RSS
wtorek, 30 listopada 2010
A wieczorem

A wieczorem polukrowałyśmy pierniczki:

To na razie połowa- druga część ciasta wciąż leżakuje w lodówce.

Zaskoczeń ciąg dalszy nastąpił. Tym razem ich powodem był mój bank, ktory zastrajkował. Najpierw odrzuciło transakcję, gdy płaciłam za zakupy. Na szczęście miałam jeszcze gotówkę i nie zostaliśmy bez obiadu. Potem zbuntowal się bankomat. Zaczęłam mieć obawy, że może przepultalam już całą kasę, ale poczlapałam do oddziału banku, gdzie panie z rozbrajającym uśmiechem poinformowały mnie, że wlaśnie jest awaria systemu i nie da się ani wypłacić, ani wpłacić, ani zaplacić, ani sprawdzić stanu konta, ani w ogóle nic zrobić. I nie wiadomo, kiedy się będzie dało. Całe szczęście, że porzuciłam wcześniej mój plan zatankowania samochodu- gdybym to zrobiła, to dopiero bym się zdziwiła usiłując zapłacić kartą za paliwo.

No i Trusia napisała kolejny list do Mikołaja. Już jest właściwie "po ptokach", prezenty zasadniczo zakupione. Zatem lalki Barbie NIE DOSTANIE!- hip hip hurra, konieczność zakupu została na jakiś czas odroczona.
List też nareszcie napisał Paweł- głównie zawiera on, czego NIE ma Mikołaj kupować, a konkretnie jakie płyty Motorhead'a i innych zespołw Paweł już posiada. No to jutro czeka mnie jeszcze wizyta w Media Markcie.

19:54, dsmiatek
Link Komentarze (5) »
Zaskoczona

Bycie mamą przedszkolaka mnie przerasta. Już drugi bal przebierańców, na którym moja córka przebrana nie będzie. Albowiem:
1. Informacja o koniecności przebrania dziecka do końca jasna nie była
2. O dzisiejszym balu andrzejkowym dowiedziałam się wczoraj rano , a do domu wróciłam o 19-tej wieczorem
3. Nie jestem matką z plastycznym/krawieckimi zdolnościami, nie mam tez materiałów do szybkiego stworzenia stroju dla Trusi.
4. Jestem matką zapracowaną, która po prostu nie ma czasu na wymyślanie i produkowanie przebrań kilka razy w  roku.

Zatem dziś Trusia znowu będzie tą jedyną bez przebrania.

Poza tym zaskoczyła mnie wczoraj zima. Niby w niedzielę troszkę popadało, ale zasypany śniegiem świat w poniedziałkowy ranek był dla mnie zaskoczeniem. W popłochu szukałam swoich kozaków, w panice myślalam, gdzie tez może być sprzęt do odkopania samochodu. Przypomniałam sobie, że wciąż jeżdżę na letnich oponach- cóż, Mąż zapomniał, gdzie podział zimówki. Po wysileniu pamięci okazało się, że zimówki zimują u pana oponnika, ale kwitka na to brak. Na dokładkę Truś przestawił dzień wczesniej mój budzik, który co prawda zadzwonił o 6.30, ale była to już 7.10.
Zaskoczyły mnie korki w drodze do pracy i po raz pierwszy w mojej zawodowej historii musiałam dzwonić do przychodni, żeby uprzedzić, że się spóźnię.
W szpitalu zaskoczyli mnie informatycy, którzy zaplanowali wyłączenie systemu w celu jego modernizacji w godzinach pracy, zatem wyniki usg musialam pacjentom pisać "nieoficjalnie"- ciekawe, kto je potem do systemu przepisze?

Dziś zaskoczyła mnie temperatura- mój najzimowszy płaszczyk tkwi wciąż głęboko w czeluściach piwnicy.

No a dziś zaskoczyła mnie informacja o andrzejkowym balu przebierańców w przedszkolu. I brak miejsca na przedszkolnych wieszakach do powieszenia Trusiowej odzieży wierzchniej.

Co jeszcze mnie dziś zaskoczy?

11:06, dsmiatek
Link Komentarze (5) »
niedziela, 28 listopada 2010
Zapachniało świętami

Na trawnikach pojawiła się cieniutka warstewka białego puszku, kałuże sympatycznie "szeleściły" (wg Trusiowej nomenklatury) lodem, a w domu zapachniało pierniczkami- Trusia z Tatą wykrawają z aromatycznego ciasta jeżyki, wiewiórki, nietoperze, ślimaki, ptaszki, jamniki, liski, aniołki, łosie, misie, trafiają się też tradycyjne serduszka, choinki i gwiazdeczki. Całkiem spora kolekcja piernikowych foremek nam się zgromadziła.
Pierwsza świeca adwentowa zapalona, pierwsza "adwentowa" skarpetka rozpakowana, pierwsza czekoladka z kalendarza zniknęła w Trusiowym brzuszku. Zaczynamy najfajniejszy okres w roku, najprzyjemniejsze czekanie.

I tylko ja zburzyłam od rana przedświąteczny radosny nastrój podyżurową awanturą, że nieposprzątane, nieumyte, nieogranięte- jak zwykle zresztą. Na swoje usprawiedliwienie mam tylko jedno- 110 pacjentów do zdjęcia, 21 tomografii i zaledwie 9 usg. Ktoś chciałby spróbowac się zmierzyć?

