznia 2014
Problemy łóżkowe

Już na początku rozwieję nadzieje tych, którzy spodziewają się pikantnych szczegółów małżeńskiego pożycia dojrzałej pary z czwórką dzieci i dwudziestoma pięćioma latami dzielenia wspólnego łoża na karku. Problem ma lat zdecydowanie mniej, już niebawem siedem, złote włoski i odrobinkę pucate polisie. Jest słodki, wygadany, wydaje się też całkiem rozumny, ale postanowił na stałe zaląc się w naszej łożnicy i nijak nie daje się z niej wyprowadzić. Rzecz cała ciągnie się lat prawie siedem, początkowo wydawala się normą, potem niewielką niedogodnością, która z czasem powinna maleć i zanikać. Niestety, prognozy się nam nie udały, problem nie tylko nie zanikł, ale nawet nie zmalał, a nawet urósł.

A zaczęło się tak niewinnie- malutki ssaczek lądował na nocne ssanie w naszym łóżku- początkowo nawet go odstawiałam do własnego łóżeczka, stojącego u stóp naszego, ale za czas pewien śpiącość i wygoda wzięły górę i ssaczek od pierwszego wydobycia na nocną przekąsek trwał już przyssany i wielce zadowolony u mego boku aż do rana. Błogi czas ssania matczynej piersi w końcu się skończył, Córeczka uspypiała u siebie, ale w nocy w pewnym momencie przewędrowywała przez barierkę i mościła się między nami. Z prowadzone w owym czasie rozmów wynikało, że Dzieć zacznie spać w swoim łóżku, jak zostanie ono zmienione ze szczebelkowego na zwykłe. Nadszedł więc czas wymiany, ale sytuacja spalnicza pozostała bez zmian- córka co noc wędrowała do nas, chociaż usypiała w swoim nowym "dorosłym" łóżeczku, wciąż stojącym u naszych stóp. Kolejne negocjacje przyniosły zapewnienie, że zacznie spać sama, kiedy tylko dorobi się własnego pokoju. I nadszedł także ten długo oczekiwany czas, Truśka dorobiła się swoich własnych czterech kątów- ale z nocnych wędrówek do nas nie zrezygnowala. Co więcej postanowiła także zasypianie przenieść do naszego łóżka, które naonczas stanęło w pokoju wspólnym, łączącym w sobie funkcję salonu, jadalni, naszej sypialni, połączonym dodatkowo z kuchnią i przedpokojem. Kolejnym progiem do przeskoczenia miał być baldachim- od jego zawiśnięcia nad łóżkiem warunkowała Trusia samodzielne spanie. Nastał zatem baldachim, ale łóżkowy problem pozostał.
W kolejnym etapie dorobiliśmy się z P. wreszcie własnej sypialni i mogliśmy mieć nadzieję na słodkie tete a tete. Ale niedoczekanie- Córka wprowadziła się do niej z nami! Co wieczór mościła się wygodnie pośród miękkich licznych poduszek na czytaniu Baśnioboru. A potem płynnie przechodzila do fazy zwijania w senny kłębuszek i zasypiania. Biednemu Mężowi powoli zaczynał wysiadać kręgosłup z powodu codziennego przenoszenia słodkiego, ale jednak ciężaru za ścianę do także przecież wygodnego i sympatycznego łóżeczka. Ciężar niemalże każdej nocy powracał do nas jak bumerang, zwykle nie rejestrowaliśmy tego powrotu, dopiero rano stwierdzaliśmy jego rozczapierzoną obecność między nami, usiłując rozprostować zdrętwiałe członki. na horyzoncie nie widać już żadnej możliwości poprawy zaistniałego stanu rzeczy, ostatnio nawet doszło do pewnego jego pogorszenia- otóż Truś co wieczór, już poczytaniu, kiedy to powinien zapadać w głęboki sen, prowadzi burzliwe i często łzawe negocjacje z Rodzicielem, usiłująć skłonić go do rezygnacji z przenoszenia uśpionej Córki do jej własnego pokoju. Mąż wije się jak piskorz, próbując udzielić zgrabnej odpowiedzi, w której nie będzie ani obietnicy nieprzenoszenia ani też jasno sformułowanego komunikatu, że przenosiny jednak nastąpią. Rozmowy się przedłużają, irytacja narasta, Córka bezbłędnie wyczuwa ojcowskie intencje i próbuje go przyprzeć do muru, a w końcu zmęczona zaczyna lać łzy, wśród szlochów zapowiadając, że nigdy bez nas spać nie będzie, bo w samotności śnią jej się koszmary, z jakiejś dziury wypełznąć może wąż (to trauma z przypadkowo przeczytanego w necie tekstu o tym, jak to wąż udusił śpiące dziecko gdzie w dalekiej Kanadzie czy innym równie odległym kraju- wąż-dusiciel zdaje się uciekł ze sklepu zoologocznego mieszczącego się nieopodal). Nie uspakaja jej bynajmniej fakt, że w pokoju jedynym dziurkami są te w kontaktach, a przez nie wylezie co najwyżej cienka glizda, a nie żaden boa. Przyuważyła, że większe otwory znajdują się w łazienkach, a już z kibelka mógłaby wychynąć całkiem spora anakonda, zwłaszcza, że potrafi ona jednocześnie pływać.
I wygląda na to, że do osiemnastego roku zycia nie pozbędziemy się Truśki z sypialni i naszego łóżka. Powoli rozważam zakup zapasowego do salono-jadalnio-living-room'u- uśpionego Trusia będziemy zostawiać w naszym, a sami przeniesiemy się do przestrzeni wspólnej (szczęśliwe pozostały nam jeszcze na stanie Syn Młodszy chodzi spać stosunkowo wcześnie), gdzie wreszcie będziemy mieć szansę na chwilkę łóżkowej samotności we dwoje;-)

