RSS
czwartek, 28 lutego 2008
Wyczerpana

Za mną praktycznie nieprzespana noc, spędzona na myśleniu, kombinowaniu i czytaniu Harrego.. I dzień dzisiejszy zabiegany między jenym badaniem a drugim i konsultacją kogoś mądrzejszego. Ale wszyscy mądrz na razie też wymiękli. Na szczęście wszystkie właściwie dziesiejsze wyniki są BZ. Czyli mamy w domu niezwykły medyczny przypadek- jak się jakoś rozwiąże  (albo nie rozwiąże), to będzie go można opublikować. A może doktorat napisać...Ale to juz nie ja. A na karteczce lista różnych innych badań, które ewentualnie można by wykonać- w większości zapewne też wyjdą BZ, ale może zrobić...Bo skoro brak jest rozwiązania zagadki, to trzeba próbować dalej.
Trusiek towarzyszył nam wszędzie, co sprawy nie ułatwiało. Ale starała się być miła, więc dało się wytrzymać. A ja padam na nos z niewyspania. I nawet schudłam 1,5kg- no proszę, wystarczy się tylko trochę pomartwić...

W związku ze stanem lekko zejściowym marzę już tylko o kąpieli i łóżeczku- ale na to jeszcze parę godzin trzeba poczekać. Na razie przede mną czterech pacjentów na USG, potem zdjęcia, tramwajem do domu- po drodze muszę pamiętać o chlebie, bo nie będzie jutro śniadania...I jeszcze pewnie ogranięcie mieszkania po powrocie, kąpiel Trusika... I można będzie wskoczyć do wanny i łóżeczka.

Na przykład taka kąpiel w piance- Wenusja lubi piankę- zwykle stara się ją wyrzucić z wanienki.

Spółka śniadaniowa;)

A propos Trusia i szczurów- myślę, że już je na zawsze polubiła. Teraz aż piszczy z radości, jak je widzi i robi taką śmieszną okropnie minkę. Szczury są własnością Córki Starszej i mieszkają u niej w pokoju. I są całkiem sympatyczne i miłe w dotyku. Ale ta ich rzekoma mądrość i inteligencja to trochę legenda.

 

17:10, dsmiatek
Link Komentarze (5) »
środa, 27 lutego 2008
Całkiem lajtowa środa

Dziś środa, a więc luuuzik- żadnej dodatkowej pracy:) No i co porabiałyśmy? Ano rano wsyałyśmy pomalutku- nie było sie do czego spieszyć, bo za oknem akurat padało i wiało. Zjadłyśmy śniadanko, ogarnęłyśmy chałupę co nieco i zasiadłyśmy przed kompem. Ja odwiedziłam wszystkie blogi, pocztę, strony z ofertami nieruchomości (znalazłam trzy kolejne domki warte zainteresowania) i strony chustowe. Pośliniłam się na chusty, pożałowałam, że czas mija, Truś rośnie i staje się coraz cięższy, a u nas ani chusty ani wiedzy o ich wiązaniu:( (A tak a propos rośnięcia i grubnięcia, to wczoraj w przychodni zważono mi Truśka i oznajmiono, że waży 10400g- no w to uwierzyć nie chciałam, bo niecałe dwa tygodnie temu ważyłyśmy ją z Bogną i wtedy było około 9800g!- pani pielęgniarka na moją uwagę, że może trzeba by odjąć ubranko, stwierdziła, że juz je odjęła...Hmm, wieczorem przeprowadziliśmy domowe ważenie elektroniczne na golasa i wyszło 10kg. Odetchnęłam z ulgą, bo juz myślałam, że trzeba będzie Trusia odchudzać.)
Ja sobie serfowałam po internecie, a Truś spał- zeszło nam tak z półtorej godziny. A jak Trusiek się obudził, to juz nie padało i nawet wyglądało słoneczko. No to się wybrałyśmy na spacerek i zakupy, bo bez nich obiadu by nie było. Popodziwiałyśmy króliczki w sklepie zoologicznym- komentowane przez Trusię głośnym "mniam". Mam nadzieję, że niechciała ich zjeść, tylko tak mówiła, bo śliczne były. Podobnie zresztą gołębie komentowała w drodze powrotnej.
A potem napotkałyśmy w domku Córkę Starszą, więc ugotowanie obiadku nie stanowiło problemu. Bo gdyby nikogo nie było, to Truś uwisłby u mojej nogi jak kula i nie dałoby się wiele zdziałać.
A ponieważ popołudnie miałyśmy nie zagospodarowane, to udałyśmy się we trzy do Ikei, gdzie Truś zwiedził dział dziecięcy, pooglądał "basen" z piłeczkami, spożył podwieczorek i ogólnie dobrze się bawił. Wracając wpadłyśmy jeszcze zakupić blokady do szafek- w Ikei nie mają.
I dzien byłby piękny, gdyby nie medyczna zagadka, która znów sie pojawiła i niestety nie okazała się konfabulacją, jak z nadzieją podejrzewałam, ale prawdą:( I teraz żołądek zwinął mi się w kłębuszek i czekam na P. z wynikami, żeby zadzwonić do lekarza o radę. Bo ja sama nie umiem na to nic poradzić:(

