RSS
piątek, 30 listopada 2012
Jak Władca Pierścieni uratował honor Świętego Mikołaja

Mikołaj, jak powszechnie wiadomo, żeby się wyrobić na czas, prezenty gromadzić musi wcześniej. Spaceruje zatem po sklepach, zapełnia siatki, a potem upycha to, co zakupił w różnych kącikach i zakamarkach, starając się je dobrze ukryć przed bystrym wzrokiem sprytnych dziateczek. I musi mieć nadzieję, że sam nie w odpowiednim momencie odnajdzie;-)
Zatem i nasz Mikołaj, a właściwie jego Przedstawicielka, udał się na prezentowe polowanie. Chcąc chociaż spróbować spełnić marzenie Trusi, zajrzał tez w okolice, gdzie na półkach wielu pyszniły się lalki MH i rozmaite gadżety z nimi związane. Lalki oczywiście w grę nie wchodziły, ale może chociaż jakaś namiastka, coś z logo MH, jakiś mały gadżecik... Gadżeciki i owszem były, cenowo nawet przystępniejsze, ale i one nie mieściły się niestety w głowie Przedstawicielki Mikołaja. I nagle nadeszła iluminacja- a może by tak puzzle. Obrazek na nich co prawda prawie tak samo paskudny jak lalki MH, ale przynajmniej funkcja edukacyjna, ćwiczą spostrzegawczość, precyzję ruchów, cierpliwość. Zatem puzzle wylądowały w koszyku. W domu zostały przez naiwną Pomocnicę Mikołaja położone wysoko, gdzie teoretycznie wzrok Córki Młodszej sięgnąć nie powinien i dodatkowo zamaskowane reklamówką. Cóż kiedy wzrok Córki sięga jednak nadspodziewanie wysoko, zwłaszcza jak wspomoże się stołeczkiem czy innym podwyższeniem, a reklamówka podstępnie się zsunęła. I tak nagle wieczorem rozległ się radosny i zaintrygowany głosik Trusi:
"Patrzcie, tam u góry coś jakby Monster High leży!
Na wyprzódki zaczęliśmy z Trusiowymi Braćmi wmawiać, jej, że mam wzrokowe omamy, że nic tam nie leży, że żaden Monster nie ma wstępu do naszego domu, że tylko się jej wydaje. Truśka podskakiwała na kanapie, domagała się podniesienia na wyższe wyżyny i naocznego sprawdzenia, czy jej podejrzenia się potwierdzą. I tu objawił się geniusz Syna Starszego oraz magiczna moc Władcy Pierścieni.
Otóż Syn Starszy odświeżał sobie właśnie w pamięci swój ukochany film i oglądał na kompie jego wersję rozszerzoną w oryginale. A ponieważ sam osobiście zaszczepił w Trusi miłość do Tolkienowego świata, zwabił ją przed monitor obietnicą pokazania hobbitów i krasnoludów. Magia Tolkiena i Petera Jacksona zadziałała, Trusia zapomniała o Monster High. Jak urzeczona tkwiła przed ekranem ponad godzinę i zupełnie jej nie przeszkadzało, że hobbity, elfy i czarodzieje przemawiają w języku angielskim. I teraz mamy inny problem- Struś domaga się ciągu dalszego. I właśnie teraz siedzi na kolanach Starszego z Braci i zapoznaje się z dalszymi przygodami Drużyny Pierścienia Jeszcze wiele wieczorów przed nimi, albowiem wersje reżyserskie trylogii trwają każda po prawie cztery godziny!
Oboje też nie mogą się doczekać 28 grudnia, kiedy to do kin wejdzie "Hobbit". Paweł obiecał, że jakoś Truśkę do kina przemyci.

16:52, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
czwartek, 29 listopada 2012
Na czym ślizgają się bakterie i inne kąpielowe zabawy

