RSS
środa, 28 lutego 2018
W oku cyklonu

Zaniedbałam bloga ostatnio, ale nie widzę, żeby ktoś szczególnie za nami tęsknił (tu oczywiście powinny pojawić się liczne komentarze z tekstem "ależ skąd, tęskniliśmy bardzo i wypatrywaliśmy kilka razy dziennie" lub podobne;-))

Ferie w Dolomitach przemknęły jak sen. Miałam nadzieję, że pierwszy wpis po powrocie okraszę licznymi zdjęciami, ale na to niestety musicie jeszcze poczekać. Albowiem na dzień przed wyjazdem w nasze domowe pielesze wdarł się mały cyklon, który do dziś w nim wiruje i miota sprzętem wszelakim.  Otóż niespodziewanie musieliśmy zacząć domowy remont. nie, nic się nie zawaliło, nie zalało, ani inny kataklizm nas nie spotkał. Po prostu nasz znajomy Pan Fachowiec znalazł wolny termin i zaproponował, że w czasie gdy my będziemy szusować w Val di Fiemme, on nam pięknie wygładzi i pomaluje ściany w dużym pokoju i przedpokoju. Zatem w dniu wyjazdu, w piątek, jedną ręką pakowaliśmy sprzęt na wyjazd, a drugą opróżnialiśmy duży pokój z książek, mebli i reszty ruchomości, których całkiem sporo w tym pomieszczeniu się znajduje. Wróciliśmy do pięknych ścian w kolorze "vanilla cośtam" i natchnęła nas myśl (która oby pozostała była w czeluściach umysłu!), że skoro ściany są już takie piękne, to może zafundować im do towarzystwa równie piękną podłogę. Wydawało się, że Pan Fachowiec da się namówić na położenie deseczek, które kupić przecież można od ręki w każdym budowlanym markecie. I tu się pomyliliśmy- Pan co prawda zgodził się do nas przybyć, ale dostępność deseczek w marketach była nie do końca prawdziwa. Zostały zakupione po kilkudniowych poszukiwaniach dopiero wieczorem we czwartek- a tymczasem już w sobotę trzeba było po Truśkę do Koninek jechać (gdzie ją w niedzielę powrotu z Włoch odstawiliśmy). O ile zamieszkiwanie w chaosie remontowym we dwójkę jakoś dało się przeżyć- tym bardziej, że ja, z racji dyżurów, które odrobić muszę, mało w domu przebywałam, o tyle życie we trójkę, w normalnym trybie szkolno-pracowym tak łatwe już nie jest. Właściwe prace podłogowe rozpoczęły się wczoraj i prawie połowa pokoju już ma śliczne dębowe deseczki- to na osłodę niedogodności, gdyż zostaliśmy pozbawieni nawet stołu (w kuchni nie mamy, na tym głównym, dużopokojowym, spoczywa sobie kanapa), zaś w pozostałych mniejszych pokojach piętrzą się pudła z zawartością pokoju dużego. Z trudem wywalczamy dostęp do łóżek, a Truśka do swojego biurka- na którym i tak odrabiać się lekcji nie da, bo panuje tam tradycyjny Trusiowy bałaganik.
Hera na razie nie przykleiła się do nowego podłoża (deski są kładzione na kleju), ale obawiam się, że to tylko kwestia czasu.
"Strategicznie" ewakuowałam się na kolejny dyżur- ostatni lutowy, zaś w piątek i poniedziałek, równie "strategicznie" ewakuuję się na pierwsze dyżury marcowe- fajnie mam, prawda? Ale jak już we wtorek wreszcie wrócę do domu (a, bo zapomniałam napisać, że na weekend jedziemy z Trusią do Mili i Batorysi), to mam nadzieję, że cyklon już ucichnie i będzie można zacząć się rozkoszować nowym pięknym mieszkaniem.

Żeby nie było nam za dobrze, to wnoszenie desek, przesuwanie mebli i inne atrakcje zepsuły mężowski kręgosłup do tego stopnia, że w poniedziałek zamiast lecieć służbowo do Berlina zawiozłam go na pilne do lekarza, a teraz kłuję zastrzykami (na pocieszenie jeden jest koloru żółtego, a drugi czerwonego- mężowskie pośladki powinny docenić urozmaicenie kolorystyczne wpuszczanych w nie cieczy), załatwiam rehabilitację i staram się dociążyć od domowych obowiązków. Mąż krzywi się, jęczy, powłóczy, ale już i tak jest jakby lepiej.

Zatem w obliczu opisanych kataklizmów relacja zdjęciowa z Cavalese musi poczekać, aż dokopię się do własnego komputera i wywalczę skrawem miejsca, żeby go położyć.

No to czekajcie i zaglądajcie:-)

16:35, dsmiatek
Link Komentarze (9) »
poniedziałek, 05 lutego 2018
Weekendy w magicznym Krakowie

Ostatnia styczniowa sobota upłynęła nam na odkrywaniu Krakowa. Zawędrowałyśmy  z Trusią w zupełnie nowe dla mnie miejsce, a mianowicie na Wydział Form Przemysłowych ASP, gdzie Trusia miała zajęcia w ramach Uniwersytetu Dzieci.

W czasie gdy Trusia rozmawiała o sztuce użytkowej, ja wysłuchałam koncertu niezwykle ekspresyjnej grupy zza wschodniej granicy:

Ach, jak oni grali i śpiewali...

