RSS
niedziela, 30 listopada 2014
Rozmowy

Z dzieckiem trzeba rozmawiać. Nie wrzeszczeć, nie straszyć sankcjami, broń Boże nie bić, tylko rozmawiać, tłumaczyć, świecić własnym przykładem, nasiąkać skorupkę za młodu dobrymi nawykami, zainteresowywać, angażować itp. A dziecko, jako istota rozumna, w końcu pojmie i wdroży w życie nasze rady.
Taaaa, tyle teoria. A praktyka wygląda jakby nieco inaczej. I czasem się zastanawiam, czy wychowanie za czasów naszych rodziców  w systemie nakazowo-zakazowym nie przynosiło jednak szybciej oczekiwanych efektów.
Ano bo z Truśką się rozmawia, tłumaczy, czasem cytuje fragmenty mądrych artykułów, liczy się z jej zdaniem, gustem i upodobaniami, angażuje do wspólnych działań. I co? I Truś nadal kultywuje dietę węglowodanową, nie planuje wyprowadzki z naszego łóżka, ogląda te same filmy w kółko, broniąc się rękami i nogami przed nowymi...

Dieta.
Gdyby ktoś zajrzał do naszej lodówki, porozglądał się po kuchni, zerknął w nasze talerze, to uznałby, że całkiem zdrowo się odżywiamy. W większości i owszem, za wyjątkiem Najmłodszej Latorośli, która wciąż nie potrafi zrozumieć, że na śniadanie nie wystarcza tost z masłem i mleko z kulkami, że drugie śniadanie nie jest po to, żeby wróciło z powrotem do domu, tylko, że należy je zjeść, by mieć siłę na szkolne wyzwania. Żadne negocjacje w grę nie wchodzą- że na przykład nie jadasz wędliny- OK, ale jadasz sery i jajka. Nieee, sery i jajka też są be. Zaś zasada, że jak porządnie zgłodnieje, to zje wszystko, w tym wypadku jeszcze się ani raz nie sprawdziła. Być może trzeba by bardziej głodem zamorzyć, żeby się przekonać, czy w ekstremalnych warunkach jednak nie zadziała. Ale jak długo kochający rodzic odmawiać będzie dziecku ulubionego jedzenia (pusty naleśnik na ten przykład czy jedynie słuszny kotlecik panierowany), oczekując, że zgłodniały Potomek rzuci się w końcu  na kawałek pieczeni z surówką lub jajecznicę. Ja nie jestem dośc twarda :(

Spanie.
Tyle już było Truśkowych deklaracji, że jak będzie miała własny pokój, to się z naszego łóżka na dobre wyprowadzi, że jak baldachim nad łóżkiem zawiśnie, to będzie ten moment, że jak skończy siedem lat, to osiągnie wiek właściwy, że po powrocie z koloni, to już na pewno.. Co wieczór odmawia zaśnięcia u siebie, nasze mocniejsze argumenty kończą się zalewem łez i rozpaczą. A przecież wcale nie chcę, żeby Truś zasypiał przyciskany na siłę do poduszki w łózku we własnym pokoju, chlipiąc i łkając przez sen, z poczuciem nieszczęścia i niezasłużonej krzywdy. Zatem co wieczór P. nadwyręża swój kręgosłup, przenosząc Córkę z naszego łóżka do jej pokoju- z różnym zresztą skutkiem.

Ubieranie.
Tu co prawda większych kontrowersji między nami nie ma, widać czym skorupka od młodości nasiąkała, tym teraz trąci;-) Ale są mimo wszystko punkty sporne. Po pierwsze obuwie- argumentem, który zmusił Trusię do rezygnacji z zakładania balerinek (z uwagi na warunki pogodowe trzeba było je zastąpić czymś bardziej zabudowanym i cieplejszym) było wyrzucenie owych do kosza (Truś zdziera buty straszliwie i po sezonie nadają się tylko do śmieci)- z braku laku trzeba było założyć krótkie botki. Nastał też czas rajstop i nie zawsze można je zastąpić ukochanymi przez Truśkę bawełnianymi legginsami. A tu Truś uznał, że rajstopy są straszne i noszenie ich jest karą. Ale jeszcze straszniejsze okazały się w tym roku rękawiczki. Już zeszła zima zapowiadała powoli zmianę w podejściu Truśki do odziewania dłoni w stosowne ocieplacze. W tym roku, pomijając halloweenowe rękawiczki z kosteczkami, które Trusiek założył tylko w celu dopełnienia stylizacji, Truś udaje, że rękawiczek zupełnie nie posiada. I nic to, że paluszki lodowacieją, a rączki sinieją- rękawiczki są be!

