RSS
piątek, 30 listopada 2007
Ogłoszenie

Córkę sztuk jedna w wieku 9,5 miesiąca, mało używaną, ruchliwą, rozgadaną, zamienię na śpiącego noworodeczka lub sprzedam tanio. Dorzucę wózek, ubranka i otwarte opakowanie kaszki pszenno-mlecznej bananowej.

I to by było na tyle:)

22:20, dsmiatek
Link Komentarze (4) »
czwartek, 29 listopada 2007
Gra

Oj, byłabym zapomniała. Mama Nulki zaprosiła mnie do blogowej gry, do której sama wcześniej została zaproszona. Gra polega na tym:

1. Weź najbliższą książkę.

2. Otwórz ją na 123 stronie

3. Znajdź piąte zdanie

4. Opublikuj je na blogu wraz z tą instrukcją

5. Nie szukaj najfajniejszej książki, użyj tej, która leży najbliżej.

A oto moje zdanie: "Burzliwymi lawinami zwidów przepływały przez gmachy, aż w mroku zapalały się ich okna i całe ulice łyskały ku sobie na przemian światłem czerwonym i fioletowym, a przyboczni odkurzyciele, krocząc po pustych chodnikach, czując swąd rozgrzanych kabli Jego Królewskiej Mości i zaglądając chyłkiem do okien, w których się błyskało, po cichu mówili do siebie:" A zdanie to pochodzi z "Bajek robotów" Stanisława Lema- z Bajki o Królu Murdasie.  Muszę się jednak przyznać, że było to druga książka, którą do ręki wzięłam z najbliższej półki (półki mojego Syna Młodszego), w pierwszej na 123 stronie kończył się rozdział i piątego zdania nie było:( Zapraszam chętnych do dalszej zabawy na swoich blogach:)

21:29, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
Męczący czwartek i wyrzuty sumienia

Czasem mnie dopadają wyrzuty sumienia. Że idę do pracy i nie ma mnie tyle godzin, a moje małe wymarzone Szcząstko zostaje na pastwę siostry i braci. We czwartki i piątki nie ma mnie 5 godzin. I jak wracam, to bardzo już tęsknię. W poniedziałki i wtorki jest lepiej, bo wychodzę na ok.2,5godziny. Dziś jeszcze po pracy, korzystając z tego, że Córeczki Młodszej ze mną nie ma, a dodatkowo, że w mieście jestem, wybrałam się do Galerii Krakowskiej, coby zakupy Barbórkowe i Mikołajowe uskutecznić. Jak ja nie lubię tego miejsca! Kilometry do przemierzenia-żeby czasu na latanie po piętrach tam i z powrotem nie tracić robię sobie plan zakupów, np. zaczynam od górnego poziomu, schodzę na zero i na sam dół przy wyjściu. Ale i tak wracam skonana, a teraz jeszcze zgrzana. Do Empiku wlazłam- oj, ile tam dóbr wszelakich. Gdybym mogła, to pewnie taczkami zakupy bym stamtąd wywiozła. Zawsze tak mam, dlatego za często nie zachodzę. Rok temu byliśmy w Empiku z Starszym Synem, coby mu na Mikołaja płyty zakupić- oj, ciężko było- i tą by się chcialo i tamtą, i filmik na DVD też, a książek ile fajnych- takich do czytaniai takich do mania po prostu też. Ale wyrzuty sumienia wygnały mnie z galerii i pognały na przystanek tramwajowy do mojej najpiękniejszej. Niestety, tatuś w międzyczasie dzidzię wykąpał i do snu układał. Stałam więc sobie stęskniona pod drzwiami i walczyłam z pokusą wejścia i utulenia mojej pojękującej dziwczynki. Ale ze względów wychowawczych nie wlazłam. Piotr wychynąl przed chwilą, długo malucha usypiał- okazało się, że dziecko ma imperatyw wstawania- już zasypia, oczki zamyka, a tu łapcie do szczebelków wędrują i wspina się mały uparty człowieczek, coby wstać. No to tatuś z powrotem dziewczynkę do poziomu przekłada, a ona od nowa...

