RSS
środa, 18 lutego 2009
Czas na ferie

Żegnamy się chwilowo- na jakieś póltora tygodnia pewnie. W piątek wieczorem wyruszamy ze Starszą Córką na narty w Dolomity. Mam nadzieję, że wrócimy wypoczęte, niepołamane i zadowolone.

A wczoraj Trusiek udał sie do swojej pani doktor- w celu zbadania i orzeczenia chora li Córka czy zdrowa, a przy okazji dokonania bilans Dwulatki. Oględziny wykazały, że właściwie niezbyt chora, pani doktor zapisała różne "czary-mary" na poprawienie Trusiowej odporności, osłabionej przez ospę- Bioaronu C Córka jednak nie chciala spróbować (domieszalam do soczku, więc wypiła, ale dziś rano przejrzała podstęp i pilnowala, coby do jej soczku niczego nie dolewać), za to Immunit wzbudzil jej entuzjazm- chwaliła się: "tabetki zieby łykałam mamusia kupiła z Tlusią". I dziś rano grzecznie zawartość kapsułki spożyła. Bilans wykazal zaś, że Trusi przybyło na długość jakies dwa centymetry od ostatniej bytności u lekarza, ale jakby ubyło jej dekagramów- szczęśliwie nie wygląda na wychudzoną, więc  wpanikę nie wpadam. Po wizycie u pani doktor udałyśmy się do apteki, coby zakupić przepisane medykament, czyli ów Bioaron własnie, Immunit i jeszcze kropelki z biodacyną do ślepków- kropelki zostały natychmiast oprotestowane. Na pocieszenie zakupiła sobie Trusia nową szczoteczkę do zębów. Po drodze nawiedzila też swój ulubiony sklep zwierzątkowy, w którym dawno już nie była. A tam zakupiła "kośtećki" dla piesków, podziwnęła koci żwirek ("Nie ma łopatki w źwilku, gdzie jeśt łopatka? O jeśt na oblaźku."), pooglądał ryby ("boim lyby, glyzie lyba"), popatrzyla na króliczki ("A po cio nie ma klólićka na dziewku? O, śpiły klólićki.") Natrafilyśmy też na małe żółwiki czerwonolice i na kraby, ale Trusiek podszedł do nich zdecydowanie bez entuzjazmu. Coś mi się Córcia bojaźliwa jakaś zrobiła. Ale może to taki wiek... Potem w domu opowiadała Buni, co w sklepie widziała. "Boiłam dziówia się i klaba boiłam"- "A jaki to był żółw, pływający w wodzie czy chodzący"- pyta Starsza Siostra. "Dzów chodziący po wodzie był. Klab na dziewie pływał". Podziwnęła też Trusia psie i kocie zabawki, pomacała i zapytała "A po cio nie piścią ziabawki?" Bo teraz na topie jest pytanie "a po cio?"- nie dlaczego, tylko a po cio wlasnie. I jest "A po cio klęciś kielownicią? A po cio kluciki maś? A po cio śłuchaś Tlusię śłuchawećką pani doktol?".
Po powrocie z apteki do domu zastała Trusia paczkę urodzinową od Nulkowej Rodzinki. Ogromnie się ucieszyła- to już druga w tym tygodniu, pierwsze były puzzle od Taluli. Natychmiast zabarła się za rozpakowywanie, pytając "Od ciego jeśt plezient dośtany?". Teraz Trusiek dysponuje całkiem pkaźną zastawą stolową i może już zapraszać gości na herbatkę ;) Ewuniu- bardzo w Truśkowym imieniu dziękuję:)
Bystrzak zauważył mnie, skrzętnie notującą na karteczce jej wypowiedzi- taki mam sposób, żeby nie zapomnieć, a i tak mnóstwo kwiatuszków mi umyka. Jak przyuważył, to postanowił sprawę wybadać- "Cio to pisiowaś na kaltećce?".

A teraz "pisiowam" ostatnie już zdanie tego wpisiku i odmeldowuję się na jakieś 10 dni. Za Truśkiem już tęsknię, chociaż jeszcze nie wyjechałam. Ale chwila oddechu bardzo mi się przyda, bo dostaję zadyszki od życia w zbyt szybkim tempie.
Zatem do zobaczenia/napisania/usłyszenia w marcu:)

19:45, dsmiatek
Link Komentarze (8) »
poniedziałek, 16 lutego 2009
Biedny buntownik

Szkoda mi mojej zbuntowanej dwulatki. Z tego ciągłego "nie" "nie ciem" nic dobrego dla niej nie wynika. Dziś na przykład postanowiła się zagłodzić, na wszelkie propozycje jedzeniowe reagowala głośnym wrzaskliwym "nie" i podkówką na buzi. I stawała się coraz bardziej wredna i nieznośna. Był już moment, kiedy zmęczona pracą i domowym piekiełkiem tworzonym przez Buntownika oraz wtórujących jej w wredności braciach, miałam ochotę na ucieczkę. Ale poszłam po rozumek do głowy, wykopałam ze wspomnień podobne wredności u dzieci starszych i zaproponowałam kaszkę. Kaszka szczęśliwie została zaakceptowana, ale w buteleczce- no trudno :( Po wydudlaniu butli humor dziecku wrócił, wredność minęła, uśmiech pojawił się na buzi. I znów miałam w domu szczęśliwego, radosnego Dziecia. Co prawda zasmarkanego, kaszlącego i z zaropiałymi oczkami (dziś rano tak się jedno skleiło, że Trusiek nie potrafił go otworzyć i dziwowal się, że "oćko się ziepsiuło"), ale jednak z uśmiechem na buzi. Skąd więc była ta wcześniejsza wredność- ano z głodu. Cóż, nawet Dwulatek potrafi się zagłodzić dla idei, nie trzeba być nastolatką z anoreksją.