Mam nadzieję, że dzień został jednak choć trochę uratowany- po mszy u kapucynów byłam z Trusią w Molierze. Wreszcie się nam udało wybrać na przedstawienie, od powakacjach jakoś nie było okazji. Dziś wystawiano sztukę o dwóch siostrach-młynareczkach- dobrej i pracowitej oraz pięknej, próżnej i leniwej. Tą próżną postanowił ukarać zły czarnoksiężnik. Truśka, choć starsza przecież, okropnie się go przestraszyła i zapłakaną musiałam na chwilę wynieść z sali i tłumaczyć, że to przecież tylko teatr, że czarnoksiężnik nie jest prawdziwy. Oj, trudno było ją przekonać, nie do końca mi uwierzyła i resztę spektaklu przesiedziala mi na kolanakch drżąc lekko i mając oczki w pogotowiu do mocnego zaciśnięcia i niepatrzenia. Rozchmurzyła się dopiero na brawa, ktore biła z wielkim entuzjazmem, odważnie też wdrapała się na scenę i przyglądala rekwizytom. Wróciłyśmy do domu tramwajem, co też było pewną atrakcją dla dziecka wożonego głównie samochodem.

Dziś niespodziewanie odbyło się mierzenie Trusi, które wykazało, że przekroczyła ona "magiczną" setkę i ma 101 centymetrów. Przy okazji odkryliśmy pierwszą Trusiową kreseczkę na futrynie- 68 centymetrów, data pomiaru się zmazała, ale było to jeszcze zanim Trusia skończyła roczek, pewnie, jak zaczęła stawać. Znalazł się też pomiar z dnia 14.02.2008- 72 centymetry. Wzruszyliśmy się...

A Trusia pochwaliła mi się nową umiejętnością- potrafi napisać literkę H jak Hania, T jak Tata, M jak Mama, O i B jak Bunia. Rzeczywiście, koślawe literki całkiem przypominające te właściwe wyrysowała z mozołem na kartce różową kredeczką. Brawo Córcia, jeszcze trochę i sama sobie będziesz czytać książeczki na dobranoc;-)

Z innych nowości- Trusia postanowiła zostać piratem. Z zapałem projektuje "łodzie strzelackie" i pakuje się do Hiszpanii- albowiem tam jest morze odpowiednie dla piratów. Spakowała ikeowskie filiżaneczki (żeby nas mogła poczęstować herbatką, jak przyjedziemy w odwiedziny), chusteczki higieniczne i fotografię Buni.

Na koniec fotoreportaż z pierniczkowania:

I na drugi koniec jamniki dwa- bo razem cieplej:

21:47, dsmiatek
Link Komentarze (5) »
piątek, 26 listopada 2010
Adwent

Co prawda do pierwszej adwentowej niedzieli została jeszcze cala sobota, ale Trusia już dziś uprosiła mnie, żebym jej zawiesiła skarpetkowy kalendarz. Jakiś czas temu zakupilam takie gotowe skarpeteczki na wstążce, ostatnio kompletowalam różne male niespodzianeczki, ktore chcialam do nich włożyć. No i dziś zawisł u Trusi na regale sznureczek z małymi przyjemnościami na każdy dzień adwentu. No, prawdę mówiąc nie na każdy, bo jak to z gotowcami bywa skarpeteczek jest dwadzieścia i cztery, czyli ich eksplorowanie powinna Trusia zacząć dopiero od środy. Ale nic to, najwyżej u nas adwent skończy się troszkę wcześniej;-)

Jak wczoraj zapowiadała, tak dziś Trusia zrobiła- w trakcie naszych copiątkowych weekendowych zakupów wynalazła trzy czekoladkowe kalendarze adwentowe dla Buni i Braci, ktore z dumą i uśmiechem od ucha do ucha wręczyła im wieczorem.
A ja też dostałam własny kalendarz adwentowy:)))

We własne skarpeteczki Truśka poupychała niespodzianki dla mnie. A dlaczego tylko ich tyle? Ano dlatego, że "na takiej małej tacuszce więcej się nie zmieściło". Teraz jest ich jeszcze o jedną mniej, bo dumna ze swojej pomysłowości Trusia pozwoliła mi (a nawet nakazała) rozpakowanie jednej z niespodzianek. Znalazłam wspaniałego bożonarodzeniowego Golluma z Truśkowego kosza na zabawki:)

PS
Jeszcze się "pochwalę" wczorajszą swoją wpadką kulinarną. Na obiad miala być tarta ze szpinakiem na zamówienie Starszego Syna. Przygotowalam dwa pysznne szpinaki- jeden był z owczą fetą (uwielbiam owcze sery) i suszonymi pomidorkami, druga tarta miala mieć na wierzchu szynkę szwarcwaldzką i parmezan. Ciasto kupilam gotowe- albowiem ja, wbrew obecnym trendom, korzystam z gotowców bardzo często. Nie mam czasu na przygotowywanie wywaru na rosół, zagniatanie kruchego ciasta, lepienie pierogów itp. Nie mam też czasu, żeby po zakupy jeździć do ekologicznego sklepu lub na Kleparz. I bywa, że czuję się z tym gorsza, śledząc panującą modę na zdrowe, nieskażone chemią, zbilansowane, wg jakiejś tam flozofii (czytaj diety) przygotowane posiłki.
Ale zostawmy dygresję na tematy mojej wciąż zakompleksionej osoby i wróćmy do wczorajszego obiadu. Obie tary prezentowały się pięknie i pachniały zachęcająco. Tylko po pierwszym kęsie zdalo mi się, że coś w tym ideale jednak idealne nie jest, wyczułam lekki zgrzycik. Okazało się, że gotowe kruche ciasto, które kupiłam (i jakże byłam z siebie dumna, że tym razem tarta będzie na kruchym a nie francuskim cieście, które wyrasta w pagórki na bokach i robi się gumiaste pod farszem) przeznaczone było do deserów i było po prostu słodkie. Cóż, zakupy robiłam z założeniem ,że producenci gotowych ciast wiedzą, że chcę przygotować na obiad tartę wytrawną, a nie słodkie babeczki. A oni nie wiedzieli i podstępnie podsunęli mi sldkie kruche ciasto;-) Ale czy ktoś powiedział, że tarta ze szpinakiem na słodkawym cieście musi być niesmaczna?

