RSS
wtorek, 26 lutego 2013
Hobbitowe inspiracje

W prezencie urodzinowym od Pawła dostała Trusia książeczkę z rozmaitymi łamigłówkami o tematyce hobbitowej, są w niej tez zdjęcia bohaterów filmu i krótkie informacje o każdym z nich. Parę dni temu zrobiłyśmy sobie popołudnie na kanapie z hobbitową książeczką, przeczytałyśmy wszystko od deski do deski i porozwiązywałyśmy zadania (za wyjątkiem liczbowych, bo z tymi Trusia sobie jeszcze nie radzi).

Zainspirowana powyższym tworzy Trusia własną wersję.

Oto portret Thorina

pozostałe krasnoludy

król goblinów

gra planszowa- "jak się potkniesz o Golluma to zapełniasz 3 kwadraciki":

Jest jeszcze parę kartek podobnych fajności, ale nie będę was nimi zanudzać. Mam nadzieję, że powstanie więcej, A potem będzie można powielić i udać się na wyprawę handlową, zgodnie z planami z poprzedniej notki,
Jest jeszcze jeden plan- Trusia chciałaby założyć parki linowy:
"Wiesz mamusiu, taki prawdziwy, dorosły, nie dla dzieci. Bo te dziecinne mi się już nudzą. On będzie taki na drzewach, a te drzewa będą rosły w takich RZĘDZIASTYCH  rzędach. Pomiędzy nimi będą dziury, czyli przepaść. I liny. Trzeba będzie po tych linach chodzić, bo jak nie, to się spadnie i zabije na prawdziwą śmierć."
Ktoś jest chętny do spacerowania po drzewach rosnących w rzędziastych rzędach?

 

21:01, dsmiatek
Link Komentarze (5) »
niedziela, 24 lutego 2013
Jak mama

Na razie jeszcze Trusia jest na etapie bezwarunkowej akceptacji swoich rodziców. Wczoraj deklarowała z wielkim przekonaniem, że chce być taka jak ja- ze wszystkimi niedoskonałościami moimi, także mojej "urody", o których ona wie, a ogół ludzkości niekoniecznie wiedzieć musi.I tylko jedna miała wątpliwość, a dotyczyła ona zawodu.

"Bo wiesz mamusiu, ja bym chciała jak dorosnę robić to co ty i też być lekarzem. Ale chciałabym też robić coś innego."
A co innego byś chciała robić?
"Chciałabym sama wytwarzać takie figurki hobbita, krasnoludów i rysować o nich książki i zagadki, a potem chciałabym jeździć z tymi rzeczami po świecie i je sprzedawać."

Wprawia się już pomału i do jednego i do drugiego;-)

Zdjęcia z cyklu "Pan Tatuś być chory i leżał w łóżeczku" i bolała go główka i Mamusia wydobyła ciśnieniomierz i postanowiła pobawić się w lekarza domowego, po czym odkryła, że Tatuś ciśnienie ma coś za wysokie, podobnie Syn Młodszy, aż się zorientowała,że się aparacik popsuł i wartości RR zawyża. Trzeba kupić nowy, a popsuty może sobie Córka zabrać do zabawy w doktora.

O przymiarkach do zawodu wytwórcy książek o krasnoludach i hobbitach może jutro.

22:19, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
Rodzicielska niemoc

Czasem ręce rodzica opadają do ziemi i już tak zostają. Dwoisz się i troisz, żeby zapewnić Dziecku weekendową rozrywkę na jak najwyższym poziomie, żeby było to coś innego niż zwykłe kino i popcorn. Proponujesz Agrafkę, warsztaty "Wojenne potyczki w Sukiennicach", znajdujesz warsztaty pt. Etnokalendarz w Muzeum Etnograficznym (gdzie Dzieć jeszcze ani razu nie był, więc ciekawość powinna go tam zaciągnąć), japońskie bajki w Centrum Kultury Japońskiej, a może Rodzinne podróże w czasie u benedyktynów. Namawiasz, przekonujesz, że będzie fajnie, że do kina przecież można zawsze, a te atrakcje są w pewien sposób unikalne i mogą się nie powtórzyć. Roztaczasz wizje wspólnej fajnej zabawy. A Uparciuch nie i nie. Tylko Zambezia, popcorn i sprite! A jak nie to jęki i marudzenie oraz łez wyciskanie.
I bezradnemu na to rodzicowi też płakać się chce- bo przecież tak się przez sześć lat starał, żeby Pociecha nie tylko popkulturą żyła, żeby nauczyła się wybierać także inne, bardziej wartościowe rozrywki, żeby poznała różne formy spędzania wolnego czasu, żeby się nie uzależniła od telewizji/komputera/animowanych filmów. I w pewnym momencie gdzieś robisz błąd, pozwalasz na jeden film za dużo, w pięknej wizji powstaje luka. I w tą lukę natychmiast podstępnie wciska się i rozpanosza kultura masowa z colą i popcornem. Rozpełza w dziecięcym umyśle i zatruwa go. I koniec- Dzieć jeszcze nie tak dawno chętny i otwarty na nowości, kreatywny i z radością podejmujący nowe wyzwania, uzależnia się od disnejowskich animacji i innego sposobu spędzania wolnego czasu nie przyjmuje.