A jutro idziemy do naszej pani doktor, bo straciłam już cierpliwość do tego chorowania!

Bardzo wszystkim dziękujemy za urodzinowe życzenia:) Fajnie jest mieć tylu przyjaciół :)

21:46, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
niedziela, 15 lutego 2009
Jak spędziliśmy urodzinowo-walentynkowy weekend

Urodzinki minęły spokojnie w rodzinnym gronie. Przyjechała do nas Babcia- Trusiek radował się już na sam babciny przyjazd. Prezent- serwis do kawy/herbaty- wzbudził jej ogromny entuzjazm- w końcu wspiera to jej ciągłe "kulinarne" zainteresowania. Pozostałe dwa upominki też były trafione- Trusia zyskała lalucię, z którą moze się kąpać, którą może karmić butelką i wysadzać na nocniczek. I tak się wysadzały parę razy- z sukcesem :) Cymbałki to też było to, co Trusie lubią.
Najfajniesza jest jednak świadomość, że gdyby dostała tylko tabliczkę czekolady, albo kolorowankę, to jej radośc byłaby tak samo duża. To jeszcze ten cudowny wiek, kiedy czlowiek cieszy się wszystkim, co dostanie, z entuzjazmem podchodzi do każdej nowej rzeczy. Oby trwało to jak najdłużej.


Zapoznanie się z prezentem numer 1


Odkrycie lalusi


Cymbałki

Dmuchanie świeczek odbyło się dwukrotnie- raz w dniu urodzin, a drugi w trakcie śniadania dzień po- świeczki zostały usadowione na urodzinowym serniku, upieczonym przez Starszą Siostrę- pyyycha, Bogna właśnie stwierdziła, że zamknie resztę przede mną gdzieś na klucz, bo gotowam jeszcze całość skończyć już dziś.


Świeczki number 1


I świeczki number 2

Truśkowy komentarz- "wybuchałam świećki" "buzią wybuchałam, nie ląćkami"


Wczoraj wieczorem odkryłam w naszym łóżku ułożoną na mojej poduszce i przykrytą moją kołderką Trusiową lalusię- uprzednio dokładnie przez Trusię wykąpaną i wysuszoną suszarką. Wcześniej lalusia przy pomocy Trusi obeszła nas wszystkich z rytualnym cowieczornym "buzi". A dziś rano Trusia z zapałem na "piwijaku" próbowała zalożyć lalusi pampersa, własny bodzik i skarpetki.


A za oknami napadało nam mnóstwo śniegi i wyrósł nam ogromny bałwan. Trusiek co prawda wciąż nie do końca zdrowy, kaszle, ma katar, a do tego jeszcze zapalenie spojówej się przyplątało, ale nie ma gorączki, więc zabrałam ją na trochę na sanki. Bardzo się jej podobało, najbardziej jednak możliwość wlezienia w śnieg po kolana, a nawet po pupę. A dziś dzielny Tatuś zabrał Córkę na spacer w wózku- długo nie mógł ochłonąć, tak się zgrzał, usiłują przeciągnąć wózek przez zaśnieżone chodniki.

Ogólnie było miło, chociaż znów słówko "nie" zdecydowanie dominowało. "Nie psiewijaj", "nie ciem pić sioćku", "nie ciem silopku", "nie klopelki", "nie łowimy Tlusi z kąpieli", "nie głosiosia (łososia)". Zapaliło się jednak światełko w tunelu- Córka nie zapomniala tak do końca slowa "tak"- zgodziła się z wielkim entuzjazmem na wspólną z Babcią podróż do NY, samolotem. Chyba całkiem serio o tym myśli. Tym bardziej, że miala wczoraj okazję pogadać z wujkiem i Zenusiem na skype.

Jeszcze jedno zabawne zdarzonko wczorajsze mi się przypomniało. Po kąpieli Trusiek zwykle ląduje na przewijaku położonym na pralce, a stąd bardzo łatwo sięga się jej po rozmaite rzeczy leżace na półeczkach nad pralką. I tak zapoznaje się z maminymi balsamami, bratowymi golarkami, nożyczkami do paznokci itp., w tym także podpaskami. Wczoraj dopadła wkładkę, nie dała jej sobie odebrać, a w pewnym momencie popędziła do zlożonej gorączką i cierpiącej Starszej Siostry z propozycją "cieś Bunia małą pieluchę"- tłumaczenia, że Bunia niekoniecznie chce "małą pieluchę" jakoś jej nie przekonały i koniecznie chciała nią Bunię uszczęśliwić.