Co prawda to P. obiecał wpis o ślizgających się bakteriach i kanapkach z wężowideł, ale znając mojego Męża i częstotliwość jego wpisów obawiam się, że ta Truśkowa teoria wyleci nam z głowy.
A było to tak.
Trusia bardzo lubi wszelkie kąpielowe akcesoria i kosmetyki. Na brzegu wany stoi jej własne mydełko w płynie, żel do intymnej higieny dla małych dziewczynek, szamponik, odżywka do włosów, wściekle żółte mydło (miało to być mydełko plastyczne, trochę do mycia trochę do zabawy, ale z tą plastycznością coś mu nie po drodze, za to wodę i wannę na żółto barwi świetnie), obok leży gąbka, która co jakiś czas podlega destrukcji z powodu podrobienia na mniejsze kawałeczki, kubek, plastikowa łyżka, pałeczka do sushi, lalka PollyPocket itp. Co jakiś czas Truśka przynosi jeszcze dodatkowe rzeczy, które z kąpielą normalnie się nie kojarzą. I pławi się w wannie, tworząc w kubku mikstury z mydła i żelu, produkując kanapki w gąbki i innych elementów, a potem wołając dyżurującego przy niej rodzica do "spożywania" owych wytworów. I tak Tatuś został poczęstowany pyszną kanapeczką z gąbki, z dodatkiem glonów i plasterków wężowidła:

A po kąpieli uwielbia Trusia pożyczać moje kosmetyki i wklepywac je w siebie. Ostatnio zapytała mnie po co trzeba używac balsamu do ciała. No to tłumaczę jej, że kąpiel wysusza skórę, a sucha skóra jest bardziej podatna na uszkodzenia i na atak bakterii.
"A, to już rozumiem. Jak się skórę posmaruje to ona jest tłusta, a na tłustej skórze bakterie się ślizgają i spadają."
Coś w tym jest, nieprawdaż? ;-)

PS
Czy ktoś rozpoznaje co tym razem zabrała sobie Trusia jako dodatek do kąpieli i wykorzystała do sporządzenia wężowidłowo-gąbkowej kanapki?

09:58, dsmiatek
Link Komentarze (6) »
wtorek, 27 listopada 2012
Mały problem

"Mamusiu, ty jesteś taka śliczna. Dla mnie najpiękniejsza. I to nic, że masz zmarszczki."
No tego ostatniego mogłaby mi Trusia oszczędzić, ale i tak miło słyszeć codziennie takie zachwyty.
"Ale mamusiu, ty nie umrzesz jeszcze długo, prawda?"- To te zmarszczki zwiastujące nieuchronną starość (kolejne urodziny zbliżają się wielkimi krokami) tak ją pewnie zaniepokoiły.
"Nie Skarbie, jeszcze długo nie umrę. Będę z Tobą, jak będziesz szła do szkoły, potem do gimnazjum, będę trzymała za ciebie kciuki na maturze, kibicowała ci w wyborze studiów. Będę tańczyła na twoim weselu. I poczekam aż sama będziesz miała dzieci."
"Oj, to dobrze. Naprawdę będziesz? Tylko jest pewien kłopot. Bo ja się już umówiłam z Zosią B., że się z nią ożenię. No i nie wiem, bo jak obie urodzimy te dzieci, to możemy ich mieć dużo- ona trzy i ja trzy, to razem będziemy miały sześć!"

Oj, to może być problem. Ale poczekamy zobaczymy. Bunia też kiedyś planowała, że zamieszka razem ze swoja przyjaciółką Anią w domu na wsi i będą razem hodowały kury, krowy i inne zwierzęta (o ślubie nie było wtedy mowy). A tymczasem wyszła za mąż za Grzesia, mieszka w mieście i póki co hodują tylko dwa koty. Aczkolwiek dawno u nich nie byłam, więc może jakąś kurę też już zakupili ;-)

19:03, dsmiatek
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 26 listopada 2012
Niedzielne wybory

Będąc na wysuniętej placówce jedynym z rodziców małej Gertrudy, jak i również jedynym innym człowiekiem w domu (dyżur/koncert/trening wyjazdowy) postanowiłem zapewnić dziecku godziwą rozrywkę:

Najpierw wspólne niedzielne śniadanie przeddyżurowe, Truśka: pół suchej grzanki + pół zupki mlecznej (to pół bez płatków).

Potem wyjazd do Agrafki. W ostatniej chwili Truśka dała się przekonać do jazdy rowerem, co doprowadziło do jazdy galopem, z oczywistym skutkiem, że rodzic jest zgrzany a dziecko zmarznięte. Ale Truśce bardzo się podobało jako pasażerce roweru a nawet popędzała i mówiła, że lubi szybką jazdę.

