RSS
niedziela, 30 listopada 2008
Kłopoty z językiem polskim.

Krótko dziś będzie, a jutro przerwa dyżurowa. Krótko, bo powinnam się pokajać- nie wiem, czy to halny, czy ostatni dzień listopada tak na mnie podziałał, czy może po prostu z natury wredna jestem, ale cierpliwości mi zabrakło i wrzasnęłam, jak mi Truśka próbowała przy śniadaniu kawę wylać. A Truśka oczki zdziwiła, zaskoczyła, minkę żałosną utworzyła na paszczy i ryknęła- "Mamusia ksiciała na Tusię. Buuuuu. Tatuś psituli." Tatuś przytulił, a mamusi było okrutnie głupio. Mega wyrzut sumienia. Niestety, moją cierpliwość wystawiała Trusia na próbę jeszcze parę razy w dniu dzisiejszym. No i tyle samokrytyki na forum publicznym.

A jeśli o polski język chodzi, to nie jest wcale łatwy. Niby Mały Człowiek słucha, jak do niego mówimy i niby próbuje sam wykombinować, jak coś odmienić przez czasy, przypadki, osoby i co tam jeszcze. I wychodzi na to, że Trusiek często mówi o sobie w pierwszej osobie liczby mnogiej- no bo jak ja do niej mówię, to często jest to "pójdziemy, zrobimy, narysujemy". No i ona też często tak mówi, chociaż tylko samą siebie ma na mysli. Albo mówi w trzeciej osobie liczby pojedynczej, czyli "Tusia zlobi, Tusia nalysowała, Tusia bam źlobiła". A czasem wychodzi jej "Tusia siedziła na blacie"- ano "siedziła", zwykle tak siedzi, jak coś razem przygotowujemy do jedzenia.
Za to było też "Wojtuś idzieł" zamiast "szedł". Było też "sipamy cukiel do ebatki". A jak już "ciuklem sipamy", to może też "siólem" zamiast "solą".
Dziś też nowe słówko sobie Trusia utworzyła- jak się miotała przy ławce w czasie mszy na Cmentarzu Rakowickim, usiłując zetrzeć rękawem kurtki ptasie guano, wydrzeć mi portfel z torby i rozsypać jego zawartość, chustką wysuczyć ławkę- w pewnym momencie złapała za poręcz ławkową i oświadczyła "zimna cimaćka, molka" (hmm, w końcu poręcz do trzymania służy, może więc być trzymaczka" ;-)
A po mszy byliśmy u Ciszka, któremu Trusia opowiedziała, że "dziownice śpią w ziemi, ślimaćki w śkolupkach siedzą", powycierała ubłocone kasztany mokrą chusteczką, zapaliła "świeciuśkę". No i obowiązkowa wizyta u Misi- całą mszę Trusia domagała się, żeby już pójść. Było tradycyjne "cieść Misia, dzie jeśteś", potem "o, jest Misia, sieciuśkę ziapalimy" i na dowidzenia "pa pa Misiu, Tusia psijdzie źnowu". Moja Trusia- sama tak sobie wykombinowała.
Głupio mi, że na nią nawrzeszczałam rano.
Ale za to wieczorkiem zrobiłyśmy sobie wspólną kąpiółkę- i Dziecko było przeszczęśliwe, bo od mojej operacji odmawiałam jej tej przyjemności. Jak zwykle było przefajnie- taka chwila tylko dla nas. Też to lubię.

21:46, dsmiatek
Link Komentarze (4) »
sobota, 29 listopada 2008
Co robisz Trusiu?

Co robisz Trusiu?
"Ubielamy. Siukienkę ubielamy. I bodzik. Peluchy nie. Papucie nie. Lajtuzki ubiela Trusia."
Sama wybrała sobie dzisiejszy strój (no dobra, zwłaszcza podstawowy element, czyli sukienkę, resztę z delikatną sugestią, ale też sama). Muszę przyznać, że dobry ma gust Moja Najmłodsza. Tylko po co ci Trusiu ta pielucha na główce? "Wieje wiatl moćno. Moćno, moćno wiatr wieje".