A z naszych Walentynkowych planów- cóż, Starsza Córka wygoniła nas do kina. Film nie był Walentynkowy- "Benjamin Button"- nie polecam na romantyczny wieczór, spłakaliśmy się obydwoje. ja już jestem za stara na takie wzruszenia. Trzeba było iść na "Konia trojańskiego", albo na wymyślone wczesniej "Jeszcze dalej niż północ". Ale film piękny...
A naszemu wyjściu towarzyszyło łzawe "mama, nie idź do kinu"...

22:15, dsmiatek
Link Komentarze (3) »
Dwa lata i jeden dzień

Kochana Moja Córeczko.

Dwa lata i jeden dzień temu pierwszy raz na siebie popatrzyłyśmy. Przez te dwa lata i jeden dzien co rano i co wieczór dziękuję Bogu, że jesteś. Moja śliczna, mądra Dziewczynka- lepsza niż mogłabym sobie wyobrazić. Kochałam Cię, zanim zaistniałaś i z każdym dniem kocham Cię bardziej. Codziennie mnie czymś zaskakujesz, codzienie uczysz mnie czegoś nowego i sama codziennie poznajesz nowe rzeczy.

Zosiu-Gertrusiu moja, z okazji Twoich drugich urodzin życzę Ci, żeby świat nie zawiódł Twojej ufności, żeby w pobliżu zawsze był ktoś życzliwy, żebyś co rano budziła się z uśmiechem i z uśmiechem zasypiała. Tyle jeszcze przed Tobą wspaniałych odkryć, tyle nowości do poznania. Ucz się życia i świata bezpiecznie, z entuzjazmem, ciekawością. Naucz się odróżniać dobro od zła i wybieraj dobro.

Skarbie Mój, Radości Moja- bądź zdrowa, bądź radosna, bądź dobra.

Kocham Cię.

D.

PS

Taka byłaś przed rokiem :)

21:42, dsmiatek
Link Komentarze (4) »
środa, 11 lutego 2009
Moje dwulatki

Ponieważ Walentynki już tuż tuż i lada moment Trusiek skończy kolejny roczek, postanowiłam pozbierać sobie swoje dwulatki do kupki i przypomnieć sobie, jacy byli. Proszę, oto rezultat przekopywania albumów ze zdjęciami:

Dwuletnia Bunieczka- widać, że była najbardziej włochata, też taka jak Trusia uśmiechnięta i gadulska. I rezolutna- co najmniej tak samo, a nie wiem, czy nie bardziej nawet. A teraz moja dorosła Starsza Córka właśnie zakończyła sesję i udziela się towarzystko. I tylko patrzeć, jak nam z gniazda wyfrunie...


Pawełek-dwulatek- włochatością przypominał Trusię, ale nigdy mu się grajcarki na potyliczce nie pojawiały. Raczej nie gadał tak jak ona. I mniej radosny był, nie tak śmiały, bardziej "wycofany". Teraz całkiem nie przypomina siebie sprzed 16 lat. W tym roku skończy "magiczną" osiemnastkę. I skrzydełkami też już mocno macha, gotując się do wylotu...


Wojtuś- w drugim roku swojego życia bardzo chorował i to widać na zdjęciach. Buźkę ma najdrobniejszą, włosków mało co. Ale też był z niego całkiem śmiały chłopczyk- pamiętam, jak na wakacjach na Kaszubach co rano ordynował "mońki dajaj, kolę kupić" i maszerował do ośrodkowego sklepiku kupić ową kolę albo gumy-mamby (matko, i ja na to pozwoliłam! zgroza!- nie na maszerowanie do sklepiku, bo to było pod kontrolą, tylko na tą kolę i mamby- horror!). Główką nie sięgał do lady, wyciągał więc tylko małą łapkę z pieniążkiem i powiadał "mońki mam, kolę kupić ciem".


I Trusiek-rezolutek, mądralka moja najkochańsza, rozgadana przez dzień cały, uśmiechnięta, wszędzie jej pełno. Pomocna niezwykle- dziś postanowiła nawet samodzielnie pranie nastawić, co skończyło się odkurzaniem łazienki z proszku. Kibelek też dziś umyła- dumna z siebie była bardzo, chwaliła się "ściotką Tlusia kibelek umyła"- ano, potem mamusia podłogę pościerała i było OK. Do piwnicy się też dziś samotnie wybierała- zwykle w ciągu dnia nie przekręcamy w drzwiach klucza, ale pewnie teraz będzie trzeba to robić. Trusiek z podłogi do klamki nie dosięgnie jeszcze, ale główka pracuje- wdrapała się na stojącą niedaleko drabinkę i usiłowala klamkę otworzyć- zastała nakryta na gorącym uczynku, ku swemu wielkiemu niezadowoleniu.
Pomalutku oswaja się z nocnikiem, nawet sa pory, kiedy bardzo lubi na nim zasiadać i potem podziwiać "swoje dzieło" w postaci pięknego siusiu. Owe "dzieło" podziwiać muszą też pozostali domownicy- parę dni temu porwala nocnik i popędziła z łazienki do pokoju- po drodze oczywiście się potknęła i zawartość wylądowała na podłodze. Ale kto by się na nią gniewał.
A jak mówi "lubim mamusiećkę śwoją, moja mamusiećiuśka kochana, ślićna, chcieś mamo Tlusię śwoją kochaną, tuliś"- od razu wiosna w serce wstępuje:)


W czapce Starszej Siostry.