A wracając do wyrzutów sumienia, to konieczność opuszczenia domu po południu nakłada na mnie więcej obowiązków do południa. A córcia tego nie rozumie wcale- dziś np. nie chciała mi pozwolić dokończyć ścielenia łóżka, tylko czepiała się mnie zawzięcie, łapiąc za moje spodnie od piżamy, co było o tyle kłopotliwe, że spodnie owe są mają dośc luźną gumkę, więc bywały momenty, że zostawałam bez odzieży! Musiałam w końcu córkę złośliwą od siebie odczepić, a z braku możliwości posadzenia jej (bo sztywna się zrobiła i wpół zgiąć się nie dała) musiałam ją na dywanie złożyć, co spowodowało natychmiast strumyczki łez z oczu i płacz okrutny żałośliwy- no i wyrzuty sumienia hyc- pojawiły się natychmiast.

Miałam też dziś chwilę wspomnień (to na spacerku, kiedy Trusia śpi, a ja mam czas, żeby myśleć) i wróciły znacznie poważniejsze wyrzuty sumienia- ale o tym może kiedyś napiszę, a może się nie zdecyduję...

A na dobranoc- Trusia- pomocnik

Tak to ładnie Trusia mamusi przy praniu pomaga- czyste wilgotne rzeczy z miski pracowicie wyrzuca na podłogę, przysypuje się nimi, albo wykorzystuje do zabawy w "a kuku":)

 

21:16, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
środa, 28 listopada 2007
Słonko

Za oknem słonko piękne i świeży biały jeszcze śnieżek- pięknie- od razu robi się radośniej i optymizm w człowieka wstępuje- przyjdzie do nas święty Mikołaj, pójdziemy na spacer, pojedziemy na narty w czasie ferii (chociaż "pan Havranek" na maila wciąż nie odpowiada).

Scenka poranna- Truś siedzi na podłodze i chałeczkę pojada. Właściwie z jedzeniem nie ma to nic wspólnego, Truś chałeczkę drobi- to jej ostatnia pasja- drobi co się podrobić daje, drze na drobne kawałeczki chusteczki higieniczne, serwetki, skubie chlebek. Kurki by się w domu przydały. Na szczęście są jamniki i czuwają. Tak więc Truś siedzi i drobi, a Klucha obok czujna. Początkowo nieśmiało okruszki wyjada, ale na większy kawałek chlebka popatruje. W końcu Trusia niby niechcący łapkę do Kluchy wyciąga, a ta delikatnie chałeczkę wyciąga i zjada. A Truś udaje, że się dziwi bardzo- gdzie się mój chlebek zapodział?

Drobię chałeczkę na małe kawałeczki- małe jest piękne:) Klucha czatuje.

No i stało się- chałeczka została przejęta przez jamnika.

Obrazek południowy- wracamy ze spacerku, dzidzia wyspana, wesolutka. Chwalę się Starszej Córce, jakiego to ładnego aniołka zakupiłam sobie na mikołaja- Truś spostrzega aniołka i się cały rozaniela. Wydaje radosne okrzyki na cześć nowego mieszkańca domu, podskakuje i uśmiecha się od ucha do ucha. Truś od urodzenia kocha aniołki- od tego pierwszego od Andrzeja, który wisi w łóżeczku i pilnuje Trusinych snów, przez te wiszące przy lampach, tego szmacianego na półce, gałgankowe na uchwytach komody... Nowego też powitała z entuzjazmem. Może gdzieś tkwią w niej resztki wspomnień, jak to sama aniołkiem była, skrzydełkami trzepotała i z chmurki na chmurkę polatywała:)

Aniołki na lampie są fascynujące. Bardzo by się chciało ich dotknąć.

