RSS
środa, 30 listopada 2011
Mamo pobaw się ze mną!

No tak, tu właśnie jest ten moment rodzicielstwa za którym nie przepadam i przy którym ponoszę porażkę. Albowiem mogę (i chętnie to czynię) Dziecku swemu poczytać, powyżywać się z nim plastycznie, poukładać puzzle, ba, nawet zagram z nią bez przykrości w gry planszowe, w których koniki "biegają" li i jedynie dookoła "przeskakując: przez przeszkody. Mogę też grać w memory i w Piotrusia, domino lub inne podobne. Pójdę na spacer, potowarzyszę na placu zabaw, sama chętnie się pobujam na huśtawce czy powiszę na drabinkach. Basen- proszę bardzo, byle woda była ciepła. Rower, hulajnoga, rolki- czemu nie- mam nadzieję, że wiosną Trusia przestawi się na dwa kółka rowerowe i włożki rolki na nóżki. Narty- oooo, jeszcze jak chętnie! (śniegu, gdzie jesteś? przybywaj!). Wyprawa do zoologu, do muzeum, na wystawę, gdziebądź- bez problemu. Wspólne (byle prawdziwe) gotowanie- a jakże. Łamigłówki- mogą być. Klocki także.
Ale na hasło "mamo pobaw się ze mną" mam ochotę schować się jak ślimak w skorupce i udawać, że mnie nie ma, że zapadłam w stan zimowej hibernacji, nie słyszę pukania.
Bo ja w tym punkcie nie dorastam do roli dobrej matki Dziecka- nie cierpię się z nią bawić w Herkulesa i Panienki, w dwa male słodkie kotki, nie potrafię się bawić lakami, mimo mego zachwytu dla lalkowej drewnianej willi, wolę ją podziwiać i od czasu do czasu odkurzać niż odgrywać role jego mieszkańców.

Niestety pora roku i szybko zapadające ciemności część rozrywek wykluczają. Część się Truśce aktualnie znudziła,  na niektóre nie ma chwiliwo ochoty. I wtedy pada "nienawistne" "Mamo pobaw się ze mną!" I ja się nawet staram zacisnąć zęby i przez zaciśnięte udawać słodkiego koteczka polującego na myszki (próba przekonania Trusi, że kotki duuużo śpią i są raczej leniwe i małomówne się nie udaje) i szukającego miseczki z mleczkiem. Albo Panienki, której Herkules przynosi sukienki balowe, a ona się stroi (jest to zabawa tylko słowna, a skąd się wzięła pojęcia nie mam, chyba z ilustracji na opakowaniu CD z muzyką do Herkulesa).

Muszę wymyśleć plan B, rozrywkę atrakcyujniejszą dla Trusi niż "mamo podaw się ze mną". Muszę mieć na podorędziu wyjście awaryjne. Zwłaszcza, że wiosna i dłuższe dni jeszcze długo nie nadejdą.

A z innej beczki- zastanawiam się nad fenomenem śmietany i masła. Z 400ml śmietanki wychodzi mi spora kulka masła i prawie tyle pysznej maślanki, ile było śmietany. I ja tego zupełnie nie rozumiem- rozmnaża się w czasie ubijania, puchnie, rośnie, czy co?

20:56, dsmiatek
Link Komentarze (7) »
poniedziałek, 28 listopada 2011
Wisły ciąg dalszy

Dlaczego Trusia chce tu wrócić wiosną?
Bo Trusia to wodne stworzonko i pławić się może godzinami, podskakując na sztucznej fali:

pluskając się z makaronem:

albo bez:

Obie lubimy wodne igraszki:)

W hotelu rozrywki prawdziwie letnie, a tymczasem wracając do domu spotkaliśmy, wciąż jeszcze nieśmiałą, zimę:

Piękna, prawda? Powoli zaczynam za nią tęsknić. Bo my z Truśkiem lubimy zimę- byle by był mróz i śnieg.