Ranek- ścielimy łóżko, a Truś kontempluje rodzinne zdjęcie sprzed paru lat.

Trusiek na naszym wczorajszym dziele geometrycznym.

Wyruszamy na spacer.

A następne zdjęcie dla osób o mocnych nerwach;)

Wieczór- Truś i mali przyjaciele.

21:20, dsmiatek
Link Komentarze (5) »
wtorek, 26 lutego 2008
Wieści z dołka

Jestesmy, żyjemy. Zaszczepiłyśmy się przeciwko pneumokokom. Za miesiąc świnki odry i różyczki. A potem może zafundujemy dziecku "meningokoki". Wizyta w przychodni mnie wyczerpała- niestety zostałyśmy przyjęte godzinę po terminie, bo Pani Doktor dłużej przyjmowała dzieci chore. Tak to jest teraz- więcej dzieciaków choruje i lekarze przyjmuja dodatkowych pacjentów. A zdrowe dzieci są rejestrowane do 10 minut, co oczywiście jest powodem dodatkowego wydłużenia czasu ich pracy, bo rzadko wizyta trwa tylko 10 minut. Dzis na przykład była przed nami mama z noworodeczkiem i najpierw dzidziuś siedział co najmniej 15 minut w gabinecie, a potem "wyszedł" do poczekalni z babcią, a jego mama została jeszcze kolejne 10 minut. Noworodeczek płakał sobie, bo pewnie był głodny, babcia nosila go, kołysała i mówiła "ciii". A Trusia jej wtórowała- kładła paluszek na buzię i też mówiła "cii"- tak się ostatnio nauczyła moja Córeczka. Trusiek bardzo był dzielny i tylko chwilkę zapłakała przy zastrzyku. Za to ja cierpiałam dużo dłużej i dużo bardziej. Ech, żeby tak można było wziąć na siebie te wszystkie dziecięce smuteczki i bóle...
W związku z obsuwem w przychodni miałyśmy obsuw ogólny i małe załamanie harmonogramu- do domu pędziłyśmy "na sygnale", bo niania stała pod blokiem, ja powinnam już jechać do przychodni, a Truśka była głodna, chociaż jeszcze nie do końca to sobie uświadamiała...

Drugie dołkowe wieści dotyczą kolejnego spotkania AAK. No bo dziśkolejny wtorek i kolejne spotkanie z ciocią Anią i jej pomysłami. Dzisiaj uczyłyśmy się geometrii;) Przyklejałyśmy trójkąty, kwadraty i kółka na długim kawałku papieru, bawiłyśmy się pudełkami- budowałyśmy wieżę, mur, burzyłyśmy i budowałyśmy od nowa, robiłyśmy "korale" nawlekając na sznurek upieczone przez ciocię kolorowe trójkąciki, kółeczka, kwadraciki, oglądałyśmy różne geometryczne figury z fizeliny, falowanej tektury i prawdziwych rzecznych kamieni! A najlepsza była zabawa ciastem solnym- tzn. ja dobrze się bawiłam lepiąc ludziki, bo Trusia w dniu dzisiejszym upodobała sobie klej (zbierała od wszystkich) i zakrętki słoików;) Ciasto solne owszem-pomiędliła w łapkach, spróbowała- ale niespecjalnie jej smakowało;)