I znowu- Co robisz?
"Siedziś na siesiełku i klikaś w klawiatulę. Placiujeś, glaś w lobaćki. Tusia wodę będzie piła teś. Pawełka wodę ypije Tusia. I owiećka wodę ypije."

Co ty tam robisz łobuzie?!
"Bambo jest Tusia. Na dlabinę Tusia włazi, ląćka, nóźka, ląćka, nóźka. Wysioko włazi Tusia"

Gdzie jesteś Trusiu?
"Tu jeśteś. Na lowelku Tusia jedzie. Jedziemy, jedziemy. Z mamusią jedziemy."

"Źdjęcie nie telaź. Do mamusi Tusia idzie juź, sibko." "Filanki nie ma. Mamusia źdjęła. Nową filankę wiesimy."

Tyle tych codziennych dialogów. Nagrać by trzeba.
A u nas okna szczęśliwie umyte, firanki świeże pachnące wiszą i zasłonki, kwiatki mają czyste listki i odkurzone doniczki. A storczyki szykują się do zakwitnięcia. Pierwszy krok w stronę Świąt. Przy okazji nastąpiło tajemnicze zniknięcie żabek z kuchni- nie mam pojęcia, gdzie ja mogłam je wcisnąć.

I ogłaszam zakończenie rekonwalescencji. Pęcherzyk żółciowy nie jest niezbędny do bezpiecznego zjedzenia pizzy. Do tiramisu też nie. Czyli od jutra dieta normalna, ulubiona, a od przyszłego tygodnia aerobik. Można jeszcze ewentualnie pomarudzić z tym dźwiganiem (miało być dwa miesiące bez)- tylko komu- w końcu głównym ciężarem do dźwigania jest Trusiek. A on co rusz woła '"a ląćki!"- bo się odkurzacza boi, bo trafiła na młotek, który tatuś w ręce trzymał (niczego nie przybijał), bo przytulić się chce, bo o bolkau na kolanku sobie przypomniała, bo....pretekstów jet dużo. A Truś na rękach taki apetyczny- do smacznej szyjki i uszek niedaleko ;-) Co robi nietoperz? "Topeź leci. leci. leci. leci." I gdzie przylatuje? "Do sijki psilatuje i glyzie." (Kto nauczył dziecko takiej głupoty? Starsza Siostra. Ale to "glyzienie sijki" takie fajne jest.)

22:03, dsmiatek
Link Komentarze (4) »
piątek, 28 listopada 2008
Hej, jesteśmy :-)