Takie to są rodzicielskie porażki. Ręce opadają. Zatem ja idę popracować na dyżurze do jutra, a P. z Trusią pewnie do kapucynów i na Zambezię. Szkoda tych innych zmarnowanych okazji:( A ręce opadły i wiszą bezradne.

PS
Za to w ramach mojego zaległego prezentu urodzinowego wysłała nas wczoraj Bunia na "Wesele w Sorrento". Tego mi było trzeba- tych cytrynowych i pomarańczowych gajów, słońca i widoku na lazurowe morze. Trochę piękna w obecnej roztopowej, szarej, upstrzonej rozmokniętymi śmieciami i psimi kupami oraz pełnej rozgrzebanych placów budowy rzeczywistości.

09:31, dsmiatek
Link Komentarze (7) »
sobota, 23 lutego 2013
Przepis na domek

Składniki:

1 lub więcej sławnych architektów
1 wolne miejsce
garść świeżych pomysłów
3 do 4 fur pieniędzy

Wszystko wymieszać, wstrząsnąć i odstawić na 5 miesięcy. Gotowy domek podawać z mieszkańcami.

"Ale mamo, takich pieniędzy prawdziwych, złotych monet czy czekoladowych?"
No zdecydowanie prawdziwych złotych.
"Ale jak to będzie potem smakowało?"
Smakowało????
"No przecież przepis jest na coś do jedzenia, a na coś do zbudowania jest instrukcja!"

Niniejszym skończyliśmy D.O.M.E.K., zaczynamy D.E.S.I.G.N.

19:38, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
piątek, 22 lutego 2013
D.O.M.E.K.

Odkryłyśmy wczoraj fantastyczną książkę. Ja ją właściwie odkryłam i zakupiłam już parę miesięcy temu, tylko Trusi nie udawało mi się do niej przekonać. Wreszcie wczoraj podstępem zaczęłam jej czytać D.O.M.E.K. na dobranoc i zaiskrzyło. Dzieć nie mógł się oderwać od książki... o architekturze!

Książkę wydały Dwie Siostry, a jej współautorem obok Aleksandry Machowiak jest nie kto inny jak Daniel Mizieliński- ten od naszego ukochanego Mamoko i przepięknych Map.
CO jest w środku. Otóż w środku można przeczytać o 35 najdziwniejszych domach z całego świata, budynkach istniejących w realu, do tego zamieszkiwanych lub chociaż użytkowanych przez prawdziwych ludzi. Poza przystępnym dla dziecka tekstem są oczywiście świetne obrazki, ilustrujące ów domek, mapka oraz flaga państwa, w którym się on znajduje oraz ikonki pokazujące, z czego zbudowany jest domek, czy znajduje się w górach czy w mieście, czy są w nim kuchnia i sypialnia. Jest też "portret" twórcy owej budowli. Książka cudna, jak każda poznana dotąd pozycja, w które "palce swe maczał" ktoś z Mizielińskich. Wciągnęła także mnie, skrytą admiratorkę architektury.

A te domki może nawet uda nam się wytropić, jak będziemy w tym roku w Holandii:-)

Niebieskich domków na dachu innego budynku szukać należy w Rotterdamie, zaś Sfinksy na wodzie stoją w Huizen. Kto wie, może spróbujemy?