 

 

23:45, dsmiatek
Link Komentarze (1) »
Zdjęcia obiecane

Jeśli chodzi o Trusię, to choruje sobie nadal. Z nowości- dziś nie miała już gorączki, ale od siedzenia w domu zwredniała i :chodzi po ścianach". Jutro kolejny dzień domowego aresztu, ale może we środę wypuścimy ją na wolność. W każdym razie taką mam nadzieję.
A w ramach popołudniowej rozrywki rysowałyśmy świnki. Trusia narysowala tak:

Ktoś poznaje, co to za świnki? Bo nie są to jakieś tam byle jakie prosiaki, tylko konkretne bohaterki ulubionych Trusiowych lektur.
Ja też narysowałam te same świnki, ale mój rysunek niekoniecznie wart jest uwiecznienia.

Narnia nadal na topie- jak już pisałam, Trusia z Pawłem doszli już prawie do końca "Podróży Wędrowca do Świtu", wczoraj Trusia obejrzała w towarzystwie Buni/Tatusia "Lwa, Czarownicę i Starą Szafę", a dziś ja dyżurowałam przy niej w trakcie "Księcia Kaspiana". I dzięki temu osiągnęłam mega tyły domowe, bo film zabrał mi ponad dwie godziny w popołudnia, czyli właściwie całe popołudnie. W rezultacie obiad na jutro dla chłopaków i chorej Córki gotować będę rano (bo ja się pożywię na dyżurze, a Starsza jutro do nas nie zagląda), a teraz wykorzystuję czas przed wgraniem się na kompa mojej chałupniczej roboty.
Rysunek zainspirowany Narnią powstał między innymi taki:

Jest Aslan, na nim siedzi Ryczypisk, Łucja, Zuzanna i chyba Piotr (a może Edmund?).

I jeszcze próbka Trusiowego pisania, czyli spis rzeczy do niezapomnienia na poszczególne pory roku:

Najpierw zima, czyli wydarzenia bardzo ważne- urodziny, Walentynki, kalendarz adwentowy i narty w Cavalese z Panem Adamem.

Na wiosnę planuje Trusia kolejną wizytę w Gołębiewskim i Wielkanoc.

Lato to oczywiście wakacje, a te Trusia chciałaby spędzić w Hiszpanii.

Na jesień zaplanowała Córka tylko Bal Jesieni, więc już nie wklejam.

Jak mi się uda, to uzupełnię jeszcze dziś zdjęcia z Wisły, bo irytuje mnie myśl, że wpis sprzed tygodnia nie został zakończony. A jutro i we czwartek na dyżur. A na weekend na imieniny do Babć. Truśka zbieraj się, zdrowiej!

21:57, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
niedziela, 27 listopada 2011
Status idem, czyli bez zmian

Miejsca na zdjęcia dalej brak:(
Trusia nadal chora:( Zmieniło się tylko to, że mniej kaszle, ale za to więcej smarka. I wciąż cieplejsza niż przewiduje norma. Właśnie siedzi przytulona do swojego Taty i oglądają pierwszą część Narni. Trusia Narnią zafascynowana, z Pawłem są już w trzecim tomie. Od jakiegoś czasu powstają rysunki z Aslanem, Łucją, Edmundem, Zuzanną i Piotrem w roli głównej. Zapragnęła oglądnąć swoją ulubioną lekturę na ekranie. Wahaliśmy się, zwłaszcza Bunia miała wątpliwości, czy aby nie jest to zbyt straszne dla niespełna pięciolatki. No ale przecież zna treść... Bunia zatem wymogła na nas, żeby Truś oglądał film w towarzystwie, najpierw zasiadła z Siostrą sama i dodawala jej otuchy, a jak już musiała wyjść, to zasadziła na posterunku osoby wspierającej Trusię Ojca. No i oglądają, a Truś milczy, jak zaklęty i wygląda dość zastygle. Od czasu do czasu tylko podrzuca, kto lub co pojawi się w kolejnej scenie- pierwszy tom skończyli już jakiś czas temu, a skubana wciąż doskonale pamięta treść.