Jesteśmy, jesteśmy. Mama dziś mi przez telefon powiedziała, ze coś zaniedbujemy bloga. Troszkę chyba tak, ale brak weny mnie dopadł. Bo o czym tu pisać- Truśkowe dialogi i monologi musiałabym zapisywać na bieżąco, bo Mała gada tyle i tak fajnie, niestety ja nie jestem w stanie tego zapamiętać. Dwa dni właściwie nie było mnie w domu- we środę rano wyszłam na dyżur i wróciłam dopiero wczoraj wieczorem. A Córeczkę słyszałam przez telefon, jak troszkę żałosnym głosikiem zapytywała "wlóciś mamusia, włóciś?" Ale dziś spędziłyśmy ze sobą całe długie popołudnie. Zakupiłam Trusi (reszta rodziny też się załapała) przepiórcze jajeczka- dobrze podejrzewałam, że będzie zachwycona. Aj, jak ona je podziwiała "oćkami", potem próbowała podziwiać "ląćkami" i jedno "jajećko" się zbiło, co zwpsuło Trusi humor na chwilkę. Nawet powiedziała "boiś jajećka, śtukło jajećko"-czyżby myślała, że z tego zbitego coś wyleci, smoczek jakiś mały? Potem z zapałem pomagała mi owe "jajećka" ugotowane na twardo obierać- dobrze jej szło, takie malutkie paluszki są zdecydowanie zgrabniejsze od moich paluchów i bardziej pasują do tycich jajeczek. Z konsumpcją przepiórczych jajeczek było jednak gorzej- Trusia podzieliła się ze wszystkim, sama żadnego nie zjadła. Cóż, może następnym razem...
Potem zabrałyśmy się za rysowanie i naukę literek. Trusiek rozpoznaje już literkę "P"- na jej widok radośnie woła "o, Pawełek", literkę "D"- bywa, że mówi "D- Dolota", bywa też, że powiada "o, D- mamusia", literkę "W"- to jest Wojtuś oczywiście, "B"- Bunia i "T"- "T jak tatuś i Tusia". Po lierkach Trusia rysowała "ślimaćki" mrucząc "ślimaciek, ślimaciek, lóźki ma, oćki ma, noźki nie ma, ogonek nie ma". Chciała też poprzyklejeć sobie naklejki, niestety wszystkie już były przyklejone. Postanowiła więc zadzwonić do Babci z prośbą o nowe książeczki, co też uczyniła- gadała z Babcią chyba z 10 minut. A na koniec pisała z Ciechem list do świętego Mikołaja- na pytanie, co ma Trusi przynieść Mikołaj zamruczła "ciastećko". I co jeszcze? "Ciastećko". I jeszcze: "ziabawećki, koladkę, kloćki". Właściwie nie są to wygórowane żądania. Z resztą listów jest zdecydowanie gorzej- Ciech chce nowy komputer, Paweł chciałby sztalugi, gramofon, o gitarze basowej nie wspomnę, o akustycznej nowej ("stara" Yamaha została złamana na wakacyjnym wyjeździe:( ) takoż wspominać nie będę. A Bunia? Bunia ocieplane buty na konie, czapsy nowe, rękawiczki "końskie", dużą torebkę, plecak, śpiwór. A ja? No dobra- może być nowa lodówka, mikrofalówka (bo coraz bardziej odczuwam potrzebę jej posiadania, chociaż do tej pory się przed nią broniłam), no niech będzie cała nowa kuchnia..... Lista życzeń krótka nie jest, tylko Mąż twierdzi, że to nie są wcale prezenty dla mnie :-(

Proszę bardzo- Trusia obiera tycie "jajećko"

Koloruje literki, a "slimaciek" na sąsiedniej kartce

W trakcie pisania listu do świętego Mikołaja

A tu pędzi, żeby usmarować pisakiem Ciecha- co oczywiście się jej udało

A to obrazek poranny- Trusia kibicuje Tatusiowi przy przygotowaniu śniadania.

 

21:46, dsmiatek
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 24 listopada 2008
Pomocnica

Dziś dłuższy wpis na nowojorskim blogu- zapraszam na spacer po Downtown.

A Trusieńka dzisiejsza? Pomagała mi gotować obiad po moim powrocie z pracy. rzuciłam hasło "obieramy ziemniaki", a ona już wysuwa kubełek w kartoflami, wyciąga garnek z szafki i podaje mi ziemniaczki "ten dla Buni będzie, ten dla Pawełka, dla Tatusia ziemniciek z ogonkiem, dla Mamusi, dla Tusi teź". Fajnie się nam tak razem obierało, tylko ziemniaki coś za szybko się skończyły.