PS
A tak w ogóle to dziś kończę kolejny roczek- na wszelki wypadek zapomnę który- w moim wieku można już powoli zacząć zapominać. Wczoraj, ku memu zdziwieniu, zadzwoniła z życzeniami moja Mamusia- była pierwsza i jak dotąd jedyna. Ale po chwili zastanowienia stwierdziłam, że Mama wcale nie pomyliła daty- w miejscu gdzie aktualnie przebywa, na drugim końcu świata, miało szansę już być "dzisiaj".
Z braku Babci w pobliskim pobliżu i braku Dziadka w ogóle, znowu Pasia reprezentowała babciowskie pokolenie na dzisiejszych spóźnionych trochę obchodach Dnia Babci i Dziadka w Trusiowej klasie. Dobrze, że na miejscu jest chociaż Pasia i zgadza się pełnić rolę Babci Zastępczej.

PS2
To że Mama była pierwszym i jak dotąd jedynym zyczeniodwacą nie wskazuje bynajmniej na to, że inni zapomnieli. Po prostu czwartek nie jest u nas dobrym dniem na obchodzenie urodzin, na pracuję do 19-tej, rano do pracy muszę zdążyć na ósmą, czego moja Prawiesiedmiolatka bynajmniej nie ułatwia, rzeczona idzie z tatusiem na basen i wracają około 21-wszej, zatem czasu na świętowanie nie ma. Córka Starsza zapowiedziała się na weekend, narzekając przy okazji, że kupienie dla mnie prezentu jest jeszcze trudniejsze niż dla obchodzącego niedawno swoje urodziny taty. Dla mnie???? Trudniejsze??? Ależ to najprostsza rzecz pod słońcem- wystarczy odrobinka wymarzonej zorzy polarnej, nocleg w nadrzewnym domku (tą przyjemność już sobie zapobiegliwe zabukowałam na za pół roku), wysłanie mnie z wizytą do Mlecznej Drogi i nocleg w tamtejszej jurcie plus ichni jogurcik z miodem i cytryną (Maryś dzięki, pyszności był:)), ewentualnie zaakceptowanie wyjazdu tygodniowego pod namiot do Danii, a w ostateczności chwilka wolnego czasu na randkę z Mężem i spróbowanie wreszcie jedzenia w tych knajpkach, w których nie podają niczego jadalnego dla Strusia i w których zatem nie zdołałam jak dotąd być (mogą być Noreny, Tao by Zen, a nawet znajomy Yellow Dog czy przepyszna Zakładka), najnowsza płyta Stinga, ta sprzed Świąt- nie kupiłam jej sobie, bo naonczas jeszcze nie miałam na czym słuchać CD. 
Z tych mniej lub całkiem nierealnych- bezbolesne odjęcie paru kilogramów i paru lat, obietnica remontu kuchni w czasie krótszym niż najblizsze lat dwadzieścia, wizyta Perfekcyjnej Pani Domu w celu skłonienia mojej Drugiej Połowy do załatwienia problemu kablowego za biurkiem oraz ogarnięcia pozostałego mężowskiego bałaganu do stanu, nad którym da się zapanować...
Jeszcze jakies podpowiedzi rodzino? Pomyślę;-)
I jakby co, to wcale nie marzę o bardzo drogich kolczykach z Yes z wiktoriańskiej kolekcji, naprawdę- chociaż piękne są ;-)