Zorganizowane zajęcia dla dzieci, takie jak w Agrafce polecam: nauka śpiewania, "rysowanie" tekstu do piosenki (pod prostą melodię Za górami, ...), mikro pokaz iluzjonisty z wyjaśnieniem sztuczki oraz kilka starych filmów animowanych dla dzieci (o dziwo nie znanych mi odcinków Reksia, Koziołka, Coralgola i jeszcze czegoś).

 góry lasy

Góry, lasy, wróżki, koty, hokus-pokus, etc.

Truśka skończyła zjęcia rozanielona i o dziwo nie zażyczyła sobie natychmiastowej gratyfikacji frytkowej w MC, tylko poprosiła, żeby zawieźć ją do Mięty na obiad. Na rowerze zdążyliśmy bez problemu, tuż przed szczytem obiadowym. Truśka zaordynowała sobie tylko pierogi z truskawkami i bitą śmietaną. A tam tyle pysznych śródziemnomorskich żarełek (załapałem się na talerz przystawkowy: podpiekane bakłażany i plasterki cukinii, odrobina szynki parmeńskiej i salami, pieczywo z pastą z oliwek, papryki i humus oraz oliwki). Dziecko NIC nie spróbowało, zażyczyło sobie drugiej porcji pierogów i odseparowało się od rzeczywistości. Cała interakcja polegała jedynie na rysowaniu abstrakcji.

abstarkcja

Abstrakcja Truśki nt rysowania precyzyjnego

Potem znowu rower, cmentarz i świeczka dla Ciszka. Przy okazji jakiś kierowca był uprzejmy nas obsztorcować, że jego zdaniem zjeżdżaliśmy ze skrzyżowania na czerwonym świetle (Nie wiem, wjeżdżałem na zielonym, jeżeli nawet światło się zmieniło to miałem się zatrzymać na środku?!  Zwłaszcza że nie mogłem widzieć tejże potencjalnej zmiany.)

eskapady

Potem Truśka zrobiła się zmarznięta i wróciła pod dodatkową przykrywką z poncza przeciwdeszczowego, które jeździ przy rowerze. Wyglądała jak mały dygocący stóg zboża posadzony na rowerze.

Po powrocie do domu dziecko, niesyte wrażeń, zaordynowało sobie oglądanie filmu. Odpaliła tylko Królewna Snieżka, ale to w końcu nie dla mnie ten film. (Zresztą to i tak lepiej niż po raz dziesiąty Podróż Wędrowca do Świtu.)

Następnie kościół, spacer z psami, kąpiel, kolacja, czytanie Szaleńczaków, czytanie rytualne do snu (Zaginione Królestwa Davisa. Tak na marginesie - podejrzewam że Norman Davis nie wie jak świetnie jego książki sprawdzają się w roli dobranocek do skutecznego usypiania u Trusiek.)

I tak oto dokonał się dzień.

A jutro usłyszę (wresja zawodowa): co słychać z projektem...; (wersja domowa): dlaczego jeszcze nie jest zrobione... Odpowiadam: dokonałem wyboru.

 

Pozdrawiam melancholijno-jesiennie,

nie-dsmiatek

 

Post Scriptum

W następnym odcinku: na czym mogą poślizgnąć się bakterie?

 

22:56, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
sobota, 24 listopada 2012
Czytamy o księżniczkach

Kontynuując wątek Trusiowej biblioteczki dzisiaj będzie o księżniczkach. Jakiś czas temu kupiłam książeczkę wydaną przez Zakamarki "Księżniczki i smoki"

Skusiły mnie pyzate księżniczki na każdy dzień tygodnia, o kwiatowych imionach oraz wyglądające zewsząd mniejsze i większe smoki. Ale treść mnie trochę rozczarowała, brakuje mi w niej czegoś głębszego, dowcipu- no właściwie sama nie wiem. Spodziewałam się czegoś więcej. Ale Trusia lubi nietypowe arystokratki, które zaprzyjaźniają się ze smokami, a nawet zamieniają się z nimi rolami, niektóre nawet zaopiekowują się małym smoczkiem albo walczą z potworem w obronie brata, którego na co dzień postrzegają jako kogoś dość upierdliwego. Czyli dla malej dziewczynki książka jest OK, a przecież o to właśnie chodzi. W końcu to nie ja jestem jej adresatką.

Polubiłam za to bardzo inną księżniczkę z bajki "O królewnie, która chciała jeździć koparką" (Janusz Wilczyński, Monika Pollak, Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne).