Rozrywka.
Kino domowe jest jedną z Truśkowych ulubionych. Ja też lubię od czasu do czasu w jesienne wolne od innych zajęć popołudnie zakopać się z nią wśród poduszek i oglądnąć coś fajnego. Ale po raz dziesiąty Ralfa Demolkę lub dwudziesty Akadamię Pana Kleksa? Co to to nie. A Truś jak się już na czymś ufiksuje, to odfiksować się nie daje. Tymczasem na oglądnięcie czeka Hotel Transylwania i Frankenweenie, które Truśka wciąż bojkotuje. I gdyby chociaż nie potrzebowała mojego towarzystwa do uczenia się na pamięć wciąż tego samego filmu. Ale kino domowe bez mamy nie jest takie fajne- zatem "Mamo, oglądaj ze mną i ucz się dialogów na pamięć!"

Fryzura
Truśkowe włosięta cieniutkie są i delikatne. Końcówki wołają o podcięcie, grzywka, zapuszczana z takim poświęceniem i ciachnięta w przypływie natchnienia przez Truśkę odrosła i wpada do oczu. Ale fryzjer w grę nie wchodzi nawetw  kwestii grzywki, o końcówkach nie wspominając, zaś spinki stały się passe. Obecnie jedynym dopuszczalnym uczesaniem jest samodzielnie zrobiony kucyk, a ozdobą włosów opaska, króa jednak nie sprawdza się przy opadającej na ślepia grzywce.

Sa jednak i sukcesy:-) Pamiętacie moje narzekania w minionym roku szkolnym na nieustanne braki sprzętu w piórniku? W tym roku już nie narzekam. Ale niekoniecznie jest to wynik większej dbałości Truśki o wyposażenie piórnika. Truś wymienił piórnik z przegródkami na jednojamowy wałek i wrzuca tam cały dobytek. I póki coś w piórniku grzechocze, a w dzienniczku nie pojawiają się uwagi, że Córce czegoś brakuje, to śpię spokojnie- w końcu czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal;-)

I to by było na tyle niedzielnych przemyśleń. Tylko tak się zastanawiam, kogo one właściwie obchodzą. Bo jeśli chodzi o kometarze, to pojawiają się głównie te z odsyłaczem do jakiejś strony internetowej. Szanowni Państwo wpisujący owe komentarze- darujcie sobie tą kryptoreklamę. Ja mam na takie coś cieżką alergię. I chyba będę takie pseudokomentarza po prostu usuwać.

14:40, dsmiatek
Link Komentarze (14) »
sobota, 29 listopada 2014
Kulinarna jesień

Tak jakoś wyszło, że najpierw wszystkie weekendy mieliśmy bardzo zagospodarowane, a od drugiego listopadowego spędzamy je w domu w ściśle rodzinnym gronie. W grudniu znowu zacznie się weekendowe odwiedzanie i rozrywkowanie, ale póki co rozkoszujemy się tym, że nigdzie nie trzeba się spieszyć i można wreszcie robić coś w domku.

Wczoraj Truś świętował Andrzejki, a właściwie Katarzynki i w babskim gronie, jak na Katarzynki przystało, tańcował, lał wosk i wróżył.

Dziś za to  sporo czasu spędziliśmy w kuchni- upieczone zostały kolejne pierniczki, upichcona przepyszna zupa pomidorowa, cukiniowa pasta do chleba, sałatka z brokułów i krabowych paluszków, chrupiące kąski z kurczaka, a na koniec dnia dwa chlebki piwne, które właśnie znikają. Zaangażował się każdy, kto był w domu, nawet Truś nie tylko wykrawał niegroźne pierniczki, ale też skubał listeczki tymianku i posypywał nimi bardzo groźne kurczaki;-) Jest w tych kuchennych działaniach jakaś magia, coś z chatki czarownicy lub pracowni alchemika, nieprawdaż?

