RSS
sobota, 26 lutego 2011
Co w sobotę

W sobotę rano "przybył" do nas ORSUK. Po powrocie z dyżuru oczom mym ukazały się  rozsypane na stole żołędzie. Trochę zdziwiła mnie ich obecność, albowiem osobiście wyrzuciłam resztki pomarszczonych kasztanów i podobnych ususzonych darów jesieni. A tu na obrusie polegują żołędzie! Okazało się, że zimowały w kieszeni Trusiowego Tatusia, który właśnie je był odnalazł i teraz przemyśliwał, czy nie spróbować zahodować własnej dębiny. (Lasek ksztanowców mamy już na balkonie- a przynajmniej mam nadzieję, że nadal mamy, bo nie wiadomo, jak zniósł tegoroczne mrozy.)
Truśka na widok żołędzi zakrzyknęła, że niechybnie przybędzie do nas straszny i wielki zwierz, któremu orsuk na imię. Ów orsuk jest ogromny, cały zielony, bezfutrzasty, na pupie ma białą łatkę, pyszczek zakrzywiony. Przepada on na żołedziami, zjada ich więcej niż dziki, ale węszy także i poluje (o zgrozo!) na koty. Jest to najgroźniejsze ze wszystkich zwierząt lasu.
Szczęśliwie orsuk nie wywęszył naszych żołędzi i nie wdarł się do naszego mieszkania. Poszedł pewnie zapolować na nieszczęsne koty.

A po południu Trusia nagle zniknęła. Odnalazła się w szafie (widać przypomniała sobie, jak to dawniej się w niej chowała). Urządziła sobie w mojej części szafy przytulne i mięciutkie mieszkanko, w którym zamieszkiwała razem ze swoją "armią złoczyńców i rycerzy".

Wieczorem dowiedziałam się, co to jest pastorałka.
"Wiesz mamusiu, że pasterz jest ożeniony z pastorałką?"
No to mamy jasność w temacie- pastorałka, to żona pasterza;-)

Generalnie sobotę spędziliśmy w domowych pieleszach. Nie żeby specjalnie zimno czy ponuro było. Właściwie nawet nie zauważyłam, jak się pogoda przedstawiała. Źeby całkiem nie zgnuśnieć, przed południem Truśka udała się z Tatusiem na basen dla maluchów, wypróbowywać swoją piankę do pływania (mam nadzieję, że dzięki zdobytej z trudem piance, wytropionej przeze mnie gdzieś na tyłach wieszaków z nędznie reprezentowaną odzieżą basenową- bo to nie sezon przecież, jak się dowiedziałam- nie będzie tak marzła i nie powtórzą się już problemy z drogami moczowymi), a ja z Córką Starszą poszłyśmy wzmacniać głębokie mięśnie i poprawiać sylwetkę na pilatesie. Potem było już tylko domowo- troszkę sprzątacko (Trusia przed wyjściem na basen prosiła "Tylko zostaw mi mamusiu koniecznie coś do posprzątania, proszę bardzo. Jakąś podłogę do umycia mi zostaw." Dobre dziecko:), trochę kulinarnie, odrobinkę leniwie. A jutro- jutro znów opuszczam rodzinę i na dyżur niedzielny się udaję:(

Truśka w piance- prawie profesjonalny z niej surfer;-)

Licho, które wraz ze swą podejrzaną armią zamieszkało w mojej szafie.

A na deser (o tej porze to właściwie bardziej na podkurek):

 "Ojej, jakie stado wielkie jest tych muffinek. To niedobrze."
Dlaczego niedobrze?
"Bo ja ich nie lubię. Ja lubię tylko cupcake'i dla dzieci."
Ja tam lubię Montignac' owe muffinki- pachną pięknie, a w ogóle to samo zdrowie- razowa mąka, otręby, suszone owoce, jogurt...
Smacznego i dobrej niedzieli:)

22:28, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
Wiadomości narciarskie (2)

Winny jestem czytelnikom dalszych informacji jak przebiegała kariera narciarska Trusi w Dolomitach. A było tak: pierwszego dnia Truśka trzymała się raczej kurczowo rodzica podczas "zjazdu", właściwie raczej wisiała na rękach, wlokąc narteczki za sobą. Ale za to dobrze się bawiła pożerając frytki i zapewniając rozrywki w schronisku.