 

Patrząc na wydawcę nietrudno się domyślić, od kogo Trusia dostała książeczkę. Oczywiście od Starszej Siostry.  Królewna Monika jest zresztą taka trochę Buniowata.
A opowiada ona o tym, jak ważne są marzenia i jak bardzo można być szczęśliwym, gdy uda się nam je spełnić. I że warto spełniać nawet takie, które nam wydają się nietypowe, których nie rozumiemy. Największym marzeniem królewny Moniki była prawdziwa koparka. Nie chciała w prezencie pięknych sukienek, klejnotów ani zabawek, marzyła o koparce. Oczywiście nikt z jej otoczenia nie rozumiał, dlaczego księżniczka chce właśnie koparkę (no, gdyby chociaż była chłopcem...) i w związku z tym marzenie długo się nie spełniało, a Monika powoli stawała się coraz smutniejsza. I chociaż król i królowa starali się być konsekwentnymi rodzicami, w końcu jednak ulegli córce i Monika dostała koparkę, dzięki której uratowała królestwo przed powodzią. A jak dorosła poślubiła księcia, który uwielbiał grać na harfie i szyć piękne stroje dla dam dworu i razem żyli długo i szczęśliwie z gromadką dzieci, którym pomagali spełniać marzenia.

A jak już jesteśmy przy marzeniach- Trusia tworzy kolejny list do świętego Mikołaja. W pierwszym poprosiła o płetwy, rurkę i maskę do nurkowania- pomysł sam w sobie nie taki zły, tylko pora roku na jego realizację mało sprzyjająca. W sklepach sportowych narty, łyżwy i zimowe kurtki, a niedobitki sprzętu pływackiego wciśnięte gdzieś w najciemniejszy kącik.
Drugi list był zdecydowanie "gorszy"- nakleiła Trusia na kartkę wycięte z reklamowej gazetki Carrefoura czy innego marketu zdjęcia z zabawkami marzeń. Moja dogłębna analiza tych obrazeczków oraz rekonesans w sklepie nie nastrajały optymistycznie w temacie spełniania marzeń. Lalki Monster High- o tych już pisałam, zupełnie nie do przyjęcia, to już wolę Barbie. Kucyki Pony z zamkiem i innymi akcesoriami- brrr, kicz do potęgi, poza tym wiem, że Trusia i tak się nimi bawić nie będzie. Lego-Friends- same w sobie nie takie złe, ale z doświadczenia pierwszego zestawu wiem, że lepsze są normalne Basic niż takie tematyczne z mnóstwem maciupeńkich części, które zupełnie niepostrzeżenie wsysają się do trzewi odkurzacza. Co tam jeszcze było? Ano gadający miś (zabawka raczej dla mniejszego dziecka), dwie lalki-dzidziusie (Trusia już dwie podobne ma, więc kolejne nie mają sensu, nie miałyby gdzie spać), Barbie-księżniczka (szkoda pieniędzy, wyląduje na dnie kosza z zabawkami do towarzystwa dla Syrenki). Naprawdę ciężko coś wybrać, żeby spełnić dziecięce marzenie.
Ale dziś wieczorem powstał list trzeci, jeszcze cieplutki, świeżutko zapakowany do koperty, którą Trusia samodzielnie zaadresowała i jutro planuje wrzucić do skrzynki. I oby ten list dotarł do Świętego i był już listem ostatnim. A co w nim? Prośba o globus- bo o globusie Trusia marzy już od dawna, tylko do tej pory nie było nań miejsca u niej w pokoju. Ale miejsce już jest (wolne miejsce na komodzie po mieszkanku chomika) i globus może się wprowadzić. A tego typu marzenie spełnię bardzo chętnie. I dorzucę jeszcze (już zakupione)  "Mapy" Mizielińskich (tych od Miasteczka Mamoko)- wydane przepięknie, bardzo edukacyjne, powinny się Trusi długo podobać. No, to w poniedziałek biegnę po globus, mam już upatrzony;-)

21:09, dsmiatek
Link Komentarze (11) »
piątek, 23 listopada 2012
Matka frustratka z dylematami

Ja to się umiem zdołować. W wolnych chwilach miedzy kolejnymi pacjentami przeczytałam artykuł: http://tygodnik.onet.pl/30,0,78722,3,artykul.html