Po południu pojechałyśmy z Ciechem do Dekathlonu zakupić mu buty, T-shirty na wuef i przyrząd do ćwiczenia rąk. Niechętnie jeżdżę na zakupy z Trusiem, bywa czasami ciężko i nerwowo. Ale tym razem żal mi ją było zostawiać z Pawłem, zwłaszcza, że Paweł entuzjazmem nie pałał, a Trusia pałała do wyjazdu- jak tylko usłyszała, że się wybieramy,  zgłosiła chęć uczestniczenia w zakupach, przytargała swoje butki- nie można jej było zostawić. Na szczęście Decathlon był pusty, Trusia zachwyciła się koszkiem do ciągnięcia, wypróbowała sprzęt do ćwiczeń (stepper jakoś nie zauważył jej ciężaru, bieżni też nie udalo się jej uruchomić), pograła w piłeczkę. A przy kasie zorientowaliśmy się, że zupełnie niepostrzeżenie wrzuciła nam do koszyka nadprogramowe t-shirty. Cudna była. Cudna jest. Od rana do wieczora. I w nocy- chociaż w nocy wolałabym ją jednak podziwiać w jej własnym łóżeczku. Ale cóż- nie można mieć wszystkiego.

Z braku własnego konika i Ciech dobry ;-)

Pomaga nie tylko Mamusi. Tatusiowi też wczorajdzielnie towarzyszyła w sklejaniu i skręcaniu krzesła rozpadniętego przez Ciecha i Pawła od kiwania się przed komputerem.

A na koniec pracowitego dnia- ukochana "kaśka" i spanko :)
Też juz idę spać- dobrej nocy

23:35, dsmiatek
Link Komentarze (3) »
niedziela, 23 listopada 2008
Co robią zimą jeżyki?

Ano jeżyki zimą zakopują się w kocyki i podusie, a w wolnych chwilach przyjmują gości.
Dziś udało nam się wreszcie odwiedzić moją przyjaciółkę, u której zamieszkał taki jeżyk-domator. Nie jest to nasz gatunek jeża, jest to pigmejski jeżyk afrykański. Trusia już od dłuższego czasu oczekiwała na spotkanie z ciocią Anią i jej jeżykiem i nareszcie się doczekała. Radość i zachwyt Dziecka- bezcenne. Chociaż troszkę się Trusia jeża obawiała i podchodziła do niego z pewną ostrożnością. Jeżyk zachowywał się jednak przyjaźnie, co truszona ośmieliło, wydobywała go więc z poduszkowego kopczyka, częstowała uprzejmie jeżowym jedzonkiem i wodą i próbowała sobie zapakowac jeża do puszki-skarbonki w celu zabrania "do domećku". Ostatecznie Ogryzek został u Ani, a w drodze powrotnej do domu z Trusiowego krzesełka aucianego dobywał się entuzjastyczny spiew "uhuha uhuha, nasia zima źła, ścipie w nosi, ścipie w usi"- bo zima dookoła, śnieg sypie, mróz szczypie (troszeczkę) i trzeba było w trybie natychmiastowym wydobyć zimowe buty. Wieczorem czekają mnie jeszcze poszukiwania czapek i szalików, wciśniętych gdzieś w czeluście domostwa (a może piwnicy?). Truśka-elegantka z entuzjazmem zakłada swój płaszczyk w kolorze błotnistej kałuży- najbardziej zachwyca ją sztuczne futerko przy kapturku- co jakis czas sprawdza, czy jeszcze tam jest.
Śnieg Trusię też zachwycił, żałowała tylko, że nie da się go zabrać do domu.

Proszę Państwa- oto jeż

i Trusia zaprzyjaźniająca się z jeżem

Oj, siadać na jeżyku raczej nie należy

Zapakowany do puszki, gotowy do zabrania "do domećku"

Odrobinka chrupeczek na drogę ;)

20:44, dsmiatek
Link Komentarze (3) »
czwartek, 20 listopada 2008
Niestety, u nas tez listopad w całej swej ohydzie