Są też polscy przedstawiciele- Dom na cienkich nogach stworzony na bazie dawnej górniczej lampiarni w Bytomiu, dom Igloo z Wrocławia oraz polski akcent zza oceanu, czyli zaprojektowane przez Polaka Krzysztofa Wodiczko domki-wózki dla bezdomnych z NY.

W kolejce czeka już "rodzeństwo" D.O.M.K.U., czyli D.E.S.I.G.N. oraz nie posiadane jeszcze przez nas S.Z.T.U.K.A. i M.O.D.A. Zakupimy bez wątpienia.

PS
Truśka zainspirowana lekturą stworzyła już własny projekt niezwykłego domku. Domek ma mieć kształt pierścienia, jego zewnętrzny obwód ma być pomalowany na złoty kolor, a wewnętrzny mają tworzyć szyby. W środku okręgu będzie wewnętrzny ogród. Problemem są drzwi- Trusia martwi się, czy uda się je zrobić tak, żeby nie były widoczne i nie psuły architektoniczno-pierścieniowej spójności;-) Jak widać inna lektura i film wciąż mocno działają na Trusiową wyobraźnię. Tworzy ona zresztą pewne wiekopomne dzieło związane z tematyką elfowo-hobbitowo-pierścieniową. Mam nadzieję, że jutro je wam przybliżę.
A tymczasem zajmę się moimi kaprawymi oczętami, które od tygodnia dręczy jakieś paskudne zapalenie spojówek. Nawet do okulisty się dziś udałam, mam zaordynowane kropelki w dwóch buteleczkach, każde mam do ocząt zakrapiać cztery razy dziennie, a w międzyczasie jeszcze sztuczne łzy. Chyba muszę sobie do oczu kroplówkę podłączyć;-) Z powodu ocznej czerwoności i podrażnienia nie mogę się malować i doszłam do wniosku, że (podążając konsekwentnie tropem pierścieniowo-hobitowym) wyglądam jak Gollum, taka wyblakła bez make-up'u. P. rycersko zaprotestował, że według niego wcale nie przypominam Golluma. Faktycznie, są pewne różnice- Gollum jest chudszy!
No to glum glum, dobrej nocy mój Sssskarbie ;-)

18:14, dsmiatek
Link Komentarze (5) »
czwartek, 21 lutego 2013
O tym, że z marzeniami trzeba uważać, bo kiedyś mogę się jednak spełnić

Najpierw będzie o marzeniach Trusi. Już dość dawno temu spotkała Trusia w zoologicznym sklepie bojownika syjamskiego. I zakochała się na amen. Zapragnęła chociaż jednej z tych pięknych rybek, unoszących się smutnie w szklaneczkach (ostatnio już mają lepiej, bo siedzą w tycich akwariach) stworzyć wygodniejszy domek u siebie w pokoju. Dopóki żył chomik na akwarium miejsca nie było. Wolny placyk zwolnił się, gdy chomiczek przeniósł się do Krainy Wiecznej Chomiczej Szczęśliwości. I tak oto dzień po swoich urodzinach za sprawą Grzesia i Buni została Trusia dumną posiadaczką czerwonego pana bojownika, jego trzech żon i jednego glonojadka. (OK, jedną żonę dokupiłam dwa dni później, bo mi się wydawało, że dwie nie poradzą sobie z temperamentem mężowskim. Trusia zobaczywszy trzecią pani rybkę zaczęła przypuszczać, że może w czasie, gdy była w przedszkolu doszło do aktu rozmnożenia bojowników, nie mogła tylko zrozumieć, dlaczego nowy mieszkaniec akwarium jest od razu taki duży.)
No i teraz Truś wpatruje się w swoje akwarium, liczy codziennie pogłowie i poszukuje glonojadka, który doskonale zlewa się z podłożem (jest czarny w białe kropeczki, podobnie jak czarno-biały żwirek). I tak oto jedno marzenie zostało spełnione.