21:24, dsmiatek
Link Komentarze (3) »
czwartek, 25 listopada 2010
Lęki

Nie, nie napiszę o nich wiele. Nie Trusi to lęki, lecz moje. Bywa, że obsiadają mnie, osaczają i nie dają swobodnie oddychać. Zupełnie irracjonalne strachy. Może to wpływ mediów- chociaż staram się ich unikać, jak mogę. No ale tak całkiem się nie da, wpadnie w oczy artykuł na onecie, radio włąćzy się akurat w porze nadawania wiadomości. I wystarczy do tego, żeby zaczęły budzić się strachy. Zwłaszcza gdy rozum, zmęczony dyżurowym wysiłkiem, pomalutku usypia.

A z Trusią dobrze- grasuje wesolutka po domu, dokazuje za trzy Trusie "mszcząc się" za domowy areszt. Łyka grzecznie Furagin, pije rozpuszczoną żurawinkę smarka jakby mniej, za to chyrla więcej. Do chóru chyrlających dołączyli jej obaj Bracia, a dziś jeszcze do przeziębionego teamu przyłączył się Truśkowy Tatuś.
W ramach popołudniowych rozywek poszłyśmy odwiedzić BUnię i jej kotkę. Puchata wrednota na widok Trusi zygięła się w pałk, nastroszyła i nafukała. Truśka się nie przejęła tym brakiem towrzyskiej ogłady i starała się Paskudę zabawiać kocią wędką. A jak kocica zaczynala fukać, to i Trusia stawała na czterech kończynach i fukała na kota. I tak się obie zabawiały.

Zakupiłam dziś poprawny "politycznie" kalendarz adwentowy. Za niecałe trzy złote sprawiłam Córce morze radości. Pochwalila się swoim prezentem wszystkim domownikom, chomikowi, jamnikom, a potem jeszcze wybranym zabawkom, ustawiła sobie koło łóżeczka i od czasu do czasu potrząsała nim z rozanieloną miną:
"Jak pięknie szeleszczą te czekoladki:)"
Teraz odlicza już nie dni, ale niemalże godziny do rozpoczęcia adwentu.
I zaordynowała zakup kalendarzy dla starszego rodzeństwa, ktore nie może przecież zostać pozbawione przyjemności codziennego otwierania nowego okienka z czekoladką. Taka z niej dobra siostrzyczka- początkowo planowala się podzielić swoimi łakociami, ale doszla do wniosku, że dzieląc jedną czekoladkę na cztery przypadnie jej niewielki okruszek.

Wczoraj powstał rysunek Porywacza Złotek- dwie okrągłe wypustki, które wzięłam za uszy okazały się być skrzydłami. Stwór zamieszkuje w Afryce i porywa złotka. Jeszcze nie wiem, co to są złotka. Aniołek po lewej stronie został narysowany przez Pawła, który myślał, że Trusia bardziej sakralny obrazek chce stworzyć. Tak wlaśnie powstają Truśkowe rysunki- przeważnie są kolektywne, część rysuje Trusia, część ktoś inny, kto się akurat na podorędziu znajdzie. Chyba taka wspólnotowa twórczość cieszy ją najbardziej. Dziś rysowałyśmy kotkę Buni.

A no moje lęki napiję się malinóweczki mężowskiego autorstwa i pójdę do łóżka z Marleną de Blasi i jej Tysiącem dni w Orvieto.

22:37, dsmiatek
Link Komentarze (3) »
wtorek, 23 listopada 2010
Jednak niezdrowa:(

W nocy, mimo że starałam się jej pilnować, Trusia znowu się zesikała:( Zatem należało ogłosić alarm najwyższego stopnia.
Z wielkim trudem namówiłam ją, żeby zrobiła rano siku do nocnika- chociaż czasem jeszcze tak robi, tym razem za nic nie chciała się dać namówić, mając w perspektywie zlanie potem pracowicie wyprodukowanych siuśków do złowieszczego słoiczka (Protest został opatrzony dobitnym komunikatem:"Nie będę sikać do żadnego plastikowego pudełka! Do pudełek się przecież nie sika i już!") i zaniesienie ich do laboratorium w celu zanalizowania. Ale udało się, mocz Truśki został zbadany, a wynik wyszedł taki, jak przewidywałam, czyli kiepski. Trusia najwyraźniej złapała infekcję dróg moczowych:( Dokładając do tego katar i kaszelek, można uznać Trusię za osóbkę chorą, zatem przerywamy na chwilę edukację przedszkolną. Sama zainteresowana zalała się rzęsistymi łzami na wieść, że jutro zostaje w domku z Pasią i do przedszkola na razie nie idzie. Poimy się zatem miksturką z żurawinki, syropkiem na kaszelek, syropkiem na ogólną zdrowotność, łykamy tableteczki na wybicie mikrobów, które się zagnieździły w Trusiowym pęcherzu (mam nadzieję, że tylko tam). Truśka po chwili rozpaczy nad przyszłą przedszkoną absencją odzyskała wigor i zabrała się za malowanie obrazu- pierwszego prawdziwego obrazu na podobraziu czy blejtramie czy na innym czymś, na czym się obrazy maluje. Już dość dawno temu, na drugie urodzinki bodajże, dostała takowy prezent od Helenkowej mamy, która niestety przestała prowadzić bloga i kontakt nasz się zerwał. Ponieważ Helenkowa mama jest wykształconą malarką, podarowała Trusi także farbki w tubeczkach i pędzelki. No i dziś wreszcie nadszedł odpowiedni czas na ich wykorzystanie.
Najfajniejsze było oczywiście mieszanie kolorów i tworzenie nowych- próbkę tego miałyśmy malując owieczki Lambi. Trusia z zapałem wymyślała, jak zrobić kolor różowy, fioletowy, pomarańczowy czy zielony (choć zielony akurat był gotowy na stanie), sprawdzała, co wyjdzie ze zmieszania koloru niebieskiego z zielonym i czerwonego z brązowym. Zabawy było dużo i to bardzo fajnej. No i twórczej- oto co powstało z tej twórczości:

Do stworzenia dokumentacji musiała wystarczyć moja komórka, albowiem Trusiowy Tatuś podstępnie zabrał aparat do zimnych krajów.
Oczywiście Trusia sama nie stworzyła Małej Księżniczki, naszkicowałam jej Księżniczkę i zamek ołówkiem, Truśka kolorowała,  a potem domalowywała trawę, chmurki, słońce i całą resztę- na gotowym dziele jest jeszcze kwiatek, balonik w kształcie serduszka i parę drobniejszych szczegółów. Bardzo fajnie było obserwować tą twórczość, te farbiarskie eksperymenty i radość, gdy udało się uzyskać idealny różowy kolorek. Trusiowy Tatuś (zawodowo zajmujący się przecież tworzeniem farbek) może być dumny ze swojej Najmłodszej:)

Zosieńko- Pasia próbuje namówić Truśkę, żeby podzieliła się przedszkolnymi wrażeniami- o czym siostra opowiadała wam dziś na religii?
Trusia najwyraźniej nie ma ochoty sobie przypomnieć, o czym była mowa i milczy.
No, przypomnij sobie- Pasia dalej drąży temat- co niedługo się zacznie?
Oczki Truśki się rozświetlają - "Wiem, pamiętam, niedługo się zacznie KALENDARZ ADWENTOWY i będę z niego wyjadała czekoladki!:)))"

No właśnie, a propos kalendarza. W ubiegłym roku i dwa lata też temu dostała Trusia gotowy kalendarz sklepowy z czekoladką na każdy dzień adwentu (prawdę mówiąc nie na każdy, bo te gotowe kalendarze mają 24 okienka, czyli od 1 do 24 grudnia, a adwent rzadko akurat tyle trwa). W tym roku postanowiłam być bardziej kreatywna, nie iść na łatwiznę i  przygotować Trusi kalendarz sama- mam w tym wprawę, bo w końcu przez wiele adwentów robiłam kalendarze dla Starszaków- jak jeszcze byli w wieku "kalendarzowym". Trusia ideę kalendarza stworzonego osobiście przez rodzicielkę przyjęła naturalnie z entuzjazmem, ale zapowiedziała, że ten sklepowy tradycyjnie być musi i już. I tu zonk- w sklepach dramat- napotkałam jedynie kalendarze, które z adwentowymi mają wspólne tylko okienka i czekoladki. Bo na obrazku, o zgrozo, widnieją wielkogłowe zwierzątka (Little Pets się nazywają czy jakoś tak) albo inne koszmary. Takim kalendarzom mówię zdecydowane "nie", zatem zapowiada się w rodzinie mały dramacik. No chyba, że natrafię na kalendarz odrobinkę bardziej w adwentowym duchu...

A na koniec Truś z lotu ptaka, a raczej z lotu Matki;-)

A Truśkowa Dzidzia, czyli Lalunia, do zabawy którą Trusia ostatnio wróciła, jest, według Trusi "mała, ale bardzo zachorowana"- prawie podobnie jak jej mama-właścicielka. (Właściwie to Truśka twierdzi, że to ja jestem mamą Dzidzi, a ona się nią tylko opiekuje. Ale jak opiekuje- kąpie, przebiera, kołysze w wózeczku, układa do snu, otula troskliwie kołderką, karmi. Widać nastała era niańczenia lalek.)

PS
Z ostatniej chwili:
Za moimi plecami (plecami osoby pracującej chałupniczo, bo o tej porze jest czas opisywania mmg) rozlegają się jęki i szlochy:
"Muszę płaczyć, bo mama nie pozwoliła mi jutro iść do przedszkola. A ja muszę iść jutro do przedszkola, bo ja lubię iść do przedszkola. A mama mi nie pozwala."- Truśka płaczliwym głosem, pociągając nosem dla wzmocnienia efektu, skarży się powróconemu wlaśnie do domu Starszemu z Braci.
A dlaczego nie możesz iść jutro do przedszkola?- Paweł jeszcze jest nie poinformowany o dopuście, który padł na młodszą Siostrę.
"Bo jestem chora."- jęczy Truśka.
A na co jesteś chora?- troska się Starszy Brat.
"Na badanie moczu jestem chora."- szlocha Trusia.
Szlochy na chwilkę przerwała obietnica Starszego Brata, że poczyta Najmłodszej Hobbita- bo oni razem taką właśnie lekturę czytają.