No i się doczekaliśmy. W końcu i nas dopadło- wieje, pada, siąpi, na odmianę  wieje mocniej, ciemno przez cały dzień. Trusia już rano oświadcza- "ciemno na polku, lobi noćka". Dzis biedulka nawet na spacer wyjśc nie mogła.
Za to ja musiałam nos wystawić na zawieruchę. Trzeba było pójśc szwy sobie dać zdjąć. Chcialam sama, w końcu co to za filozofia poucinać niteczki, ale mnie domownicy zakrzyczeli, żem głupia, że do kontroli trzeba, że do lekarza, a nie lekarz-domowy...Poszłam zatem, szwy poobcinali, zapytali, czy pani doktor dobrze się samopoczuwa- pani doktor samopoczuwa sie świetnie, jak tylko niewłasny biały fartuch zobaczy. Aż się dziwę, że wśród tej bieli moje kamyki się nie rozpuściły albo gdzieś nie schowaly pod wątróbką.
A po południu do roboty, pacjenci w firmie M. czekają.
A jutro koniec laby, dyżur się człowiekowi należy.

I może ta ostatnia perspektywa sprawiła, że w depresję listopadową popadam, bloga pisać mi się nie chce, bo mi się wydaje, że się mój temat wyczerpał. Po prawdzie Temat się nie wyczerpał, tylko śpi obecnie w łóżeczku, nagadawszy się przez dzień cały. Ale ja chwilowo nie wiem, co pisać. Córka mówi zupełnie logicznie, zapytana, gdzie się podziała jej tuniczka z kotkiem, którą rano ubrałyśmy, odpowiada, że "Tusia oblała tunićkę sioćkiem". Ścieląc rano moje łóżko Trusia wrzuca do pojemnika na pościel jaśki i mruczy "podusiećki ładnie Tusia ziuci". W czasie śniadania nawija "chlebek weźmiemy, pośmalujemy masiełkiem, sielkiem pośmalujemy dla Tusi. Tusia sinećkę zjada." I tak "śmalujemy" chlebek, obrusik, rękawek piżamki, poduszkę na krześle, mrucząc przy tym zaklęcia i komentarze- aż żal przerywać, w końcu piżamkę i obrus wrzuci się do pralki. Wieczorem w czasie kąpieli zgłębiała dziś Trusia, do czego służy lejek- zajęło ją to na długo. Nalewała, patrzyła, jak się wylewa, dziwiła się, dlaczego się nie leje, jak zatkałam lejek palcem, oglądała wirki- zabawka prosta, a jaka edukacyjna i zajmująca.

Fajna ta moja dziewczynka. Udała nam się bardzo. Tylko wciąż się budzi w nocy, nie zasypia sama w łóżeczku, na nocnik siada tylko kompletnie ubrana. Nie chcę jej do niczego zmuszać, poczekamy jeszcze troszkę, może się jej odwidzi, może polubi sikanie do nocniczka, może zacznie wreszcie przesypiac noce w swoim łóżeczku... A może zawezwiemy Supernianię, a ona wypunktuje nam wszystkie błędy, które popełniliśmy :(

Tylko skąd ten spadek formy i weny. Nawet perspektywa Świąt nie cieszy, właściwie wkurzają choinki stojące już w sklepach i nakręcana już powolutku świąteczna nerwówka.

O godzinie ósmej już mam ochotę zapakować się do łóżka. Zapakuję się zaraz. A jutro na dyżur :(

21:39, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
wtorek, 18 listopada 2008
Scenki z życia rekonwalescentki

Niniejszym ogłaszam koniec niemocy, trza się wziąść w garść i zacząć normalnie żyć. Nie będzie wspomnień i refleksji nad polską służbą zdrowia (nie mam zastrzeżeń, było miło, profesjolnalnie, wystarczająco troskliwie- może nie jestem obiektywna, bo w końcu pacjent ze mnie "szczególnej troski", ale myślę, że jednak jestem), nie będzie pięknego portretu moich kamyków wielkości orzechów włoskich- kamienie poszły precz do śmieci i w zapomnienie.

Będzie o Trusi, bo to jej miejsce w sieci.

