RSS
sobota, 25 lutego 2012

"Dwa małe aniołki siedzą mi na ramieniu. Jeden to Ciszek, a drugi Misia. Mają białe skrzydełka z piórkami, złote loczki, białe ubranka i gołe stópki- jak to aniołki. I szeptają do mnie, ale tylko ja je mogę usłyszeć. Czasem latają nad moją główką. Są takie mięciutkie i cieplutkie. Czy ty też możesz je zobaczyć mamusiu?"

Chciałabym.

Dziecięca wyobraźnia? Prawda? Czy może chęć sprawienia przyjemności mamie w drodze na weekendowe zakupy do najbliższego hipermarketu?

Siedzę na głupim dyżurze i się zżymam- że za mało mam dla Niej czasu, że tydzień od powrotu z nart minął nie wiadomo kiedy i prawie żadnego popołudnia/wieczoru nie spędziłyśmy razem, że szansę na najbliższy wspólny cały weekend mamy dopiero za dwa tygodnie- bo teraz dyżur, za tydzien dyżur, za dwa tygodnie dwa dyżury,a pomiędzy jeszcze chyba ze dwa w tygodniu. Że muszę się dokształcać i jeszcze jeden z tych potencjalnie wolnych marcowych weekendów częściowo spędzę na szkoleniu w Kielcach.
Tego się nie robi matkom małych dzieci! 
Jutro idziemy do Groteski na "Brzydkie Kaczątko".

21:53, dsmiatek
Link Komentarze (6) »
czwartek, 23 lutego 2012
Po troszku o wszystkim i o niczym

Po pierwsze- druga odsłona tajskiej kuchni.
Tym razem przetestowaliśmy sos Czerwone Curry:

Papryka, mrożony groszek, kawałki kurczaka plus sos ze słoika i mamy szybkie i smaczne danie na obiad- rodzinia zjadła do ostatniego okruszka (przy okazji mój ulubiony makaron- pełnoziarnisty z Ikei w kształcie łosich główek- mi przypomina też aniołki).

Po drugie- spanie.
Trusia wciąż śpi z nami w pokoju (albo też my wciąż śpimy  w pokoju Trusi). I prawie co noc, bez otwierania oczu przeprowadza się do nas. Wieczorem usypia u siebie, a rano znajduję ją słodko rozpostartą między nami. I wcale nie jest mi z tym źle. Dziś wieczorem próbuję ją namówć, żeby usnęła w swoim łóżeczku sama, ale stanowczo protestuje (cóż, rytuały usypiackie bardzo się nam rozbudowały niestety- jak dalej się tak będą rozwijać, to Truśka będzie usypiać niewiele przede północą), twierdząć, że boi się sama zostać w pokoju.
-No dobra, zawołam ci tatę. Ale przecież już niedługo Wyprowadzimy Pawła i wtedy ty się przerpowadzisz do swojego pokoju. I co wtedy będzie?
-Na noc się nie przeprowadzę tylko dalej będę sobie z wami spała.
-No coś ty! Pięciolatka i będzie spała z rodzicami!? A kiedy będziesz już spala sama?
-Nooo, może jak będę miała ....dwanaście lat. Bo jak będę miała sześć, siedem, osiem, dziewięć, dziesięc i jedenaście, to chyba jeszcze nie. Ale jak będę miala dwanaście, to może już sama będę spać.
Zatem jeszcze tylko siedem lat i będziemy  mieli swoją sypialnię i łóżko tylko dla siebie;-)

Po trzecie- czytanie
Czytamy wciąż dużo, jest to chyba ulubione Trusiowe zajęcie. Czytamy Ciumki, od wczoraj Opowieści Mamy Wrony, przeczytałyśmy (w moim tłumaczeniu oczywiście) dwie amerykańskie książeczki, które Trusia dostała w prezencie urodzinowym z NY. A dziś wróciłyśmy po raz kolejny do jednej z moich ulubionych książeczek, czyli do "Co było potem?". Książeczka jest tak śliczna, że jak już Trusia z niej wyrośnie, to zachowam ją dla następnych pokoleń.

*

Doszłyśmy do strony z Hatifnatami. Truś nie pamięta, jak nazywają się owe stworzonka (Opowieści z Doliny Muminków jakoś odrzuciła po paru rozdziałach i na razie do nich nie wróciłyśmy), ale kombinuje.
-No pomyśl, może sobie przypomnisz, jak się nazywają te istoty?- zachęcam
-Nie pamiętam. A, chyba wiem. One się nazywają szparagi!
-Szparagi???
-Tak, bo są do nich podobne. Albo do duchów w kształcie szparagów!