Dowód na "pomocność"- z Tatusiem naprawia stary mikser- mikser o wartości muzealnej, stuknęło mu już chyba 21 latek co najmniej. Dla Trusiowego Tatusia ma on oprócz muzealnej także sentymentalną wartość, więc koniecznie starał się go zreanimować. Po reanimacji mikser odżył, a nawet jakies efekty świetlne produkował w swoim wnętrzu- Mąż jednak twierdził, że to normalne, po prostu szczotki takie iskry produkują, jak się o siebie trą. Hmm, wcześniej nie produkowały. Czyżby reanimacja aż tyle energii im dostarczyła, że iskrzą...

Zajęcie ulubione, czyli wybebeszanie zawartości rodzicielskich portfeli- tym razem Tatuś nie upilnowal swojego.

Urodzinki zbliżają się zatem szybciutko, tymczasem plany kinderbalowe raczej oddalają :( W domu zarazka panuje. Ospa co prawda juz nas opuściła, na Truśku pozostało jeszcze tylko kilka strupków, po weekendowej gorączce też szczzęśliwie śladu nie ma, za to nabyliśmy kaszelek i kolejną edycję kataru. Katar w zasadzie tak bardzo Truśki nie męczy, kaszel też jest do wytrzymania- niestety w nocy jest gorzej, wczoraj biedny Truś tak się rozkaszlał, że aż zwymiotował i trzeba ją było przebierać. Bidulka była jednak taka śpiąca, że się na to przebieranie nawet nie obudziła. Oczywiście spała z nami- wolalam ją mieć w pobliżu, na wypadek gdyby podobny incydent miał się powtórzyć.
Dodatkowo Ciech wczoraj i dziś miał gorączkę, Paweł kaszle, Bunia narzeka na gardło... Zaraza jakaś.
Ale nie martwcie się, imprezkę przełożymy na imieniny- będzie maj, słoneczko, cieplutko, choroby pójdą precz. Zapraszamy już teraz wszystkich chętnych na Trusiowe imieninki.

 

 

22:25, dsmiatek
Link Komentarze (9) »
poniedziałek, 09 lutego 2009
Rozmówki

Czytamy książeczki. Na obrazku Trusia ma wytropić ślodkie i slone rzeczy do jedzenia. Ze słonymi nie ma problemu- "lybka jeśt śłona, flytki sią śłone, kiełbaśka, sielek". A co jest słodkie? Cisza. No to może inaczej: jakie są lody?- "zimne", a truskawki?- "śmiaćne", a cisteczko jakie jest?-"doble", a czekoladka?-"nie ma ciekoladki, śkońciła, idziemy kupić do sklepu" :)

Inny obrazek, na nim zwierzątka- lew, żyrafa, krab, lis...Trusia się przygląda i powiada "uwaziamy na lewa i na klaba". A dlaczego uważamy na lwa i kraba? Co takiego robi lew? "Uaaaaa" A krab? "ścip ścip" :)

Na cmetarzu w niedzielę szukałyśmy ptaków- bo już tak wiosennie spiewają. U nas pod domem tylko harpie w postaci gołębi, gawronów, kawek i mew- małych, śpiewających ptaszków jakoś nie ma, pewnie harpie przegoniły. A na cmentarzu ćwierkają aż miło. W pewnym momencie na kamiennym krzyżu przysiadła niezwykle fotogeniczna sójka, którą Truśka podziwiała dobrą chwilę. Koniecznie chciała też zobaczyc sikorki, ale te kryły się gdzies na wyższych drzewach. W drodze powrotnej Trusiek opowiadał swoje wrażenia: "Siófka była u Ciśka, siedziała siófka na ksiziku, nie śpiewała. A sikolećki nie było, śchowała sikolećka."

I jeszcze wieczorna propozycja dla jamników- "będą śpiewać psi kolędy". Może lepiej, żeby "psi" jednakowoż nie śpiewały...

A jutro, jak się już żadna inna zaraza (tfu tfu przez lewe ramię) nie przyplącze idziemy wreszcie do cioci Ani i do dzieci. Trusiek już się doczekać nie może.