A ponieważ już jutro zaczyna się adwent, to tradycyjnie mieszkanie ozdobiły dwa kalendarze adwentowe- jeden sklepowy z czekoladkami  i drugi "skarpetkowy" z niespodziankami. Od niedzieli Truś zaczyna sprawdzanie zawartości i wyjadanie;-) I tak przez 24 dni, a 25-go Wigilia:-)

Miłego świętowania niedzieli- ja niestety pracuję:-( Ale Trusiowi i P. zorganizowałam rozrywkę- idą do Muzeum Archeologicznego dowiedzieć się czegoś o piramidach i mumiach i ulepić egipskie koraliczki. Ciekawe, czy będzie się im podobało? Szkoda, że nie mogę iść z nimi, bardzo lubię te muzealne zajęcia.

PS
Obiecany przepis na pierniczki:

50dkg mąki
12 dkg masła
37 dkg miodu
12 dkg cukru
1 jajko
przyprawa do pierników
łyżeczka sody

Miód, tłuszcz i cukier zagrzać, do przestudzonej masy dodać mąkę, przyprawę, sodę i jajko. Dobrze wyrobić ciasto. Odłożyć je w chłodne miejsce na co najmniej 1 dobę. Wałkować na grubość ok. 3mm, wykrawać pierniczki i piec w 180 stopniach około 20 minut. A za jakiś czas polukrować i ozdobić (można oczywiście zaraz po wystygnięciu, ale u nas rytuał lukrowania to całkiem osobna rozrywka).
W tym roku pieczemy też staropolski piernik, który już dojrzewa na balkonie. Za parę tygodni zostanie upieczony, przełożony powidłem śliwkowym i, by może, orzechową masą i oblany czekoladą. Już się cieszę:-)

21:13, dsmiatek
Link Komentarze (6) »
niedziela, 23 listopada 2014
Jeszcze pierniczki zdążyły dziś powstać:-)

Pierwsze koty za płoty, czyli proces wypiekania pierniczków na Święta został u nas rozpoczęty:-) Z zarobionego wczoraj przez P. ciasta dziś powstały serduszka, gwiazdki, renifery, koty, jeże, aniołki i inna menażeria. A jak u nas w domu teraz pachnie!

19:48, dsmiatek
Link Komentarze (7) »
Zamiast kariery filmowej

Plan na dziś był taki, że od dziewiątej rano do trzeciej po południu Truś wciela się w gwiazdę filmową, a rodzice mają czas na pielęgnowanie relacji między sobą, czyli idą na francuską komedię i jedzenie, na które Truś nie może patrzeć, bo samo patrzenie szkodzi.
Nie martwcie się, Trusia nie wygrała bynajmniej castingu na główną ani poboczną bohaterkę żadnego serialu, po prostu jej klasa została wytypowana do nakręcenia filmów szkoleniowych z lekcji wf-u dla studentów AWF. Niestety, plany filmowe pokrzyżowane zostały kontuzją nauczycielki, która owe lekcje miała prowadzić i przesunięte na grudzień w terminie, który absolutnie wyklucza karierę Trusi na ekranie. Tym samym nie powiodło się też rozwijanie naszych małżeńskich relacji, zatem trzeba było znaleźć jakiś godziwy zastępnik, pozwalający przynajmniej na rozwinięcie kontaktów na linii rodzice-córka.

Ale zanim nastała niedziela, była sobota. A w sobotę chłopaki zajmowały się pracami remontowymi w dwóch domach na raz, a dziewczyny w liczbie trzech opanowały kuchnię. Chociaż nie do końca, bo sobotni poranek wypełnił bożonarodzeniowy zapach piernikowe ciasta, które skoro świt kole jedenastej zarobił P. No ale potem kuchnia przeszła już w damskie ręce- Truś wyciskał sok z pomarańczy i cytryn, potem wraz z Bunią wyczarowywał tiramisu, a ja faszerowałam grzybami dynie, mieszałam zupę z czerwonej papryki i piekłam schab- żeby nasi spracowani mężczyźni mieli się czym posilić, jak już znudzi im się remontowanie. Ukoronowaniem kulinarnych poczynań były dwie foremki piwnego chlebka w wykonaniu P., które pożarliśmy jeszcze ciepłe na kolację:-)

Zaś niedzielę opanował nas "Konik muzealny" i graliśmy w zielone w kamienicy Szołayskich na Placu Szczepańskim.