14:32, dsmiatek
Link Komentarze (13) »
niedziela, 26 stycznia 2014
Oj cieszy nas ta zima:))))

Chyba mamy to z Trusiem w genach, poza tym w zimie przyszłyśmy obie na ten świat, zatem musimy zimę kochać- taką mroźną, śnieżną, surową- piękną do bólu serca. Nie wyszedł nam wyjazd weekendowy na narty, a to z powodu zaaresztowania sprzętu w garażu. Nowiutkie drzwi garażowe, na pilota, przed którymi broniłam się przez lat parę, uważając, że taka elektryka łatwiej zawiedzie niż zwyczajna klamka, nie zawiodły mojego pesymistycznego przeczucia i zastrajkowały. Nie reagują na piloty, mimo zmienionych w nich na nowe baterii (bo pierwsze podejrzenie oczywiście szło w kierunku ich rozładowania). Zapasowe piloty gdzieś wcięło, chociaż pamiętam, jak je wkładałam do szuflady w komodzie- cóż, komoda stoi, szuflady takoż, tylko pilotów w nich nie ma- ani chybi głodny mebel pożarł. Do jednego garażu jest co prawda "normalny" klucz do awaryjnego otwierania drzwi, ale do drugiego panowie montujący bramę klucza nie zostawili, obiecywali dosłać, ale widać zapomnieli, my również- a w tymże właśnie pomieszczeniu stoją sobie nasze narty i buty. Truś proponuje rozejrzeć się za sprzętem taranującym, bo nasz wyjazd na ferie już za niecałe dwa tygodnie i narty raczej by się nam przydały;-) A były sobie normalne drzwi, otwierane co prawda do góry i wraz z osiadaniem naszego bloku z coraz większym trudem, ale jednak otwierane- kłopoty były większe z ich zamknięciem. I zamarzył sobie Mąż o wydaniu paru tysięcy na wypaśne drzwi automatyczne, zamówił, poczekał dłuższą chwilę, pocieszył się parę miesięcy, a teraz musi wydać kasę na nowe narty, buty, kijki i snowboardy- bo jeśli bramy nie odstrajkują, albo klucz nie dotrze, albo tarana nie uda się nabyć, to trzeba będzie się w nowy sprzęt do zjeżdżania z górki zaopatrzyć- no bo przecież Cavalese nie odpuścimy z tak błahego powodu jak niemożność wydobycia sprzętu;-) Może trzeba się rozejrzeć za włamywaczem?

Na szczęście w wózkowni zostały jeszcze sanki- no to załadowaliśmy je do autka, do plecaka resztkę bożonarodzeniowych pierniczków i gorącą herbatę z malinowym sokiem w termosie i pojechaliśmy do Niepołomic z doroczną zimową wizytą w puszczy. Na początku spaceru śniegu ledwie wystarczyło, za to pod koniec było go już dwa razy tyle. A my całą trójeczką bawiliśmy się jak dzieci, zjeżdżając z góreczki, tarzając się w białym puchu, szukając śladów dzików (Truś wypatrzył ślady dziczych "stópek" i dziczej działalności kopackiej). I tylko jamników brakowało- one też zawsze dobrze się bawiły w czasie tych zimowych spacerów.

Dla równowagi dzisiaj wybraliśmy rozrywki letnie i wybraliśmy się na usilną Trusiową prośbę do Parku Wodnego- i też mogliśmy się wspólnie powygłupiać jak dzieci:-)

A w sobotni poranek (czyli koło dziesiątej;)) zastałam Trusia w lupą pod balkonowymi drzwiami:

I czegóż ona tak wypatrywała, czymże się zachwycała? Wiadomo, zimowym cudem:-)

No bo czy jest coś piękniejszego od śniegowej gwiazdeczki?