Okazało się za momencik, kiedy przeszłyśmy do tekstu, że pamięć Trusi nie jest wcale taka zła i szparagi w nim są:
"Co to za stwory świecące, gładkie iskrzą, wędzoną pijąć herbatkę?
...
Wstrętne szparagi! Fuj! Co za swąd! Zanim nas spalą, znikajmy stąd!"

* Tove Jansson, Książka o Mimbli, Muminku i Małej Mi. Co było potem?, wydawnictwo Eneduerabe-  przepięknie ilustrowana, z wyciętymi dziurami, przez które można podglądnąć, co będzie potem- jeśli macie dzieci w wieku Trusi i młodsze, a jeszcze nie natrafiliście na tą książeczke, to poszukajcie i kupcie koniecznie.

22:55, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 19 lutego 2012
Wróciliśmy

Jak było?
Pięknie. Góry, którymi zachwycam się wciąż i nazachwycać nie mogę:

Śnieg bieluśki, skrzący się jak brylanciki:

Znajoma trasa ze zwierzątkami, a na niej niedźwiedź, którego Trusia już się wcale nie bała:

Młyn, którego grające właściwości zostały mi uświadomione w czasie ostatniego zjazdu tąże trasą- przez trzy lata tego nie odkryłam! 

Pierwszy też raz przeczytałam legendę o pięknej Aminie o złym sercu i ślimaku, który za karę zamknął ją w lodowym zamku:

Trusia za każdym przejazdem próbowała rozbić lód i uwolnić nieszczęsną dziewczynę.

Były Walentynki i impreza na dwanaście osób. Oraz wielka rozpacz w przeddzień, gdy solenizantka uświadomiła sobie brak sukienki. Losy urodzinowego przyjęcia wisiały na włosku, albowiem według Trusi bez sukienki nie mogło się ono odbyć. Była gotowa nawet udać się na parokilometrową wyprawę do sklepu ("Tatuś mnie na pewno chętnie poniesie, damy radę, tylko chodźmy i kupmy dla mnie sukienkę."). Ostatecznie do przyhotelowej knajpki Trusia wkroczyła odziana tak oto:

Sukienka została zaimprowizowana z hotelowego ręcznika.

Był urodzinowy bukiet z różowych baloników w kształcie serc:

Zaimprowizowane naprędce prezenty od Przyjaciół w postaci kinderjajek i woreczka po goglach pełnego łakoci:

Po kolacji w knajpce (pizza, a jakże) przyszła kolej na prywatne przyjęcie w pokoju- udało się nawet zdobyć dwa torty i dwie świeczki-piąteczki:)

Głośno było, wesoło- to chyba pierwsza taka duża imprezka urodzinowa w życiu Trusi :)

A co najważniejsze- nastąpił przełom w Trusiowym nartojeżdzeniu. Wreszcie zdecydowała się na jazdę samodzielną i całkiem dobrze jej to wychodziło. Co prawda na stromszych kawałkach Tatuś (bo tradycyjnie to P. towarzyszy Trusi na nartach) łapie Córkę na kijek, ale tam, gdzie spadek był mniejszy pomykała Truśka samodzielnie, zaśledzając Rodzica:

(Tu akurat jeden z nielicznych przypadków jazdy z Rodzicielką. Wyrodna Matka bowiem na nartach nad towarzystwo ukochanej Najmłodszej Latorośli na trasach niebieskich, przedkłada jazdę po nartostradach czarnych, ostatecznie czerwonych :p )

Zatem pięknie było i wielka szkoda, że już się skończyło. To co fajne zawsze za szybko się kończy :(
Za rok (już nawet mniej, bo przyszłoroczne ferie w styczniu) jedziemy znowu. Już nie mogę się doczekać. Może sobie zrobię kalendarzyk wyjazdowy i oplotę wstążeczką z karteczkami całe mieszkanie...

Mam nadzieję, że temat Trusiowej jazdy na nartach rozwinie jeszcze jej główny nauczyciel i opowie, jak to ekstremalne warunki na Passo San Pellegrino sprawiły, że Truś odczepił się od Tatowego kijka i zaczął pomykać samodzielnie.

 PS
W imieniu Trusi bardzo dziękuję za urodzinowe życzenia:) 

21:56, dsmiatek
Link Komentarze (4) »
wtorek, 14 lutego 2012
Ile ma lat?