I powróciły moje nieustanne wyrzuty sumienia, które ostatni nawał obowiązków zawodowych, domowych i rodzinnych oraz listopadowa aura i mgły zdołały chwilowo wytłumić. Nie staram się usilnie kupować eko-żywności, orzechów z certyfikatem, nie udało mi się wychowac Trusi bez słodyczy, nie potrafię zmusić niektórych członków rodziny do jedzenia kaszy. A co gorsza wciąż jestem mięsożercą ,a jedyny wegetarianin w rodzinie po paru latach niejedzenia mięsa ponownie nawrócił się na jego spożywanie. Czyli w dziedzinie jedzeniowej kompletna porażka i to na całej linii. Przecież ja nawet nie zawsze obiad sama gotuję i, o zgrozo, korzystam z półproduktów. A zakupy najczęściej robię w hipermarkecie. Czyli truję rodzinę i nie opamiętałam się nawet przy Najmłodszej ;-(

Jakby artykul traktował o przedszkolach, to wyrzuty sumienia (które i tak są) zdominowałyby tematy przedszkolne- bo nie dołożyłam wszelkich starań, żeby Trusię posłać do jakiegoś "lepszego" przedszkola, gdzie nauczyliby ją mówić po angielsku, a jeśli nie, to na przykład szczególnie wspierali jej indywidualizm, dbali o zdrowe odżywianie, albo inaczej- o jej rozwój kulturalny, organizując co rusz wycieczki do teatru, opery czy filharmonii. Albo zaszczepiliby w niej milość do drewnianym klocków i szmacianych lalek i wstręt do ohydztw typu Barbie, Monster High czy Helo Kitty (mój autorytet zdecydowanie nie wystarcza w tej kwestii, o wiele większym posluchem w zabawkowej dziedzinie cieszy się przedszkolna koleżanka Natalka. No ale gdyby Trusia uczęszczała do placowki waldorwskiej lub montessori, to może koleżanki mialaby bardziej edukowane.)

Przed nami wybór szkoły dla Trusi- a ta właściwie już jest wybrana. Idac po najmniejszej linii oporu i kierując się własną wygodą postanowiłam posłać Trusię do jej rejonowej podstawówki. Mam też co prawda argumenty protrusiowe- będzie miała do szkoły pięć minut osiedlowymi nieruchliwymi uliczkami, będzie miała blisko mieszkające koleżanki, które, w swoim czasie, będzie mogła odwiedzać bez potrzeby dowożenia i przywożenia. A na najbliższym placu zabaw nie będzie tą jedną wyibcowana, bez własnego koleżeństwa (bo koleżeństwo mieszka dalej i na inne place zabaw w związku z tym chadza). No a poza tym do tej szkoły chodził Ciech i do dziś dobrze ją wspomina. Ale przecież mogłabym się bardziej postarać, poczytać w necie, poszukać rankingów. Tylko że tego nie zrobię. Bo choćbym znalazła najlepszą, przyjazną dzieciom, z dwoma językami obcymi na wstępie i to uczonymi porządnie, a nie na odwal, to nie zdecyduję się na coranne przejażdżki na drugi koniec miasta i skazanie Trusi na tkwienie w choćby najlepiej wyposażonej szkolnej świetlicy. Mój pracodawca nie uwzględnia pracownic- matek dzieciom, które nie posiadają na miejscu niepracującej babci. Od grudnia mój pracowy grafik będzie przypominał jakiś slalom z przeszkodami. Cztery raz na 11-tą, sześć razy na 13-tą, pięć dyżurów i to wszystko rozmieszczone zupełnie bezładnie. Oby Pasia chciała dalej dla nas pracować i zapewniać Trusi stabilne godziny powrotu do domu, codzienną porcję spaceru i ruchu na placu zabaw.