A ten nowy jest po prostu zachwycający!

Scenki z popołudnia- Starsza Siostra wraca do domu z uczelni (bo Starsza Siostra studentką I roku psychologii stosowanej jest!), Młodsza Siostra widzi ją w drzwiach i uśmiech od ucha do ucha na pysiu się pojawia, potem okrzyki radości, trzepotanie łapkami, a w końcu puszcza się dziecko pędem na powitanie:)Bo po mamusi Starsza Siostra jest ulubienicą Trusi- pewnie dlatego, że ma dwie śliczne "myszy" (szczury znaczy się), które Trusia bardzo podziwia, ma taką piękną dżambę i grać na niej pozwala, bawi się w "jadą misie", śpiewa piosenki i bardzo jest fajna.

Druga scenka- Trusia je danonka - smakuje jej ogromnie. Nie nadążam z machaniem łyżeczką, Truśka woła mniam, mniam, paszczą kłapie i jest ogólnie przeszczęśliwa. Oba jamniki czuwają, oblizują się- też by chciały. Może do reklamy danonków Trusię zgłosić;) Na koniec jamniki wylizują kubeczek i mają udanonkowane nosy:)

Trzecia scenka - Trusia dostała do łapki długą chrupkę kukurydzianą i próbuje ją podrobić na kawaleczki. Chrupka oporna na drobienie, Truś zdziwiony wielce- no jak to, podrobić się nie da? a co jamniki będą wydziobywać? Jamniki też zdziwione- w końcu Trusia zdegustowana ofiarowuje chrupkę Krokietowi- do niczego takie jedzenie, co się go pokruszyć nie da.

Dla równowagi tej szczęśliwości- stoimy w kolejce do kasy w supermarkecie. Trusia śpi, wydaje się, że tym razem się uda bez ryku. Ale "nie chwal dnia przed zachodem słońca"- otwiera Truszydło oczki i co widzi- znienawidzony market, matki na horyzoncie nie widać (bo nasz wózek taki jest, że rączka jest za budką i Dzidzia jedzie przodem do kierunku jazdy, a mamy nie widzi, bo ma ją za głową)- więc podkówka. Starsza pani przed nami usiłuje się do Dzidzi powdzięczyć- no to już przepełniło czarę goryczy- zamiast mamusi jakaś obca baba- ryk, ryyyk, ryyyyyk straszliwy! Pani kasjerce ręcę się trzęsły, jak nasze zakupy kasowała i próbowała mi je do siatek zapakować. Dzidzia drze się, mimo, że z wózka została wydobyta-i tak już do samego domu.

22:39, dsmiatek
Link Komentarze (1) »
wtorek, 27 listopada 2007
Nie przyjdzie święty Mikołaj w tym roku?

Nikt nie napisał do Mikołaja listu, więc może nie przyjdzie do nas w tym roku? Zwykle uwielbiam kupować prezenty, zawsze robi mi się z nich cała góra. Ale w tym roku coś mnie wena twórcza opuściła. A może po prostu zmęczona jestem i brak mi czasu na wyjście z domu i pobuszowanie po sklepach...Zmęczona pewnie przez to, że Trusia konsekwentnie od spania się odzwyczaja. Uśpienie jej w domu w ciągu dnia jest prawie niemożliwe. Tzn. zasypia  czasem przy piersi na parę chwil, ale to troszke za mało, a poza tym ja jestem uziemiona i nioc zrobić nie mogę. Owszem, na spacerach udaje się ją uspić, ale nie zawsze da się wyjść. Wczoraj byłam matką heroiczną, ale dziś już bohaterstwo mnie opuścilo. Śnieg padał od rana, zasypał chodniki i ścieżki osiedlowe. Czas zabrał nam dodatkowo wyjazd z opisanymi mammografiami. Fajnie, że jedna porcja już gotowa, przede mną jeszcze jedna. Grudzień zapowiada się pod tym względem kiepściutki- szkoda, będzie mniej pieniążków. Ale też dobrze, bo będzie więcej czasu dla domu i oczy trochę odpoczną.

