RSS
czwartek, 28 listopada 2013
Czwartki są do niczego

A czwartkowe poranki już całkiem do bani. Bo w czwartki mam do pracy na ósmą (a tak, od czasu do czasu mi się to zdarza i zdecydowanie w aspekcie organizacji dnia tak wolę), w związku z czym wszystkie niezbędne poranne czynności wykonane być muszą przed wyjściem z Trusiem z domu. A tu materia ożywiona w postaci Córki Najmłodszej o poranku stawia opór bierny i właściwie bardziej materię nieożywioną przypomina. Na słowne budzenie słabo reaguje, a po przeniesieniu naszej sypialni do osobnego pokoju (hip hip hurra, nie śpimy już w kuchnio-jadalanio-salonie!) łatwiej jest Truśkę z naszego łóżka przynieść do stołu niż stać na nią i nawoływać do samodzielnego wstania (bo po pierwsze Truś kontynuuje swoje nocne wędrówki i co rano prawie odnajdujemy ją między nami w naszym małżeńskim łożu, a po drugie plusem spania w jadalnio-kuchni-salonie było, że sami jedząc śniadanie i nie wstając od stołu mogliśmy Córkę spoczywającą w naszym łóżku namawiać do obudzenia co 20 sekund). Taka przyniesiona Córka wciąż znajduje się jeszcze w głębokim śnie, kiwa się na krześle i nie przejawia żadnej aktywności fizycznej ni umysłowej- odpowiedź na pytanie (retoryczne co prawda, bo z góry wiadomo, że wybór jest niewielki, ot zaledwie z kilku możliwości się składający) "co zjesz na śniadanie?" zdecydowanie przerasta jej możliwości intelektualne. Wstępnie pobudzona kubkiem ciepłego kakao czołga się do pokoju, gdzie ma za zadanie przyodziać na siebie przygotowane ubrania. Po 10 minutach okazuje się, że albo wciąż drzemie na siedząco w piżamce, z majtkami w jednej garści, albo już ma w rajstopki wsuniętą [pierwszą stópkę, ale wciąż nie wie, co z nią zrobić dalej. Tymczasem robi się coraz bardziej nerwowo, czas nieubłaganie pędzi naprzód i już zaczynam czarno widzieć zdążenie do pracy na czas. Zwykle tez czarny scenariusz się sprawdza i nie zdążam. A dziś mało brakowało, a spóźniłby się także Struś na swoją pierwszą lekcję- chociaż bynajmniej nie zaspaliśmy i do pewnego momentu sytuacja wydawała się być pod kontrolą. Najgorsze jest to, że mam wewnętrzne przekonanie, iż nawet pobudka wczesniejsza o 15 minut nic by w tej materii nie poprawiła- ot Truś nie jest rannym ptaszkiem i optymalną porą wstawania jest dla niej czas między ósmą a dziewiątą.
W jakimś hipermarkecie natrafiłam ostatnio na piżamkę idealnie obrazującą Trusia o poranku- rozczochrana mała dziewczynka z półprzymkniętymi oczętami i okolicznościowy podpisik (w języku obcym). Gdyby nie fakt bolesny, że moja Córka rozmiar 116 ma już dawno za sobą pewnie bym jej owy strój nocny zakupiła.
Dzisiaj dodatkowo na moją pracową punktualność wpłynęły jeszcze panie z trójki klasowej, które nagle zaczęły sprawdzać klasowe finanse i sprawdzać, czy wszyscy uregulowali już należności. I okazało się, że żyłam w błędnym przekonaniu, że my jesteśmy w tym temacie na bieżąco- otóż nie, zalegamy z 12 zł za warsztaty- jakie warsztaty i skąd miałam wiedzieć, że zalegamy skoro żadnej informacji nie dostałam wciąż nie wiem, albowiem czasu nie było na wyjaśnianie tej zawiłej kwestii.

A poza tym wczoraj Truś doprowadził mnie do łez rozpaczy i niemocy nad swoim oporem dietetycznym i dodatkowym kombinowaniem, co by tu zrobić, żeby za wielu kalorii nie stracić. I dochodzę powoli do wniosku- obserwując własne podwórko, ale też doświadczenia koleżeństwa- że czasem choćbyśmy na głowie stawali, dwoili się i troili, kombinowali i dawali z siebie wszystko, to Dzieć i tak na swoim postawi, a to "swoje" niekoniecznie będzie oznaczało to "dobre". Ot taka pesymistyczna refleksja- tradycyjnie jak to we czwartki u mnie bywa.