Na przekór szarej jesieni na dworze tropiliśmy zieleń na młodopolskich obrazach, rysowaliśmy karykaturę na zielonym baloniku, Truś starał się przerobić jesienno-zimowe Planty na pełne wiosennej zieleni, "sadził" trawę dla nieśmiałego Fauna, wymyślał nazwy kwiatów do zielnika Wyspiańskiego, mieszał farby w celu uzyskania różnych odcieni zielonego i eksperymentował z zieloną pacią z kartoflanej mąki. Zajrzeliśmy też do Szuflady Wisławy Szymborskiej odkrywając zgromadzonej w niej "skarby".

Wizyta w muzeum skończyła się oczywiście w świetnie zaopatrzonym w cudowne książki, kolorowanki i zabawki muzealnym sklepiku, skąd wyszliśmy z dwiema kolorowankami XXL i poradnikiem do domowego wykonywania magicznych sztuczek.

A na koniec regeneracyjny posiłek w Karmie i już można było wracać do domu.

Czyli co- kolejny całkiem udany weekend, chociaż inny niż w pierwotnych planach. Niestety, już dobiega do końca- trzeba tylko jeszcze przekonać Córkę, że czas najwyższy odrobić zadanie domowe na poniedziałek.

17:02, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
środa, 19 listopada 2014
I koniec wspomnień z wakacji

Jeszcze trzy miejsca zostały ku pamięci z tegorocznej Słowacji- miejsca, które co prawda my mamy nieźle zapamiętane, bo odwiedziliśmy je wielokrotnie, ale w tym składzie po raz pierwszy, zyskały zatem nową jakość.

Dolina Kwaczańska i młyny na Obłazach- wciąż nam się nie znudziła, chociaż odwiedziliśmy ją już wielokrotnie- z Truśką po raz pierwszy, gdy miała pięć miesięcy, a dolinę próbowaliśmy przebyć z wózkiem, co skończyło się porzuceniem pojazdu pod drzewem i przesadzeniem Truski do nosidła. Kiedy to było....

Dolina Źiarska- nasza najbliższa, zatem odwiedzana co roku. W tym bardzo się zmieniła. Wichura powaliła wielkie kawały lasu, aż przykro było patrzeć na leżące drzewa. I trudno sobie wyobrazić, jak to się właściwie mogło stać, jak wielka musiała być siła żywiołu, który połamał jak zapałki stuletnie kilkunastometrowe świerki.

I miejsce ostatnie, czyli nasza ostatnia deska ratunku, gdy pogoda się psuje, albo gdy towarzystwo bolą kończyny, a gdzieś ruszyć by się wypadało- skansen w Pribylinie. Miejsce fajne nie tylko ze względu na stare drewniane domki, ale też duży teren, po którym można swobodnie biegać, przepływający strumień- wiadomo woda dla dzieci atrakcją jest zawsze, niezależnie od pogody. Ileż spodni i innych elementów garderoby już w nim zostało "niechcący" utopionych!  I są przecież jeszcze pociągi...

I tyle, koniec wspomnień. Ciekawe, czy w najbliższe wakacje znowu wrócimy do Liptowa? Mam wrażenie, że dla Truśki wakacje bez pobytu w Mikulaszu się nie liczą.

19:47, dsmiatek
Link Komentarze (1) »
wtorek, 18 listopada 2014
Kulturalne wzruszenia

Żeby nie było, że tylko wspominki u nas królują- jest też kulturalnie. W ubiegłym tygodniu wybraliśmy się pierwszy raz w tym sezonie do Groteski na "Porwanie Baltazara Gąbki"- spektakl z rockowym pazurem, odpowiedniejszy chyba bardziej dla troszkę starszych dzieciaków. Truśce się podobało, chociaż początkowo dziwiło ją, że Smok Wawelski nie przypomina smoka, gra na perkusji, a jego towarzysze podróży biegają z gitarami. Ale zaakceptowała taką konwencję i bawiła się dobrze.