A trzecia nowość dotyczy dendrologii;) W trakcie spaceru po parku przed wizytą w przychodni napotkałyśmy na spacerującego z wnukiem dzidziusia. Wnuk miał tak około trzech lat i bardzo był dociekliwy- interesowały go wszystkie drzewa w parku. Wypytywał dziadka o ich nazwy, a dziadek z mądrą miną patrzył na bezlistne drzewka i odpowiadał- "to jest kasztan", to jest brzoza" (no to łatwe było, bo kora biała), "to jest dąb" (też łatwe, bo resztki liści). A co jest najpopularniejszym drzewem w naszym parku? Ha, JASIEŃ ! Co drugie drzewo, to był właśnie jasień- mamy więc taki jasieniowy park:)

I jeszcze nowość czwarta- Truśka ma nowego zęba. Na razie jest to zaledwie kreseczka, przerwa w dziąsełku, ale da się już zębami zgrzytać. Właśnie ten nietypowy nowy dźwięk i mina  buldoga angielskiego zwróciły rankiem moją uwagę. Ponieważ dwiema dolnymi jedyneczkami zgrzytać nijak się nie da, zaczęłam podejrzewać, że coś wykiełkowało po przeciwnej stronie- i jest- prawa górna jedyneczka. A lewa jedyneczka już też na "wylocie":)

Wczoraj miałam duży niedosyt bycia z Trusią- bo rano owszem byłyśmy na spacerze, ale Truś spał, a potem wył trochę. Później musiałam szybko pędzić do pracy A- gdzie koleżeństwo powitało mnie w pewnym sensie pretensjami, że nie wracam od najbliższego poniedziałku (a ja tak sobie pół roku temu urlop wychowawczy wypisałam, żeby trwał 6 miesięcy i tak wypadło- do 7.03.) i właściwie wyszło szydło z worka- nikt nie czeka na mnie Dorotę S., tylko na parę rąk do pracy- a to smutne trochę:( Szefowa zaś w ramach "kary" wcale się do mnie nie odezwała!
Potem pomknęłam do pracy B.  Następnie szybki powrót do domu, szybkie stworzenie obiadu i pognałam na wywiadówkę do Starszego Syna. Wróciłam akurat po to, żeby wykąpać Trusię i położyć ją spać. I naszła mnie taka oto refleksja- ile z "Trusi" ma mój mąż, który wyjeżdża do pracy po siódmej- w najlepszym razie około wpół do ósmej, więc widzi Truskę śpiącą lub chwilkę po obudzeniu. I wraca wieczorem znów w okolicach siódmej- po to, żeby ją ze mną wykąpać, a potem uśpić. I pięć dni w tygodniu tak samo, chyba że akurat, tak jak to było wczoraj, nie wraca do domu na noc wcale...Zostają tylko weekendy. A weekendy są takie krótkie:(
Muszę zrobic coś, żeby jak już wrócę do pracy, być z moją Ptifurką jak najdłużej- trzeba będzie zrezygnowac z pracy C- a tymczasem wczoraj zadzwoniono do mnie z propozycja kolejnej dodatkowej pracy...

PS.1 Dzisiejsza wizja lokalna w "bliźniaku" wykazała, że to nie jest to to, co tygrysy lubią najbardziej. Trzeba będzie odwiedzić jednak domki poza Krakowem.

PS.2 Moja Dziewczynka kochana zdecydowała się jednak mówic do mnie mama i robi to najpiękniej na świecie- chyba muszę to sobie gdzieś nagrać i puszczać w chwilach zwątpienia i chandry.

20:59, dsmiatek
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 25 lutego 2008
Wpisu nie będzie

Dziś wpisu nie będzie. Jak napisałam w swoich komentarzach do poprzedniej notki, myśli moje zajmuje medyczny problem jednego z moich najbliższych i nie umiem go tak do końca rozgryźc. A jak się wie za dużo, to wcale nie jest dobrze:(

Poza tym dzisiejsza wizyta w pracy sprawiła, że dołek w którym tkwię, zasypał się nade mną i nawet czubek głowy mi nie wystaje:(

P. dziś nie wraca na noc, nie mam się nawet komu wyżalic  i z kim pogadac:(

A Trusiek "fajny"- pospał sobie z godzinkę wieczorem w swoim łóżeczku, a potem chyba coś się jej złego przyśniło i obudziła się z głośnym płaczem. Teraz śpi  w moim łóżku i muszę iś jej pilnowa, żeby przypadkiem z niego nie spadła- wysoko nie jest, ale lepiej nie próbowac. Jutro idziemy na szczepienie i do naszej akademii- może będzie lepiej...