A jako kolejne post scriptum- wczoraj Truś miał szkolne andrzejki i oczywiście w ostatniej chwili we wtorek po południu okazało się, że przebrania są mile widziane. Zaś w poniedziałek Truś wreszcie, przymuszony przez szkolną pielęgniarkę, odbył zaległy bilans sześciolatka (rocznikowo się jeszcze załapał). Pani doktor nie dopatrzyła się u naszej Najmłodszej szczególnych nieprawidłowości, a jej nadwagę litościwie przemilczała. szkoda, bo miałam nadzieję, że lekarski autorytet skłoni Truśkę do zmiany jedzeniowych nawyków. Tymczasem szykujemy się z P. na weekendową batalię dietetyczną- jakoś pesymistycznie oceniam nasze szanse:( W ubiegły weekend nie powiodła się próba przemycenia marchewki w muffinach- Truś podsłuchał, że tam jest i nawet nie spróbował, a były takie pyszne, z pełnoziarnistej mąki i wcale nie bardzo słodkie- chociaż mimo wszystko to ciastka. Zdrowotne owsiane ciasteczka z żurawiną też nie chcą jej przejść przez gardło, a właściwie nawet okruszek z nich do paszczy nie trafił- bo nie! :(

Praca pod tytułem "kim chce zostać w przyszłości" do szkolnej prezentacji została pomyślnie ukończona- Truś uporczywie trwa przy zawodzie kucharki, tylko na aktualnym rysunku ujął to trochę współcześniej "szefowa kuchni". Koleżeństwo Córki jest ambitniejsze- chcą zostać lekarzami, weterynarzami, bankierami, nauczycielami, przedszkolankami itp. A Truś twierdzi, że pragnie piec i gotować- tylko dlaczego ja nie zauważam jej entuzjazmu do pomocy w kuchni?- za wyjątkiem bożonarodzeniowych pierniczków.

I tak oto powstał tradycyjny marudzący wpis czwartkowy pomiędzy kolejnym usg piersi a usg tarczycy. Lepszy taki niż żaden? A może jednak dać sobie spokój z pisaniem?

Truś- szefowa kuchni:

19:46, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
niedziela, 24 listopada 2013
Dokonania niedzielne, czyli kolejna odsłona etnokalendarza

Wybraliśmy się dziś do Muzeum Etnograficznego na kolejne zajęcia w cyklu Etnokalendarza- tym razem tematem był kosmos. Trusia, zafascynowana kosmosem od czasu przeczytania książki Mizielińskich "Tu jesteśmy" spodziewała się opowieści o planetach i gwiazdach. Tymczasem zaczęło się zaskakująco i nietypowo od kosmosu w naszym domu. Najpierw pani prowadząca oprowadzila dzieci po Krakowskiej Izbie, pokazując poszczególne miejsca i przyrównując je do kosmicznych elementów- piec był Słońcem, łóżka- Księżycem, skrzynia posażna gwiazdami, ołtarzy domowy- niebem, stół- Ziemią. Potem dzieci miały narysować taki kosmos z własnego podwórka.

 Kolejny przystanek w "Izbie Góralskiej"- tu Trusia wysłuchała opowieści o Trzech Prządkach, które dla złej wiedźmy tkały płaszcz ze słonecznych promieni. Zadaniem do wykonania było zaprojektowanie własnej rzeczy, którą można by utkać ze słońca- rzeczy pożytecznej, służącej dla dobra innych ludzi. Jako słonecznej przędzy do swojego dziełka dzieciaki używały żółtej wełny.


Następna sala w Izbie Szkolnej była już bliższa kosmicznym tematom, bo poświęcona znakom zodiaku- zadaniem było wykonanie własnego projektu romieszczenia gwiazd w swoim znaku zodiaku- najpierw na niebieskiej bibułce rysowało się kropeczki, patrząc na rysunek zodiaku (Trusia jest spod Wodnika), potem doklejało się do tego bibułkę żółtą, obie naklejało na ramkę, a następnie w miejscu gwiazdek-kropek wykałaczką należało zrobić dziurki. Jak już dziełko było gotowe podświetlało się je lampą, a świecące punkiciki jak gwiazdeczki rozbłyskały na ścianie.