 

Trusia z Mamą pod schroniskiem
(Za naszymi plecami miejsce pierwszych Trusiowych narciarkich wyczynów- przyp. dsmiatek)

O proszę, tutaj to historyczne miejsce w całej krasie- dodała dsmiatek

W drodze do frytek
(Nieee, to nie była droga do frytek, to bylo już po frytkach, taniec z kijkiem do bardzo głośnej muzyki- na szczęście było to jedno z niewielu miejsc, gdzie grało tak głośno- przyp. dsmiatek)

Ale już następnego dnia ośmieliła się, jeździła lepiej (chociaż zdecydowanie preferowała trzymanie za rączki) i mogliśmy już zostać pogromcami niebieskich tras.

Wjazdy na orczyku

Dłuższe zjazdy

Niestety, na jednej z tras Trusia zobaczyłą figurę niedźwiedzia (w skali 1:1) i przeraziła się. Polały się łezki a dziecko za nic nie chciało jeździć po nartostradach w lesie. Żeby przełamać tą traumę musieliśmy wymyślić zabawę i zapanować nad niedźwiedziem.

Trusia pożera niedźwiedzia
(I wygląda jak mała purchla- przyp. dsmiatek)

Opanowanie urso-fobii polega na jedzeniu frytek w kolejności alfabetycznej: 1-sza "antrykot z niedźwiedzia", 2-ga "befsztyk z niedźwiedzia", 3-cia "cynaderki z niedźwiedzia", 4-ta "duszony niedźwiedź" ... i tak do "żeberek z niedźwiedzia". Zabawa tak się Truśce spodobała, że zawsze już frytki awansowały na potrawy z niedźwiedzia. Tylko frytek jest dużo i moja kreatywność przy drugim obiegu się wyczerpywała. Czy ktoś zna potrawę (lub część niedźwiedziny odpowiednią dla dzieci) na literę V?!! (To jedno co mi przychodziło do głowy to zostawialiśmy dla wilków;).

Pozdrawiam,

nie-dsmiatek

20:39, dsmiatek
Link Komentarze (1) »
czwartek, 24 lutego 2011
Bal karnawałowy

Dzisaij był w przedszkolu. Trusia chciała być elfią wróżka, a ja, zadowolona z tego, że cały strój mamy i niczego nie muszę wymyślać, naturalnie nie oponowałam. Zatem na balu Trusia prawdopodobnie wyglądala tak:

Prawdopodobnie, albowiem nie wiem, co ostatecznie na miejscu na siebie przywdziała. w każdym razie takie elementy stroju zostały do przedszkola zatwierdzone, a tak jak wyżej wyglądala wczorajsza próba generalna.
Przy okazji mogę zdementować rozmaite nieprawdziwe pogłoski, które krążą po bloxie na mój temat, jakobym była matką niemal idealną, wzorcową wręcz itp. Oto jak widać nie jestem, często idę po najmniejszej linii oporu, sprytnie podsuwam Córce pomysł, by zadowoliła się kupionymi wiele miesięcy temu skrzydełkami i różdżką i nie wpadała przypadkiem na pomysł zatrudnienia kreatywności matczynej w wymyślanie stroju czarnej pantery czy innych dinozaurów.
Polędwiczki w kakao i inne wykwintnie brzmiące dania rodzina też jada nie codziennie, częstokroć musi zadowolić się gotowcami lub półgotowcami.
Zatem pozbądźcie się kompleksów drogie bloxowe koleżanki;-)

21:07, dsmiatek
Link Komentarze (4) »
Wnioski na przyszłość

Konkluzja z dzisiejszego "woskowego" nieporozumienia z Trusiowym Tatusiem*:

"Ja to nie będę miała żadnego męża, jak będę duża. Bo mężowie i chłopaki tylko bałaganią. Ale będę miała swojego małego dzidziusia, małą dziewczynkę, taką jak ja. Bo dziewczynki są fajne."