Jako że Truś chory, to weekend spędziliśmy nieciekawie. Ja wczoraj dałam się torturować kosmetyczce, wróciłam mało co widząc przez mocno spuchnięte i czerwone oczka, jeszcze dziś "liżę rany", ale za to na kilka lat będę miała spokój. P. jak na Europejski Dzień Bez Zakupów przystało rano robił weekendowe zakupy, a po południo razem pojechaliśmy na poszukiwanie odkurzacza do Świątecznej Paczki- znaleźliśmy po jakichś dwóch godzinach! Po drodze zwiedziliśmy laptopy i pochodne, MP3/MP4 (figuruje w Ciechowym liście do Mikołaja), mini-wieże (bo u nas już nic właściwie nie odtwarza płyt CD) i nie wiem, co tam jeszcze, bo wyparłam z pamięci. Matko, czułam się jak po zwiedzaniu działu malarstwa w Metropolitan Museum! I już prawie miałam nowego notebooka w ramach mojego prezentu świątecznego, ale okazało się, że ten wybrany istnieje tylko w jednym i to wystawionym do macania i klikania ogólnego egzemplarzu. No to podziękowałam, nie chcę takiego naklikanego i wymacanego i to za pełną cenę!

A dziś siedzimy w domu i oddajemy się kulinarnemu szaleństwu. Nawyciskałam się cytryn do lemoniady, aż mnie biceps prawy rozbolał. Sałatkę zrobiłam z owoców (do czegoś trzeba było wykorzystać zakupione dwa egzemplarze mango). P. upiekł sernik z migdałami w nowej wersji- migdały przesmażył z karmelem i wysypał na wierzch sernika, dzięki czemu powstała pyszna chrupiąca skorupka- pomysł do skopiowania, polecam. I tak to postanowienie o odchudzaniu po szwedzkich stołach u Gołębiewskiego poszło się rąbać:(

Miałyśmy dziś z Trusią robić łańcuchy na choinkę, może jeszcze zdążymy, bo Narnia już się kończy. Tymczasem kalendarze adwentowe już wiszą. Teraz przydałby się wdrożyć jakieś adwentowe postanowienia. Muszę nad tym głębiej pomyśleć...

17:19, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
czwartek, 24 listopada 2011
Zonk

Chciałam skończyć wpis, a właściwie zdjęciowpis z poprzedniego weekendu, ale blox nie użycza mi łaskawie miejsca na zdjęcia, a bez zdjęć się nie da. A miałam dla was niespodziankę...
Dobijają się na świat wpisy o tym, jak Trusia rysuje i pisze. Jej rysunki mnie zadziwiają i zachwycają. Coraz w nich więcej szczegółów, pojawiają się coraz to inne postacie, których jeszcze dzień wcześniej Trusia rysować nie umiała. A te "stare" ewoluują, zmieniają się.
Chciałam pokazać, jak Truśka pisze - albowiem pisze coraz więcej i chętniej, zupełnie sama z siebie. Jakoś tak mimochodem przyswaja nowe literki i tworzy z nich na papierze słowa. Zasiadła do pisania na przykład zaraz po naszym powrocie z Wisły i spisała sobie w zeszyciku, jakie to ważności ma do załatwienia zimą, wiosną, latem i jesienią. No ale jak pokazać jej kulfoniki, skoro miejsca na zdjęcia brak:(
A na razie Truśkę zmogła trująca krakowska aura - podobno normy zanieczyszczeń są przekroczone sześciokrotnie (słyszalam dziś nawet, że ośmiokrotnie). Zatem jak tylko Truś pooddychał ową mieszaniną powietrza ze sporym dodatkiem trującej chemii, rozkaszlał się, a dziś nawet wyprodukował niewielką gorączkę i musiał pozostać w domu.
A ja od powrotu nie wiem, gdzie się podział czas - bo ledwo skończyliśmy jeden weekend, a tu już następny puka do drzwi. A gdzie wtorek, środa i czwartek?
Czekam zatem z kolejną notką na możliwość wstawienia zdjęć. Do zobaczenia.

22:58, dsmiatek
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 21 listopada 2011
Nasz długi weekend

Większość miała go tydzień temu, a my z opóźnieniem. Właśnie dziś zakończyliśmy przedłużony, trzydniowy weekend. Wróciliśmy wypoczęci, naładowani energią, wymoczeniu w jazzuzi, wygrzani w aromatycznych saunach, napływani, z dodatkowymi (to przypuszczenie tylko, bo nie sprawdzalam i sprawdzać nie będę, po co psuć sobie dobry nastrój) kilogramami od przepyszbego jedzonka, wyspani i pełni wrażeń.
A gdzieśmy byli? Ano tam, gdzie rok prawie temu. Tym razem śnieg nie zalegał na całej połaci, zatem zamiast lepić bałwany o robić anioły w śniegu, pojechaliśmy do Leśnego Parku Niespodzianek. Dziś zdjęcia właśnie stamtąd.