Dzisiaj jest 2012-02-14. Truśka obchodzi swoje urodziny.

Ile ma lat?! I tutaj rodzi się możliwość różnorakiej interpratacji. Dla niektórych - zwłaszcza płci męskiej - ukończyła właśnie 5 lat, zatem ma 6 rok. Dla innych - zwłaszcza płci żeńskiej - ukończyła właśnie 5 lat ma zatem 5 lat.      Ileż to mówi o naszej, ludzkiej potrzebie bycia dojrzałym i bycia młodym.

Solenizatka dzisiejszego dnia "jeździła" od rana na nartach, głównie samowtór ze swoim T., który pełnił rolę dźwigu oraz karmiciela (dla jasności: frytkami i krówkami). Potem powinno było nastąpić "pływanie", ale dziecko wyłgało się z powodu konieczności dokładnego zapoznania się z prezentem walentynkowo-urodzinowym.

A na koniec: Truśka wydała przyjęcie urodzinowe w Cavalese, w którym wzięli udział przyjaciele i rodzina.

Szczęśliwa Truśka patrzy, co dostała w prezencie:

c.d. - jutro

 

22:31, dsmiatek
Link Komentarze (8) »
czwartek, 09 lutego 2012
Testujemy tajską kuchnię

Przedwczoraj przybyła do nas kolejna paczuszka z sosami Blue Dragon- tym razem w wersji tajskiej.

Za wyjątkiem Bohaterki Tytułowej Bloga rodzina chętna jest do testowania nowych smaków i otwarta na egzotyczne propozycje kulinarne, zatem upichciłam im dzisiaj łososia z sosem  sweet chilli:

Takie dania to ja lubię gotować- filet z łososia polany sosem Blue Dragon, sokiem z limonki i posypany listkami świeżej kolendry. 25 minut w folii aluminiowej na grillu w piekarniku i gotowe- człowiek się nie napracuje, a efekt końcowy smaczny i prezentuje się nienajgorzej. Nawet sama skubnęłam, bo mój żołądek jakby dochodzi do stanu normalności- dobre, wcale nie za ostre, czego się obawiałam, widząc chilli w tytule sosu.
Reszta kolendry z doniczki, żeby się nie zmarnowała, posłużyła do doprawienia zupy z marchwi. I tym sposobem mieliśmy obiadek pięknie pachnący kolendrą.
A sosy Blue Dragon z czystym sumieniem mogę polecić- wypróbowałam już kilka z kuchni chińskiej i wszystkie dania wyszły pysznie.

Jutro jedziemy. Pakowanie jeszcze daleko w lesie, przed nami normalny dzień pracy. Ale do 22.30 damy przecież radę.
A jeśli chodzi o zakończenie mojej działalności blogowej- pewnie nastąpi ona niebawem, bo powoli do tej decyzji dojrzewam. Ale na pewno będzie jeszcze parę wpisów- ten obiecany właściwy urodzinowy, no i relacja z Dolomitów. A może wraz z przedwiośniem wstąpi we mnie nowa energia i zostanę tu jeszcze na czas jakiś...

22:20, dsmiatek
Link Komentarze (10) »
środa, 08 lutego 2012
Ale to już było- wpis wspomnieniowy na piąte urodziny

Powstaje wcześniej, bo dzień urodzin, taką mam przynajmniej nadzieję, będziemy spędzać wiele kilometrów stąd, oddając się białemu szaleństwu i napawając się pięknem Dolomitów.
(Na razie walczę chyba z jakąś żołądkowo-jelitową infekcją, która nęka mnie od rana i sprawia, że każdy gwałtowniejszy ruch przypłacam torsjami. Ale walczę dzielnie, chociaż walkę ową utrudnia mi dyżur. Bardziej martwi mnie fakt, że jeśli to infekcja, to mogła zarazić się i Trusia, a tu do godziny zero tylko dwie doby:(.)

