RSS
środa, 25 listopada 2015
Jak ciocia z siostrzenicą;-)

Tu aż trzy ciotki;-)
Ostatnio dość ściśle się integrujemy z Bunią i Lulunią:-)

Królik na "ciotce" i na Łusi:-)

Do usłyszenia już po weekendzie:-) 

19:59, dsmiatek
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 23 listopada 2015
Listopadowe przyjemności

Gdyby mnie ktoś zapytał jeszcze rok temu, jakiego miesiąca w roku najbardziej nie lubię, bez wahania wymieniłabym listopad. Bo taki smutny, krótki dzień, pogoda nijaka, do wiosny bardzo daleko, na świąteczne przygotowania jest jeszcze czas. Miesiąc ani na spacery, ani na wycieczki, najlepiej siedzieć w domu- a ja, jak wiadomo, w domu siedzieć nie lubię. Ale do czasu- nawróciłam się na listopad, nawróciłam się na jesień, już nie wywołuje ona we mnie depresji. Chyba się po prostu zestarzałam i polubiłam piecuszenie;-) Przeczytałam zresztą niedawno, że listopad właśnie po to jest- żeby odpocząć, wyciszyć się, uspokoić, przestać gonić i przed bożonarodzeniową gorączką troszkę siebie porozpieszczać.
No to rozpieszczamy, jak tylko jest nam to dane, piecuszymy w w domu, z braku kominka palimy sobie tealighty w cudnym blaszanym domku, który niedawno do nas przybył w paczce, pichcimy przysmaki, czytamy, rysujemy, gramy w planszówki, wieczorami organizujemy łóżkowe kino i próbujemy się nie spieszyć- przynajmniej wtedy, gdy nie musimy. I taki był miniony weekend- wreszcie w domu, wreszcie bez konieczności wstania na dźwięk budzika i pracy:-) I zaczął się już w piątek- bardzo przyjemnym przybyciem paczki od Vegepacka- nie tylko ja uwielbiam je rozpakowywać, Truśka  chyba jeszcze bardziej lubi sprawdzać, co tym razem smacznego przybyło.

W piątkowy wieczór zarządziła Trusia prace ręczne, czyli ozdabianie styropianowych bombek:

Taka mała przymiarka do Świąt;-)

Odbyła się też Ceremonia Wymiany Ksiąg- Trusia, znana rodzinna konserwatystka, wróciła do Baśnioboru- tym razem czyta go samodzielnie. A ponieważ akurat skończyła czytać tom drugi, to z wielką pompą i stosownymi przemówieniami zorganizowała naprędce uroczystość wymiany tomu drugiego na tom trzeci:

W sobotę po wykładzie o emocjach na Uniwersytecie Dzieci Trusia z koleżanką szybko ugniotły maślane kruche ciasteczka, wykorzystując przy okazji nasze pamiątki ze Sztokholmu, czyli foremki w kształcie Muminka i Małej Mi.

Planszówki:

Był też czas na, szersze niż tylko trzyosobowe, życie rodzinne.
Zawitał Ciech:

Buniś i Lulin z powodu Buniowego "słomianego wdowieństwa" spędzili z nami sporo czasu:

Wybraliśmy się nawet razem w niedzielę do kapucynów i na mały spacerek, uwieńczony kawą i ciachem w Cup Cake Corner.

Lulin zdecydowanie jest chustowy- na szczęście jeszcze nie waży dużo, chociaż już coraz więcej;-)

Nagroda za trochę ruchu- kalorie trzeba uzupełniać przed zimą;-)

Nie tylko starsi mają prawo opychać się słodyczami, Mały Człowiek też chce próbować;-)

Był też Paweł ze Zmorką, ale ADH Zmory nie pozwoliło na zrobienie ani jednego ostrego zdjęcia. A poza łóżkowym kinem było też prawdziwe- mnie "Sawa" nie przekonał, ale Trusia wyszła zadowolona i to się liczy- w końcu to film dla dzieci.

I tyle- pewnie w tym tygodniu już nic więcej nie będzie, za to w weekend... Oj, w weekend będzie się, ma nadzieję, fajnie działo:-) Truśka już prawie spakowana i gotowa do drogi;-)

18:27, dsmiatek
Link Komentarze (4) »
niedziela, 15 listopada 2015
Nie ma nas

Tak naprawdę to jesteśmy, istniejemy w realnej rzeczywistości. Tylko w blogowej nas nie ma, bo po prostu nie ma o czym pisać Nie dzieje się nic takiego, co warto by specjalnie uwieczniać. Ot mijają dni- niestety przelatują z prędkością błyskawicy, chociaż podobno listopad to miesiąc, kiedy życie powinno zwolnić. Pracujemy, Truś się uczy, śpiewa patriotyczne pieśni na szkolnej akademii ku czci Święta Niepodległości, przyodziany, zgodnie z dyrektywą, w kolory polskiej flagi (całe szczęście, że  jej spektakularna tiulowa czerwona spódnica wciąż się nadaje do założenia).

Wczoraj Truś brał udział w warsztatach tańca w ramach Uniwersytetu Dzieci- tematem było "Czy tańcem można wyrazić swoje imię?"- a odpowiedź okazała się twierdząca. Generalnie sobota była niespodziewanie dniem warsztatowym, bo oprócz tańca miała jeszcze Truśka randkę z Lu w Krzysztoforach- "narzeczony" zaprosił ją do wspólnego robienia ozdób choinkowych.

Powstała kulka z opłatka- cud, że nie została pożarta w całości i dotarła do domu- ma szansę zawisnąć na naszej tegorocznej choince.

I dwa niebieskie papierowe gołąbki- bardzo adekwatne do randkowej sytuacji.