* Trusiowy Tatuś przejawia niezwykłe zamiłowanie do "bawienia się " woskiem z palącej świecy. Niejednokrotnie rezultatem tych "zabaw" jest zalanie owym woskiem komody, której urody nie poprawiają kałuże z wosku, nie służy tez odskrobywanie owego wosku. Po poprzedniej "rozrywce" został nam wosk w łączeniu ścianek komody, od wczoraj mamy znów zaprąskana komodową półeczkę. Mężczyźni, jak widać, nie wyciągają wniosków ze swych działań i na błędach sie nie uczą;-)
(Chociaż P. twierdzi, że za każdym razem wosk na komodę wylał się w zupełnie innym mechanizmie.)

09:08, dsmiatek
Link Komentarze (4) »
środa, 23 lutego 2011
Pożeracz książek

Truśka kocha czytanie. Sądzę, że w rankingu na ulubione rzeczy czytanie znalazłoby się na szczycie listy. Czytami co wieczór, czytamy popołudniami. Wczoraj skończyłyśmy trzeci tom z cyklu opowieści ze Szmaragdowego Grodu, dziś stanęłyśmy przed biblioteczką w poszukiwaniu kolejnej książki. Co wybrać? Może wreszcie Muminki? Kiedyś już zaczęłyśmy, ale jakoś nie przypadły Trusi do gustu. A może Kubusia Puchatka- też kiedyś przez niego nie przebręłyśmy. Albo Alicję w Krainie Czarów, porzuconą jakiś czas temu? Paweł zaproponował "Nie kończącą się opowieść", zatem zaczęłyśmy czytanie. W trakcie Trusia powiada:
"Wiesz Mamusiu, ja mam takie marzenie, żebyś mi kupila taką książkę, która się nie kończy, taką nie kończącą się opowieść. Mogłaby być na przykład o Dorotce i Szmaragdowym Grodzie..."

Cóż, wyczytałam, że książek- opowieści z Krainy Oza powstało trzynaście. My mamy trzy, nie wiem, ile jeszcze zostało przetłumaczonych i wydanych w Polsce. Zaproponowałam zatem Trusi, że możemy się wybrać do biblioteki i zapytać, może mają tam jeszcze inne historie o Dorotce i jej Przyjaciołach i będziemy mogły wypożyczyć.
"Nie chcę iść do biblioteki. Nie lubię bibliotek (w żadnej Trusia jeszcze nigdy nie była). Bo w bibliotece się tylko książki pożycza i trzeba je potem oddać, a ja chciałabym mieć książki na zawsze. żeby je potem przeczytać jeszcze drugi raz,"

Cieszę się, że lubi czytanie. Ciekawe, czy sama też będzie lubiła sobie czytać?
Chyba wpadnę jutro pomiędzy pracami do Empiku, może coś fajnego dla niej znajdę...

23:13, dsmiatek
Link Komentarze (7) »
wtorek, 22 lutego 2011
Lodziarnia

Mimo, że za oknem siarczysty mróz i śniezek pada, a o wiośnie jedynie dłuższy dzień przypomina, zorganizowała Trusia domową lodziarnię:

Lody były, poza tradycyjnym, także w oryginalnych smakach- kapuścianym, ziemniakowym, paprykowym, marchewkowym, nawet kalafiorowy się znalazł.

Naturalnie nie zawiedliśmy Truśki, poczęstowaliśmy się lodami, a na rozgrzewkę zaserwowałam rodzinie chili con carne. Żeby witaminki uzupełnić był sok ze zmiksowanych pomarańczy i cytryn. A na deser Bunia zrobiła leguminę z manny. Czyli się objedliśmy. Jutro polędwiczki z kakao- jak kupię polędwiczki i zdążę je przetworzyć. Czasem trzeba rodzinę dopieścić kulinarnie. Zwłaszcza, że we czwartek i piątek będą raczej skazani na gotowce, bo pracuję.

Proszę, może jeszcze ktoś ma ochotę na Truśkowe lody:)

A wieczorem Starsza Córka wyciągnęła mnie na stretching, a Młodsza pożegnała takim wyciem i łez laniem, jakbym co najmniej na tydzień wyjeżdżała. Półtorej godziny później radosna pluskała się w wannie czekając na mój powrót i wspólne czytanie ostatnich rozdziałów o przygodach Dorotki w Krainie Oza.