Zoo? Nie do końca. Po pierwsze gatunki w większości rodzime. Po drugie część zwierzaków swobodnie spaceruje alejkami i chętnie daje się poczęstować zakupioną w kasie specjalną karmą. A te, które nie spacerują swobodnie, nie są odgrodzone od odwiedzających wielkimi zasiekami i czasem dają się pogłaskać lub poczęstować.
Jest też atrakcja specjalna, na jaką jeszcze w żadnym zoologu nie trafiłam- pokazy lotów ptaków drapieznych i sów. Bielik lecący tuż nad głową czy sowa lądująca na plecach robią wrażenie. Sokół ulatujący gdzieś w niebo i potem pikujący w dół z zawrotna prędkością- łaaaau! A najdziwniejsze jest to, że wracają. Ja żyję w przekonaniu, że każdy ptak w klatce musi być nieszczęśliwy i jak tylko wydostanie się poza kratki, to natychmiast uleci ku wolności. A one wracają. I nich opiekunowie, sprawiający wrażenie prawdziwych pasjonatów. Tyle nowości o ptakach i sowach się dwoeidzieliśmy, tyle mitów zalegających w mym umyśle zostało obalonych. Bardzo chętnie tam wrócę i jeszcze raz posłucham i popatrzę. A na razie dam popatrzeć Wam.

Piękne są, nieprawdaż? A podziwiane z bliska, gdy nie oddziela nas od nich krata, budza prawdziwy respekt. I cóż z tego, że są od nas mniejsze, kiedy dzioby i pazury wyglądają groźnie...

Ciech odważył się na zdjęcie z bielikiem, ja miałabym stracha, gdyby ten zakrzwiony dziób znalazł się za blisko mojej twarzy. Szczęśliwie Reagan nie miał złych zamiarów i cierpliwie pozował do zdjęć. A wiedzieliście, że bieliki, tak naprawdę nie są orłami?

Lądowanie płomykówki na Ciechowych plecach nie było zaplanowane.

Sowa lata bezszelestnie. A przed startem dokładnie rozgląda się dookoła, sprawdzając, czy w pobliżu nie ma zagrażającego jej drapieżnika, albowiem oczy ustawione z przodu sowiej głowy nie pozwalają jej widzieć na boki w trakcie lotu. Zaś sowia "twarzyczka" zwana szlarą pozwala jej odbierać dźwięki- dzięki niej sowa potrafi podobno usłyszeć bicie serca myszy ukrytej pod liśćmi. Podobno też swoy nie są wcale zdeklarowanymi zwirzętami nocnymi i widzą tak samo dobrze w nocy jak i w dzień.

Sowa śnieżna jest w ogóle zwierzęciem dziennym. Gniazda buduje na ziemi i potrafi obronić pisklęta nawet przed polarnym niedźwiedziem lub wilkami.

A w ogóle to sowy są niskolatające- bo po co mają latać wysoko, skoro ich jedzonko biega po ziemi.

Puchacz wirginijski dosłownie muskał skrzydlami ziemie.

Oto Sowa Przemądrzała z Kubusia Puchatka- poznajecie?

A poza ptakami były jeszcze:

żubry prawie na wyciągnięcie ręki- ale któż by miał odwagę, żeby dłoń do nich wyciągać,

jelenie, które dawały się pogłaskać po rogach,

tulące się do siebie dziki, które przygarnęły do swego grona wietnamską świnkę (pewnie zwiała ze swojej zagrody),

przyjazne daniele, chętne na poczęstunek,

i takie bardziej rogate,

muflony w sporym stadku,

i takie jeleniowate, które nie powiedziały nam niestety, jak się zwą- może były to jelenie sika???

Były też ptaszki naziemne, na przykład kolorowe bażanty. Ale też przepióreczki od nakrapianych mini-jajeczek i kuropatwy.

A na placu zabaw między innymi takie fajne dwuosobowe huśtawki dla dziecka i rodzina/opiekuna (też skorzystałam z możliwości pobujania się).

Na tym niestety zmuszona jestem zakończyć, albowiem na więcej zdjęc blox mi już nie pozwolił. Ale mam nadzieję, że niebawem doda mi łaskawie nowych bajtów i wtedy wpis zdjęciami uzupełnię.
A na razie zachęcam tych, którym Ustroń po drodze- Park otwarty jest cały rok, a wybrać się tu naprawdę warto.