 

19:17, dsmiatek
Link Komentarze (1) »
piątek, 06 lutego 2009
Imieniny

Zamówiłam sobie taki prezent na urodziny- wyjście z Mężem bez dodatków w postaci dzieciąt- do kina (nawet wynalazłam francuską komedię z gwiazdkami pięcioma, bardzo odpowiednią na krakowską aurę. A po kinie kolacja- może być sushi na Dietla albo ryby w Farinie. Ale tydzien temu się nie dało- zamiast były aniołki- też fajnie. Wyjście prolongowałam na imieniny. Tymczasem imieniny nadeszły a wyjścia jak nie było, tak nie ma. Aura w Krakowie jeszcze gorsza, mgła wokół, wilgoć i zimno przenikliwe- błeee. Ale Stare Miasto w tej mgle naprawdę magicznie wygląda, więc wyprawa na Rynek, a potem do Arsu na moja komedię plus kolacja- czemu nie.
Ale Córka młodsza, zazdrosna niezwykle o maminy czas, względy i uwagę, postanowiła zaraz rano udać piecyk, żeby się rodzicielka przypadkiem nigdzie z domu po południu nie ruszyła. I zamiast miłego sam na sam z Mężem rano była praca na TK- jedno badanie za drugim i telefon za telefonem- jak to w piątek, wszystko na wczoraj. Potem załamka stanem skrinningu mammograficznego w przychodni, która o ten skrinning zabiegała od kilku lat i wreszcie zdobyła, a ja miałam u nich owe MMG opisywać. Tymczasem internet tylko w rejestracji- a dla opisującego lekarza niet, ankiety z 2005 roku plus niepotrzebne zupelnie dwa kolejne papierki, dane pacjentek do SIMP-a nie wpisane, loginów i haseł do SIMP-a brak, bo nikt nie wpadł, że będą potrzebne. Potem góra zdjęć w przychodni- zastępstwo za osobistą przyjaciółkę, bo dziś nie mój dzień był. I przez cały czas ani chwili na przekąszenie czegokolwiek i telefon do domu, czy Trusiek dalej piecykowaty czy po Ibufenie schłodnial nieco. Po powrocie do domu "wypaśny" imieninowy obiad w postaci kaszy gryczanej i sadzonych jajek oraz osobista Przytulanka uwieszona u szyi i talii, cieplejąca coraz bardziej. Po kolejnej dawce Ibufenu Przytulanka się ożywiła do tego stopnia, że nawet "alobik" ćwiczyła- trzeba by film z tego nakręcić, tylko kamery w  domu brak, wypasny aparat mężowski filmików nie kręci. A ona takie fajne pompki i przysiady odstawiała, i brzuszki- boki zrywać. I jeszcze tak cudnie nazwy przekręcala- ale z braku kartki na podorędziu i wobec konieczności podziwiania owego "alobiku" nie zdołałam zapisać tego słowotwórstwa i poszło w zapomnienie :( Energii jej jeszcze wystarczyło na burzę morską w wannie- matka i okolica schlapane wodą, a dziecko ścieszone jak rzadko.
I cóż, wieczór nadszedł, Rybka została spławiona, miejmy nadzieję, że gorączka nie powróci. Bo poza nią i niewielkim katarem oraz szczątkową ospą nic się Truśce nie dzieje. A wokół tyle dzieci chorych, wpadających z jendej infekcji w drugą, w zapalenie płuc, kaszlących nieustannie. A mój Trusiek tak się fajnie trzymał zdrowiutki, ze tylko pozazdrościć. I co, gwarancja miałaby się skończyć? Poza tym, chorowanie oczywiście MUSI zacząć się w piątek, coby w razie czego przez weekend trudniejszy był dostęp do pediatry. Bo rodzinnym w dyżurnych przychodniach to ja w większości nie wierzę. A w moim szpitalu pediatrów nie ma. Chociaż nie, są neonatolodzy, jednego co najmniej znam- no, jakby co, śiwatełko w tunelu... I z życzeń imieninowych wykluło się takie- żeby Trusiek przestał gorączkować i juz całkiem ozdrowiał. Żeby mógl sobie na spacery wreszcie wychodzić, bo całkiem jej już bokiem wychodzi to dwutygodniowe prawie siedzenie w domu. Biedna Mała :(
Z ewentualnych okazji "wyjściowych" pozostały mi juz tylko Walentynki- ale to przecież Trusiowe święto. No to może Dzień Kobiet...

Irokezika żeśmy postawili wczoraj.

22:32, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
środa, 04 lutego 2009
Nie-anioł