W ostatniej sali robiliśmy wszyscy mobil-Układ Słoneczny. Pięknie nam wyszedł:-)

Na zdjęciu mobil nie ma jeszcze wszystkich planet, brakujące zostały zamontowane w domu.
A w międzyczasie zwiedzaliśmy muzeum- tym razem jego oddział w ratuszu na Placu Wolnica, odszukiwaliśmy symbole słoneczek z otrzymanej karty zadań na różnych eksponatach i graliśmy w grę z fazami księżyca, dowiadując się przy okazji, jakie miały one znaczenie w życiu ludzi na dawnej wsi. I wszyscy bardzo dobrze się bawiliśmy;-)

A po południu zapachniało u nas Bożym Narodzeniem- powstały pierwsze pierniczki:-)

A od wczoraj mili Państwo mamy wreszcie, po 25 latach małżeństwa, własną sypialnię! Co oznacza, że Syn Starszy definitywnie wyfrunął z rodzinnego gniazda. Mam nadzieję, że będzie je jednak często odwiedzał. Aktualnie w naszej sypialni drzemie Syn Młodszy;-)

21:04, dsmiatek
Link Komentarze (6) »
czwartek, 21 listopada 2013
Konkursowe dylematy

Czuję, że muszę to z siebie wyrzucić. Do mojej corocznej jesiennej depresji, związanej niewątpliwie z za małą ilością światła, w tym roku dołacząją się kolejne frustracje. Światła mam za mało pomimo nienajgorszej przecież jak na drugą połowę listopada pogody, albowiem czas, w którym występuje ono w stanie naturalnym spędzam w pomieszczeniach zaciemnionych, zaś energooszczędne żarówki zamontowane obecnie w każdym miejscu dają go zdecydowanie za mało jak na moje potrzeby fizyczne (z racji tzw. starczowzroczności jak jest za ciemno to widzę jeszcze gorzej i frustruje mnie to okrutnie) i psychiczne.
Może niewystarczające nasłonecznienie/naświetlenie jest też przyczyną permanentnego wkurzenia, w którym ostatnio żyję, braku akceptacji już nie tylko swojego wieku, ale też coraz bardziej wyglądu i wagi, ogólnej niemocy i braku inwencji- wyjątkowo nie mam wciąż bladego pojęcia, co podarować moim bliskim na zbliżającego się wielkimi krokami Mikołaja i także coraz bliższych Świąt. Truśkowy list do Świętego nie ułatwił mi bynajmiej sprawy, albowiem Córka prosi o rzeczy nieakceptowalne, czyli kretyńskie kucyki pony, którymi, wiem to na pewno z doświadczenia barbie i furby, bawić się będzie przez dzień jeden, a ja mam dość wpuszczania do i tak przeładowanego Trusiowego pokoju kolejnego chłamu, zabawkowego laptopa, grę na play station (z braku play station rzecz zupełnie bez sensu) czy bardziej ambitnych- własnego telefonu, najlepiej smartphona oraz tabletu- za drogie i też niepotrzebne, w domu poza dużym kompem są też cztery laptopy/ netbooki!