Trusia lata po domu jak fryga i bardzo jej trzeba pilnować, bo wciąż włazi w szkodę. Dziś wyjątkowego pecha miała dziewczynka, bo parę razy klapnęła na podłogę kiedy stała przy tapczanie lub krześle. Cóż, Gapa oprócz tego, że wpełza w szkodę, to jeszcze wstaje podciągając się na domowych sprzętach, a potem coś ją zafrapuje, puszcza się i upada. Na szczęście nauczyła się już troszkę amortyzować upadki, najpierw ląduje na pupie, a potem dopiero upada na plecki, więc nie robi sobie krzywdy, co najwyżej troszkę się wystrasza.

Bardzo się też Dziewczynka żerna zrobiła- na widok jadła wszelkiego głośno "am, am" woła i mlaszcze. Chce spróbować wszystkiego- dziś pożerała mojego mielonego- amała na niego jeszcze, jak był w surowej postaci! Jak tak dalej pójdzie, to w kulkę się zamieni!

A jutro środa-ulubiony dzień- żadnej przychodni, nie ma konieczności wyjścia z domu do pracy. Mamy więc dla siebie czas i może wybierzemy się razem po mikołajowe prezenty. I jeszcze po imienionowe prezenty dla babć obu, bo obie Barbary- jedziemy w najbliższy weekend na dwie imprezki:)

PS   Nie pochwaliłam się moim wspaniałym mężem, który w niedzielę sernik dla mnie pyszny upiekł. I teraz ja ten sernik zjadam samotnie, bo dzieci jakoś się wykręcają, a mąż dziś w pracy "nocuje". Osiągi mam niezłe- zostało już tylko ćwierć blachy! Tak więc i ja na zimę w kuleczkę się zamieniam:(

A teraz cykl "Trusia na domowych dróżkach":

Chciałam na skróty do mamy się przedostać, ale troszkę utknęłam- pewnie na skutek zaczynającej się juz kulkowatości;)

Pod stół zabłądziłam, wokół las nóg krzesłowo-stołowych, trudno znaleźć drogę powrotną:(

Wyglądam spod fotela- całe szczęście udało się głowę bez nabicia guza wysunąć- może dziecku kask malutki kupić należy? Napiszemy do Mikołaja w tej sprawie.

A może by tak zamiast kąpieli spróbować się wyprać?

21:37, dsmiatek
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 26 listopada 2007
Poświętnik czczony

Ten poświętnik to ja oraz inne mamy, którym pewien imperatyw kategoryczny w głowie siedzący każe z dziecięciem na spacerki codziennie wychodzić, coby się dotleniało, hartowało i bodźców sobie rozwojowych dostarczało (moje jeszcze coby spało, bo w domu dalej kiepścizna ze spaniem dziennym).