Jeszcze winna wam jestem fotorelację z Dolomitów i postaram się ją zrealizować w najbliższym czasie- póki jeszcze nie ma mammografii i wieczory mam wolne. Może uda się też ostatni wpis z Hiszpanii uskutecznić...
Truśka chce znowu do Hiszpanii. Tymczasem wczoraj zarezerwowałam nam Chorwację na czerwiec. Truśce mówimy, że to Hiszpania (w końcu tez na "H" tylko inne troszkę), bo Chorwacja budzi w niej lęki ze względu na jeżowce. Nie żeby miała z nimi jakiś osobisty kontakt (jak byliśmy na Istrii to tatuś wyłowił co prawda jeżowca dla Trusi i przyniósł go jej w wiadereczku, ale ona raczej tego nie pamięta), ale posłyszała, że w morzu na dnie siedzą i że Ciech się na jednego płetwą nadział, zatem Chorwacji mówi stanowcze "nie". No to wersja dla Trusi jest taka, że jedziemy do Hiszpanii. A na miejscu się zobaczy...

21:57, dsmiatek
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 21 lutego 2011
Rozważania o aniołach

Dziś w drodze do przedszkola:

"Mamusiu, bo wiesz, świętemu Mikołajowi to aniołki pomagają, a nie żadne elfy. Bo Mikołaj  nie dałby sam rady zapakować wszystkich prezentów. I aniołki mu pakują. A elfy nie, bo elfy to nie mogą tak wysoko latać. Elfy mają male skrzydełka, albo wcale nie mają skrzydełek. Bo w mojej książce od babci królewna elfów nie ma skrzydelek ani bucików. Ale jak ona chodzi tak ciągle na bosaka? Nózki ją mogą boleć. To może ona jednak lata?
A aniołki. wiesz, to są ci wszyscy ludzie, co już umarli. I jeszcze te dzieci, które się dopiero urodzą. I nasz Ciszek jest aniołkiem i on tu gdzieś na pewno lata."

Jak już los tak zdecydował za nas, to dobrze jest mieć chociaż świadomość, że nasz prywatny Aniołek czuwa nad nami. Zresztą- już tak wiele znajomych Aniołów na nas czeka...

Wieczorem czytamy z Truśką opowieść o przygodach Doroty w zaczarowanej Krainie Oz. Truśka nie może się doczekać kolejnych rozdziałów, słucha z wypiekami i tylko się martwi, że jeszcze trzy rozdziały i skończymy trzeci tom. Więcej na stanie nie mamy (a te trzy, które mamy zostały nam jeszcze z moich dziecięcych lat). Po skończonym czytaniu biorę Trusię na chwilę na kolana, żeby ją na dobranoc popieścić, powdychać włoski, wtulić się w szyjkę. Przed powrotem do swojego łóżka Trusia krytycznie patrzy na zagięty róg podusi.
"Tylko proszę cię mamusiu, ODMNIJ mi tą poduszkę, bo takiej ZAMNIĘTEJ to ja nie lubię."

PS
Nasze przedszkole organizuje pod koniec marca wyjazd dzieciaków na Zielone Przedszkole, na całe pięć dni! Wysłać Truśkę, czy nie wysłać- oto jest dylemat! A może czterolatków impreza nie dotyczy i dylemat sam się rozwiąże....

21:27, dsmiatek
Link Komentarze (8) »
niedziela, 20 lutego 2011
Bezlitosna krytyka ;-)

Niedzielny ranek, około 7.30. Córka już rześka, obudzona, Matka Córki niekoniecznie, postanowiła być obudzona i w miarę rześka dopiero o 8.00. Zaciska zatem szczelnie powieki i nie reaguje na córczyne zaczepki i zaproszenia do zabawy. Po jakimś czasie zniechęcona Córka mamrocze pod nosem:
"Ale beznadziejną mamę mi ta babcia urodziła. Nic tylko śpi i śpi i nie chce się obudzić."

Co u nas w ten weekend? Oj, pracowicie było. Córka i Tatuś reaktywowali "basen dla maluchów"- w nowym miejscu, z tą samą Ciocią Rybką w roli trenerki. Szkoda im się rozstać z sobotnimi wspólnymi przedpołudniami. Co tam, niech sobie je mają ku obopólnej przyjemności.