Włócząc się po Krakowie natrafiłyśmy na cudowną małą dziecięcą ksiegarenkę, z której wyszłyśmy z torbą książek, nabyłyśmy nową ręcznie szytą szmacianą lalkę- kiedyś ją wam przedstawię. Spróbowałam wreszcie pizzy nieopodal Bunkra Sztuki- faktycznie bardzo włosko smakuje. Pobuszowałyśmy w sklepie papierniczym- obie uwielbiamy takie sklepy:-) Zajrzałyśmy na portugalskie ciasteczka pate de nata. Zabłądziłyśmy też pod Ogród Sztuki:

A na parkingu, na którym zostawiłyśmy samochód znalazłyśmy taki oto mural:

Nie obyło się bez wizyty w ukochanym Trusiowym Tigerze- stąd kolejne zdjęcie w "śmiesznym" nakryciu głowy:

Zaś pierwsza lutowa sobota minęła nam na Wawrzyńca w Muzeum Inżynierii Miejskiej. Zabraliśmy sobie Iju do towarzystwa.
Tam dopiero była magia- przeniosłam się do świata swojego dzieciństwa:

Potem do czarodziejskich sztuczek, które można zupełnie niemagicznie wytłumaczyć:

A na końcu znaleźliśmy się w krainie niesamowitych metalowych stworów i pojazdów:

też byście chcieli posmakować takich czarów? To wpadajcie do Krakowa- Na Wawrzyńca jest nowa interaktywna wystawa edukacyjna, Powoli kończy się "wokół Fiata 125p.", rzeźby z metalu jeszcze jakiś czas można będzie oglądać:-)

22:04, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 01 lutego 2018
Nie jest łatwo

Czas mija, tematy na bloga się nie pojawiają, a jak już się pojawią, to znikają, zanim człowiek znajdzie czas, żeby je ubrać w słowa i przelać "na papier". Trusia rośnie i stanowi coraz mniej wdzięczny obiekt do opisywania. Łucja tez rośnie i niewątpliwie jest obiektem niezwykle wdzięcznym w każdym tego słowa znaczeniu, ale jej pamiętnik niech ewentualnie prowadzą osobiści rodzice;-p

Pomału zbliżają się nasze ferie- bardzo późno w tym roku. Liczę na śnieg, bo rodzima zima skończyła się szybciej, niż się zaczęła. Może jeszcze wróci...

Przełom roku 2017 i 2018 Trusia spędziła w towarzystwie ukochanych Przyjaciółek, z którymi też witała Nowy Rok. Najpierw były przedsylwestrowe zakupy:

A potem wieczór w Parku Wodnym, fajerwerki i balowanie do rana.

Od 2-giego zaczęła się szara rzeczywistość, która ciągnie się jak najdłuższe spaghetti. Jeszcze tydzień i będzie trochę odmiany w postaci szaleństwa na nartach.

W ramach owej ciągnącej się szarości zdarzyło się szczęśliwie parę kolorowych przebłysków- choćby tradycyjne kolędowanie i granie na czym się da u kapucynów:

Albo niespodzianka od ukochanych Drzew- ciekawe, czy każdemu, kto ich odwiedza nałogowo zrobili taki prezent?

Początkowo chciała uchronić pierniczki przed konsumpcją, takie były ładne, ale nie udało się i zostały pożarte do ostatniego okruszka.

Były tradycyjne niedzielne precle na Rynku- bez nich niedziela dla Iju się nie liczy.

Dla Trusi piwo kremowe w Dziurawym Kotle.

Sącząc piwo i podczytując książkę (są na miejscu, można sobie do kawy czy piwa poczytać), przypomniała sobie Trusia, że czas już najwyższy rezerwować kolonie W Szkole Czarodziejów- w tym roku wreszcie nam się udało, chociaż zamek w Mosznej, gdzie chciałam wysłać dziewczyny (bo Tola też jest fanką Harrego) już wolnych miejsc nie miał. Ale Krasiczyn też piękny, więc obie jadą szkolić się w magii na początku sierpnia.

W szkole też zdarzały się kolorowsze dni, na przykład kiermasz na rzecz Wielkiej Orkiestry- najpierw dzieciaki przynosiły swoje nieużywane już zabawki i gry, a potem na kiermaszu można je było kupić za niewielkie pieniążki. Wzbogaciliśmy się, niestety, o kolejne pluszaki- mam cichą nadzieję, że niebawem przechwyci je Hera i pogłowie pluszaków wróci do normy;-). Przy okazji okazało się, jak inaczej patrzę na pewną rzecz, gdy kontekst się zmienił. Otóż dnia pewnego wróciłam do domu i zastałam taką oto skarbonkę:

Pierwsza myśl: "O matko, co za paskudztwo Trusia z kiermaszu przywlokła. Ale drugi rzut oka zweryfikował moją opinię na temat paskudztwa, gdyż dokładniejsze oględziny wykazały, iż świniorożec jest wytworem rąk własnych Córki Najmłodszej w ramach lekcji plastyki. Od razu zaczął mi się podobać;-)

I tak oto w nie powiem której już 9bo policzyć trudno;-)) zimie życia nauczyłam się, że nie należy oceniać niczego na pierwszy rzut oka;-)
A propos tych zim życia- kolejna cyferka mi we wtorek przybyła:-(

 

19:21, dsmiatek
Link Komentarze (5) »
Archiwum