O Trusi, o której mogłabym pisać bez końca, najlepiej na bieżąco. Która gada pełnymi zdaniami, ma jakiś niepoliczalny już zasób słów, wciąż nas zaskakuje czymś nowym, nowym zapamiętanym zwrotem, nową zauważoną i zapamiętaną sytuacją. Która sprawia, że ponure listopadowe poranki rozświetlają się słonkiem- Paweł, który zwykle budzi się głęboko nieszczęśliwy i niechętny wszystkiemu mówi, że jak zobaczy rankiem Trusię, to od razu mu się lepiej na duszy robi.
O Trusi, która dziś sama z siebie powiedziała mi- "kocham cię".
Która rozbawiła mnie do łez prawie, zapytują najpierw podstępnie, czy Klucha ma mleczki (cóż, mleczki to wciąż temat numer jeden, mimo dwumiesięcznego już odstawienia Trusia wciąz liczy, że może pewnego dnia popłynie rzeka mlek wprost do jej różanych usteczek;-)  ). Odpowiedziałam, że owszem, ma. Na to Trusia zechciała owe mleczki zobaczyć. To jej pokazałam. Scenka taka oto: Klucha leży na pleckach, ja ją uspokajająco głaszczę, Trusia wpatruje się pożądliwie w Kluchowe mleczki, zaczyna się oblizywać, pomlaskiwać, w oczach rozpala się błysk- Klucha coraz bardziej przerażona, w końcu odwraca się pod demonicznym Trusiowym spojrzeniem i umyka w ciemny kątek.
O Trusi, która wczoraj zapytana przez Tatusia wieczorem w drodze z kaszką do pokoju, gdzie trafia kaszka nie odpowiedziała nic. A dziś po południu w tym samym miejscu znienacka odrzekła "do bziuśka".
Trusi, która- także dzisiaj, oddając się swojemu ulubionemu zajęciu, czyli zabawie psią karmą, wsypywała ową karmę do własnej miseczki (bo psom zabroniłam już dawać jedzenia) i dobre parę minut stała nad tą miseczką i nuciła "aaa aaa, były siobie kośtki dwa" (bo w Chapi sa takie małe kosteczki).
Trusi, która namiętnie czyta książeczki i jest to jej zdecydowanie ulubione zajęcie. Mogą to byc bardzo różne książki. Wczoraj oglądałyśmy o prehistorii i Trusia szukała mamutów ("tatuś ziadł mamuti"- cóż, usłyszała wędrujące po rodzinie powiedzonko, że mamuty wyginęły przez tatusia, który je wszystkie pożarł). A z Bogną uwielbia oglądać książkę o ssakach, z której naumiała się nie tylko "dzika", "jelenia", "foki", ale też tak niezwykłych zwierzaków jak "rosiomak" czy "wychuchoł".
Trusi, która jak urzeczona słucha opowieści Starszej Siostry o tym, jak gąsienica zawija się w niteczkę dokolusia w kokonik,  potem śpi w kokoniku, rośnie, aż w końcu z kokonika wychodzi piękny motylek.
Która prosi Starszego Brata, żeby jej grał na gitarze.
Która wita każdego wracającego biegnąc do drzwi i uśmiechając się od ucha do ucha, wypatruje Starszego Brata przez drzwi balkonowe (oblizując niestety szybę za każdym razem :( ) i widząc go woła wesoło "O Pawełek idzie!"- Pawełem 183cm! Żegna się z każdym przez kilka minut, dając buzi, posyłając całuski, przybijając piątkę i "ziówika", podając rączkę, potem znowu "piątka", "ziówik"....
O dzisiejszej Trusi, która na zajęciach AAK malowała rączkami i tak ją to zajęcie wciągnęło i tak się mocno na tym skupiła, że nawet gadać przestała. A co malowała?- "koguciki" (za tydzień pokażemy owe koguciki, teraz schną u cioci Ani, bo grubą warstwą farbki zostały namalowane). A w czasie puszczania baniek, kiedy wszystkie dzieci z zapałem bańki łapał i czekały następne we względnej ciszy wszyscy usłyszeli Trusiny komentarz "ciocia Ania wody nalała"- no bo Ania na moment podeszła do kranu, żeby przepłukać swoją magiczną bańkową rurkę i Trusia oczywiście musiała to zauważyć.
A po zajęciach wracałyśmy pomalutku do samochodu- jakies 100m może, ale ponieważ ciemno, to oczywiście Trusia "na ląćki" zawołała. Potem przypomniała sobie, że nie wolno, więc chociaż "tulić" i "na kolanka" w przykucu matczynym. A potem podziwiała z zachwyconą miną gwiazdki na niebie, a przed zapakowaniem do samochodu z otwartą buzią ogladała skrzące się na liściach i trawie iskierki mrozu.
Mojej kochanej Trusi, która ostatnio coraz częściej opowiada o zimie, wygląda, czy spadł śnieg (tylko skąd wie, jak on wygląda, niemozliwe, żeby z zeszłego roku zapamietała), zapowiada, że idzie "na pacielek bałwanka lepić" i że "Mikołaj psijdzie, plezenty Tusi pyniesie".
Oj, musi się ten Mikołaj sprężyć, żeby nie dać plamy.