Dopisane po kilkunastu godzinach:
Wiem, że te tematy cyklicznie na moim blogu powracają. Kto już raz się z nimi zapoznawał niech sobie daruje kolejne czytanie. Ale ja po prostu muszę raz na czas wyrzucić z siebie swoją frustrację i tyle.
A wracając do żywienia- jak się dowiedziałam, co Truśka zjadła w dniu wczorajszym tp dostałam gęsiej skórki z przerażenia- w przedszkolu dwa rogaliki z czekoladą i babeczkę ("Ale ona miała w sobie owoce mamusiu, więc nie była samym słodyczem.")- dzieciaki zwiedzały piekarnie w Carrefour'ze i same "piekły" rogale i babeczki, a potem dostały je do zjedzenia. A po basenie pączek, bo niczego innego nie było w sklepiku, a Truśka głodna. Niby Tatuś mógł jej zrobić na pobasenie kanapkę, ale zważywszy, że Trusia kanapki jada albo z miodem albo z masłem, wyszłoby prawie na to samo:-( Dobrze, że chociaż na obiad zjadła coś normalnego, czylio rosołek, kotlecika i ziemniaki. Oczywiście na surówkę nie spojrzała. (Truś z jarzyn jada wciąż tylko kiszone i zwykłe ogórki i duże pomidory, ale te, które teraz można kupić jej nie smakują, a koktailowych/truskawkowych/daktylowych itp nie rusza.) A w drodze z przedszkola do domu banana- wolałabym, żeby to było jabłko, ale cóż, Pasia zabrała jej banana.
Będę się kiedyś smażyła w piekle za to jej jedzenie. A ona, jak dorośnie i zmaleje jej zachwyt nad Matką, zaś wzrośnie poziom krytycyzmu wobec rodzicieli, wykrzyczy mi, że przeze mnie nie ma talii osy i nie jest wiotka jak trzcinka. Bo przecież mogłam ją jakoś zmusić. Ha, tom sobie ulżyła (albo i nie)!

PS
I tak macie szczęście, żem tylko tyle swoich frustracji przelała na bloga. Wczoraj pomysłów miałam więcej, ale przez noc źle przespaną (obudził mnie, jakże nienawistny, odgłos wymiotującego Krokieta- jakby ktoś się pytał, gdzie psiątko postanowiło sobie ulżyć, to oczywiście na świeżo wyczyszczony dywan, który leży w pokoju głównie po to, żeby psy miały dodatkowe ciepłe miejsce na podłodze i nie musiały odmrażać sobie brzuszków) częśc z nich uleciała w niebyt. Spokojnie, powrócą, już się gdzieś tam w umyśle kołaczą, ale dam wam spokój.

09:56, dsmiatek
Link Komentarze (7) »
niedziela, 18 listopada 2012
Drzewo

Dziś nasze Drzewo alias Liść przeniósł się do krainy wiecznej chomiczej szczęśliwości. Mam nadzieję, że czeka tam na niego wymoszczona czymś ciepłym i mięciutkim norka i że nigdy nie zabraknie mu ulubionych owocowych dropsów.

Ze zwierzętami jakoś tak jest, że starają się nikogo nie absorbować zbytnio swoim odejściem. Liść też zasnął cichutko, kryjąc się za swoim domkiem. A Trusia po raz pierwszy w życiu straciła przyjaciela. Na szczęście mogła utulić swój żal w ramionach najpierw mamy, potem Ciecha i wreszcie Pawła.

Wieczorem doczesne szczątki Drzewa/Liscia spoczęły na przydomowym cmentarzyku pod naszym świerkiem, dołaczając tym samym do szczurków, myszek, królika i świnki.

12:47, dsmiatek
Link Komentarze (12) »
piątek, 16 listopada 2012
Zęby i moda na dobranocki retro

"Mamusiu, a czy ty masz stałe zęby?"
Hmm, muszę powiedzieć, że pytanie mnie zaskoczyło. Czyżby Truś przypuszczał, że w moim wieku powinno się już nosić protezę? A może insynuuje, że przetrwały mi mleczaki?
No stałe mam oczywiście, a jakie mam mieć?
"No to gdzie masz te falbanki, które są na stałych ząbkach? Nie masz! No to nie mogą być stałe!"

No nie mam falbanek, zjadły się już dawno:( A Truś stałym uzębieniem coraz bardziej zainteresowany, bo koleżeństwo z przedszkola co rusz gubi kolejnego mleczaka. Trusia z nadzieją patrzy we własną paszczę i próbuje rozkiwać któryś z ząbków. Ale jak na razie są niewzruszalne i mocno tkwią w swoich zębodołkach. Jedynie szóstki jakby się pomalutku przebijają na wolność.

A z innej beczki- czy wy wiecie, jaką dobranockę oglądać w tej chwili Truś na youtubie? Nigdy nie zgadniecie! Truś ogląda Gąskę Balbinkę! Tylko, że pewnie 99% czytelników tego bloga w ogóle nie wie, co to Gąska Balbinka. A Truś już wie i, o dziwo, podoba się jej ta retro-bajeczka. Chociaż ona nawet nie była animowana- tylko głos i plansze z obrazkami.
Oglądała już Baltazara Gąbkę i Rumcajsa i też się jej podobało. Ciekawe, czy da się znaleźć Jacka i Agatkę?