Do dylematów zakupowych, frustracji listopadowych, wkurzenia przedwczesnym kreowaniem świątecznej atmosfery, chaosem pracowym i domowym i ciągłym niedoczasem dołączyła się wczoraj frustracja konkursowa. Otóż ogłoszony został (przez Radę Dzielnicy chyba) konkus na pracę plastyczną pod tytułem bodajże "Nowa Huta moja mała ojczyzna" czy jakoś podobnie. Prace mogły dzieci wykonać razem z rodzicami, rodzeństwem itp. Ja osobiście nie cierpię brać udziału w konkursach, wszelkich zawodach sportowych, nie lubię też gry w karty- toleruję co najwyżej planszówki- cóż, obawa przed porażką... Nie staram się też szczególnie nakłaniać do stawania do rywalizacji moich dzieci, pewnie przenosząc na nie moje strachy przed przegraną. Ale też im nie zabraniam- jak chcą, to proszę bardzo. Na przykładzie dzieci starszych wiem, że nawet jak się do czegoś zgłaszali, to zwykle przygotowywali się w ostatniej chwili, co powodowało, że przedsięwzięcie nie miało większych szans na powodzenie. I to samo zdarzyło się właśnie w przypadku Trusi. Wcześniej nie zainteresowała się konkursem, za to wczoraj nagle postanowiła wykonać jakieś dzieło- dziś upływa termin zgłaszania prac. Ale jak to też już wcześniej u niej zaobserwowałam, wykonanie czegoś na zamówienie idzie jej zdecydowanie gorzej niż gdy działa pod wpływem impulsu czy przypływu twórczej weny. Wczoraj odbyło się to tak samo- niby Truś chciał wykonać pracę do konkursu, ale weny specjalnej nie miał, zatem powstało coś, co moim zdaniem na konkurs zupełnie się nie kwalifikowało. I tu dochodzimy do mojego dylematu- czy uświadomić Córce, że to co zrobiła do okazji zupełnie nie przystaje (ona ze swojej pracy była zadowolona), czy, jak to zwykle czynimy, chwalić, czy co właściwie. Przybyła akurat Córka Starsza umiarkowanie chwaliła, uważając, że Truś może sobie pracę na konkurs zrobić jaką chce, a przecież wcale wygrać nie musi. Ja bałam się, że Truś wciąz ufny w to, że jest naj (mądrzejszy, piękniejszy, kochańszy itp- bo dla nas przecież jest taki) przeżyje zawód wielki, że nie zdobył co najmniej pierwszego miejsca i że żadnej nagrody ne wygrał (bo do tej pory przedszkole przyzwyczaiło ją, że nagrody dostaje każdy uczestnik, przynajmniej malutkie). Ale przecież w końcu muszą spaść jej klapeczki z niebieskich ocząt i musi zdać sobie sprawę z tego, że aby w czymś wygrać, aby rzeczywiście być najlepszą, to musi włożyć w to więcej wysiłku, musi się bardziej przyłożyć i postarać. Przedszkole niestety już się skończyło i pomalutku w niebyt odchodzą wszelkie taryfy ulgowe, a zaczyna się brutalna rzeczywistość :-(

A tak jeszcze a propos prac zamawianych- w szkole wymyślono sobie, że będzie ona brała udział w programie "szkoła przyjazna sześciolatkom" i w ramach owegoż pani dyrektor zarządziła wykonanie prezentacji multimedialnej naszej klasy w postaci filmiku prezentującego scenki szkolne, ale też przedstawiającego nasze dzieci "prywatnie"- rodzice, którzy zgodzili się ową prezentację stworzyć poprosili o przygotowanie zdjęć naszych dzieciaków z "młodości" oraz zdjęcia aktualnego, na którym dzieć trzymać będzie kartkę z rysunkiem czy przynajmniej treścią, w której przedstawia, kim chciałby być w przyszłości. Część zdjęć już została nadesłana, widać na nim dzieci z kolorowymi dziełami przedstawiającymi ich jako lekarzy, nauczycieli, weterynarzy czy biznesmenów. Poprosiliśmy Trusię, żeby tez coś stworzyła. I co? I powstał rysunek byle jaki wykonany długopisem i podpisany "kucharka"- w tym właśnie momencie Truś poczuł nieodparte powołanie do tego właśnie zawodu. Szkoda, że na co dzień nie obserwuję, żeby się do prac kuchennych garnęła- po wczesnodziecięcej fascynacji już wcale nam tak chętnie nie pomaga. I tak to właśnie wyglądają u niej prace zamawiane:-(

Czyli ogólnie wkurz i frustracja. A do tego dzisiaj czwartek :-(

10:33, dsmiatek
Link Komentarze (13) »
wtorek, 19 listopada 2013
Małe ogłoszonko

Jeśli ktoś tak jak ja lubi odwiedzać zagubione w górach romańskie klasztory, to zapraszam na francuskiego bloga:

http://trusiawprowansji.blox.pl/2013/11/Nasze-hobby-czyli-klasztory.html

Znajdziecie tam dwie perełki z mojej "klasztornej" kolekcji;-) A przy okazji dowiedzieć się można, skąd się wzięło nowojorskie Cloisters.

20:19, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
niedziela, 17 listopada 2013
Rozrywki niedzielne

Zupełnie niechcący załapaliśmy się dzisiaj na zwiedzanie Muzeum UJ w Colegium Maius. Ot po prostu przechodziliśmy obok, zobaczyliśmy otwarte drzwi i dopiero wtedu zorientowaliśmy się, że nie tylko można je zwiedzić, ale da się to zrobić zupełnie za darmo. Zatem pooglądala Trusia bibliotekę, jadalnię profesorską, profesorskie pokoje, aulę uniwersytecką, a przede wszystkim instumenty astronomiczne, ktorymi posługiwal się sam Mikołaj Kopernik.