Trusiowa Mama zaś zamarzyła sobie kiedyś, w zamierzchłych bardzo czasach, o wzięciu udziału w wielkim radiologicznym święcie, które co roku ma miejsce wiosną w stolicy Austrii. Marzenie to niestety leżało poza jej finansowym zasięgiem. I oto w momencie, gdy już właściwie marzyć przestała, a nawet o swoim dawnym marzeniu zdołała w natłoku codziennych obowiązków zapomnieć, spadła jej na łeb znienacka gwiazdka z nieba. Otóż szef uszczęśliwił ją wiadomością, że oto w dniu 7 marca roku pańskiego 2013 o godzinie 7.30 rano odleci do Wiednia na dni pięć na Europejski Kongres Radiologiczny. Oszołomienie tym niespodziewanym szczęściem odebrało jej mowę i przyprawiło o gorączkę z dreszczami, mięśnio- i stawobólami oraz gardła paleniem (bo cóż innego mogło spowodować o tej kobiety żelaznego zdrowia taką nagłą niedyspozycję, przecież nie zwykły wirus, bez wątpienia musiał to być szok). Z szoku owego powoli się podnosi i rozważa, czy ma się cieszyć tym, że marzenia się jednak spełniają, czy martwić nieplanowanym wyrwaniem z rzeczywistości aż pięciu dni, gdy cały marzec miała już precyzyjnie rozplanowany!

22:48, dsmiatek
Link Komentarze (10) »
niedziela, 17 lutego 2013
Taki był weekend, czyli ciąg dalszy urodzinowych przyjemności- fotoreportaż

Piątek:

Sobota:

Niedziela:

22:44, dsmiatek
Link Komentarze (3) »
piątek, 15 lutego 2013
Urodzinowe wpadki

Ponieważ tegoroczne Trusiowe urodziny wypadały we czwartek, a jest to dzień, kiedy zarówno ja, jak i Trusia ostatecznie wracamy do domu około 21-wszej (Trusia wieczorem chodzi na basen z Tatusiem), impreza została prolongowana na piątek. Do przedszkola został oczywiście zamówiony tort- miał był ładny i smaczny, zatem pojechałam aż na Kazimierz do Pracowni Tortów Artystycznych, żeby go tam obstalować. Pan przyjmujący zamówienie wydał mi się trochę nieobecny duchem, co znalazło potwierdzenie wczoraj przy odbiorze. Otóż Truś (jak tez większość jej koleżeństwa) nie jest amatorem cukrowo-marcepanowej masy, którą namiętnie obkładane są urodzinowe wypieki, jest ona jednak podobno konieczna, gdy tort ma mieć wymyślniejszy kształt. Obstalowałam zatem tort okrągły, z dekoracjami nawiązującymi do Walentynek i urodzin Małej Dziewczynki. Jak widać na zdjęciu wczorajszym tort miał kształt serca, zjadliwie czerwony kolor, a znienawidzona przez Trusię cukrowa "plastelina" oblepiała go dokładnie. Cóż, pan w cukierni zapisała sobie serduszko, ale nie zaznaczył, że chodzi o dekorację a nie o kształt. Szczęśliwie wnętrze tortu było przepyszne.

Z własnego doświadczenia wiem, że odwleczona impreza urodzinowa "nie smakuje" już tak samo, jakby odbyła się w terminie. Chciałam zatem zrekompensować Trusi choć trochę opóźnione świętowanie i przed wyjściem na 13.30 do pracy postanowiłam udekorować trochę dom, żeby miała niespodziankę, jak wróci z przedszkola. Biegałam zatem po sklepach w poszukiwaniu odpowiednich akcesoriów dekoracyjnych typu balony, wstążeczki z serduszkami, serduszka na patyku itp. poza balonami serduszkowymi znalazłam tez baloniki z cyferkami oznaczającymi liczbę ukończonych przez jubilata lat. Przekopywałam je w poszukiwaniu szósteczki. Udało się, znalazłam. zgadnijcie, jaką cyfrę można odczytać na baloniku wiszącym u powały? W czasie intensywnych poszukiwać szóstki w ręce wciąż właziły mi namolne dziewiątki, które odrzucałam z pogardą!

W ostatniej chwili, tuż przed odtransportowaniem tortu do przedszkola zorientowałam się, że zapomniałam od ważnym szczególe, czyli o świeczkach. Dobrze, że w najbliższym centrum handlowym, w którym co i rusz likwiduje się kolejne sklepy i stoiska, stoisko z wymyślnymi urodzinowymi świeczuszkami jeszcze się ostało!

Ostatnią wpadką były pączki, które zakupiłam na walentynkowy wieczór. Pączki, które wygrały tegoroczny tłustoczwartkowy ranking Gazety Wyborczej. Cóż, może one  w Tłusty Czwartek dobre były, ale tydzień później już troszkę wyschły i sczerstwiały;-) (No dobra, aż tygodnia one może sobie nie liczyły,ale jedna dobę na pewno!)