 

21:50, dsmiatek
Link Komentarze (4) »
niedziela, 24 lutego 2008
Niedziela

Kończy się kolejny weekend. Już tylko 14 dni do godziny zero:(
Nic ciekawego ani nowego się u nas nie wydarzyło. Pogoda coraz bardziej wiosenna. Natrafiliśmy dziś w ramach spaceru na przydomowy ogródek pełny przebiśniegów. I małe listeczki nieśmiało też się już wykluwają.
Trusiowi chyba rosną górne jedynki, bo marudna jakby więcej, ale palucha sobie do paszczy włożyc nie da, coby sprawdzić, jak to z tymi jedyneczkami sprawy się mają.

Z braku tematów do pisania i braku weny podzielę się z wami czymś, co przeczytałam wczoraj. Mowa jest o tym, że trudno jest zrozumieć drugiego człowieka.
"Potrafią to tylko niemowlęta, a także starzy ludzie; umieją nie patrzeć na to, co jest zaledwie dodatkiem do człowieka, umieją pomijać nieistotne okoliczności i szum informacyjny, a koncentrują się na odczytywaniu sygnałów płynących z głębi, z wnętrza, z istoty sprawy. Malutkie dzieci kierują się przy tym intuicją i instynktem, starcy zaś- doświadczeniem. Zresztą i niemowlęta i starcy są blisko siebie; znajdują się na styku życia ziemskiego z Wiecznością. (..)
...niemowlęta- do czasu, gdy wyrosną im pierwsze ząbki i gdy zaczną wypowiadać pierwsze sylaby- znają mowę wiatru, drzew i ptaków, umieją z nimi prowadzić dialog. Wszystko to mija, gdy kończy się niemowlęctwo. Zaczyna się wtedy pojmować mowę ludzką i przestaje się rozumieć język Natury."
Piękne, prawda? Takie zresztą były i moje "podejrzenia"- jak Trusia była malutka, mialam wrażenie, że widzi ona i rozmawia z czymś, czego ja zobaczyć nie potrafię. Myślałam sobie wtedy, że takie malutkie dzieci muszą widzieć anioły i  z nimi rozmawiają...Mimo, że Truś teoretycznie przestał już być niemowlakiem, to jeszcze chyba rozumie trochę "mowę" wiatru, i drzew, i zwierząt- często do nich przecież przemawia...

20:42, dsmiatek
Link Komentarze (5) »
piątek, 22 lutego 2008
Wiosna już tuż tuż

Poszłyśmy dzis z Trusią na długi spacer. I w Parku AWF-u napotkałyśmy na wiosnę. A wyglądała ona jak bardzo liczne kopczyki kretów, uwijające się sikorki różnej maści (nawet taka refleksja mnie naszła, że takie sikorki to kolorowe jak papużki, tylko mniej jaskrawe, za to śpiewają duuużo ładniej od papug), kicające wiewiórki, dzięcioły stukające w drzewa i coraz bardziej zielone pączki na drzewach i krzakach. Truś wiosny nie widział, bo spał:(
Za to jak już na naszym osiedlu się obudził, to w prawdziwy zachwyt wprawiły ją harpie-gawrony,l icznie spacerujące po trawniku pod domem, od czasu do czasu gołąb lub kawka wśród nich się pojawiały. A Trusia w zachwycie wołała "am am"- nie wiem, czy zjeść ptaszyska chciała, czy uważała, że to one coś jedzą (no bo i jadły, u nas bardzo jest wielu ptakodokarmiaczy, bardzo mnie wkurzają, jak pod moim balkonem sałatkę jarzynową zepsutą albo kurczacze kosteczki rozrzucają). Pieski też w wielkie uniesienie ją wprawiają- ciekawe, że te na dworze, bo domowe lubi, ale się nimi nie zachwyca i nie szczeka na ich widok. I ludzie się jej podobali, i autka śliczne były... Pamiętam, jak po raz pierwszy Trusia zainteresowała się króliczkami w sklepie zoologicznym- było to pod koniec letnich wakacji, Trusia przyuważyła króliki i świnki w zagródce na wystawie sklepu i aż zesztywniała z zachwytu, a potem piszczała z radości.
Ciekawe, co powie, jak wiosną do ZOO pójdziemy- już się na to cieszę.