Za nami weekend z gatunku "pierwsza klasa"- z atrakcji było jeszcze kino i "Robaczki z Zaczarowanej Doliny"- Trusia doszła do wniosku, że ten film na pewno nagrali na "naszej " Słowacji A poza tym rozkosze podniebienia: czekoladowe muffinki z płynnym środkiem, drożdżówka z kruszonką, czekoladowe fondue z owocami, domowy obiad z tymi, których kochamy najbardziej, partyjka Carcassone... Czy można chcieć więcej?;-)

20:16, dsmiatek
Link Komentarze (6) »
piątek, 24 stycznia 2014
Pyszne babeczki, czyli co nowego o Trusi

Dzisiaj upiekłam babeczki i oglądałam Tajemnice Zielonego Królestw,a a w szkole pisaliśmy test z angielskiego. Wczoraj miałam szachy i zajęcia komputerowe oraz dodatkowy angielski i wuef oraz basen, a jutro może pojadę do aqua parku albo na narty. W przyszłym  tygodniu będę miała występ z okazji dnia babci i dziadka i będziemy grać w orkiestrze i tańczyć krakowiaka i mówić wiersze i jeszcze śpiewać piosenki o babci i dziadka.

autor Struś

20:13, dsmiatek
Link Komentarze (8) »
czwartek, 23 stycznia 2014
Coczwartkowe rytuały

Jeżeli dziś czwartek, to wieczorem smażę racuszki- taki miał mieć tytuł dzisiejszy wpis. Cóż kiedy, jak co czwartek zresztą, wykazałam się niepoprawnym i niezwykłym u mnie optymizmem. Ten optymizm pewnie wynika z tego, że we czwartki, gdy zbliżam się do domu w okolicach godziny 19-tej (raczej po niż przed) umysł mam tak przytępiony dziesięciogodzinną pracą, że zapominam, co zwykle czeka na mnie w ten dzień tygodnia po powrocie do domostwa. A czeka na mnie bałagan- no może bardziej nieporządek, ale ja w nieporządku funkcjonować nie potrafię. Zatem moje plany, że jak tylko znajdę się w pieleszach, to sobie zaparzę dobrej herbaty z sokiem malinowym, zrobię tosta na kolację, posiedzę chwilę w ciszy, a potem zabiorę się za racuchy, zderzają się z brutalną rzeczywistością, w której klnąc pod nosem i wyrzekając na bezduszność współmieszkańców napełniam zmywarkę brudnymi naczyniami, ścieram okruchy ze stołu i blatów, sprzątam porozrzucane kredki, odgruzowuję Truśkowe i nasze łóżko, żeby dało się je zaścielić, próbuję nie dostrzec (ale dostrzegam aż za dobrze) bezładnej kupy papierów na biurku, pudła z narzędziami artystycznie ułożonego w "salonie" obok nieużywanego komputera, mężowskich gracików na stole itp. Staram się zachować względny spokój, ale widok rozbebeszonego Córczynego piórnika podnosi mi ciśnienie- znowu widzę braki w wyposażeniu, tym razem gdzieś zaginęła linijka i temperówka, kredki za to są, chociaż bardzo mocno zdekompletowane. Ja nie wiem, jak ona to robi, że po tygodniu z nowego i całego kompletu kredek zostają jej ledwie dwie, że od początku roku szkolnego "zużyła" już chyba 10 sztyftów kleju, nie zliczę zaginionych ołówków, gumek i zepsutego przez "nieznaną siłę" specjalnego, ułatwiającego naukę pisania pióra (a nawet dwóch)!

No dobra- chałupa ogarnięta osiągnęła stan zadowalający. Mogę zacząć odpoczywać i delektować się zimną już prawie herbatą. Truś i P. za chwilę powinni wrócić z basenu. Ukradnę Córce dwa racuszki i zjem je z resztą konfitury poziomkowej- na szczęście inni domownicy nie odkryli jej w lodówce.
Bo wiadomo- nieład nieładem, zmęczenie matczyne zmęczeniem, wkurz po powrocie w pielesze wkurzem, ale racuszki we czwartek muszą być- odkąd wypatrzyłam ten przepis na blogu Dagmary (kreacja dnia) stały się ulubioną Trusiową kolacją po basenie. I na stałe weszły w czwartkowy rytuał.

Zatem do dzieła- kubeczek waniliowego serka danio, 2 jajka, pół szklanki mąki (żeby "uzdrowić" posiłek biorę razową), szczypta sody- mieszamy i smażymy. Voila!