 

 

 

22:39, dsmiatek
Link Komentarze (6) »
czwartek, 17 listopada 2011
Konserwa i takie tam inne przemyślenia

Tytułowa konserwa to Truśka we własnej osóbce. Mimo już prawie pięciu latek na koncie wciąż jest stworzonkiem bardzo zachowawczym, ostrożnie podchodzącym do nowości, zwłaszcza w dziedzinie konsumpcji, trzymającym się chętnie codziennych schematów i rytuałów. Rano przed wyjściem do przedszkola musi być mleko z czekoladowymi kulkami odpowiedniej firmy. Zmiana kulek na inny kształt czy też opakowania z królikiem na inne nie wchodzi w rachubę. Że nie wspomne juz o odrzucaniu moich propozycji innego śniadania. Bo ja za kulkami nie przepadam, bardzo chętnie wyeliminowałabym je z Truśkowej diety całkowicie, ich dziwnie piankowata struktura i wygląd nie przypominający żadnej ze składników, z których rzekomo zostały stworzone- brr! Cóż, kiedy Trusia uznaje tylko kulki i bez nich z domu nie wyjdzie...
Drugim rytuałem porannym jest przykrywanie Trusi narzutą, gdy ścielę nasze łóżko. Truśka z upodobaniem zasiada na sofie i czeka aż ją schowam pod szmacianą płachtą, a potem zapytuje, czy wiem, gdzie zgubiła się moja ukochana Córka. Jedyną słuszną odpowiedzią jest, że nie mam pojęcia, gdzie też mi Dziecko przepadło.
Wieczorem tez trzeba się trzymać wypracowanych schematów- jak jestem w domu to zawsze dostępuje "zaszczytu" towarzyszenia Córce w czasie kąpieli- inna osoba spośród członków rodziny nie jest bowiem wystarczająco kompetentna. Każdy też ma przypisane sobie zadania czytelnicze- ja czytam z Trusią literaturę rozmaitą dziecięcą, potem Paweł czyta jej"Narnię" i nikt inny się do tego celu nie nadaje. A na koniec Tatuś czyta "Europkę", czyli całkiem poważną, dorosłą literaturę.
Jedzeniowy konserwatyzm trwa w Trusi nadal. Miałam nadzieję, że z upływem czasu i pod wpływem przedszkola i koleżeństwa przekona się Trusia do testowania innych potraw, ale , jak na razie, nie doczekałam się zmian. Moje Dziecka woli wrócić głodne z przedszkola niż spróbować mięsa z sosikiem, zjeść pososikowany makaron czy choćby polizać zupę inna niż te zaakceptowane od dawna (rosołek, pomidorówkę, czasem ogórkową i, podobno, barszczyk). O surówkach ni wspomnę, bo z góry wiadomo, że sa niejadalne, zatem lepiej, żeby na talerz nie trafiły wcale. Zastanawiam się, co będzie jadła Latorośl w ciągu najbliższego weekendu, kiedy to będziemy się "spamować" w eleganckim hotelu w Wiśle. W zeszłym roku na "szwedzkim stole" nie znajdowała dla siebie zbyt wiele. W każdym razie już sobie zapisałam, żeby spakować nieszczęsne czekoladowe kulki do mleka.

A z innej, także kulinarnej, beczki. Ostatnio podesłane do testowania sosy Blue Dragon ratują moją rodzinę przed głodową śmiercią. Bo czasu mam jakby jeszcze mniej niż zwykle, zatem wracając około 16-tej do domu pichcę potrawy z ich dodatkiem. Zresztą sosy sa bardzo smaczne, metoda stir-fry prosta i krotka- ot na rogrzany olej wrzucam co znajdę- pokrojone w paseczki mięsko, warzywka, a po paru minutkach dodaję sosik i gotowe. Jeszcze tylko ryż lub makaron i mamy obiad. Wczoraj zaabsorbowana pichceniem nie zauważyłam, że Dzieć przyozdobił mnie na plecach wielkimi okrągłymi naklejkami w kolorze jaskrawego różu. I paradowałam tak aż do późnego wieczora, kiedy to zdejmując czarny golf (oj, fajnie musiały się odznaczać na nim te błyszczące przylepy) zorientowałam się o niespodziance. Nadmienię, że bynajmniej paradowałam tak przyozdobiona nie tylko w domowych pieleszach!