W sobotę wysłałam Trusia z Tatusiem do krakowskiej Areny na rewię na lodzie- w końcu i z takim rodzajem rozrywki należy się zapoznać, nie mówiąc o absolutnie koniecznej wizycie w arenie- chociaż Areny za to, że zajęła nam połowę parku nie lubimy! Truśka była zachwycona- zarówno widowiskiem, jak i miejscem.

Zaś niedzielny wieczór spędziliśmy we trójkę w operze na Carmen. Truś załapał się trochę przez przypadek, bo towarzyszyć miał nam Paweł. Dumna jestem z Córki bardzo, że dzielnie zniosła operę w czterech aktach, a nawet zaangażowała się w nią do tego stopnia, że na samym końcu, gdy wiarołomna Carmen poniosła śmierć z ręki Don Jose, z ocząt przejętego Trusia polały się łzy! Dobrze, że gromkie brawa zagłuszyły jej szlochanie. Wychodząc usłyszeliśmy deklarację, że na żadną operę, w której się zabijają już więcej z nami nie pójdzie- zważywszy na to, że opery zwykle kończą się tragicznie trudno będzie wybrać odpowiednio łagodną;-) Ale OK- następny w planach jest "Dziadek do orzechów", a to nie opera przecież, a potem "Wesele Figara", które też nie kończy się tragicznie :-) A ja szczęśliwa jestem, że skorupka za młodu nasiąka i być może w przyszłości nie będzie zasypiać na "Jeziorze łabędzim" i sama z siebie zapragnie pójść na "Czarodziejski flet" ;-)

PS
A tak na marginesie Struś idealnie trafił stylizacją w Carmen, albowiem założył swoją słynną czerwoną spódnicę i niewątpliwie zwracał na siebie uwagę w czasie przerw. Zdjęć brak- komórka została w domu. Ale spódnicę przecież znacie...

15:37, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 16 listopada 2014
Wspomnień wakacyjnych ciąg dalszy

Jakoś tak się dziwnie złożyło, że z Orawskiego Zamku prawie nie mamy zdjęć. Ale kiedyś już były, zatem tylko sam zamek- tak dla przypomnienia:

Chopok- pewnie kiedyś nadejdzie ten szczęśliwy właściwy moment, gdy nie wwieziemy się na niego kanapę, lecz zdobędziemy go na własnych nogach, albo też wjedziemy krzesełkiem i wyruszymy granią przed siebie. Już kiedyś, w czasach przedtrusiowych udało nam się przedsięwziąć ambitniejsze wycieczki. Mieliśmy nadzieję, że w tym roku wreszcie wyruszymy na szlak, ale okazało się, że to nie był jeszcze ten moment. Może w takim razie w 2015...

Zanim "zdobyliśmy" szczyt:

Chopoczki tradycyjnie zostały zbudowane:

Vrbickie Pleso- miejsce odwiedzane chyba co roku- ale w każdym jest tu równie pięknie:

cdn

16:57, dsmiatek
Link Komentarze (1) »
sobota, 15 listopada 2014
Wreszcie Słowacja

Nie da się ukryć- trzy miesiące mi zabrało dotarcie do zdjęć z naszego tygodnia na Słowacji i przygotowanie ich na bloga. Temat może się już wydawać nieaktualny, większość z was pewnie nieśmiało planuje kolejne wakacje, a o tych minionych już dawno zapomniała. Ale ponieważ blog ma być ku pamięci, nie mogę tego cudownego czasu pominąć. Zwłaszcza, że naprawdę było super- tym razem w innym składzie, od dawna przeze mnie upragnionym, czyli wraz z moją Mamą, moim Bratem i jego Dziećmi. Plus "stara" ekipa, czyli Siostra P. i Tola.