20:38, dsmiatek
Link Komentarze (5) »
środa, 22 stycznia 2014
Doczekaliśmy się wreszcie zimy:-)

Inaczej być nie mogło, Truśka od dawna zapowiadała, że żaden śnieg jej nie przeszkodzi w udaniu się do szkoły rowerem. Tylko wczoraj musiała się poddać pod groźbą, że zamarzająca na rowerze woda całkiem go unieruchomi. Muszę przyznać, że jej samotny rowerek zaparkowany pod szkołą wzbudza pewną sensację i życzliwe uśmiechy:-)

08:32, dsmiatek
Link Komentarze (1) »
niedziela, 19 stycznia 2014
Weekendowa zmiana planów

To miał być nareszcie wolny weekend. Plany na zagospodarowanie go były  nieco inne, ale tak zwane życie je zweryfikowało. Miały być narty i etnokalendarz. Tymczasem okazało się, że pomyliłam sobie daty i styczniowe spotkanie w Muzeum Etnograficznym było tydzień temu. Narty wymagały jednak dokompletowania sprzętu- butki jakby zmalały, a i kask, który dzielnie służył Truśce przez trzy sezony w tym nie chciał przykryć całej głowy i uszu i uwierał tu i ówdzie. Poza tym krakowski deszcz nie nastrajał optymizmem, że kilkadziesiąt kilometrów na południe zmieni się w śnieg. Do tego dzieci starsze nagle zapragnęły rodzicielskiej obecności przy podejmowaniu ważnych życiowo zakupów- Syn Starszy postanowił wreszcie zrealizować zakup pralki, zaś Starsza Córka łaknęła ojcowskiej pomocy przy testowaniu samochodu, który ewentualnie mogliby z Grzesiem zaposiąść. I trzeba było wymyślić coś innego.
Dokupiliśmy zatem brakujące elementy narciarskiego ekwipunku Truśki, która mając już wszystko postanowiła przetestować sprzęt w domu i zacząć się  powoli pakować do Cavalese.

 

Wielkie zakupy dzieci starszych takoż zostały zrealizowane (z ich własnego budżetu)- w Pawłowej łazience stanęła pralka, zaś Bunia wróciła z Grzesiem do domu własnymi czterema kółeczkami.

Wieczór sobotni spędziliśmy z P. w krakowskiej operze- wspominałam już, że styczeń zapowiadał się niezwykle kulturalnie- dwa pierwsze weekendy w teatrach (dziecięcych, ale jednak), kolejny na "Zemście Nietoperza". Na niedzielę 25-go też mamy bilety do opery, tym razem na "Barona Cygańskiego", ale obawiając się, że taka duża dawka kultury może nas wykończyć ;-) postanowiliśmy się nią podzielić z chętnymi i na Barona pójdzie pewnie Bunia i Grześ. Zaś Zemsta Nietoperza podobała nam się bardzo, uśmialiśmy się serdecznie, a wróciwszy zastaliśmy taki oto obrazek:

Dziecięta, znużone długim czekaniem na powrót rodzicieli, posnęły w ubraniach we wspólnym łóżeczku, w otoczeniu rozlicznych pluszaków.

Niedziela miała się tradycyjnie zacząć mszą u kapucynów, tymczasem zupełnie znienacka wylądowałam z Truśką i Ciechem na Hobbicie. Dla Trusia był to już trzeci raz- ten typek tak ma, film, który się jej spodoba może oglądać wielokrotnie. Za to trudno ją przekonać do nowości. Po Hobbicie uprawiliśmy mały clubbing- obiad w Zdybance- dobry, tylko czekanie zdecydowanie zbyt długie- czy jest gdzieś w Krakowie knajpa, w której nie trzeba 40 minut czekać na przystawki, że o daniu głównym nie wspomnę? I która nie jest fast foodem oczywiście i jedzenie jest w niej zjadliwe? Podwieczorek w Wedlu, albowiem Truś koniecznie chciał, żebyśmy spróbowali czekolady o smaku jej ulubionych pierożków z truskawkami- miała rację, czekolada smakowała dokładnie tak, jak pierogi z truskawkami i śmietanką.