Ranek powitał nas snieżny i pochmurny- buuu, spacerku nie będzie. Ale nagle coś się odmieniło- słoneczko wylazło- aż grzech z domu nie wyjść. Popatrzyłam w jedno okno, drugie- spoko, niebo niebieski, słoneczko świeci- uda się nam spacerek. Wystroiłyśmy się obie i poszłyśmy. Zajrzałyśmy do piekarni po chlebek orkiszowy- moje ostatnie odkrycie (pycha), do sklepu po jogurty. Dzidzia pośpiewuje taaaata- miło jest. Ale pan Dolecki w wiadomościach ostrzegał przecież, że zima wraca- i miał rację. Wróciła- śnieżek najpierw prószyć lekko zaczął- spoko, damy radę- dla Dzidzi budka i ochraniacz- jedziemy. W międzyczasie Trusia postanowiła zdrzemnąć się troszkę, a śnieżek prószący powoli w śnieżycę zaczął się przeradzać. Co na to matka-czczony poświętnik? No przecież dziecko ledwo co usnęło, nie można do domu wracać. Wpadłam więc na pomysł genialny- póki się dało to po śnieżycy spacerowałyśmy, jak zaistaniała obawa, że mi dziecko w wózku zasypie poszłyśmy po handlowym centrum najbliższym spacerować. I tak to się nam owo centrum choć raz przydało. Spacerowałyśmy sobie w kółeczko ze 45 minut- przystawać naturalnie nie można było, boby się dziecko czujne obudziło. A że nasze najbliższe centum duże nie jest, to parę rundek dookoła się zrobiło. Mam wrażenie, że niektóre ekspedientki trochę dziwnie na nas popatrywały. Ale w końcu trzeba było do domku powrócić, a tu zamieć na dworze nie zmalała. Jak więc ktoś mieszakjący w królewskim grodzie (chociaż tu gdzie mieszkamy to raczej król nie bywał pewnie) zobaczył bałwana z zaklejonymi śniegiem oczami, jak na czuja wózek do domu pod wiatr i śnieg ciągnął, to właśnie ja byłam;) Ale dziecko się przynajmniej wyspało, ze smakiem pół słoiczka z obiadkiem smakosza obaliło i właśnie próbuje komputer mi wyłączyć:) Więc warto się było poświęcać:))) A za oknem śniezyca dalej szaleje- teraz jednak juz nam nie straszna, bo obywatelsko-matczyny obowiązek spacerowy spełniony został.

13:26, dsmiatek
Link Komentarze (1) »
niedziela, 25 listopada 2007
Randka

Niedziela, siódma rano- stanowczo za wcześnie, żeby wstawać. Nagle Coś zaczyna zjadać mój nos- no wiem, że jest trochę za długi, ale żeby od razu go odgryzać..Oczki zaspane otwieram- Córeczka:) Udało się ją w łóżku do ósmej przytrzymać, ale o spokojnym śnie raczej mowy nie było.

Niedzielne śniadania lubię- zwykle jadamy je wszyscy. W ogóle lubie nasze wspólne rodzinne posiłki, niestety, coraz ich mniej. W tygodniu śniadań razem juz nie jadamy, bo każdy wychodzi na inną godzinę, tygodniowe obiady każdy prawie jada o inne porze (czasem udaje mi się zebrać 50% domowników). Sobotnie śniadania też niestety są okrojone o Córkę Starszą, która rano jedzie do miasta na angielski. Zostają sobotnie i niedzielne obiady i niedzielne śniadania. Lubię, jak możemy sobie razem usiąść przy stole, pogadać, pożartować. Delektuję się tymi wspólnymi chwilami.

Za oknem ciemno, mokro i wietrznie:( A tak sobie planowałam, że się na randkę z moim mężem wybiorę. Tydzień mija nam za tygodniem, nie mamy czasu pogadać, nawet wieczorne spacery we dwójkę z psami nam odpadły, bo ja piszę mammografię (albo oddaję się nałogowi bloga, co ze wstydem przyzanć muszę), więc Piotr wychodzi sam. W ostatnie weekendy odrabialiśmy zaległości w sprzątaniu, prasowaniu, kupowaniu i składaniu mebli itp. No więc postanowiłam, że ta niedziela będzie dla nas. Kombinujemy, gdzie to się razem wybierzemy i jak fajnie nam będzie. Jest miło, będzie romantycznie...

Randka doszła do skutku, udała się. Było nas sześcioro- jamniki się nie wybrały, pewnie dlatego, że nie potrafią ludzkim głosem gadać;) Szczury też szczęśliwie w domu zostały. Byliśmy na randce ze wszystkimi dziećmi- na obiedzie w hinduskiej knajpce. Mimo że pan Nowicki jakiś czas temu kręcił na nią nosem w Co jest grane, mi smakowało. Wszystkim nam zresztą smakowało. I fajnie nam było. Dobrze, że nasze starsze dzieci chcą się z nami gdzieś wybrać. Dobrze, że jeszcze się z nimi wybrać gdzieś możemy. I dobrze, że jest nam razem miło i sympatycznie. To takie małe szczęście- warto je docenić, jak jest.