PS2
Truśka zwija sie w kłębuszek, wypinając do góry pupę.
Co robisz Trusiu?- chce wiedziec starszy Brat.
Udaje kamień.
Szkoda tylko, że ten kamień wciąż ruchliwy i rozmowny, mimo dośc późnej jak na pewne młodociane kamienie pory;-)

18:45, dsmiatek
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 22 listopada 2010
Słomiana wdowa

Nie lubię tego stanu. Prawdę mówiąc ostatnio to chyba ja częściej wyjeżdżam i porzucam w domu Męża z dziećmi- za tym też specjalnie nie przepadam.
W każdym razie- Mąż na dalekiej północy realizuje się służbowo, a Trusia podnosi poziom adrenaliny swojej mamusi, albowiem dziś dwa raz zlala się w majtki- raz w przeszkolu, bo nie zdążyła do toalety, drugi raz w domu już w łazience co prawda, ale nie zdążyła się rozebrać. Ponieważ w nocy obudziła się na sikanie, co jej się nie zdarza podejrzewam, że może załapała jakąś infekcję pęcherza. Pojemniczek na mocz przygotowany w łazience, chociaż burzona Truśka ośiwadczyła, że do żadnego plastikowego słoiczka ona sikać nie będzie. Najwyraźniej uwłacza to jej godności. Zakupiłam na razie różowe tableteczki do sporządzania musującej (różowej naturalnie) mikstury mającej mieć zbawienny wpływ na drogi moczowe. Córka i do tej nowości podeszła nieufnie i najpierw kazala mi wypić podejrzany różowy płyn z bąbelkami, a dopiero potem, jak już udowodnione zostało, że spożycie nie grozi natychmiastowym zgonem, zgodziła się łaskawie wypić sama. Moje drogi moczowe póki co mają się dobrze, ale wyciąg z żurawiny zawsze może sprawić, że będą się miały jeszcze lepiej.

Zatem jutro się badamy- w liczbie mnogiej, bo Ciecha zaciągam na morfologię i poziom IgE zlecony przez zaprzyjaźnionego laryngologa, a sobie wreszcie muszę zrobić badania okresowe. A jak będę wrdena i Ciech nie ucieknie, to może mu usg jeszcze zrobię-niech ma za swoje!

Żeby nie było, że Trusia taka biedna i chora, proszę, oto ona we własnej autorskiej stylizacji:

22:26, dsmiatek
Link Komentarze (1) »
niedziela, 21 listopada 2010
I poniedzielnie

Niedziela upłynęa nam na błogim rodzinnym obżarstwie- przynajmniej w sporej części. Zaczęło się już naszym tradycyjnym bogatym niedzielnum śniadaniem, na które przybyła ze swojego mieszkanka Bunia wraz z Paskudą. Po mszy u kapucynów był festyn połączony z akcją oddawania krwi. Krwi nie oddaliśmy- kolejka chętnych była za długa, jako jedyny z "rodziny" poświęcił się chłopak Buni. Za to Trusia załapała się na duży piernik w kształcie kapucyna. Kapucyn został pożarty w czasie spaceru po Plantach i potem na Rakowicach. Potem był obiad, w który większość z nas wniosła swój wkład- mojego autorstwa była zupa z porów i salatka, P. zrobił przepyszne wołowe roladki, Paweł stworzył lemoniadę z cytryn (Truśka miała mu pomagać, ale zdezerterowała), deser również należał do Męża, który wczoraj wieczorem upiekł placek ze śliwkami. Tak to z moim Małżonkiem jest, że jak ma przed sobą nietypowe pracowe "zadanie"- audyt ISO, Menager's Meeting, zagraniczny wyjazd (jak to ma miejsce tym razem), zamiast służowym sprawom oddaje się zadaniom kulinarnym Wczoraj padło na placek ze śliwkami i dżem z gruszek.
Wracając do obiadu- Bunia z Tatusiem stworzyli poobiadowe cappucino a potem Bunia i Grześ zabrali się za produkcję podwieczorku, czyli clafoutis z bananami i gruszkami.
Wkładem Ciecha było opanowanie zmywarki.
Truśka tym razem się wymigała;-)

W rezultacie tego nieumiarkowania w jedzeniu i piciu (było też czerwone wino do obiadu, mołdawskie, bardzo dobre) czuję, że ostatni kęs gruszki posypanej białym pieprzem z clafoutis tkwi gdzieś w połowie mojego przełyku, a każde pochylenie się sprawi, że przemieści się z powrotem poza mój organizm;-) Ale pysznie było:) Poza tym fajna taka praca zespołowa.
Całe szczęście jutro mam szansę na godzinkę spalania kalorii na BS- Ciech obiecal pójść z Truśką na taekwondo. Hmm, biedak jeszcze nie wie, że we środę znowu podobna fucha mu się trafi, bo ja mam dyżur.

 

Dowód na to, że kolejny mężczyzna w naszej rodzinie jest kotofilem:)

PS
Cóż, tak to jest, jak się chwali dzień przed zachodem słońca. Ja co prawda już grubo po zachodzie chwalił Najmłodszą, że jest zaledwie 20.10, a ona tymczasem czyściutka, najedzona, z czystym ząbkami, po wieczornym czytaniu spoczywa w łóżeczku w towarzystwie lalki i pluszowego kotka i zbiera się do spania. Po kilku minutach wyspana Córka przytuptała do naszej "internetowej kafejki", czyli do dużego pokoju, w ktorym to ja przed swoim notebookiem opisywalam mammografie, Ciech przed dużym kompem zajmowal się arcyważną grą komputerową, a Mąż przd swym laptopem udawał zapewne, że przygotowuje się do wyjazdu (a może jednak nie udawał...). Truśka pofryżyła, poirytowała rodziców (Ciech wpatrzony w monitor, z słuchwkami na uszach, chyba nawet nie zauważył, że się wśród nas zmaterializowała). W końcu pokłóciła się z Tatusiem i rzuciła mocne:
"Nie lubię cię tatusiu!"
A, jak tak, to może Tatuś przywiezie ze sobą tego przestraszonego niedźwiedzia, co to go uczyłaś wczoraj przestraszać. I co wtedy zrobisz?
"Wtedy będę bardzo płakała."- Trusia wciela się w rolę uciśnionej sierotki.
Na szczęście bardzo krótko będziesz płakała.- mściwie rzuca ze swojego stanowiska nielubiany Tatuś.
Córka chyba nie pojęła do końca sensu Tatusiowej wypowiedzi;-)