I tak oto minął kolejny weekend- jeszcze chwilka, a za nami będzie pierwszy miesiąc nowego roku i ani się nie obejrzymy, a nowy roczek stanie się całkiem dojrzałym, a potem starym rokiem. Ale póki co jest jeszcze wciąż nowiutki i, mam nadzieję, przyniesie nam parę miłych wydarzeń- jeszcze trzy tygodnie i będziemy się cieszyć śniegiem w Dolomitach, jeszcze pół roku i znowu zawitamy do Prowansji. Próbuję w jakiś przedłużony weekend wkomponować "Drzewa", namawiam P. i Trusię na zmianę sierpniowych przyzwyczajeń, żeby zamiast wyruszyć na niedalekie południe wybrać się na trochę dalszą północ- ale póki co są niereformowalni i wolą znaną Słowację od nieznanej Danii :( Ktoś pojedzie ze mną do Kopenhagi, skoro rodzina odmawia współpracy?

19:29, dsmiatek
Link Komentarze (3) »
czwartek, 16 stycznia 2014
Odczarować noc

Truśka nie przepada za nocą. Nie lubi, jak światło gaśnie zanim zaśnie. Gdy jesteśmy same wieczorem w domu, to lezie za mną jak cień, nie chce zostać sama w pokoju. Na wyjazdach za miasto wyraźnie minka jej rzednie, gdy zajdzie słońce. W dzień radosna i pełna energii, nocą najchętniej wróciłaby do domu i do miasta. A ja ją doskonale rozumiem, bo też za nocą nie przepadam. I nie lubię Księżyca. Owszem doceniam jego niewątpliwy urok, ale nie lubię, jak w pełni zagląda mi do sypialni. Tak jakoś obie mamy i już. Truś to przynajmniej w gwiazdy spogląda z ochotą, mnie ogrom kosmosu przeraża i jak go sobie uświadomię, to aż kręci mi się w głowie.
Ale może uda się odczarować noc, zapałać sympatią do Księżyca. Bo jak nie polubić takiego Księżyca:

Plakat skradł moje serce od pierwszego spojrzenia. Znalazłam go zupełnie przypadkiem w mofflo i po prostu  musiałam go mieć. I nie dam go sobie ukraść Najmłodszej- zawiśnie w MOJEJ sypialni;-)!

Truśka ma na pocieszenie "księżycowe" książki- takie z gatunku bardziej do "mienia" i oglądania, podziwiania obrazków, niż do czytania.

Małej Zohar księżyc widać nie przeszkadza, a noc bez księżyca wydaje jej się smutna, zatem postanawia go odnaleźć. Wyrusza zatem w ciemną bezksiężycową noc na poszukiwanie:



Napotkanemu policjantowi opisuje go tak:

Nocą świat jest tajemniczy i jednak trochę straszny:

W końcu zguba się odnajduje- pewnego samotny człowiek zaprosił go do siebie w odwiedziny.

"Więc pamiętaj: gdy z bezsenne noce
będziesz wiercić się pod kołdrą lub kocem,
pomyśl sobie, że gdzieś obok, w leśnych włościach
pewien człowiek ma miłego bardzo gościa." 

W drugiej książeczce księżyc także się zgubił, a właściwie zapomniał sobie czym jest i co zwykle robi każdej nocy. Pewien mały chłopiec odnalazł malutki zagubiony księżyc, zaopiekował się nim i starał się przypomnieć mu kim jest.

Okazuje się, że bez księżyca ludzie nie potrafią być szczęśliwi, świat zrobił się zimny i samotny, astronauci zgubili drogę w kosmosie, naukowcy wpadli w czarną rozpacz. Na szczęście księżyc otoczony troskliwą opieką przez chłopca urósł i pomalutku zaczął sobie przypominać i w końcu powrócił na nieboskłon. Piękna książka, zadedykowana "odważnie dorastającym dzieciom", piękny choć krótki tekst i cudowne ilustracje- Jimmy Liao "Księżyc zapomniał".

Może się jednak uda polubić księżyc?

21:15, dsmiatek
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 13 stycznia 2014
No i mleko się wylało