Zdjęć z randki nie będzie, bo nie zabraliśmy aparatu. Ale na otarcie łez inne szczęścia.

Siostry dwie- jedna Duża Jakbygniewna (taka duża to ona nie jest- rozmiar 34 i niecałe 160cm-hi hi hi!) i Mała z miną , jakby postawiła na swoim- co zresztą zwykle ma miejsce.

Czytam i kombinuję, gdzie się na randkę wybrać:)

Dobrze nam razem- wszystkim dobrej nocy życzymy:)))

 

 

22:39, dsmiatek
Link Komentarze (1) »
sobota, 24 listopada 2007
Szybko się uczymy

Niesamowite, jak szybko taki malec sie uczy. Wczoraj pisałam o psich miskach- po pierwszym przypadkowym ich odkryciu teraz Trusia bezbłędnie dąży do miejsca, gdzie są schowane , wyciąga je i się nimi bawi. Psy próbują wejść z nią w spółkę i nauczyć ją jeszcze, jak się nasypuje do misek psie żarcie;)

Dziś nowe odkrycie- bateryjki. Trusia nauczyła się, jak je wydobyć z pilota od telewizora. (U nas robi się to tak- stuka się pilotem o coś i bateryjki wypadają, ponieważ pilot jest mocno zdezelowany i nie posiada zamykadełka do komory z bateryjkami). No więc Trusia sobie postukała, bateryjki wyskoczyły, oczki się Trusi zaświeciły i przystąpiła do zapoznania się z nową zabawką- przy pomocy paszczy oczywiście. Po wsadzeniu przeze mnie bateryjek z powrotem do pilota Trusia postukala nim o podlogę i znów zdobyła sobie bateryjki. Nie wiem co takiego jest w tych bateryjkach, że są atrakcyjne dla niemowlaka?

Zgadnijcie, co takiego mój 9,5 miesięczny dzidziuś życzył sobie spożywać dziś na obiadek. Ha, pewnie nie zgadniecie- dziś na obiadek była tarta, a właściwie dwie tarty- jedna ze szpinakiem, druga z wędzoną rybą. Niemowlakowi smakowały obie, nam zresztą też! Dzindzin nie chciał nawet spojrzeć na słoiczek, domagał się głośno swojej porcji tarty i już!

Poszłam ze Starszą Córką na zakupy- butki zimowe kupić sobie chciałam. Ale znowu "osiołkowi w żłobie dano" i zakup nie doszedł do skutku- bo nie mogłam się zdecydować, czy wolę czarne czy brązowe. Najlepiej byłoby i takie i takie. W rezultacie zakupiłyśmy tunikę w kropki, legginsy i podkolanówki dla Córki Starszej, wypiłyśmy czekoladę z bitą śmietaną, NIE zakupiłyśmy (!!!) spódniczki dla Trusi (Starsza Córka zaprotestowała, ale spoko spoko, pójdziemy sobie z Trusią same w poniedziałek i zakupimy, chyba, że wpadnę na inny świetny pomysł). A potem odwiedziłyśmy księgarnię i wyszłyśmy z niej z kilkoma książkami- m.in. z "Brombą i psychologią". A buty poczekają- jeszcze trochę i przyjdzie wiosna i pomyślimy o balerinkach czy innych podobnych...A i jeszcze nie zakupiłyśmy świecących w ciemności bokserek, ale i ten zakup pewnie w poniedziałek uskutecznię- koniecznie muszę zobaczyć, czy naprawdę świecą;)