Na początku będzie o tym, że Trusia nie-anioł jest ostatnio. Oj nie. Na dokładkę nie-anioł o zapędach władczych, powiedziałabym nawet, że monarchistycznych. Pewnie stąd sie jej to wzięło, że ją "moją królewną" nazywałam. no i nawarzyłam sobie piwa.
W ramach swoich rządów w domu Trusia przestawia wszystkich po kątach, a Matkę swą zwykle usadza "choć do pokiku mamusia, na foteliku usiądź, citać będziemy". No i nie ma sprawy, możemy czytać, ale nie całe popołudnie i wieczór. Kiedyś trzeba coś zrobić, choćby herbarty się napić. I wtedy zaczyna się ryk. Wczoraj Trusiek stał na skraju dywanu w pokoju i wył, wrzeszczał, zalewal się łzami- "choć mamusia do lusi, do pokoiku choć". Sąsiadów widać w domu nie było, bo gdyby byli, to na pewno wezwaliby jakieś służby mundurowe, dziecięcych ratowników czy inne towarzystwo opieki nad męczonymi mowlakami. Ja starałam się być twarda i nie ulegać wrzaskom, czego pilnowała Starsza Córka, co jakiś czas spoglądając na mnie groźnie, jak wstawałam z krzesła, żeby zajrzeć, jak tam wrzaskun się miewa. Miewał się całkiem nieźle, głosu nie tracił, a łez wcale tak znowu wiele nie ronił. Wabiłam wrzaskuna, coby przyszedł do nas, ale za nic nie chciał, nawet jakby wrzaski wzmagał. Trwało to jakieś piętnaście minut chyba. W końcu Starsza Siostra nie wytrzymała (potrzebowala jednak względnej ciszy, bo się do kolejnego w tej sesji egzaminu uczy) i przytargała Wyjca. A Wyjec łezki nieliczne otarł, do Rodzicielki się przytulił i zamilkł. I po co było tak wyć????

Zrobiłam sobie wczoraj zapasik nagród i "ostatnich deseczek ratunku" na wypadek gdyby okazały się niezbędne. Zakupiłam mianowicie całą kupkę książeczek z naklejkami. Przy okazji są to też i kolorowanki, ale ta druga czynność ostatnio Trusię mniej zajmuje. Za to naklejanie i owszem. Mam więc zakamuflowane książeczki i w razie konieczności nie zawaham się ich użyć;) Posiadam też zapasik czekoladek kinder. Cóż, wychowanie Trusi bez słodyczy nie powiodło się. Stała się wielką miłośniczką czekolady oraz rozpuszczalnej gumy do żucia. Oczywiście nie pasę jej tą czekoladą codziennie, staram się, żeby jadła słodycze jak najrzadziej. Nawet te "nasze" zmieniły miejsce zamieszkania z szafki na dole na najwyższa półkę, coby się w oczy i łapki nie rzucać. A Trusia co jakiś czas wabi: "Pójdziemy do śklepu ciekoladkę kupić Tlusi. Choć mamusiu, z Tlusią pójdziemy do sklepu." I wtedy czary mary czekoladka się znajduje- oczywiście przy akompaniamencie zapewnień, że jest tylko ta jedna, że więcej nie ma. Wtedy Trusia zapowiada "jutlo pójdziemy kupić nową ciekoladkę, z Tlusią pójdziemy". A jak ona tą czekoladkę je- trzyma batonik przez papierek w dwóch paluszkach, odgryza po małym kawałeczku, jak dojdzie do papierka prosi, żeby czekoladkę dać jej do rączki, wtedy zjada ostatni kawałeczek. Przeważnie jej to wystarcza- jak nie widzi, że jeszcze jakieś batoniki zostały. Najtrudniej ją oszukać jak faktycznie do tego sklepu idziemy i kupujemy małe pudełeczko kinderków- siedzą tam cztery batoniki, Trusiek wydłubuje jednego, a ja chowam natychmiast resztę i idę w zaparte, że tylko tyle było w pudełeczku. Na razie mi wierzy na słowo...
Zamiłowanie do rozpuszczalnych gum też chyba po Ciechu odziedziczyła. Nawet nie wiem, skąd się jej wzięły te gumy, bo z własnej woli jej ich nie kupiłam. Ale wynalazłam takie w aptece, co to niby z witaminami są, więc od czasu do czasu takowe zakupujemy i też oszukujemy, że w opakowaniu tylko jeden listek się znajdował.
Jakoś żadnego dziecka nie udało nam się bezsłodyczowo wychować. A takie piękne założenia mieliśmy na początku, coby Buni słodyczy nie dawać, herbatki nie słodzić. I nie robiliśmy tego, aż pewnego dnia ktoś jej pierwszą czekoladkę zapodał. Z Bunią było łatwiej, bo jedna była. Z Trusią zdecydowanie gorzej- trzeba by samemu slodyczami się nie opychac na widoku i innym tego zabronić. Na szczęście Truska w nałóg jeszcze nie popadła. A Ciech ptasie mleczko spożywał ostatnio kryjąc się na swoim piętrowym łózku lub ukryty za monitorem.

A my z Bogną zamiast do Kronplatz jedziemy do Cortiny. Mam nadzieję, że tak już zostanie i faktycznie pojedziemy. A to już całkiem niedługo. Przed nami jeszcze dwa i pół tygodnia, a w nich cztery moje dyżury, imieninki- tez moje i Trusiowe drugie urodzinki. Mam nadzieję, że ospa całkiem precz pójdzie (dziś znalazłam jednak nową krosteczkę na rączce, czyli wciąż potencjalnie zarażamy) i uda nam się urządzić małą imprezkę.