Przed godziną zadzwoniła do mnie wzburzona Pasia, która co poniedziałek towarzyszy Trusi jako dodatkowa opieka na szkolnych zajęciach basenowych. Okazało się, że Truśka zrobiła coś nie tak (Pasi tłumaczyła, że płynąc w ostatniej parze nie usłyszała polecenia instruktora), pan wyciągnął ją z wody i przez 10 minut pastwił się nad nią słownie. Moje dziecko zalewało się łzami, pani wychowawczyni przyglądała się temu ze spokojem siedząc obok, Pasia z niepokojem z górnej galerii, ale także nie zainterweniowała. W rezultacie Trusia wróciła do wody, ale nie była w stanie pływać, a po zakończeniu zajęć oświadczyła, że na basen ze szkołą już więcej nie pójdzie. Jeszcze z nią nie rozmawiałam, ale nie rozumiem, co takiego mogło zrobić moje dziecko, żeby ktoś wydzierał się na nie przez 10 minut, pozwalając mu przy okazji marznąć w mokrym kostiumie. Gdyby nie fakt, że musiałam na 13-tą być w pracy, to chyba pojechałabym do Comcomzone i w afekcie zabiłabym lub przynajmniej dotkliwie pobiła instrultora-sadystę. Czy nie ma innych sposobów, żeby zdyscyplinować dziecko lub zwrócić mu uwagę. Ostatecznie jeśli robi coś nagannego można mu po prostu kazać wyjść z wody, wrócić do szatni, a o zajściu powiadomić rodzica lub opiekuna.
Nie wiem, czy uda mi się ją przekonać, żeby jednak na szkolny basen chodziła. Za to jutro zapytam panią wychowaczynię, dlaczego będąc na miejscu i tuż obok zachowała stoicką obojętności i nie zainterweniowała.
Cała aż się gotuję ze złości i bezsilności. Od małego staram się Trusię przekonać do zajęć ruchowych, od 10-go miesiąca życia chodzi na basen i uwielbia pływanie. A tu jeden buc potrafi moje wysiłki obrócić w niwecz swoją agresją. No po prostu zabiję gada, niezależnie od tego, czym przewiniła moja Córka!

14:09, dsmiatek
Link Komentarze (14) »
niedziela, 12 stycznia 2014
Pamięć (*)

Kochany Ciszku!

Wybacz, że tak rzadko Cię ostatnio odwiedzamy. Ale Ty wiesz, że nie ma dnia, żebym o Tobie nie myślała, nie ma dnia, żebym nie starała się chociaż przez chwilkę z Tobą porozmawiać.
Wierzę, że żyjesz i czekasz na nas w Pamięci Boga. Tą myśl zapamiętałam z kazania na pogrzebie Twojego Dziadka, mojego Taty. Ci, którzy odeszli z naszej rzeczywistości żyją teraz w Pamięci Boga. Tak wielu już bliskich zamieszkało w tej Pamięci. Choć nasza ludzka pamięć nas zawodzi, Boska Pamięć jest nieskończona, nie szkodzi jej czas, gdyż w Niej czasu już nie ma, jej pojemność jest nieograniczona, wszyscy się tam zmieścimy. Wierzę, że wszyscy się w Niej kiedyś spotkamy. Czekaj tam na nas Kochany i choć wydaje się, że w naszym codziennym ziemskim zabieganiu zapominamy, to przecież w sercu i duszy nawet my, niedoskonali ludzie, wciąż pamiętamy. Żyjesz i w naszej zawodnej ludzkiej pamięci. Pamiętaj o nas. Do zobaczenia Synku.

D.

07:46, dsmiatek
Link Komentarze (3) »
piątek, 10 stycznia 2014
Wyprzedaże

Jak nie ma innych tematów na bloga, to zawsze można napisać o zakupach. O zakupach mogłabym dużo i często, bo w końcu znany ze mnie zakupoholik, zwłaszcza w dziedzinie dziecięcych ubranek i akcesoriów;-) Do sklepów "w realu" staram się nie wchodzić, bo wyprzedaże tamże mierżą mnie okrutnie. Ale zaprzyjaźnione i całkiem nieznane sklepiki internetowe przysyłają kuszące maile i tu już oprzeć się trudno. Tych niezaprzyjaźnionych na wypadek wszelki- żeby się przypadkiem nie zaprzyjaźnić- wywalam do kosza bez zaglądania, ale z przyjaciółmi tak brzydko postąpić przecież nie można. No to wpadam tylko na chwilunię, a że umysł mam przytępiony nieco dyżurowym maratonem, z tego samego też powodu zapominam o postanowieniu ograniczenia kupowania, silna wola wraz z całą resztą mojego jestestwa osłabła, no to niechcący zupełnie zamówię to i owo.
I tak oto Truś stał się szczęśliwą posiadaczką niebieskiej sukienki z robalami od nosweet- nie wiem, czy Zainteresowana owo szczęście docenia, ja niewątpliwie tak, sama bym taką chętnie miała -są nawet wersje dorosłe, tylko wiek już nie ten i nogi nie tych gabarytów (sukienki są raczej krótkie) :(