19:32, dsmiatek
Link Komentarze (5) »
sobota, 20 listopada 2010
Posobotnio

Jak to zwykle po dyżurze bywa przez pół dnia czułam się mocno skacowana. Ostatnio zresztą te dyżury zrobiły się wyjątkowo niesympatyczne. Wielkie dzięki wszystkim za ciepłe słowa:)

Jak na skacowaną i w dołku osobę przystało poszłam podnieść sobie poziom endorfin w Klubie Fitness- porozciągalm się do bólu na stretchingu, a potem zrelaksowalam na pilatesie (rzeczywiście częściowo była to relaksacja z elementami jednak pracy mięśni, bo był to pierwszy poziom pilatesu). W międzyczasie trójka niewinnych dzieciątek zajmować się miała pracą niewolniczą pt. sprzątanie weekendowe domu. Wróciłam w samym epicentrum, Trusia zabierała się za mycie podłogi. Zakasałam zatem rękawki i podążyłam za nią z drugą ścierką. A chłopaki, jak na prawdziwych facetów przystało, jak tylko zoczyli dwie przedstawicielki slabszej płci w akcji, odkasali rękawki i zajęli się dużo przyjemniejszymi zajęciami.
Drugie epicentrum znajdowalo się w kuchni, gdzie Mąż zagniatał ciasto na pizzę, w towarzystwie nierozpakowanych "darów jesieni", które przytargał był z targu.
Nadmienię jeszcze, że zdrowa w pełni od ponad tygodnia Trusia (sama w ubiegły weekend ze zdziwieniem zauważyła, że wcale nie smarka ani nie kaszle) z powrotem wróciła do stanu dawnego, czyli do pociągania nosem i gruźliczego kaszelku.

Po obiedzie mieliślimy siłę jedynie na wypad z Najmłodszą do kina na "Zakochanego Wilczka". Przybyliśmy niemalże w ostatniej chwili, w momencie wchodzenia na salę kinową Mężowi zadzwonił telefon i zajął się on służbowym telekonferowaniem, a ja bardzo mocno odczułam brak jeszcze jednej pary rąk, dźwigając Truśkowe odzienie wierzchnie, obowiązkowy popcorn, soczek, własne wierzchnie odzienie, którego już zdążyłam się pozbyć, bilety, łapkę Truśki i spadającą z ramienia torbę.  A, i jeszcze kubek dodany do zestawu- z kameleonem na czubku, którego Trusia postanowiła nazywać salamandrą, bo słowo kameleon wydało się jej zbyt skomplikowane. W rezultacie po raz pierwszy od zarania dziejów wysypaliśmy popcorn na siedzenia, podłogę i okolicę (sporo go jednak zostało w pudelku) :(  A Mąż ze stoickim spokojem telekonferował!
Film się Trusi podobał, chociaż były momenty, w których się wyraźnie bała. Delikatna jest pod tym względem moja Córeczka- widać, jak się kuli nawet w czasie oglądania Świnki Peppy, gdy ta, ucząc się jeździć rowerem właśnie zamierza wpaść w dynię w ogródku. Zatem niedźwiedź goniący głównych bohaterów czy wilki szykujące się do bitwy tym bardziej wywoływały w niej obawy- na szczęście zawsze można się wdrapać na mamine kolana i zamknąć oczy.

Gdy wyszukiwaliśmy w "Co jest grane" film, na ktory ewnwtualnie moglibyśmy się udać, padały propozycje rozmaite, Starsza Córka wspomniała nawet Harrego Pottera, co oczywiście w grę nie wchodziło. W drodze do kina Trusia upewniala się:
"Ale na pewno nie idziemy na SZAREGO Pottera?"

W kinie Tatuś upomina Trusię wyraźnie manipulującą paluchami koło dziurek w swoim nosie.
Córka ze sprytną minką odpowiada:
"Tobie się tylko tak WYDAWA tatusiu, że ja dłubię w nosie"

W drodze powrotnej do domu mówię Truśce, że Tatuś pojutrze od nas odlatuje do zimnych krajów Trusia najpierw zaciekawiona pyta:
"A czy tam jest śnieg?"
Oj, niestety chyba jest.
"To świetnie, to ja chętnie polecę z tobą. A czy ty wrócisz do nas tatusiu?"
No wrócę, wrócę Chyba, że zjedzą mnie niedźwiedzie.. (nie ma to jak męskie poczucie humoru)
"Eee, nie zjedzą ciebie te niedźwiedzie, bo ty jesteś większy od każdego niedźwiedzia. A gdyby jakiś chciał cię zjeść, to go wystraszysz. O, ja ci zaraz pokaże jak."- Tu następuje seria
straszliwych grymasów na buziaku i straszliwe porykiwania- każdy niedźwiedź natychmiast podkuliłby ogonek i zwiał gdzie pieprz rośnie ;-)

I jeszcze parę fotek. Na początek Trusi podejście do fitnesu- podejście zespołowe;)

Pompki w zespole z kuzynką Tosią.

Ćwiczenia na orbitreku w "zespole" ze starszym Starszym Bratem.