I jeszcze się pochwalę, że moje najmłodsze dziecko nauczyło się do mnie aktywnie przytulać- obejmuje mnie tymi swoimi puciatymi łapeczkami za szyję i tak cudnie wtula się w moją szyję- a jak mi dobrze wtedy:)

A tu zdjęcie kolejne z serii "spanie dla zaawansowanych":

Ona śpi tak trochę na siedząco, ale z "lotu ptaka", a właściwie taty tego nie widać. W ogóle po dniach pełnych wrażeń moja biedna Córcia śpi bardzo niespokojnie, spaceruje po łóżku, przekręca się na wszystkie strony. A w końcu staje słupka, buźkę robi w eskimoska, wydaje z siebie głośne "łaaaa",jak od razu nie zareaguję to jeszcze inne wyrzekania, i w końcu ląduje w naszym łóżku...

A tu jeszcze jedno zdjątko pod tytułem "kotek to czy jamnik?"

PS. Oczywiście, że pamiętam mamoheleny, że umówiłyśmy się wiosną w piaskownicy:) I na spotkanie z Katarzyną i Luckiem też czekam niecierpliwie:) I na Nulkę w Krakowie:) I na wszystkich, którzy zechcą tu zawitać i się z nami zobaczyć:) Chciałabym mieć wielki dom, żeby was wszystkich pomieścić- a tu kolejne domowe pokusy się znalazły, jeden to nawet pół bliźniaka w małej ruinie niedaleko nas- co ciekawe ulica, na której się znajduje nie ma kanalizacji! A ja myślałam, że w Krakowie mieście postęp dotarł już do każdego zakątka...

20:38, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
czwartek, 21 lutego 2008
DOłek

Wpadam w dołek. A dołek ten nazywa się WSS im. L.R. w Krakowie, czyli moje podstawowe miejsce pracy, do którego już za dwa tygodnie i 3 dni będę musiała się stawić i odtąd stawiać regularnie o ósmej przez pięć dni w tygodniu. A jak zacznę dyżurować to-... o matko! Dołek nazywa się "moja szefowa", która na feriach wysłała mi uprzejme zapytanie  sms-em o dyżury i nie była zachwycona, że na razie nie zamierzam (tak Bogiem a prawdą do ukończenia przez dziecko 4 r.ż. nie muszę dyżurować tylko mogę!). Dołek nazywa się dyżury właśnie, które wcześniej czy później będzie trzeba wziąć:(  Na dnie dołka tkwią letnie wakacje i juz słyszę głos mojej szefowej (głośny i donośny ten głos),że jak to, urlopu mi się zachciewa, a przez rok cały przecież się obijałam i KTO INNY za mnie pracował.
I chociaż dobrze znam ten dołek, a nawet się z nim w sierpniu i styczniu trochę zmierzyłam, to jakoś nie staje się on przez to mniejszy:(
I co tu zrobić?

A Truś polubił juz chyba swoją nianię i łaskawie pozwala się jej bawić swoimi zabawkami;) Poza tym Truś niedawno zaczął tańczyć (wiem, inne blogowe dzieci robią to już od dawna, ale Truś pod tym względem zapóźniony jest nieco), a nawet podśpiewywać. Nauczył się też włazić na nasze łóżko i z niego złazić nogami do przodu, a nie główką- chociaż nie zawsze pamięta o tej właściwej kolejności. Czasem Truś nieśmiało mówi mama, jak się jej wydaje, że nie słyszę i śpię jeszcze. A ja tylko oczki mam zamknięte i słucham sobie:) I jeszcze Truś robi strasznie fajne miny i próbuje nas naśladować- np. Starsza Siostra puszcza do Trusi oczko i Trusia też jedno oczko przymyka, albo Starszy Brat mruży oczy i się marszczy- a Truś to samo. Albo robi "łałała" jak indianin rączką, wydaje też inne dźwięki przy pomocy warg i palców (powszechnie znane, tylko do opisania trudne). Sprawdza, czy muszla zagwiżdże, jak się w nią dmuchnie.
A dziś w prawdziwą ekstazę wprawiła ją moja szufladeczka z koralami- jednak jest z niej mała kobietka, a już nadzieję traciłam po zakupowych ekscesach. Ale zakupy nadal są "be" i wchodzenie z dzieckiem do sklepów ciuchowych (innych zresztą też)  jest absolutnie naganne i natychmiast karane wrzaskiem!