Co jeszcze?
Ano było gości goszczenie- obie Babcie przybyły plus jeden Truśkowy kuzyn.
Było dalsze urodzin świętowanie- w końcu jak się kończy cztery lata, nie można poprzestać na dwóch zaledwie (przedszkolnej i domowej w ścisłym rodzinnym gronie) imprezach.
Było też ukulturalnianie się- w prawie megadawce, średnia została wyrobiona za parę miesięcy;-) W sobotni wieczór realizowałam swój urodzinowy prezent od Buni, czyli Mayday 2 w Bagateli. Ponieważ bilety dostałam dwa, zabrałam Męża- ubawiliśmy się do łez. A korzystając z rzadkiej okazji, żeśmy zostali wypuszczeni na wolność bez towarzystwa, po spektaklu wpadliśmy jeszcze do Aqua e vino na kolację- zapiekany serek kozi z miodem i gruszką, bruschette z pomidorkami i ulubione mężowskie carpaccio wołowe. Plus winko- mniam.
W niedzielę ukulturalniałam się z Truśką w Łaźni Nowej- tym razem na Królewnie Śnieżce. Truśka, znając treść bajki i bojąc się straszliwie złej Królowej- Macochy, przywdziała na tą okazję strój specjalny, mający na celu odczynienie uroków i odstraszenie Macochy- bo gdyby tak zatrutym jabłkiem nie Śnieżkę, a Truśkę poczęstować chciała...
W teatrze w czasie spektaklu, uprzedzała Truśka wydarzenia i jeszcze zanim chwile straszne nastąpiły juz miała szczelnie zaciśnięte powieczki i paluchy wetknięte w uszka. No i zaraz na wstępie ewakuowała się na moje kolana. Ale pierś z "odstraszaczem" wypinała do przodu, żeby się Macocha do niej nie zbliżyła. W miarę trwania przedstawienia strach Truśkę opuścił i bawiła się bardzo dobrze. A jak na koniec mogła podotykać marionetki, pogłaskać Śnieżkę, powiedzieć złej Królowej prosto w oczy, że paskudna jest i zla- oj, to zapragnęła powtórki. Niestety, Śnieżkę wystawiał gościnnie teatr z Kielc i kolejnej na razie nie będzie. Ale w marcu przed nami Calineczka i Jaś i Małgosia. Trusia już zawczasu zapowiedziała, że na Calineczkę to i owszem pójdzie bez obaw, ale na Jasiu i Małgosi będzie mi siedziala na kolanach i "odstraszacz" Baby Jagi przyodzieje.
Z teatru wracałyśmy podśpiewując sobie "bajka-niezapominajka z tobą jest".

No i jeszcze było w memory granie (Trusia dostała w urodzinowym prezencie i dręczyła kuzyna Piotrka, ogrywając go niemiłosiernie) i nieustanne Pettsona i Findusa czytanie (dwa razy dziennie co najmniej!

Kolejny "tort" zdmuchnięty- tym razem z razowej mąki, z brązowym cukrem, z jogurtową masą (która pięknie zeń spływała) i truskawkami.

Odstraszacz złej Macochy i innych czarownic

A to chyba odstraszacz złych rodziców i beznadziejnej mamy;-)

Jeszcze refleksja zainspirowana wizytą w teatrze:
"Wiesz mamusiu, ta bajka o świętym Franciszku i świętej Klarze była dla mnie ważna."
A dlaczego była ważna?
"Bo w niej było, żeby nie krzywdzić zwierząt, a to jest dość ważne."

I to by było na tyle.

18:50, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
piątek, 18 lutego 2011
Takie tam

Skąd ty mi się wzięłaś Chrupeczko, taka śliczna cała?
"No jak to skąd się wzięłam? Nie wiesz? Z twojego brzucha przecież się wzięłam."

Tajemnicze serduszko mamy (z poprzedniego wpisu), na które uczulona okazała się Trusia, było oczywiście kąpielową kostką w kształcie serca, dołączoną do mojego walentynkowego prezentu od P. Truśka, fanka wszelkich kąpielowych dodatków, koniecznie musiała je wypróbować i okazało się, że trochę piekła i swędziała ją po nim skórka. Dziś w kąpieli, wspomniawszy nieszczęsne serduszko uściśliła, na co jeszcze jest uczulona:
"Jeszcze oprócz serduszka jestem uczulona na Scooby doo, Spidermeny i Papugany (Bakugany- cokolwiek to jest- posiadając na stanie małą dziewczynkę nie muszę być biegła w tym temacie)!. A Tatuś jest uczulony na Barbie."