Tak się zaczytuje, że codziennie z książka zasypia. Dwa zdjęcia z dwóch różnych wieczorów.

Z mamą jeszcze niezdrową też czyta.

Tuż po kołysankach o "kośtećkach dwóch" odśpiewanych- psy mają jednak nadzieję, że coś dostaną.

Hmmm, czyżby powiernik Trusinych tajemnic?

A na koniec, niespodzianka. Oto, co udało nam się wyhodować:

Tadaaaam- kucyczek. Trusia mówi, że "walkocik", wciąż sprawdza w lusterku, czy jeszcze jest na głowie i łapka maca, czy się nie zgubił. Bardzo jest z niego dumna :)

A na końcowy koniec będzie o Starszej Córce. Przedwczoraj przylazła i z poważną mina odczytała mi fragment z Fromma (chciałam nawet zacytować, bo mądre, ale znaleźć nie mogłam) o tym, że jak się siebie samego ni kocha, to nie można kochać nikogo innego (to aluzja do tego, że ja siebie całkiem niedużo kocham, jeszcze sie tego nie nauczyłam i nie wiem, czy się kiedys nauczę. Ale czy naprawdę nie potrafię kochać innych?).
A dziś przyniosła mi w prezencie jajko-niespodziankę. Dlaczego akurat jajko-niespodziankę????? Czy ma to być pierwszy krok na drodze do samopolubienia? Czy może ma znaczyć, że moja Starsza Córka jednak trochę mnie lubi? A może subtelne zwrócenie uwagi, że już dziecinnieję?

 

21:36, dsmiatek
Link Komentarze (8) »
poniedziałek, 17 listopada 2008
Wciąż żyję

Moi kochani- żyję chyba tylko dzięki waszym ciepłym myślom, albowiem z odżywianiem kiepsko. Karmię się więc pozytywnymi fluidami od Was i dzięki temu minimum energii we mnie kołacze. Obiecuję się jednak pozbierać i może już dziś wieczorem napisać o wrażeniach ze spotkania z polską służbą zdrowia. A może nawet pochwalę się swoją piękną hodowlą ;-)

A na razie pomalutku, korzystają z wolnych paru dni, tworzę wreszcie nowojorskie wspomnienia. Na razie wpis pierwszy i zdjęcie jedno, ale możecie podglądać, będzie więcej

http://ny2008.blox.pl/html

11:37, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
sobota, 15 listopada 2008
Żyję, ale co to za życie

Niby wróciłam, niby plan został zrealizowany, niby powinnam być zdrowsza. Ale na razie mam wrażenie, że wraz z dwoma cudnej urody kamieniami i pęcherzykiem żółciowym, przy okazji usunięto ze mnie energię, radość życia, siły do czegokolwiek. Plan był jednak troszkę inny- miałam wrócić bez kamieni, z trzema małymi dziurkami w brzuchu, pełna sił witalnych i radości życia. A tu ani radości, ani sił, a w dodatku nikt mnie nie kocha :((( No może poza Trusią- ona kocha i nie może zrozumieć, dlaczego mama nie może jej wziąć na rączki, dlaczego nie można mamie skakać po brzuchu, wziąć wspólnej kąpiółki i pójć na spacer. Do bani taka mama.