Dla Taluli obiecane zdjęcia dwa:) Truś w porteczkach cudny (że nieskromnie powiem). I jeszcze nam długo spodenki posłużą, bo jak widać nogaweczki przydługawe. Pięknie dziękujemy raz jeszcze:)

17:27, dsmiatek
Link Komentarze (9) »
środa, 20 lutego 2008
Koniki

Wreszcie się udało, pojechałyśmy na koniki. Sceneria co prawda średnia- tuż przy wiślanym wale rozpadający się (i zamieszkały) stary dworek, obok niego wozownia w ruinie, stróżówka wynajęta pani od haftu komputerowego (wyremontowana), nieduża stajnia, a w niej dwa konie- pozostałe brykają na wybiegu, ubłocone po uszy. Aura średnia- mgła i wilgoć, ale przynajmniej niezbyt zimno i nie wieje. Ogólnie szaro i nijako, brzydkie łąki, półzarośnięty stawek i nędzne drzewka- a na drzewkach wysoko park linowy. I błoto w ilości wielkiej! Ale Trusik był zachwycony- najpierw kontemplowała koniki z wózka i podziwiała Starszą Siostrę kłusującą, galopującą i stępującą, a potem sama wsiadła na konika. Ile było radości- Dziecko kląskało, prychało, wołało "brrrrm". Chyba kolejna końska miłośniczka nam w domu rośnie. A poza tym zaprzyjaźniła się Trusia z nowym psim kolegą- koleżanką właściwie, labradorką Sagą. Tradycyjnie podzieliła się z nią herbatnikami- Saga co prawda od razu nas polubiła, ale po herbatniczkach jeszcze bardziej;) A z innych plusów- spędziłyśmy dwie godziny na powietrzu świeższym chyba niż u nas w Hucie, posłuchałyśmy ptaszków śpiewających, a nie kraczących (koło nas właściwie tylko takie harpio-sępy latają), pooglądałyśmy sarenki. I przykleiłyśmy do kółek wózka i moich butów tonę błota. Na szczęście konie pożyczyły nam kopystkę...

Fajnie było, pojedziemy znowu:)

PS. A na koniec dobry sposób na obolałe dziąsełka- kiszony ogórek z lodówki:)

 

17:28, dsmiatek
Link Komentarze (6) »
wtorek, 19 lutego 2008
Kreatywni- zajęcia drugie

I znów było super. Poszła z nami Starsza Córka, żeby się też troszke poedukować;) Odrysowałyśmy Trusie na papierze, a potem namalowałyśmy jej oczka, nosek, włoski i paluszki- Truś dzielnie pomagał i brudził się farbą. Zbudowaliśmy człowieka z kawałków kartonu. Zrobiłyśmy buzię z talerzyka papierowego, a potem doczepiłyśmy jej włoski, rączki i nóżki, a na końcu nasze ludki tańczyły, a Truś razem z nimi (jak już przestał odbierać ludki innym dzieciom i ich rodzicom). Robiłyśmy pizzę z Trusi- niestety nasza pizza uciekała i trudno było zrobic z niej ciasto, a potem zjeść;) A najlepsza była zabawa mąką- pełna fascynacja, wszystkie maluchy miały zachwyt wymalowany na pysiach. I jeszcze były miękkie gąbkowe piłeczki,  i myjki, i duża niebieska piłka i piłka ubrana w czapkę, z dolepionymi oczami, nosem i uśmiechem. Fajnie było:) Teraz niecierpliwie będziemy czekać na kolejny wtorek.

Oswajanie niani też idzie nam nieźle. Dziś Truś został z nianią w domku na dwie godzinki, a mamusia poszła się rozywkować w przychodni ze zdjęciami rtg. I było OK- Trusia przywitała ninie uśmiechem, dośc szybko wzięła ją za rękę i powędrowały razem do pokoju, a tam bawiły się układankami, klockami, książeczkami. Oby tak dalej.