23:16, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
wtorek, 03 lutego 2009
O szkodliwym wpływie książek

Ano, właśnie o tym między innymi będzie. O szkodliwym wpływie lektur mowlaczych na Mowlaka. A konkretnie o szkodliwości Maksa. Ksiązeczek o Maksie posiadamy kilka- nie wszystkie z seri, ale większość. I czytamy je co najmniej kilka razy dziennie, jeśli Pasia do południa robi to samo, to zbierze się kilkanaście. Lektura ta musi więc wywrzeć swój wpływ na Trusiaka. No i zauważyłam, że wywarła. Już wiem, skąd się wzięło zaproszenie Krokieta do kąpieli opisane w poprzedniej notce. A dziś były kolejne propozycje:
"Choć Klucha, do woźka Tlusia Kluchę wsiadzi, będzie wozić wóźkiem"
"Maś Klucha noćniciek, siadaj na nocnićku Klucha"

Ci, co też czytają Maksa, wiedzą o jakie scenki chodzi. A słówko "głupi", które się w co drugiej książeczce pojawia cenzuruję- Trusia na szczęście jeszcze nie potrafi czytać ;)

Do zabawy zaproszona została dziś nie tylko Klucha. Trusia została na godzinę z Bogną i koniecznie namawiała ją, żeby wsiadła na Trusiowe autko. Bogna tłumaczyła, że nie może usiąść na autku, bo jest za ciężka. Wtedy Trusiek wyciągnął łapkę, udał, że bierze do niej Bognę i taką wyobrażoną posadził na autku i woził. Potem bawiły się w sklep, tzn. Trusia chowala się w szafie, mówiąc, że idzie do sklepu zobaczyć białe króliczki i kupić czekoladkę. Potem wzięła z autka niewidzialną Bognę, "schowała" ją w szafie- "telaź Bunia pośła do śklepu".

W kąpieli ulubioną ostatnio czynnością jest spożywanie coli i chipsów. Truśka siedzi w wannie, "bierze" w paluszki "szczyptę" wody oświadcza "jem cipsi", potem z kubeczka udaje (czasem nie udaje, niestety), że pije, mówiąc "kolę pijem". Miłośc do coli i chipsów musi być genetycznie uwarunkowana chyba (chociaż raczej niegenetycznie, może mutacja jakaś, bo ani ja ani P. za tego typu strawą nie przepadamy). Albo to Ciech (główny colowo-chipsowy miłośnik) Truśce do ucha wszeptuje, że Cola i chipsy to delicje. W formie zmaterializowanej ani jedno ani drugie w naszym domu nie gości za często.

Wczoraj z kolei Truśka zastała na chwilę sama z Pawłem, który musiał ją przewinąć. Oświadczył jej, że idą się przewijać, na co Trusia uprzejmie zapytała "maśkę Pawełek ubiezie?". Tym razem miało się obyć bez maski. Lekko zawiedziona spytała "lękawićki ubiezie Paweł?". Było bez rękawiczek, bo pielucha była tylko przesikana, bez zawartości dodatkowej. No nie mogła się Trusia nadziwić, że Starszy Brat przewija ją tak calkiem bez dodatkowych akcesoriów. Albowiem maska przeciwgazowa (taka, jaką sie na lekcjach PO uczyło zakładać) i gumowe rękawiczki stanowią niezbędne oprzyrządowanie przy przewijaniu Trusi z kupy. Przez Pawła li i jedynie. Inni nie posiadają takich masek ;)

Wieczorem zadała Trusia Tatusiowi taką oto zagadkę sprytną:
"Cio jeśt w biuśtonosiu i cielwonej bluziećcie mamusiowej?"
Tatuś powinien wiedzieć, ale odpowiedzieć nie zdążył, bo sprytna Trusia natychmiast sama odpowiedziała:
"Mleciuśki kochane mamusi śwojej."
Ciekawe, kiedy ona o tych "mleciuśkach" mówić przestanie? Tatuś miał nadzieję, bo po tygodniowym odwyku w czasie zimowych ferii. Tylko, że odwyk stanął pod znakiem zapytania- dzieś zadzwoniła pani z biura podróży z widomością, że nasz wyjazd został rzekomo odwołany z powodu braku wystarczającej ilości chętnych. Dziwne to, bo trudno nam było znależć wolne miejsca gdzieś w Dolomitach w tym terminie już parę tygodni temu. Co prawda dwie godziny później zadzwoniła ta sama pani, że mają inną propozycję, więc może jednak pojedziemy. Oby, bo wyrzuty sumienia już we mnie zelżały i zaczęłam się cieszyć na wspólną wyprawę na narty ze Starszą Córką.

Plujemy "colą"

a potem samodzielnie polewamy sobie główkę- taka była dumna, że jej się udało. "Siama Tlusia główkę umyła siobie".