PS1
Mąż znalazł Jacka i Agatkę! W internecie jest wszystko! Nawet "Balum balum"- ktoś pamięta, wie, o co chodzi?

PS2
Mikołaj i Święta coraz bliżej. Trusia dzisiaj w trakcie weekendowych zakupów nabyła kalendarz adwentowy. I zapowiedziała, że zacznie dekorować dom- czyli od jutra ubieramy choinkę;-) No bo skoro w marketach Boże Narodzenie w pełni, to czemu nie w domu? Aż zajrzałam do kalendarza, ale nie, nie straciłam jeszcze aż tak bardzo rachuby czasu, mamy połowę listopada i do Świąt wciąż ponad miesiąc.
A propos Świąt i Mikołaja- Truś (też pod wpływem zgubnym hipermarketu) zadał mi pytanie, czy święty Mikołaj może przynieść każdą rzecz. Na wszelki wypadek oświadczyłam, że konsultuje prezenty z rodzicami, na co truś się zdziwił, no bo jak to, jak mama czy tata rozmawiają z Mikołajem. Przyjęła tłumaczenie, że skoro święty, to może czytać w umysłach i w ten sposób poznać poglądy rodzica. A w czym problem z tą konsultacją? Otóż w prezencie na dzień dzisiejszy Truś chciałby dostać tablet! A jak nie tablet to przynajmniej komórkę! A jeśli chodzi o lalkę Monster High to się rozumie samo przez się i dyskusji nie podlega. Niestety, lalka Monster High sprzeczna jest z poglądami Świętego. Jak również tablet czy komórka jako prezent dla niespełna sześciolatki. Ustaliłyśmy, że na lalkę Trusia musi sobie naskładać/zarobić. jak będzie miała swoją kasę, to zacisnę zęby i nie odegram Rejtana na progu sklepu z zabawkami. A znając smutny los Barnie-Syrenki, spoczywającej na dnie oceanu (tfu, kosza z zabawkami), ewentualna lalka Monster High ewentualnie zakupiona z ewentualnych Trusiowych funduszy własnych spocznie obok niej i Syrenka zyska odpowiednie dla siebie towarzystwo. Na pewno tematów do rozmów o modzie i urodzie im nie zabraknie;-)

21:06, dsmiatek
Link Komentarze (6) »
Blogowa zabawa
   

Zostałam wytypowana przez Wanilię (wanilia39.blox.pl) i Nieperfekcyjną (nieperfekcyjnamama.blox.pl) do odpowiedzi na jedenaście pytań. Za nominację bardzo dziękuję :-)

 

Wyróżnienie otrzymywane jest od innego blogera w ramach uznania za "dobrze wykonaną robotę".  Nominowany/nominowana odpowiada na 11 pytań zadanych przez osobę, która blog wyróżniła. Następnie  nominowany/nominowana tworzy  11 własnych pytań i nominuje 11 osób do udziału w zabawie. Nie wolno nominować bloga, z którego otrzymało się wyróżnienie oraz który został już nominowany wcześniej.

Dziś postaram się na pytania odpowiedzieć. Nad drugą częścią zadania muszę się dłużej zastanowić- jak tu wymyślić pytania jeszcze  nie zadane i kogo nominować, skoro krąg osób nienominowanych coraz bardziej się zawęża;-)

Pytania od Wanilii:

1. wiosna czy jesień?

Wiosna zdecydowanie.

2. wypoczynek bierny czy czynny

Czynny. chyba nie umiem wypoczywać biernie.

3. w wolnym czasie - książka, gazeta, film czy komputer?

Hmm, muszę sobie przypomnieć, co robiłam, kiedy ostatnio miałam jakiś wolny czas;-) A tak serio- czasem komputer, czasem gazeta, najczęściej chyba książka.

4. hipermarket czy osiedlowe sklepiczki?

Przy wielodzietnej rodzinie, obecnie w przewadze męskiej, hipermarket zdecydowanie wygrywa.

5. kawa (herbata) w kubku czy filiżance a może w szklance?

Najczęściej w kubku. może być filiżanka, ale tylko do espresso.

6. pies czy kot?

Wygląda na to, że nawet dwa psy;-)

7. przyjaciel facet czy kobieta?

Wszystko jedno. Po prostu przyjaciel, płeć nie ma znaczenia. Ale aktualnie kobieta.