Od potencjalnej wpadki pralinkowej uchronił mnie wąż w kieszeni- zamiast sprzedawać je na sztuki kazano mi zakupić zestaw 22- zrezygnowałam i może dobrze, bo gdyby się okazały niejadalne...

Cóż, trudne jest dążenie do doskonałości i zwykle skazane na porażkę;-)

14:39, dsmiatek
Link Komentarze (1) »
czwartek, 14 lutego 2013
Szybki wpis Walentynkowo-urodzinowy

Sześć lat temu Niebo obdarowało mnie najcudowniejszą Walentynką, wspanialszą niż mogłam sobie wyobrazić. Codziennie dziękuję za ten Dar.

Walentynko moja kochana, niech zawsze w życiu towarzysza Ci dobre Anioły, niech w Twoim sercu mieszka dobro i radość, niech mądrość i roztropność kierują Twoimi życiowymi wyborami. Ukochana moja Córeczko, bądż szczęśliwa.

Huczne obchody Trusiowych szóstych urodzin zaczęły się dziś w przedszkolu. Główna impreza rodzinna planowana jest na jutro, a na weekend jeszcze poprawiny, jako że przybywają do nas z wizytą Batorysia i Milenka. Dziś były "tylko" prezenty walentynkowe i urodzinowy od Taty oraz od Ciecha. Oba zostały od razu wypróbowane . Ciech podarował Trusi DVD z Meridą Waleczną, a poniżej to, co podarował Tatuś:

Chyba tym podarunkiem spełnił nie tylko Trusiowe marzenie;-)

Wszystkim, od których już wcześniej przybyły życzenia bardzo w imieniu Gertrusi dziękuję:)

I zapraszamy na tort:

22:37, dsmiatek
Link Komentarze (14) »
wtorek, 12 lutego 2013
Ostatki i bunt sześciolatki

Ostatki to już dziś, od jutra Wielki Post. Trusia od zeszłego roku zdążyła zapomnieć, o co w nim chodzi i zapytała Pawła, co to takiego ten post.
-To taki czas, kiedy powinnaś nie jeść, nie pić i się modlić.- trochę niedbale i zdecydowanie w wersji najbardziej drastycznej uświadomił ją Starszy Brat.
-Modlić się chyba o to, żeby nie umrzeć z głodu, skoro mam nie jeść i nie pić.- całkiem rezolutnie zauważyła Najmłodsza.

A moim cichym życzeniem odnośnie Trusinych wielkopostnych postanowień byłoby, coby mi się Trusia na dobrą drogę nawróciła. Nie wiem, czy to bunt sześciolatka (jest w ogóle taka faza), czy ostatnie podrygi buntu pięciolatka, czy pokłosie kilku dni choroby i związanego z nią domowego aresztu, czy też zły urok rzucony przez obrażoną na nas czarownicę, w każdy razie coś mi Córkę odmieniło. Zamiast uśmiechniętego i mądrze rozgadanego Skrzata mam w domu Marudę i Jęczycielkę. Pod koniec niedzielnej drogi powrotnej od Babci Bunia oświadczyła nawet, że powzięła postanowienie o nie posiadaniu własnych dzieci;-) Ciech też się zdążył wkurzyć, gdy wczoraj musiał siłą ciągnąć sTrusia na taekwondo.
Dziś jest jakby lepiej- zorganizowałyśmy sobie Ostatki we dwójkę, poczlapałyśmy do centrum handlowego po puffy, a przy okazji szukałyśmy prezentu urodzinowego dla naszej Walentynki. Truś wybrał sobie Carcassone i to wersję dla dorosłych, nie junior!  Puffy też zakupiłyśmy i za chwilkę zasiądziemy przed "Kotem w Butach" z herbatką i puffem na zakończenie karnawału.
Może zatem idzie już ku dobremu i Trusia na dobre "zmilała" (to jej własny słowotwór). A zemdlona i osłabła Matka "odemdlała" (też słowotwór Trusiowy) i nadzieja wstąpiła w jej serce.


Zatem proszę, zmilona Gertrusia  na dwa dni przed szóstymi urodzinami w genialnych portkach od Czesiociucha.

O te portki tośmy nawet dziś zostały parę razy zagadnięte.

20:17, dsmiatek
Link Komentarze (13) »
 
1 , 2
Archiwum