Ogromny, wielomilowy dystans dzieli nas od dnia, kiedy po drugiej stronie brzucha pojawił się Truś. Wciąż pamiętam ten dzień najwspanialszych Walentynek w moim życiu. Pierwsze, króciutkie przytulenie, a potem pierwszą wspólną noc, kiedy mogłam wdychać zapach mojej Noworodeczki, słuchać jej prawie niesłyszalnego oddechu, wpatrywać się w przezroczyste rzęski i muskać ustami puszek na główce. Dzień wreszcie spełnionego macierzyństwa, takiego wyczekanego, okupionego cierpieniem i nigdy niezagojoną raną w sercu po śmierci Tego Pierwszego Wyczekanego. Bo czasem bywa tak, że człowiek do macierzyństwa musi dojrzeć, doczekać na swój czas. I nie znaczy to wcale, że nie kocha trójki swoich starszych dzieci, że nie cieszy się z tego, że są, że nie przeżywa z nimi cudownych chwil. Ale do tej miłości od połączenia dwóch komórek, tego czekania na pierwsze motyle ruchy w moim brzuchu, tej niecierpliwości w oczekiwaniu na pierwsze spojerzenie, pierwsze karmienie, pierwszy dotyk- do tego niestety dojrzewałam długo i nie będę ściemniała, że od zawsze było właśnie tak.
Mała bezimienna w dniu urodzenia Okruszka (to z powodu przesądów, żeby nie powtórzyła się tragedia sprzed roku, kiedy wszystko było dogadane, wymyślone, przygotowane i tylko łóżeczko czekało na złożenie), o której imię spieraliśmy się całą rodziną. Chyba drugiej szpitalnej nocy została Zosią- wydaje mi się, że to imię (choć zżymam się, że co trzecia dziewczynka na placu zabaw je nosi) pasuje do niej, że jest jej w nim wygodnie, jak w dobrze dopasowanych bucikach. Nie umiem sobie wyobrazić, że mogłaby nazywać się inaczej niż Zosia-Gertrusia.

Na początku wszystkie zakupione wcześniej ciuszki, najmniejsze przecież, jakie były dosępne, były na nią za duże, za szerokie. Przecież ważyła niecałe 2,5 kilo. Ale rosła szybko i dzielnie wyrastała z ubranek, każdy dzień prawie przynosił nowości- tak to jest w  pierwszym roku życia.
Pamiętam dzień narodzin, ale kolejne dni zacierają się już w zawodnej pamięci. Są takie obrazki, które pielęgnuję w swoim sercu. To te o relacji Trusi z jej starszym rodzeństwiem- rozczula mnie wciąż to, jak oni ją bardzo kochają.

Pewnie na blogu musiałabym sprawdzić, kiedy wyrósł Trusi pierwszy ząbek, kiedy zrobiła pierwsze kroczki... Choćby dlatego, warto było tego bloga założyć.
Pierwszy rok, spędzony razem- całe szczęście, że nie musiałam wracać do pracy, to też nasze pierwsze wyjazdy- Słowacja, gdy Truś miał 5 miesięcy (i pierwsze "spotkania" z dzikimi zwierzami- niedźwiedziem, który odwiedził nas w nocy na Malinnym i żmiją, która pojawiła się na miejscu na trawie, skąd dosłownie chwilkę wcześniej zabrałam Truśkę i jej kocyk- brrrr!), pierwsze wyprawy w górki. I Toskania, też moje ukochane miejsce na ziemi, gdzie zabraliśmy Truśkę, gdy miała 7 miesięcy- szkoda, że nie udało mi się stworzyć osobnego bloga z tych wakacji, tyle fajnych miejsc wtedy razem odwiedziliśmy, odkryliśmy razem La Botte Piena w Montefollonico, uczestniczyliśmy w Luminarii w Lukce. Może jeszcze kiedyś się zbiorę i się tymi chwilami podzielę.

Kolejne lata minęły sama nie wiem kiedy. Co z nich pamiętam? Dylematy związane z powrotem do pracy- tak do końca nie byłam jeszcze gotowa na oddanie Mojej Córeczki pod opiekę obcej osoby. Potem zakończenie karmienia, czyli mój wyjazd do NY we wrześniu. Ten ból w sercu, że to, co tak piękne już się skończyło. Chociaż po powrocie mało brakowało, a wróciłybyśmy do naszej symbiozy. Trusiek przyczepiony do mnie kurczowo na lotnisku, jej szept w moje ucho "Moje ukochane mleczuszki wróciły." I łzy kapiące z moich oczu- jak ja się za nią wtedy stęskniłam.
Kolejne wyprawy- Na Istrię, do Umbrii, do Hiszpanii, w tym roku do Dalmacji- te już opisane, udokumentowane i zapamiętane w osobnych blogach-pamiętnikach (chociaż Dalmacja wciąż czeka na uzupełnienie). I pierwsze narty rok temu, kiedy to Trus połknął deskowego bakcyla.