21:19, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
piątek, 23 listopada 2007
Aniołki
Spotkałam anioła w tramwaju. Na czarno-białym plakacie- plakaciku właściwie- małe blondwłose dziecko z doczepionymi skrzydełkami, aureolką i zapaloną świeczką w rączce. A obok niego dwa anioły-figurki. I napis-przypomnienie-9 grudnia jest dzień pamięci o zmarłych dzieciach. Na Skałce kardynał Dziwisz odprawi w ich intencji mszę świętą, a o godzinie 19-tej na całym świecie w oknach powinny zapłonąć świeczki- dla zmarłych dzieci- tych nienarodzonych i tych narodzonych, które odeszły. Świeczki by pamięć o nich nie zgasła, by ich światło płonęło w nas. Świeczki także dla mojego Synka. Rozpłakałam się w tramwaju. Śmierć dziecka jest najgorszą stratą, jaką możemy ponieść, czymś, czego najbardziej się nie spodziewamy. I boli tak samo- już do końca życia.
22:40, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
Kolejne odkrycia

Cóż, padają kolejne bastiony- dziś Trusia odkryła kosz na śmieci. Co prawda moja interwencja zapobiegła dokładniejszej eksploracji, ale kiedyś zapewne nie zdążę. Dziecko uczy się szybko i zapamiętuje. Wie już, gdzie się chowa psie miski, jak jamniki zjedzą swój posiłek. A miski owe są przedmiotem Trusinego pożądania- metalowe, dźwięczące- Trusia pomyka do kuchni, wydobywa miski spod szafki i rozpoczyna koncert. Miska z psią wodą również jest niezwykle ciekawą zabawką- można się w niej bardzo fajnie taplać.

Wygląda na to, że trzeba będzie zmienić Trusiowe naczynie do kąpieli- zamiast wanienki należałoby zakupić beczkę- dziecko nie ma zamiaru siedzieć, wsadzone do wanienki natychmiast wstaje, całuje kran, oblizuje ściany dużej wanny... A stojąc trochę marznie-trzeba więc beczkę zakupić.

Coraz lepsza jest też komunikcja Trusi z innymi domownikami- potrafi już pokazać rączką to, co chciałaby dostać. Zamyka przy tym i rozczapirza paluszki- bardzo to fajne i słodkie. A jeśli o jedzonko jej chodzi, to woła jeszcze "am". Stała się ostatnio fanką biszkoptów- ale też sprawiedliwie dzieli się nimi z jamnikami.

I jeszcze obserwacja spacerowa- usadza człowiek czystego dzidziusia w wózku, uładza mu kurteczkę, opatula kocykiem, wygładzając na nim fałdki, chowając stópki pod zawinięty koc. Wyjeżdża dumna mama na spacer, w wózku porządek panuje i ład, dzidziuś podśpiewuje...Za jakiś czas matka spływa potem pchając wózek po śnieżno-lodowych grudach, dzidziuś ma czapeczkę naciągniętą na oczy i trochę jeszcze na bakier, w łapce herbatniczek, bo już się maleństwo nudzić zaczynalo, więc trzeba było czymś je zająć. Herbatniczek oprócz łapki znajduje się również na kurteczce, policzkach, kocyku- w formie znacznie mniej estetycznej niż oryginał ciasteczka.. Dodatkowo na nosie i policzkach rozmazany katarek się znajduje. Kocyk skłębiony, jedna noga wystaje gdzieś z boku, druga usiłuje skopać kocyk w błoto. I tak właśnie sobie wyglądamy. No chyba, że Truś zaśnie..Wtedy mamy uładzony wózeczek z zawartością troszkę dłużej. Ale czapka i tak ląduje na oczkach- zawsze, to po prostu reguła i nie ma od niej wyjątków.

i to by było na tyle w dniu dzisiejszym, bo pracowity dzień za mną, a przede mną dwa stosy mammografii:(

21:17, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5
Archiwum