Rewelacji ani nowości nie było, raczej powtarzanie corocznych rozrywek- ale cóż zrobić, same dzieciaki chcą znowu wykąpać się w fontannie na rynku w Mikulaszu, przespacerować do pobliskiej stadniny i poszaleć na tamtejszym placu zabaw, który w tym roku wzbogacił się o kilka nowych atrakcji. Górskie wycieczki wciąż nie są na topie- na Chopok należy wjechać wyciągiem (od tego roku także nowości w tym temacie) i ew. tam się przespacerować. Dolina Źiarska to koniecznie hulajnogi- ale akurat w dniu, gdy się tam wybraliśmy kołobieżek nie było. Dolina Kwaczańska może być, bo człek się chodzeniem aż tak nie zmęczy, na miejscu rzeczka, kózki, kotki, a dla P. nieustannie fascynujące go wodne młyny tartaczne. Orawski Zamek chcieliśmy koniecznie pokazać naszym nowym gościom- bo naprawdę jest imponujący, a w USA to oni takich przecież nie mają. Magię Vrbickiego Plesa uwielbiam- cicho tam i kojąco, mogłabym siedzieć kilka godzin, gapić się na wodę i kaczki i oddychać przesyconym żywicą powietrzem.
Dzieciaki właściwie mogłyby cały tydzień spędzić w naszej dolince przydomowej- ognisko, kiełbaski, pieczone pianki, bańki mydlane, latawce, huśtawki, tym razem także slack line, "połowy" w strumyczku, malowanie kamieni, a wieczorami kominek i domowe kino- więcej im do szczęścia wydaje się być niepotrzebne.

Wróćmy zatem na sierpniową Słowację i powspominajmy raz jeszcze ten piękny czas:

Dom i rozrywki przydomowe:

Plac zabaw przy stadninie:

Moja ulubiona droga powrotna ze stadniny do domu, zawsze w zachodzącym już słońcu, z lekko zamglonym widokiem na Liptowską Marę:

Coroczne rozrywki niedzielne w Mikulaszu- nauczeni doświadczeniem jako wyposażenie obowiązkowe na niedzielną mszę zabieramy komplet odzieży na zmianę (łącznie z bielizną), a w tym roku także mały ręczniczek. W kolejnym roku w podręcznym bagażu znajdą się pewnie dwa komplety przyodziewku i ręczniki kąpielowe, bo pluskanie, zrazu nieśmiałe i powściągliwe, corocznie przybiera na sile;-)

Jak widać po stroju dorosłych, mimo, że słońce świeciło,  to temperatura, przynajmniej początkowo, do najwyższych nie należała. Ale czy takie mniej sprzyjające warunki mogą przeszkodzić dzieciakom? Jasne, że nie!

Już przebrane, ale wciąż chętne do powrotu do fontanny:

Jedynie obietnica lodów zdołała ich od wody odciągnąć:

I na tym chyba dziś skończymy wspominanie- ciąg dalszy oczywiście niebawem nastąpi:-)

12:51, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 13 listopada 2014
Wow!

Dziewczyny z AAK są naprawdę niesamowite. Z okazji Halloween zorganizowały dla dzieciaków "magiczne" pokazy doktora Wow. Struś, jako weteran AAK, uczęszczający na zajęcia Akademii od jej początków, naturalnie okazji nie przepuścił i na pokazy się udał. Zabawy było co niemiara. A ile krzyków, pisków i wrzasków- do dziś bolą mnie uszy;-)

Ze sztuczek "czarodziejskich" sfotografować udało się tylko uciekającą pianę, albowiem komórka nijak nie nadążała za wybuchającą dynią, płonącą butelką, obrączkowatymi obłoczkami wyskakującymi z tajemniczego walca czy innymi ruchomymi obiektami.

Ania, prosimy o więcej- dzieciaki ci się w AAK starzeją, może kółko magików-chemików dla nich zorganizujesz? ;-)

A skoro o magii mowa, to dniu, gdy Święci balowali w niebie, odkryłam w naszym rodzinnym mieście miejsce, o którym do tej pory nie miałam zielonego pojęcia- a przecież istniało ono w czasie mojego dzieciństwa, a nawet dłuuugo przed moim urodzeniem- choć zważywszy na mój wiek matuzalemowy dziwnym wydawać się może, że było coś zanim się urodziłam;-)
Ktoś z "rodaków" wie, gdzie to jest? Monstermamo- byłaś tam kiedyś?