Nie wiem, jak u was, ale u nas pierwsza edycja listu do Mikołaja już nastapiła. W Truśkowym liście naturalnie lalka Barbie w dwóch stylizacjach na pozycji pierwszej- jedna ma być syrenką, druga może być "zwyczajniejsza". A co poza tym? Ano pluszowy piesek Oskar, taki, jakiego ma Natalka (Jakiego pieska ma Natalka? Po co Trusi kolejny pluszka? Po co jej w ogóle jakiś jeszcze pies, skoro na każdym kroku potykamy się o dwa żywe jamniki?). Żelki- no jasne, jakiś słodycz byc musi. Ten jest kolejnym, na którego widok dostaje gęsiej skórki. czasem ulegam i kupuję, a potem cichaczem wyrzucam do kosza te, których jeszcze nie zdążyła wchłonąć i robię wielkie oczy, gdy Truśka pyta, gdzie się podziały. I hit- świnka do której rzuca się kostką!- ktoś wie, o co chodzi????
W moim mikołajowym worku, który powoli się zapełnia, w kąciku Trusi na razie siedzą książki, najnowsza Basia na CD (Basie uwielbiamy obie), planowałam uzupełnić Truśkową biblioteczkę DVD, myślałam też o zakupie sprzęciku do słuchania płyt, bo stary rzęzi już i ledwo dycha. Może trzeba podsunąć Trusi myśl, o napisaniu uzupełniającego listu do świętego Mikołaja? A może trzeba się przemóc i kupić tego upragnionego Barbiszona?

I jeszcze z Trusiowego słowotwórstwa:
Układamy razem puzzle, tuż obok, włażąc nam na obrazek, zalegają jamniki, które podsuwaja nam swoje łby do pogłaskania, gdy sięgamy po kolejny kawałek- przeszkadzają okrutnie. Nareszcie jamniki zainteresowały się soba nawzajem, Klucha zabrala się za wylizywanie uszu Krokieta. Truske bardzo to zaintrygowało, obserwuje psy przez chwilkę i komentuje:
"Jakie sprytne sa te jamniki. Klucha wyliże uszy Krokietowi i nie trzeba mu ich będzie PATYCZKOWAĆ."

18:00, dsmiatek
Link Komentarze (7) »
poniedziałek, 14 listopada 2011
Jak Matka ze Sztuką obcowała