8. ciasto pieczone czy z cukierni?

Nie lubią piec, więc z cukierni. A jesli ktoś mi upiecze, to oczywiście domowe.

9. mięso czy warzywa a może nabiał?

Bardziej nabiał i warzywa.

10. woda mineralna czy sok?

Sok z wodą. W lecie częściej woda. Prawie zawsze lekko gazowana.

11. Arial czy Times New Roman?

Times New Roman, chociaż nad wyborem czcionki właściwie nigdy się nie zastanawiam.

Pytania od nieperfekcyjnej:

1. Niebieski czy różowy?

Różowy w wersji tzw. pudrowej.

2. Deszcz czy śnieg?

Śnieg- uwielbiam. Niech już spadnie i to dużo (niektórym się pewnie właśnie naraziłam;)

3. Dobre kłamstwo czy urażająca prawda?

Ani jedno ani drugie nie jest dobre. Prawda, ale bez urażania.

4. Rozmowy o polityce czy o religii?

Nie lubię rozmawiać na żaden z tych tematów. Ale jak już muszę wybrać to chyba polityka..

5. Przedszkole czy niania?

Jedno i drugie. Nie dałabym rady z samym tylko przedszkolem, a na sama nianię Trusia jest już za duża.

6. Ubranie eleganckie czy totalny luz?

A czy musi być od razu tak skrajnie- albo elegancja albo totalny luz. Totalny luz czyli piżama od rana do wieczora albo wyciągnięty podkoszulek? Jak tak, to już wolę elegancję.

7. Kawa słodka czy gorzka?

Gorzka z mlekiem. A jak espresso to bez mleka i słodkie.

8. Blog czy forum?

Blog, bo tu przynajmniej bywam. No forach mnie nigdy nie było.

9. Jedno dziecko czy rodzeństwo?

Rodzeństwo, wiadomo. Co najmniej trójka:-) Świecę przykładem.

10. Spokój i harmonia czy przygody i spontaniczność?

Spokój i harmonia. Chyba rzadko bywam spontaniczna i "idę na żywioł".

11. Perfekcja czy jej brak na co dzień?

Niestety perfekcja. I to się na mnie mści:-(

20:12, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
niedziela, 11 listopada 2012
Czy nastąpi spaniowy przełom?

Ta dam! Wreszcie nad Trusiowym łóżkiem zawisł baldachim:

Czy, zgodnie z wcześniejszymi deklaracjami, Córka zacznie przesypiać w swoim pokoju całe noce? Baldachim był warunkiem spania we własnym łóżeczku.
Osobiście szczerze wątpię. Jak wymarzony sprzęt został powieszony, mina Trusi wyraźnie zrzedła, nie nastąpił bynajmniej wybuch radości i entuzjazmu. Po chwili przytuptała Trusia do mnie z zapytaniem, czy jeszcze trochę może do nas w nocy przychodzić. Pewnie, że może- jeszcze trochę przecierpię drętwiejące kończyny i konieczność obudzenia się, jeśli chcę przewrócić się na drugi bok (przyciśnięta do ściany łóżka przez Córkę, aby zmienić stronę leżenia muszę się obudzić, ostrożnie wstać i przekręcić, uważając, żeby jej przypadkiem nie uderzyć i nie obudzić). Ale za to, gdy jest mi źle mogę złapać ciepłą stópkę i przegonić czarne myśli.

Całkiem miły weekend za nami- wczoraj popołudnie przy kominku u Kasi, dzisiaj spektakl w Grotesce, kawa w Karmie i pyszny obiad made by JA. I jeszcze Ciech upiekł dyniowe ciasto, prawie całkiem samodzielnie (musiałam tłumaczyć rzekome skróty myślowe w przepisie, a Truś aktywnie przeszkadzał- tfu, tfu, pomagał of course;-)

Ciasta niestety nie spróbujemy, albowiem jest ono przedmiotem zakładu Ciecha z koleżanką- he he, nie wierzyła, że Ciech potrafi! Ale pachnie ładnie.

Jutro czeka mnie pobudka przed piątą rano i trzy dni warsztatów z mammografii w stolicy. Trusia już zaczyna tęsknić. Na "czarne chwile" zakamuflowała sobie dwa kinder-jajka i jedną krówkę.

19:31, dsmiatek
Link Komentarze (8) »
 
1 , 2
Archiwum