Ale dość wspomnień, te wspaniałe lata już za nami.

Urodziny pierwsze:

i drugie:

trzecie:

i te ostatnie, czwarte, rok temu:

Urodziny najnowsze, piąte, już za 6 dni, 14.02.2012.

Wpis jest długi, mógłby być jeszcze dłuższy, ale oszczędzę Odwiedzającym czytania tego, co kotłuje się w moim sercu. Nie ukrywam, że może to być jedna z ostatnich notek na tym blogu. Pięć latek- to wiek, kiedy coraz trudniej mi pisać o mojej Dziewczynce, która staje się coraz bardziej indywidualna, coraz doroślejsza. Kiedy wpisy albo musiałyby się ograniczyć do nudnej relacji, gdzie byliśmy i co robiliśmy, albo musiałyby być mocno przemyślane, żeby oddać to, co obecnie przeżywam towarzysząc Truśce w jej wzrastaniu.
Ale póki co się nie martwcie- przed nami jeszcze na pewno wpis urodzinowy, którym nalezy przecież uhonorować Solenizantkę i relacja z jej drugich narciarskich kroczków.
Trzymajcie kciuki, żeby wyjazd się udał, żeby Trusię ominęła infekcja, żebyśmy wrócili z całymi kończynami, bez odmrożonych palców (bo i tam podobno siarczyste mrozy).
A ja idę dalej zmagać się z pracą i torsjami. Mam nadzieję, że do rana dam radę, a jutro będą to już tylko przykre wspomnienia.

19:40, dsmiatek
Link Komentarze (14) »
poniedziałek, 06 lutego 2012
Przedtwory i inna rodzina

W sytuacji prawie każdej Truśka odnajduje elementy rodzinne: bawimy się np. w śmiech rozgłośny:

T: HY, HY, HY, HY - jestem Złym Wróżem,

G: chi, chi, chi, chi - a ja jestem Złym Wróżątkiem!

Albo:

T: WRRRRRRR... - jestem Zły Potwór,

G: łuuuuuuuu... - a ja jestem twoim małym Przedtworkiem!

Bądź:

T: AUUUUUU, mały Wilkuuuuu,

G: auuuuuuu, duży Wilkuuuuuu!,

T: co będziemy robić, UUUUUUU?

G: Tato Wilkuuu, chodźmy sobie upolować mamuuuuuta!

 

A teraz zagadka:

G: Tato, jestem twoim małym Gawiatorkiem!

To czym ja jestem?!

Poniżej: mały Gawiatorek skrada się, z najwyraźniej złymi zamiarami:

Pozdrawiam,

nie-dsmiatek

22:53, dsmiatek
Link Komentarze (1) »
środa, 01 lutego 2012
Propozycja

-Mamusiu, czy ty masz dziś znowu dyżur?
-Tak mam, niestety.
-A czy ty musisz mieć dyżury?
-No muszę, taką mam pracę.
-A dlaczego ty nie zostałaś fryzjerką? Albo ciocią z przedszkola? One nie mają dyżurów.
-No nie mają. Ale ja zostałam lekarzem i pracuję w szpitalu i muszę miec dyżury. No a poza tym, zarabiam na dyżurach pieniążki i możemy na przykład jechać na narty.
-To wiesz co, ja ci dam wszystkie pieniążki* z mojego portfela i pojedziemy za nie na narty. A ty już więcej nie dyżuruj. Zostań lepiej fryzjerką.

Obawiam się, że niestety jedyne co umiem, to bycie radiologiem, zatem szanse na karierę w innym zawodzie mam marne.
A tymczasem pozdrawiam wszystkich z dyżuru, z lodowatej dyżurki, w której siedzę okutana w koc, w grubych skarpetach i rozważam założenie rękawiczek- od czasu do czasu muszę się jednak odkutać i wyjść do pacjenta.

Wszystkim, którzy mi dobrze urodzinowo życzyli- w komentarzach, mailowo i sms-wo- pięknie dziękuję za pamięć i dobre myśli.

*Owe pieniążki zostały już wcześniej zaoferowane Pawłowi, który skarżył się, że nie stać go na tatuaż. Może muszę sprawdzić, jakim majątkiem dysponuję Córka, bo a nuż w totka wygrała i faktycznie mogłabym powiedzieć dyżurom "żegnajcie na zawsze" ;-)

21:42, dsmiatek
Link Komentarze (4) »
Archiwum