Ponieważ sytuacje takie zdarzają się rzadko nad wyraz, zatem wpis im się należy- chociaż Córka Młodsza w obcowaniu tym razem udizału nie brała.
A jak Matka obcowała? Ano w pośpiechu niestety. Założenia co prawda były piekne, że się tą niezwyczajną okazję pocelebruje, że make-up odpowiedni się machnie, że strój galowy z szafy się wydobędzie...
Tyle założenia. Rzeczywistość już o poranku pokazala, że z celebracji nici. W przedszkolu odkryłam ogłoszenie, iż w dniu jutrzejszym odbędzie się bal jesienny i dzieci mają zostać przebrane w odpowiednie tematycznie stroje. Zazgrzytałam, pomruczałam, że teraz to co najwyżej mogę dziecku wynaleźć ubiór kolorystycznie jesienny, ale pomna na bal zeszłoroczny, kiedy to Trusia z powodu matczynego niezorientowania była jednym z niewielu (a może i jedynym) nieprzebranym dzieckiem i nie chcąc by się Córka i w tym roku wyróżniała pośród dyń, wiewiórek, jeży, jabłek, kupek listowia itp podtanowiłam się jednak sprężyć i jakieś przebranie Dziecku utworzyć. Zatem po pracy numer jeden i pracy numer dwa, przy okazji koniecznych zakupów w hipermarkecie (weekendowe się nie odbyły, bo w piątek było zamknięte, w sobotę Ojciec czynił entropię, a Matka kiblowala na dyżurze, a w niedzielę zakupów robić się nie godzi, zatem w poniedziałek lodówka pustkami świeciła) nabyłam kolorowy samoprzylepny papier oraz blok techniczny z kolorowymi kartkami, a po powrocie do domu zabralam się za rysowanie i wycinanie liści. Błogosławiłam przy tym Pana Marcina, który podesłał nam do przetestowania wspomniane już spacjały Blue Dragon, albowiem dzięki nim tworząc liście stworzyłam i obiad- dzisiaj wypróbowaliśmy chiński sos curry, ktory wraz z cebulką dymką dodaliśmy do klopsików z Ikei i spożyliśmy z ryżem jaśminowym- smaczne, proste, szybkie- w sam raz dla ściubiącej listowie Matki, z niepokojem spoglądającej na zdecydowanie zbyt szybko poruszające się wskazówki zegara (ciekawe, że w jak jestem w pracy,a zwłaszcza na dyżurze, to tak nie gonią).
I tym sposobem jutro Córka wystąpi w tiulowej spódniczce bogato zdobionej kolorowymi listeczkami, liściatej koronie i pseudo-jarzębinowych koralikach. Dołożę jej jeszcze mój pomarańczowy szal, jesienne rajstopki posiada- powinno oblecieć.
Za to na strojenie i make-up Matki czasu już nie starczyło. Wrzuciłam na siebie bluzkę, ktora złośliwie pozbawiła się guzika w trakcie wciągania nań sweterka- szczęśliwie guziczek był przy rękawku 3/4, rozpięło się drugi i na pewno nikt nie zauważył, że nie ma on "braciszka". Starsza Córka przybyła w ostatniej chwili, zatem do Przybytku Sztuki Wyższej podążyła w stroju bardzo codziennym.
A balet był piękny. Biały/Czarny Łabędź dosłownie unosił się nad ziemią, Książę Zygfryd skakał pod sufit, Błazen przechodził samego siebie. Warto było. Tylko orkiestry "na żywo" mi brakowało.

23:02, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 13 listopada 2011
Uciekłam z domu

Naprawdę nic nie mogę poradzić na to, że czuję wręcz fizyczny ból, gdy otacza mnie bałagan. I nie pomaga nawet tłumaczenie sobie, że to bałagan twórczy i że, jak już się skończy, to będzie lepiej, zyskam czyściejsze ściany w kuchni, znikną bryzgi oleju, soku malinowego, który kiedyś tam eksplodował itp. Cały wczorajszy dzień powtarzałam sobie mantrę, że Mąż robi to dla mnie, żebym była szczęśliwsza, że przecież sama chcę mieć pomalowaną kuchnię (marzy mi się nie tylko pomalowana, ale i z wymienionymi meblami, ale to marzenie muszę chyba odłożyć na półeczkę- nigdy nie zrealizowane)- nic nie pomagało. Zatem po powrocie z dyżuru z półprzymkniętymi oczami, starając się nie percepować zbyt wiele,  spożyłam śniadanie, porwałam Truśkę i ewakuowałam się do miasta. Poszłyśmy do kapucynów, potem na drugie śniadanie do Cupcake Corner, następnie do Groteski na przedstawienie  Amelka, Bóbr i Król na Dachu, a potem umówiłyśmy się z Bunią i Grześkiem na obiad. Jak skończyliśmy na dworze było już ciemno, ale Truśka rozochocona nie chciała jeszcze wracać do domu i usiłowała mnie namówić "na coś przyjemnego". Niestety, czas było wracać do bałaganu- i mimo pozornego przywrócenia jako takiego ładu nie czuję się lepiej w przestrzeni naszego mieszkania. Uwiera zachlapane okno, brak karnisza (zaginęły gdzieś uchwyty i nie można go przykręcić), niedziałająca lampa pod sufitem (z niewiadomych powodów po przykręceniu odmówiła świecenia). A niepomalowane i tak zostały ściany za stojącymi szafkami- bo już czasu zabrakło.
Zyskiem z domowych wagarów jest zadowolona Truśka, pełna wrażeń z randkowania przez cały dzień z mamą. W teatrze jak zwykle przeżywała, a ponieważ przedstawienie rozpoczęło się z 10-minutowym opóźnieniem, to zdążyła przez ten czas poinformować siedzącego koło niej chłopczyka i jego mamę, że po pierwsze liczy sobie już prawie pięć latek, że ma siostrę, która zamówiła dla niej stolik w jej ulubionej knajpie, że Tatuś został w domu i robi "entropkę",że ma TRZECH braci- dwaj wyjechali, a jeden umarł i teraz mamy tylko jego grób na cmentarzu, że na cmentarzu odwiedza też swoją ukochaną przyjaciółkę Misię. I to właśnie jest coś, co mnie w niej uderza- Truśka naprawdę jest przekonana o tym, że ma czwórkę rodzeństwa. Kiedyś zapytała mnie, ile mam dzieci, a jak odpowiedziałam, że czworo, to popatrzyła na mnie z politowaniem :"Oj mamusiu, mamusiu moja zapominalska, przecież masz pięć dzieci- Bunię, Pawła, Wojtka, mnie i Ciszka."  Czuje się mocno związana ze tym swoim starszo-młodszym Braciszkiem. Podobnie jest z Misią, którą uważa za swoją najlepszą przyjaciółkę. I dlatego zupełnie naturalnie poinformowała swoją teatralną sąsiadkę, że jej braciszek Ciszek umarł w maminym brzuchu, a jej przyjaciółka Misia umarła na ciężką chorobę, a ona ich teraz odwiedza na Rakowicach. Pani wydawała się być odrobinkę zszokowana.Dobrze, że przedstawienie się rozpoczęło, bo nie wiem, o czym jeszcze rozgadana Trusia by opowiedziała...