21:53, dsmiatek
Link Komentarze (5) »
niedziela, 01 lutego 2009
Powoli kończymy z ospą

Ospa pomalutku nas opuszcza-przynajmniej taką mam nadzieję. Nowe krostki już prawie się nie pojawiają, a jeśli nawet jakieś pojedyncze wyskakują, to malutkie i chyba zdecydowanie mniej swędzące, bo Truś się już tak nie drapie. Ale AAK niestety w najbliższy wtorek jeszcze sobie odpuścimy- raz żeby osłabiona jednym wirusem Trusia nie podłapała czegoś nowego, a dwa, żeby przypadkiem innym ospy nie sprzedać- bo niekoniecznie musi ich to uszczęśliwić. Basen sobotni też raczej będzie poza zasięgiem. Tymczasem biednej Truśce pobyt tygodniowy w domowym zamknięciu wyraźnie wychodzi już bokiem. Skończyły się wszystkie książeczki z naklejkami, faza na rysowanie jej przeszła, a ile można gotować... Zaczyna więc łobuzować- włazi na meble, a potem wrzeszczy "mama ściągnij Tlusię", dziś w łazience usiłowała oblać mnie wodą z kubeczka- początkowo myślalam, że tylko sobie żartuje, dopiero jak oczki jej się zwęziły, a łapka zamachnęła pojęłam, że nie są to wcale żarty. Uskutecznia jakieś koszmarne ewolucje na barierce swojego łóżeczka, boję się, że kiedyś wyląduje na głowie. Zaczęła tez dokuczać jamnikom, więc intensywnie ją edukujemy, że tego absolutnie robić nie wolno. Po prostu przechodzi sobie obok, jamnik drzmie, a Truś szczyp jamnika. Edukacja chyba pomalutku daje efekty, gdyż dziś rano, próbując ominąć Kluchę, tarasującą wąskie przejście między naszym łóżkiem aTrusiowym łóżeczkiem, zagadała uprzejmie "psieplasiam baldzio pieśkowi, Tlusia psiejśc chciała do ksiąziećki". Psy jednak słabo w tej dziedzinie wyedukowane, albowiem Klucha ani drgnęła i Trusiek musiał ją przekroczyć. Na szczęście nie wpadła na pomysł, żeby psa podeptać. Czytanie książeczek o Maksie zrodziło w Trusiowej głowie pragnienie, coby sobie jamnika wykąpać- łaziła dziś za lekko przerażonym tą perspektywą Krokietem i zachęcająco wołała: "choć na ląćki do kapieli psiak, hop na ląćki Tlusiowe".
Z tych domowych nudów rozmawia też z zabawkiami- jadąc swoim autkiem dojechała do wózka i gada: "uciekaj wóziek, psiejecham cię".

Labilna jest emocjonalnie okrutnie- wystarczy byle pretekst do zalewania się łzami, zakrywania łapkami oczek i łzawego proszenia "mama itul Tlusię". I tak przez cały weekend się tulimy- troszkę jestem tym tuleniem zmęczona i z pewną radością nawet myślę o jutrzejszej perspektywie wyjścia z domu do pracy. Ach, jak to pięknie będzie przez parę godzin nie być matką małej koali czy innej małpki. Bo Trusia w wiek skoalenia lub zmałpowienia weszła i bez przerwy się "itula" i na swej rodzicielce zawisa. Nawet spanie dzeinne w te wolne dni w ten sposób uskuteczniała. Normalnie Trusia w weekendy w zasadzie w weekendy nie sypia. Tzn. sypia w soboty po basienie na spacerze z Tatusiem, a w niedziele juz nie, bo ja jestem w pobliżu. Wcale jej zreszta takie niedzielne niespanie nie szkodzi, jest radosna i pelna energii do wieczora. Wczoraj basenu ani spaceru nie było, więc mysłalam, że spać w dzień nie będzie. Po południu jednak zasiadła mi na kolanach, przytuliła się i znienacka zasnęła. Dziś było podobnie. Widać jest tą ospą jednak trochę oslabiona... Tulenie śpiącej Trusi było naturalnie wielką przyjemnością, ale przymusowe unieruchomienie na kanapie przez godzinę już trochę mniejszą. Mam więc nadzieję, że nie narodziła się nowa tradycja...

A tak w ogóle to nam Trusia dzidziusieje- kategorycznie odmawia picia z kubeczka (co kiedyś bardzo lubiła i to nie z niekapka, tylko z normalnych "dorosłych" kubków), żąda butelki ze smoczkiem, z którą potem lata po całej chałupie gryząc smoczek ząbkami. Brrr- kombinuję, co zrobić, żeby ją bezboleśnie od tego oduczyć. Na razie poszukuje odpowiedniego nowego kubeczka, który tak ją zachwyci, że nie będzie chciala pić z niczego innego. Niestety, w obliczu ospy i niechęci do jedzenia, zapoczątkowanej jeszcze przed ospą, nie chcę stosowac żadnych drastycznych metod typu brutalne wyrzucenie buteki do śmieci. Bywa, że głównym Trusiowym pożywieniem są przecierowe soki i mleko/kaszka, a te chce pić tylko z butelki :(


Elegantka jest z niej nadal- uwielbia zakładać na siebie całą moją biżuterię i podziwaić się w lustrze lub kazać sie podziwiać innym. Mam nadzieję, że jej tak nie zostanie już do końca życia ;)


"Mama ściągaj Tlusię"- nawet z miejsca, z którego teoretycznie mogłaby się ściągnąć sama.


"Małpi osesek"

 

22:15, dsmiatek
Link Komentarze (3) »
Archiwum