A teraz Truś i jej mały przyjaciel Liść:

Muszę przyznać, że Trusia pozytywnie zaskoczyła mnie swoim podejściem do chomiczka. Obawiałam (bazując na doświadczeniach z lat minionych, he he), że szybko przejdzie jej początkowy entuzjazm A tymczasem Trusia stara się, w miarę swoich możliwości, opiekować zwierzem, sprawdza codziennie, czy chomik ma wodę i czy poidełko się nie zablokowało, dosypuje chomiczkowi jedzenie, pomaga aktywnie przy sprzątaniu, stara się go codziennie wyjąć z klatki i chwilkę ze spobą posocjalizować, jednocześnie respektując jego zwyczaje- czyli nie wyciąga go na siłe z domku, czeka aż sam wyjdzie, stara się być delikatna i uważna. I póki co Liść ma się dobrze.

Zostały mi jeszcze fotki trzy, ale niech poczekają na swoją kolejkę. A na razie miłej niedzieli wszystkim życzę:)

22:57, dsmiatek
Link Komentarze (3) »
wtorek, 16 listopada 2010
Wpis będzie o zabawkach

Tłuką mi się w głowie przemyślenia na temat zabawek. Temat na czasie, albowiem okres prezentowy już tuż, tuż, w sklepach rozświetlają się pierwsze choinki, a główne alejki w supermarketach zaczynają zajmować dziecięce gadżety. Wchodzę regularnie na Ładne Bebe i podziwiam różne śliczności, które wygrzebują w internetowych (i nie tylko) sklepach jego autorki. Podziwiam designerskie domeczki i mebelki dla lalek, zachwycam się szmacianymi laleczkami i ręcznie szytymi przytulankami. Zgadzam się w duchu z ekologicznym rodzicielstwem, kłują mnie wyrzuty sumienia, że moje Dziecko uczęszcza do zupełnie zwyczajnej przedszkolnej placówki, że się nie postarałam o przedszkole bardziej trendy, wychowujące dzieci w duchu pedagogiki Montessori czy steinerowskim.
A potem rozglądam się po obejściu, wrzucam do pojemników zabawki Trusiowe i zastanawiam, jak ona podeszłaby do tych kreatywnych, ekologicznych cudeniek. I nie mam złudzeń, niestety- lalka szmaciana (chociaż bliska mojemu sercu) przegrywa z plastikową. Gdyby Trusia miała wybrać, to pewnie wybrałaby taką, co gada, macha, sika, cmoka itp. Ale jak dotąd najlepiej sprawdziła się u nas najprostsza plastikowa lala-dzidziuś, bo można ją wrzucić do kąpieli, posmarować kremem, ubrudzić własnym posiłkiem, można ją do woli przebierać, od biedy nawet w noworodkowe ciuszki. Najnowszym ukochanym gadżetem jest plastikowy aparacik fotograficzny świnki Peppy- Jak go Truśka wraz z gazetką w kiosku uwidziala, to aż jej oczęta się rozświetliły- "O takim właśnie marzyłam, kup mi go mamusiu, proszę."- i jak tu nie spełnić marzenia dziecka, skoro się samo napatoczyło i jeszcze tak niewiele kosztuje.
Kiedyś najukochańsza była plastikowa kuchnia, teraz też jeszcze często jest w użyciu. Mnie zachwyciła jakiś czas temu cudowna drewniana duża kuchenka w Ikei, ale nie wiem, czy Trusia bawiłaby się nią lepiej...
Ukochane też są klocki Lego i na nie (także w obliczu doświadczeń z młodości Starszaków) pieniędzy mi nie szkoda. Śliczne szmaciane klocuszki, które mała jeszcze wtedy Trusia dostała od babci czy proste drewniane klocki w naszym przypadku się nie sprawdziły.
Pluszaki? Służą głównie do zakurzania się na półce przy Trusiowym łóżeczku. Cóż z tego, że miękkie i śliczne- nieważne, czy made in China (w 99,9% owszem tamże zostały wykonane, albowiem znalezienie innych jest prawie niemożliwe) czy też wyprodukowane w innym kraju, stoją sobie zapomniane i nieużywane. Co jakiś czas Trusia wybiera sobie aktualnie ulubioną przytulankę- obecnie jest nią mały kotek, którego jej kupiłam, gdy miała roczek. Kotki były wtedy jej ulubionymi zwierzątkami i długo szukałam niewielkiego przedstawiciela miauczącego gatunku, takiego, żeby mogła go zabrać na spacer w małych jeszcze wówczas łapkach. Ulubieńcem od czasu do czasu bywa Jeżyc od cioci Ani, czasami jest nim Osiołek, przyjaciel Puchatka.nI to by było w pluszowo-szmacianym temacie na tyle. 
A co przykuwa uwagę Trusi na sklepowych półkach? Ano to, czego absolutnie nie mam ochoty jej sprezentować. Ostatnio stanęła w zachwycie przed obleśnymi kucykami (wiecie, też różowe, z długim włosiem, brrr)- a nie ogląda reklam w TV (z powodu braku od wiosny takowego sprzętu w naszym mieszkaniu). Zatrzymała się też na dłużej przed lalkami Barbie- no jakże by nie, chyba wszystkie dziewczynki przechodzą w swoim życiu okres fascynacji Barbie, dopadł on nawet Starszą Córkę (szczęśliwie nie przechodziła go szczególnie ciężko i nie pozostawił spustoszeń w jej psychice;)
Jak była Truśka trochę młodsza (nie tak dawno temu, ostatniej wiosny to było), to wzdychała nad obleśnymi plastikowymi rowerkami trójkołowymi (znacie to?- takie kolorowe, z daszkiem, frędzelkami, półeczką na nóżki, rączką dla rodzica do pchania, wydające jęczące dźwięki, brrr)- szczęśliwa byłam, że pretekstem do odmówienia jej owej przyjemności były stanowczo za duże gabaryty i zbyt zaawansowany wiek Truśki. Czy ktoś sądzi, że w ogóle zwróciła uwagę na drewniane rowerki bez pedałów- te ostatnio najbardziej trendy?