21:25, dsmiatek
Link Komentarze (6) »
sobota, 08 listopada 2014
Uff, udało się przeżyć;-)

Halloweenowej odwiecznej (czyli dwuletniej) tradycji stało się zadość- nasz dom najechały wczoraj wiedźmy, kocury i białe damy, niecierpliwie oczekiwane przez Gnijącą Pannę Młodą:

Oczywiście na upiorne stworzenia oczekiwała też odpowiednia dla nich strawa- pajęczyny, duszki, gałki oczne, mózgi, glutowate robale, wiedźmie paluchy i kosteczki niewinnych dzieciątek;-)

Pytanie "Ile jeszcze do 17.30?" zadawane było średnio co 30 sekund. Wreszcie godzina zero nadeszła, a Panna Młoda ożywiła się na pierwszy dzwonek.

Pierwsza mała czarownica przybyła:-)

Potem nadlatywały kolejne.

I wreszcie zabawa mogła się rozpocząć.

Oczywiście było ozdabianie dyń- na ich wycinanie nie mogłam pozwolić, gdyż wyobraźnia podsuwała mi obrazy zbryzganych dniową pulpą ścian i sprzętów, gdzieniegdzie dodatkowo upstrzonych krwią z pokaleczonych ostrymi narzędziami paluszków. Zatem dynie zostały pomalowane markerami i oklejone plasteliną.

A tak na marginesie- od dziś przechodzimy na dyniową dietę- pierwsze dwie dynie na dyniowe muffinki z fetą zostały już upieczone.

Jak się tylko uporały z dyniami, to zażądały kolejnych atrakcji, dostały zatem podłogowe kolorowanki, w celu przerobienia słodkich księżniczek i królewien na mniej sympatyczne stworzenia. Przy okazji przedyskutowały szczegółowo różnice pomiędzy królewną i księżniczką, dochodząc do wniosku, że głównie polega ona na tym, iż księżniczki siedzą zamknięte w wieżach, zaś królewny w zamkach.

Autorki dzieła stwierdziły, że po co mają się wysilać i zamieniać w paskudę każdą królewnę na kolorowance, skoro wystarczającej upiorności doda mu odrobina chaosu.

Potem, w celu uspokojenia towarzystwa i ochrony domu przed kompletną demolką spróbowaliśmy urządzić im domowe kino i zasadziliśmy towarzystwo na poduchach przed ParaNormanem. Niestety, dziewięcioro widzów to liczba za duża jak na domowe oglądanie całego filmu i upiorzyska się rozpełzły, by kontynuować dzieło zniszczenia. Część imprezowiczek zamknęła się w łazience, sporządzając magiczne eliksiry i wykorzystując do tego wszelkie dostępne w zasięgu już nie tak małych rączek kosmetyki. Dobrze, że zostawiły choć trochę na wieczorną kąpiel- ale to pewnie nie z premedytacji, lecz przez przeoczenie;-)

Od pewnego momentu my średnio do 30 sekund zaczęliśmy  spoglądać na zegarek sprawdzając, ile jeszcze zostało do 20.00. W końcu się doczekaliśmy i w domu oprócz wiedźmy naszej osobistej, pozostały tylko dwie czarownice, zaproszone na nocowanie. Jak wiadomo wszystkim odrobinkę doświadczonym rodzicom, gdy dzieci nocują w większej gromadzie, to do łóżka zagonić je trudno.
Zatem wciąż bawiły się w najlepsze, harcując i tańcując nawet na stole:

Udało się je zwabić do łózka dopiero oryginalną "Gnijącą Panną Młodą":

Sama też się załapałam, bo bardzo lubię ten film:

I wreszcie nadszedł długo oczekiwany moment-

wiedźmiątka słodko usnęły:-)
A my niedługo po nich.

Ktoś zgadnie, kto obudził się pierwszy? ;-)

A dziś odgruzowujemy, odreagowujemy, oddychamy głęboko i cieszymy się, że impreza się udała, a towarzystwo bawiło się świetnie:-)

18:53, dsmiatek
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2
Archiwum