A na jutro zapowiadają niezłą pogodę i słoneczko nawet, więc może wreszcie pojedziemy w okolice Tyńca na koniki ze Starszą Córką- zabierzemy aparat i jak się uda zrobimy zdjęcia. Ciekawe, co Truś powie na konika. Bo ostatnio bezbłędnie rozpoznaje pieski- pewnie dlatego, że inne zwierzątka jakoś się nam nie napatoczają przed oczy (chociaż kotów na osiedlu jest tez dostatek). I na widok czteronogiego stworzenia Truś z zapałem szczeka- tak raczej po angielsku (jakby wow wow jej wychodzi bardziej niż polskie hau hau), poliglotka jedna;)

A teraz jeszcze muszę szybko iść ze Starszym Synem na poszukiwanie czerwonego krawata (!)- jest mu niezbędny na jutro do Łaźni Nowej- hmm i jeszcze coś udającego pałkę zomowca, ale z tym w CH trudniej będzie...

PS. I wróciliśmy-  z bardzo czerwonym krawatem, dżinsami i T-shirtem, a nawet pałką- w tej roli rurka kanalizacyjna;) Co prawda istniała obawa,że będziemy musieli kupic taką dwumetrową, ale szczęśliwie znalazła się tez taka w pałkowej długości.

19:43, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 18 lutego 2008
Afront

No normalnie afront mnie dziś spotkał. Dawno już nie wchodziłam na edziecko, a dziś sobie zajrzałam, bo i tak nic innego nie miałam do roboty. To znaczy miałam, ale zostałam uziemiona przez Trusię, która w ramach protestu, że nie idziemy na spacer (a pogoda mocno niespacerowa była, wiało, sypało coś śniegopodobnego i ogólnie niefajnie było), zasnęła mi na kolanach. A ponieważ Trusia jak zaśnie na kolanach w dzień jest nieodkładalna do łóżeczka i w ogolnie  nigdzie, więc usiadłam sobie z nią przed kompem, przeczytałam wszystko na zaprzyjaźnionych blogach i na tych mniej zaprzyjaźnionych też, a Trusia dalej spała. No to zajrzałam na edziecko i postanowiłam sprawdzić w kalendarzu, co też moje dziecko umieć już powinno. I tu afront- kalendarz mi zaskrzeczał- "twoje dziecko skończyło już rok- czy chcesz zmienić datę urodzenia?". No skończyło, owszem, ale żeby je tak brutalnie wyrzucać z działu "Niemowlak" do zakładki "Małe dziecko"! Przecież niedawno dopiero skończyło, a tam dzień po dniu powiadają, co też moje dziecko w danym czasie robić i umieć powinno. I można sobie sprawdzić tydzień wstecz albo tydzień naprzód- no to może ja chciałam ten tydzień wstecz sprawdzić, czy aby czegoś nie przegapiliśmy, czy zapóźnieni nie jesteśmy! A tu proszę- nie da się- chyba, że datę urodzenia sobie zmienimy. A jak nie to won z "Niemowlaka" do "Małego dziecka".
Aż mi się smutno zrobiło- bo niby wiem, że niemowlak domowy mi już się skończył, ale żeby tak od razu "małe dziecko". Może jakiś etap przejściowy- mowlaczek, półniemowlak, osesek wyrośnięty... No i w końcu się popłakałam, że mi tak szybko niemowlaczek wyrósł z niemowlaczka:(

A tak mi właśnie Trusiek wyrósł przez cztery miesiące pisania bloga- górne zdjęcie z 2 listopada, a dolne z dzisiaj.

A to zdjęcie dla Taluli specjalnie- drugie zdjęcie dla Taluli będzie, jak zakupimy różowy bodziak i jak się troszkę cieplej zrobi;)

A wracając jeszcze do weekendowej imprezki- oprócz tortu dla Trusi był też drugi torcik- obiecany mi przez Starszą Córkę prezent-tort urodzinowo-imieninowy. Nazywał się on tort dobosza i prawdziwa była owa nazwa- można na nim było werbelki wygrywać;) Ale to trochę przez to, że zostawiłam go na noc na powietrzu i wysechł odrobinkę. Mimo to był bardzo smaczny- słodki jak ulepek, ale do niesłodzonej herbatki w sam raz:)

I jeszcze Truś z ukochana siostrą, czyli moje dwie dziewczynki:) Z tyłu trzecia "dziewczynka" domowa, czyli Klucha, poduszkę udaje.

I Truś edukujący się edukacyjną zabawką- niestety wciąż nie nastąpił u Trusia etap składania i budowania. Na razie ciągle jest na etapie burzenia i rozrzucania:( Na etapie składania za to jest mamusia;)

20:21, dsmiatek
Link Komentarze (7) »
 
1 , 2
Archiwum