Przez chwilkę postaliśmy na jednym z najpiękniejszych dziedzińców Krakowa, który odkąd tu przyjechaliśmy na studia był naszym ulubionym miejscem.

A potem w rogu odkryliśmy wejście na interaktywną wystawę "Wszystko jest liczbą", gdzie zabawiliśmy dłużej, biedząc się nad układankami (zdecydowanie najlepszym był w nich P.), wyznaczając najkrótszą drogę dla komiwojażera, przekształcając Trusiową buzię na kształt mapy geodezyjnej, zapoznając się z tajemnicami szyfrów, kodów kreskowych itp, rozpracowując na różne sposoby twierdzenie Pitagorasa, bawiąc się cieniami itp. Było super i chętnie raz jeszcze byśmy się tam wybrali- niestety wystawa normalnie nie jest czynna w niedziele, a jedynie od poniedziałku do soboty i to do godziny 14-tej:(

Po południu zaliczyłyśmy jeszcze "Ryśka Lwie Serce". który bardzo mi się podobał, jedynym zgrzytem był głos pani Czubaszek dubbingującej Babcię Ryśka- nie dość, że kompletnie nie pasował mi do tej postaci, to jeszcze zdolności aktorskie pani Marii mocno odstawały od reszty. Kino tym razem było bez nieodzownego popcornu, albowiem od rana toczyliśmy walkę z wiatrakami, czyli z nawykami żywieniowymi Trusi, która głucha pozostaje wciąż na nasze argumenty i prośby i dalej stosuje dietę eliminacyjną, wyrzucając z niej kolejne produkty- ostatnio wypadły jajka. Ponieważ nic nowego nie chce do swojego menu dopisać, zaczyna nam brakować pomysłów na kanapki do szkoły, obiady i śniadania. W ramach odwetu z wyprawy do kina został zatem wyeliminiowany popcorn i sprite, zamiast nich przemyciłam jabłka i własny sok.Został też Truś zmuszony do zjedzenie czterech łyżek zupy z czerownej słodkiej papryki- nie obyło się bez łez i głośnych szlochów oraz obrazy wiecznej na okrutnych rodziców. Zupa zostala co prawda pod przymusem zjedzona, ale zbuntowana Trusia i tk stwierdziła, że jest ohydna i ona takiej jadać nie będzie, Zatem wciąz w dziedzinie zdrowego żywienia Córki mamy pat:(

20:51, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
sobota, 16 listopada 2013
Kochająca młodsza siostra

Paweł jest już o krok od ostatecznej wyprowadzki z rodzinnego domu. Ja właściwie się już pogodziłam, że kolejne dziecko wyfruwa z rodzinnego gniazda, już raz przeżyłam to wyfrunięcie rok temu, gdy wynajął mieszkanie na spółkę z kolegą. Ponieważ spółki nie zawsze się sprawdzają po pół roku wrócił, żeby teraz przenieść się już na swoje. Dwa wieczory temu fakt nieuchronnego rozstania ze Starszym Bratem uświadomiła sobie Trusia i wywołało to u niej prawdziwą rozpacz. Płakał biedna i żaliła się nad sobą, jak to zostanie sama, bez swojego ukochanego Pawła. Nie pomagało tłumaczenie, że przecież raz już się wyprowadził i wtedy nie płakała- "Wyprowadził się, ale wrócił, a teraz już nie wróci"- szlochała. Nie trafiały argumenty, że przecież będzie nas odwiedzał, albo ona może odwiedzać jego- "Nie mogę, bo sama nie pójdę, bo to za daleko, a on na pewno będzie do nas rzadko przychodził"- łkała dalej. Zadzwoniła do nieobecnego Brata na komórkę, żeby mu powiedzieć, że bardzo go kocha, a jak wczorajszego wieczora wrócił do domu, to wciąż nie śpiąca i czekając Młodsza Siostra zawisła mu na szyi i mocno się do niego przytuliła.
A stojąc przed wystawą sklepu zoologicznego i wpatrując się w kicające króliczki stwierdziła, że nie pociesza jej nawet fakt, że powiedziałam jej kiedyś, że jak się Paweł wyprowadzi, to może dzięki zwiększeniu przestrzeni życiowej znajdzie się miejsce na królika dla niej- "Bo fajnie by było mieć swojego króliczka, ale lepiej jest mieć w domu swojego Brata."