21:13, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 17 lutego 2011
Bezcenne

Wczoraj wracam z Trusią z taekwondo, drepczemy sobie pomału, Truśka zapytuje, czy po powrocie pobawię się z nią jej domkiem dla lalek. Odpowiadam, że niestety nie, bo umówiłam się z moją przyjaciółką. Trusia wyraźnie pomarkotniała:
"A dlaczego się umówiłaś? Nie lubię, jak wychodzisz z domu i jak masz dyżury (we wtorek też mnie nie było, z powodu dyżuru właśnie), jest mi wtedy smutno."
Wiem Skarbie, że nie lubisz, ale czasem muszę mieć dyżur. I czasem potrzebuję się spotkać z moją przyjaciółką i ona też tego potrzebuje,  już dawno się nie widziałyśmy."
"Ale ja wolę, jak jesteś w domu. Bo wiesz, ty jesteś dla mnie najważniejsza."
Usłyszeć takie zdanie - bezcenne:)

Po chwilce Truśka troszkę poweselała - zwłaszcza, jak obiecalam jej, że na pewno wrócę na czas, żeby jej poczytać bajkę na dobranoc. I znienacka, patrząc na ciemne wieczorne niebo, oświadczyła:
"A Neptun to jest najdalej od Słońca"
Szczęka zleczka mi opadła, nie podejrzewałam, że moja Najmłodsza posiada wiedzę na temat Układu Słonecznego.
A skąd ty to wiesz? Z Tatusiem może coś czytałaś?
"Nie, nie z Tatusiem. W przedszkolu mamy takie gadadełko i ono opowiada nam o planetach. I jeszcze wiem, że jedna planeta ma pierścienie i ona się nazywa Saturn. I jeszcze jest planeta dla dziewczynek i to jest Wenus."
O, a czemu Wenus jest dla dziewczynek?
"Bo Wenus była bardzo ładna, to planeta Wenus musi być dla dziewczynek, bo dziewczynki są ładne."
I tak, na miłej i pożytecznej pogawędce o planetach i wyższości (ładniejszości?) dziewczynek nad chłopcami minęła nam reszta drogi do domu.

A już całkiem wieczornym wieczorem, kiedym wróciła, jak obiecalam, na kąpiółkę, zaskoczyła Trusia Tatusia i Babcię. Po wyjściu z kąpieli oświadczyła im:
"Jestem uczulona na serce mamy, bo ono mnie piecze i swędzi."
Ktoś potrafi to rozszyfrować? ;-)

PS
W imieniu poniedziałkowej Solenizantki, a także i swoim, pięknie dziękuję za Wasze życzenia:)
Gofer - zdjęcie z koszulką specjalnie wstawiłam dla Ciebie i Precla. Paweł rozważa zabranie Trusi na tegoroczny Sonisphere - Motorhead ma tam wystąpić;-)
Rybko - na pewno slyszałaś/czytałaś już piękniejsze.
Robercie i Nuleczko - bardzo dziękujemy za upominki. Doszły w sam raz w dniu urodzin.
A do wszystkich, ktorzy nas niezasłużenie podziwiają - oj, do ideału nam daleko. Mam jednak nadzieję, że jesteśmy wystarczająco dobrzy dla siebie nawzajem i że dorosła Trusława wspominając dzieciństwo będzie pamiętała miłość, którą każdy z nas starał się jej dać.
Raz jeszcze wszystkim Wam pięknie dziękujemy za życzenia:)

A to takie tam zdjątko z Cavalese - jedno z "miliona" - bo mi się spodobało, bo widać na nim, jak nam tam dobrze było. Bo to była jedna z tych chwil, kiedy czułam się szczęśliwa.
Więcej zdjęć z Dolomitów - niebawem.

22:28, dsmiatek
Link Komentarze (4) »
 
1 , 2
Archiwum