Wczoraj Truśka pomagała w czynieniu entropii:

Dziś uciekła ze mną i przy okazji troszkę się ukulturalniła:

A jutro kultura wyższa dla mnie i dla Buni, czyli znowu wieczór w operze.

22:46, dsmiatek
Link Komentarze (10) »
sobota, 12 listopada 2011
O pozytywach życia bez telewizora

A wlaściwie o negatywach wynikających z jego włączenia. Od prawie dwóch lat obywamy się bez telewizji. Owszem, mamy podłączoną kablówkę, a monitor od komputera może służyć za TV, ale właściwie nie służy. Czasem Trusia ogląda dobranocki, rzadko chłopaki coś tam pragną zobaczyć, ale poza tymi nielicznymi momentami  żyjemy bez telewizji. I zdążyliśmy się do tego przyzwyczaić, a nawet odczuć pozytywną stronę tego faktu- o jedno stresujące źródło mniej. Już wystarczą hiobowe wieści z internetu, codziennie bombardujące naszą psychikę i raz na jakiś czas podobne z cotygodniowej lektury Wyborczej. Tego i tak jest za wiele. A wczoraj niebacznie włączyliśmy TV przy Dziecku. Tzn włączyliśmy Dziecku dobranockę i niebacznie nie wyłączyliśmy tuż po niej. Zaczęły się Wiadomości. Dziecko siedzi przy stole naprzeciwko ekranu i zjada kolację w postaci gruszki. Ja siedzę przed swoim laptopem i nie zwracam uwagi na to, co w TV. Tylko Mąż jednym okiem spogląda. Nagle widzimy, jak Dziecku robi się z buźki podkóweczka i oczki niebezpiecznie się szklą- otóż ona akurat bacznie oglądała i słuchała nowości z dnia 11 listopada. I najpierw zapoznała się z obrazkami zamieszek w Warszawie.
"Mamusiu, a dlaczego oni się tam tak biją? Dlaczego oni na siebie napadają i rzucają kamieniami? Mamusiu, a jak to było w Warszawie, to Nulka i Mila mogły tam być. Powiedz mi, że nic się nie stało ani Nuli ani Mili."
Zapewniłam, że nic się nie stało. Za chwilkę na ekranie pojawiły się archiwalne filmy z czasów I wojny światowej. No tego dla małego umysłu i serca byłu już stanowczo za wiele.
"Mamusiu, czy oni naprawdę się zabijali? A czy to też było w Warszawie? Ja się boję, bo w Warszawie mieszkają moje przyjaciółki. Powiedz mi, dlaczego ludzie się zabijają?"
Trochę pomogło zapewnienie, że to byłu już bardzo dawno temu. Ale wytłumaczyć Dziecku, dlaczego się ludzie zabijają, dlaczego rzucają w siebie kostką brukową i demolują okolicę, dlaczego przepełnia ich nienawiść i chęć rozróby- nie potrafię. Lepiej przestanę włączać TV.

11:53, dsmiatek
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2
Archiwum