Czego zatem będę szukać na mikołajowo-gwiazdkowych zakupach? Ano niewątpliwie klocków Lego, bo sprawdzą się na pewno. Pojadę też zapewne do Mothercare- wśród propozycji ELC znajdę coś, co nie zrujnuje kieszeni, a będzie się można tym kreatywnie bawić (wróżki i syrenki z gąbki do samodzielnego sklejenia zrobiły furorę). No i księgarnie- Trusia uwielbia książki, wciąz kocha, jak się jej czyta- przypomnieliśmy sobie ostatnio z Piotrem o "Takich sobie bajeczkach" Kiplinga, wygrzebaliśmy je z zakamarków Pawłowej biblioteczki i zachwycamy się nimi co wieczór. Książki Trusia może dostawać zawsze i zawsze ogromnie się cieszy z książkowych prezentów. I jeszcze CD- z piosenkami dla dzieci, z czytanymi bajkami, z słuchowiskami- na pewno się sprawdzą. A także wszelkie artykuły do prac plastycznych, które Truś uskutecznia nie tylko w przedszkolu- dziś na przykład wylepiałyśmy plasteliną obrazek naszkicowany przeze mnie na tekturce. Trusiowe dzieła wiszą na lodłówce, na drzwiach mojej szafo-pracowni, a ja nieodmiennie się nimi zachwycam. bo jak się nie zachwycić długo- i różowowłosą księżniczką z kilkoma oczami (Trusia twierdzi, że niektóre z tych "oczu" to są "takie pryszczyki"- zapytana, czy księżniczka ma trądzik oburzyła się, bo jej chodziło właściwie o czerwone rumieńce na policzkach, a nie żadne tam bąble), wielkimi kółkami na owych włosach (które to kółka okazały się być księżniczkowymi spineczkami) i z paszczą od ucha do ucha (no, uszu wlaściwie księżniczka nie posiada), co upodabnia ją do strzygi czy innego straszydła. Cudo po prostu. Sami zobaczcie:

A, co to ja właściwie chciałam? No chciałam napisać, że żałuję ogromnie straconych okazji zabawkowych, żałuję, że moja Córka nie doceniłaby lalczynych modern-mebelków, że posiadana na stanie cudna szmaciana lalunia przegrywa z plastikową made in China, że przepięknie wydana książeczka o laleczce Yumi zupełnie nie wzbudziła jej entuzjazmu (ale wyszłyśmy z Hetmańskiej dzierżąc pod pachą "Opowieści z mchu i paproci"). Że wzdychać sobie mogę przeglądając Ładne Bebe, ale chociaż mnie pomysły Marysi i jej "wspólniczki" niesłychanie inspirują, to raczej nie zainspirowałyby one mojej Najmłodszej.
Chciałam napisać, że nie będę z tym walczyć, na siłę przekonywać do drewnianych klocków. Kupię jej to, czym lubi się bawić, od czasu do czasu zgodzę się na tandetny aparacik świnki Peppy albo futrzaną różową torebusię Małej Księżniczki.
A tekturowy domek (patrz Ładne Bebe)- hmmm, Starszaki kiedyś taki dostały, z szarej zwyczajnej tektury, potem go z zapałem malowali i świetnie się w nim bawili- to były czasy, gdy "drewniany sklep" (Bajo mu chyba "na imię") był jeszcze na Placu Szczepańskim, a ceny w nim nie mroziły krwi w żyłach. Nad domkiem z tektury się zastanowię- a może trafi się nam wielkie tekturowe pudło... Kiedyś pewnie kupimy TV- tylko, ze one płaskie są takie i pudła po ich też pewnie płaskie:(

A, jeszcze o przedszkolach wspomniałam. Bo tu też mnie sumienie kłuje, że Truśka do takiego "zwykłego" chodzi, że na łatwiznę poszłam i nie postarałam się o "lepsze". Przywraca mnie do pionu (i rzeczywistości) myśl, że i tak bym Córki nie woziła na drugi koniec Krakowa, nawet gdyby przedszkole było najwspanialszym i w najlepszy sposób wspierającym rozwój dziecka. Bo czasu na dojazdy szkoda.

Coś mi chyba notka bez ładu i składu wyszła, wymknęła się spod kontroli. Nie wiem, czy udało mi się ubrać w słowa kłębiące się w mojej mózgownicy myśli. Cóż, jak jutro "na trzeźwo" dojdę do wniosku, żem głupoty popisała, to wystarczy jeden mały klik;-)

PS1
A propos kreatywnych i prostych zabawek- muszę Najmłodszą zainteresować guzikami. Przypomniało mi się, że Bunia i Pawełek wspaniale się nimi potrafili bawić.

PS2
Jeśli nie zaglądaliście jeszcze na Ładne Bebe, to zajrzyjcie- dziewczyny wyszukują rzeczy naprawdę oryginalne, praktyczne, albo po prostu piękne. Warto przynajmniej popatrzeć i się pozachwycać.

PS3
A kuchenkę Duktig to jak mnie resztki rozumu opuszcżą, to sobie kupię! Zawszeć tańsza niż kuchnia prawdziwa, z której kupnem zmagam się od jakiegoś czasu, a sprawa projektu, kosztorysu i decyzji wciąż tkwi li i jedynie w sferze planów i nie chce się jakoś przenieść w rzeczywistość. Skorom już sobie szmacianej farmy odmówiła, to przynajmniej kuchenkę będę miała ;-)
Przypomniałam sobie- farmę obiecała mi Starsza Córka na urodziny, odciągając mnie od niej siłą- a to już bliżej niż dalej, muszę się upomnieć;-)

23:17, dsmiatek
Link Komentarze (12) »
 
1 , 2
Archiwum