Nosweet jak zwykle niezawodny, doskonale uszyty z najwyższej jakości bawełny, z niecodziennym i, jak nazwa firmy wskazuje, zupełnie nie słodkim nadrukiem. Wszystko co od nich mamy doskonale się sprawdziło, nosi się świetnie, po praniu wygląda jak nowe- mogę kupować w ciemno;-)

Mój internetowy faworyt* sklepowy z dzieciowym asortymentem, czyli cocoshki przysłały paczuszkę z bardzo francuską szarą bluzeczką (Un oiseau sur un fil) z uroczą wzorzystą wstążeczką na pleckach i legginsami Kids on the Moon- paczuszkę jak zwykle cudnie spakowaną, przewiązaną fioletową wstążeczką, z naklejką w kurki, ciuszki dodatkowo owinięte fioletową bibułką- aż szkoda rozpakowywać.

Ale oczywiście rozpakowałam, albowiem zawsze z wielką niecierpliwością wypatruję ciuszków od KOTM- jeszcze nigdy się na nich nie zawiodłam, są po prostu doskonałe zarówno pod względem estetyki, jak i jakości. A Trusia jakoś wyjątkowo do nich pasuje, zwłaszcza zaspana w pochmurny zimowo/niezimowy poranek- musiałam mimo rannego pośpiechu pstryknąć jej  parę fotek.

Te ciuszki takie właśnie są poranno-zmierzchowe, jakby jeszcze nierozbudzone lub już odrobinkę śpiące, miękkie, kolorystycznie łagodne- dla mnie najlepsza ze znanych mi marek dziecięcych, warta swojej ceny. I tylko żal, że właśnie osiągnęłyśmy największy dziecięcy rozmiar :(

Z przecen powinna jeszcze niebawem dotrzeć obserwowana od miesięcy bluzeczka od Soft Gallery- niestety zaporowa cena skutecznie uniemożliwiała do tej pory jej zakup. No ale doczekałam się wreszcie, w Bananaz dopadła i ją spora przecena, zatem czekamy- jak przybędzie, to się pochwalę.

Przybył też mój osobisty łańcuszek świecących kuleczek. Do tej pory zazdrościłam Trusi, ale jak już nareszcie dorobiliśmy się własnej sypialni, to mogłam i dla nas zakupić cotton balls'y.

W dzień pochmurny prezentują się tak oto:

W nocy zaś tak, a nawet jeszcze piękniej:

A co poza zakupami? Cóż, Trusia wróciła do szkoły i poza tym, że bardzo jest z powrotu zadowolona, to przyniosła uwagę o nieodrobionym zadaniu domowym- stwierdziła, że pani za cicho i niezbyt jasno powiedziała, co jest zadane, a rzeczy do odrobienia są po prostu zaznaczane kółeczkiem w książkach przez dzieci, albowiem zeszytów nie posiadają. Zaś jak wczoraj zobaczyłam stan jej piórnika, który nie dość, że musiał być już wymieniony, to w czasie świątecznej przerwy zaopatrzył się w nowy zestaw kredek, nowe pióro (bo "stare" wypaśne ponoć zepsuła koleżanka, przyciskając je na maksa do podłoża i gubiąc gdzieś zakrętkę), ołówki, gumki itp, to zupełnie się załamałam i zaczęłam się zastanawiać, czy moja Córka aby na pewno nadaje się na ucznia. W dziedzinie dopilnowania zadań domowych oraz stanu szkolnych przyborów jakby niekoniecznie:(

*Dlaczego sklep cocoshki jest moim internetowym faworytem? Bo poza uroczymi kurkami w logo, poza fioletową bibułką i wstążeczką, poza świetnym asortymentem, jest szybki jak błyskawica. Ledwo zdążę zamówić, a oni już wysyłają paczkę z zamówieniem. Czasem mam wrażenie, że czytają w moich myślach i wysyłają zanim jeszcze zdążę kliknąć "zamawiam";-)

update

Bluzeczka z królikami od Soft Gallery przybyła- czyż można się oprzeć tym smutnym króliczkom?

A KOTM dobry jest- jak już pisałam- także o zmierzchu- Truś wciąż nie potrzebuje huśtawki, która zalega gdzieś w wyższych partiach mebli. Wystarczy drążek i gruby solidnie zawiązany sznur. No i drabinka, żeby się dało wspiąć i zawiesić.

 

14:51, dsmiatek
Link Komentarze (19) »
 
1 , 2
Archiwum