Ogromnie mnie wzrusza taka siostrzano-braterska miłość. Mimo dużej przecież różnicy wieku- dzieli ich aż 16 lat- tak bardzo się kochają. Mam nadzieję, że przetrwa ta miłość, gdy nas kiedyś zabraknie.

23:59, dsmiatek
Link Komentarze (4) »
czwartek, 14 listopada 2013
Zgubne skutki długich weekendów

Długie weekendy działają zdecydowanie demobilizująco- dorosłym nie chce się wracać do pracy, a dzieciom do szkoły. STruś w ramach tej demobilizacji odrobinkę się rozchorował- skończyło sią na katarze i kaszlu, jednak nie chcęc by moja Latorośl zagłuszała swoim kaszelkiem panią nauczycielkę zdecydowałam zostawić ją w domu w celu podkurowania. W rezultacie Trusia nie za bardzo chce wracać do szkoły, kombinuje, że może do kolejnego weekendu udałoby się w pieleszach domowych przesiedzieć. Ale niedoczekanie- jutro pobudka o normalnej godzinie porannej i marsz (lub wyjazd) do placówki! Dziś Tatuś udał się do pani wychowawczyni na zwiady, czego też pierwszaki w międzyczasie zdolały się nauczyć i złośliwie przyniósł Córce książeczki z ćwiczeniami do nadrobienia zaległości. I dlatego pewnie dzieć uznał, że w przedszkolu to jednak lepiej  było- pewnie, przynajmniej niczego nie trzeba było nadrabiać po chorobie.

W drodze powrotnej od Babć, na skutek córczynego marudzenia, że nudzi się dwugodzinną raptem jazdą samochodem i żeby jej w ramach odnudzania bajkę opowiedzieć zaczęłam jej streszczać tom pierwszy "Baśnioboru"- czytając go w lecie uznałam, że jest lektura jeszcze dla wrażliwej Trusi nieodpowiednia, albowiem kolejnych lęków może jej przysporzyć- truś ma duże skłonności do hodowania w sobie lęków rozmaitych i strachów i do dziś na przykład w porze wieczorowej u babci pragnie powrocić do Krakowa, gdyż w takiej własnie porze dwa lata temu bodajże babcia czytała jej "Księgę Dżungli", gdzie straszliwy pyton Kaa występował i od tej pory Trus ma obsesję, że może się on czaić pod łóżkiem lub wpełznąc niepostrzeżenie przez okno, a mieszkanie babci wydaje jej się szczególnie do tego odpowiednie.
No ale z braku innych nieznanych bajek na podorędziu zaczęłam streszczać Córce "Baśniobór", czego rezultatem jest teraz codzienne zdzoeranie sobie gardła pzry tejże lekturze- tom pierwszy ma się ku końcowi, niebawem trzeba będzie się zmierzyc z tomem drugim. I jak na razie Córka nie stara się zasłaniać szczelnie okien z obawy przed czającą się w ciemności strzygą czy innym upirem- może dlatego, że do nocy kupały jeszcze kawał czasu, a i zimowe przesilenie dopiero za miesiąc z haczykiem.

Zapowiadają nam się bardzo zajęte grudniowe weekendy i nie mam na mysli wcale zajęć związanych ze zbliżającymi się Świętami. Ale ponieważ aktywności owe wyglądają wcale przyjemnie, to nie będziemy się zawczasu martwić, kiedy znajdzie się chwilka na upieczenie pierniczków i mycie okien. W końcu pierniczki można zacząć piec już, okna nie zając, nie uciekną, mogą do wiosny poczekać;-), a lukrowanie w towarzystwie Przyjaciół jest fajniejsze niż tylko w gronie rodzinnym:-)

 

 

16:27, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 11 listopada 2013
Nic nowego