Czyżby radość życia i energia mieszkały w brzuchu??? Podręczniki o tym nie piszą, a szkoda :(
Proszę o pozytywne fluidy, bo wydaje mi się, że zwariuję.

20:26, dsmiatek
Link Komentarze (16) »
wtorek, 11 listopada 2008
Jesienne sam na sam z Córką

Ponieważ chłopaki cały długi weekend poświęcili na malowanie pokoju Pawła, a Bunia nas opuściła, została mi do towarzystwa tylko Młodsza Córka (i vice versa). Specjalnie się nie uskarżałyśmy na to nasze sam na sam. Pogoda była tak piękna, że mogłyśmy spacerować godzinami. Powędrowałyśmy sobie dzisiaj do Parku AWF-u. Udało mi się przekonać Trusię do jazdy wózkiem, obiecując jej wizytę na placu zabaw, zabawę liśćmi i wiewiórki. Udało się zrealizować wszystkie obietnice- jedna łaskawa wiewiórka pozwoliła nam się poobserwować przez dłuższą chwilę kicając pomiędzy drzewami. Trusia początkowo wyrażała zaniepokojenie, zapytując "boiś wiewiólecki?". Potem jednak z przyjemnością ją oglądała i próbowała przywabić. Próbowała jeszcze Córka "ziówiki" w parku znależć- nie wiem, skąd się jej ten pomysł w główce ulągł. Zadowoliła się jednak tłumaczeniem, że żółwików nie ma, bo nie ma jeziorka. Co prawda brak jeziorka jej nie przekonał, wytłumaczyła sobie, że "ziówiki śpią".
Wizyta na placu zabaw też się udala, Trusia szalała na drabinkach i zjeżdżalniach, zaprzyjaźniala się z dziećmi, nawiedziła nawet piaskownicę, do której już od dawna nie zaglądałyśmy. Dziś jednak było tak pięknie, ciepło, a Trusia taka piaskiem zachwycona, że nie miałam serca jej stamtąd wyciągać.
W drodze powrotnej napotkałyśmy na "polanki" z nadającymi się do zabawy dębowymi liśćmi, można było poszurać, porzucać i poznajdować żołędzie i żołędziowe "beleciki" (bereciki).

Oto fotki z naszego spaceru.

A na koniec spaceru widok przy mnie ostatnio niespotykany- moja Córka zasnęła w wózku. Naturalnie nastąpiło to tuż pod domem.

Dobrze nam było razem. Ale tylko dzięki temu, że nigdzie nie trzeba było się spieszyć. W tych warunkach wystarczyło mi cierpliwości, żeby poczekać na Truśkę, nie zgodzić się na noszenie jej na rękach (na propozycję "na lącki" proponowałam (bezskutecznie) wózek lub odpoczynek na ławeczce- Trusia ostatecznie godziła się na to drugie), dofutrować ją kanapką (Trusia konsekwentnie odmawia jedzenia z nami śniadania, wychodzi więc bez i po drodze potencjalnie może stać się głodna i marudna z tego powodu). Cóż- bycie rodzicem niekrzyczącym, łagodnie uśmiechniętym, konsekwentnym i nie ulegającym różnym dziecinnym szantażom wymaga czasu. Duuuużo czasu.

A jutro czeka mnie spotkanie z polską służbą zdrowia od drugiej strony barykady. Coś mam przeczucie, że niekoniecznie będzie ono dla mnie do końca bezbolesne:(
Do "zobaczenia/napisania" za czas jakiś- mam nadzieję, że będzie on jak najkrótszy.

22:13, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2
Archiwum