Za nami trzydniowy weekend, który częściowo spędziliśmy odwiedzając Trusiowe Babcie z dodatkową rozrywką w postaci wizyty w naszym ulubionym zoologu- takie jesienne zwiedzanie zoo ma mnóstwo plusów- ludzi jest zdecydowanie mniej, niektóre zwierzaki, które w upalne letnie dni ukrywają się w swoich domkach lub w zaroślach na wybiegach, gdy jest chłodniej dają się zobaczyć- mogliśmy zatem pogapić się na bawiące się w wodzie wydry, balansujące wysoko na wierzchołku drzewa małe pandy czy odpoczywającego na gałęzi rysia. Dzielne karłowate hipki, chociaż pochodzą przecież z cieplejszej strefy klimatycznej, nie zrażone listopadowym chłodem pluskały się w swojej sadzawce, nawet goryle i lemury wykazywały większą aktywność niż za naszej ostatniej letniej wizyty.

Ostatni dzień trzydniowego weekendu spędziliśmy w domu, próbując pchnąć do przodu wyprowadzkę Starszego Syna, nadrobić zaległości kulinarne- kolejna dynia doczekała się przerobienia na pyszną zupę, buraczki leżakujące w stanie surowym w lodówce wreszcie zostały ugotowane i zalane marynatą z porto, oliwy i octu balsamicznego, a oczekująca na swoją kolej feta także zalana oliwą z dodatkiem czosnku i ziół. Truśka wynalazła w jednej ze swoich książek kucharskich przepis na pieczone jabłuszka i przygotowała nam je na deser. Znalazł się też czas na kino, czyli na drugą część "Klopsików"- jeszcze chwila i przestaliby je grać.

Zdjęć w weekendowych wydarzeń brak, a szkoda, bo wczorajszy spacer po jesiennym zoo był bardzo udany i sporo było sytuacji wartych zapamiętania na fotografii. Nie chciało nam się jednak taszczyć ciężkiego aparatu, tym bardziej, że w sobotni poranek wydawało się, że pogoda raczej nie będzie nam sprzyjać, i nasze lenistwo odpokutować musimy brakiem obrazków.

Truśka, która dotąd trzymała się dzielnie i bezkataralnie, zaczęła kichać i pochrząkiwać. Ale poza tym dobry humor jej nie opuszcza, mam zatem nadzieję, że skończy się tylko na małym przeziębieniu, piciu czarodziejskiego syropku z czarnego bzu i wdychaniu sosnowego i lawendowego olejku.

A wracając do zdjęć- są nowe na naszym francuskim blogu- dziś pojawił się nowy wpis o pewnym pięknym miejscu, którego nie znajdziecie w przewodniku (przynajmniej nie w tym, który my posiadamy;-)). Zapraszam- http://trusiawprowansji.blox.pl/2013/11/Zachwycajace-Orgues.html 

:-)

20:16, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
środa, 06 listopada 2013
Deszcz? Co tam deszcz!

Obawiam się, że śnieg też nie będzie wystarczającym argumentem za wybraniem się do szkoły na piechotę;-)

20:43, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
wtorek, 05 listopada 2013
Do strasznego domu zleciały się wiedźmy na upiorne przyjęcie

Hałasowały straszliwie, chichotały upiornie,wycinały, malowały, tropiły wszystko, co pomarańczowe, ucztowały. Po dwóch i pół godzinie odleciały na swych miotłach.
Pozostawiły po sobie bałagan, jeszcze więcej słodyczy niż było na początku (widać jednak potrafią czarować) i dzieł sporo- na przykład takich:

i sporo stworów podobnych temu, co poniżej:

Teraz ju z śpią słodko w w swoich chatkach na kurzych łapkach, albo w ponurych domiszczach w czarnym lesie, gdzie pod łózkami czają się duchy, na strychach grasują wampiry, a z szaf wyglądają kościotrupy, a piwnice zamieszkują potwory (przypomniałyśmy sobie w trakcie sabatu jedną z moich ulubionych Zakamarkowych opowieści).
Szczęśliwie przeżyłam ten zlot i mam się nieźle. Moja osobista Wiedźma też śni o kolejnych sabatach, a jej buźka nie do końca odzyskała różowy kolorek. Będzie można jutro w szkole bez trudu rozpoznać, kto przyleciał do nas na upiorne przyjęcie.

PS
U nas zapóźniony Halloween, a w sklepach już Boże Narodzenie- poczułam się jak zwykle zaskoczona, że Boże Narodzenie zaczyna się już na początku listopada.

22:25, dsmiatek
Link Komentarze (4) »
 
1 , 2
Archiwum