Potem była jeszcze romantyczna czekolada w Wedlu. Ale mnie z nimi nie było- sobotę spędziłam niestety w pracy:( A Truś już planuje kolejną randkę- jakby co, to najbliższe warsztaty "W stronę przyszłośći." za tydzień w Muzeum Etnograficznym- Kasiu, rozważcie propozycję;-)

W domu nastała zaś era leguminy grysikowej- Truśkowy typ tak ma, że jak jej coś w danym czasie smakuje, to może się tym żywić codziennie. Aktualnie wciąż na topie są tosty francuskie, a niedawno, po erze kisielowej i budyniowej, nastał czas grysiku.

I tak sobie listopadowo łasuszymy, czytamy wieczorami pod kołderką i pomalutku planujemy Święta. Chociaż Truś trochę się zbuntował i twierdzi, że temat Wigilii jest dla niej zbyt bolesny- niestety raz na sześć lat przypada moja kolej dyżurowania w tym dniu, a właśnie mija kolejna sześciolatka:( Nie pociesza jej nawet fakt, że potem aż trzy dni spędzimy razem.

A nad stołem, na którym toczy się większość naszego domowego życia, wciąż fruwa zrobiony przez Trusię parę lat temu Układ Słoneczny- stał się on ulubionym punktem obserwacyjnym małej Luluni:-)

15:49, dsmiatek
Link Komentarze (3) »
czwartek, 05 listopada 2015
Halloween 2015

Tak, jak wspominałam- wystarczyło raz zorganizować przebieraną imprezę halloweenową, a już stało się to rodzinną tradycją. I nie ma bata- musiała być w ubiegłym roku (wtedy była mieszana halloweenowo-andrzejkowa, bo w połowie drogi między jednym a drugim "świętem"), koniecznie musiała się tez odbyć i w tym roku. Wynegocjowałam mniejsza liczbę strzyg niż zazwyczaj, w nadziei, że jak ich będzie mniej, to mieszkanie ucierpi w mniejszym stopniu i lepiej się będą też bawić, bardziej razem, mniej w podgrupkach. Cóż, widać nie znam jeszcze dostatecznie obecnych ośmiolatków. wciąż żyję w czasach podstawówkowych Buni, kiedy to nawet duża grupa dzieciaków cudownie bawiła się razem, uczestniczyła w rozmaitych konkursach i innych twórczych aktywnościach, nawet, jak nie było nagród. no ale to były jeszcze dzieciaki "analogowe", nie miały własnych komputerów, laptopów, notebooków, smartfonów ani nawet komórek. Trochę gorzej było z koleżeństwem Pawła- ale tu trzeba wziąć poprawkę na inna płeć. Imprezy Ciecha odbywały się już niestety przed komputerem, zagonienie imprezowiczów do innych zabaw bywało trudne.
Zaś koleżanki Trusi to kompletnie inne pokolenie- dzieci wychowane bezstresowo, każde prawie ma własnego smartfona i tablet- i nie waha się go używać! Ucieszenie takich dzieci nie jest łatwe, zebranie ich "do kupy" i przekonanie do wspólnej zabawy również.  Chociaż przygotowałyśmy z Truśką bogaty program artystyczny, to nie udało nam się go prawie wcale zrealizować. I co rusz któraś panna się obrażała, rozpłakiwała lub naburmuszała, mimo że było ich tylko sześć i tak tworzyły podgrupki. Właściwie miałam wrażenie, że niewiele jest rzeczy, które mogą je ucieszyć- no może gdybyśmy zbudowały pokój strachów przynajmniej na miarę wesołego miasteczka albo wyświetliły straszny film, którego żadna z nich jeszcze nie widziała (ale naturalnie nie taki dla dorosłych)- no może wtedy...  Najszczęśliwszą osobą na imprezie okazała się dziewczynka, która ma najbardziej w życiu "pod górkę"- jej podobało się wszystko, buzia się uśmiechała, oczy błyszczały, wszystko co było do jedzenia smakował, a w pewnym momencie przybiegła do mnie i oświadczyła, że ona "tak strasznie lubi Zosię". Cóż, Justynka nie ma własnego tabletu ani smartfona, ba, nie ma wcale własnego telefonu komórkowego! Na wakacje nie jeździ za granicę, rodzice nie wychodzą z siebie, żeby wymyślić jej interesujące zajęcia dodatkowe czy inne aktywności pozaszkolne, już w przedszkolu sama wychodziła na plac zabaw pod blikiem, a od pierwszej klasy samodzielnie chodzi do szkoły. I właśnie dla takiej Justynki warto było się pomęczyć i zorganizować ten bal- dla jej uśmiechniętych oczek i radości, jakiej jej cała impreza sprawiła! Oczywiście nie znaczy to wcale, że pozostałe dziewczyny źle się bawiły- nie, nie było najgorzej, to tylko we mnie jest niedosyt, że wciąż coś którejś przeszkadzało. Bo ja to bym chciała, żeby wszystkie były szczczęśliwe...

Tym bardziej, że się starałyśmy- była żywność w odpowiednich kształtach, picie "z glutami" (czyli ulubiona Truśkowa bubble tea), nastrojowe światełka i właściwe dekoracje oraz "zastawa stołowa". Była nawet latarnia z dyni- ale to już nie mojego autorstwa.

 

 

W chwili desperacji P. zaproponował siebie w charakterze "trupa faraona"- - tu już wszystkie bawiły się świetnie, owijając mojego Męża papierem toaletowym i chichocząc przy tym w niebogłosy.

 

Tak, tak- ta biała wielka zjawa to mój osobisty ślubny Małżonek! I fakt- bardziej zjawę przypominał niż porządnie wykonana mumię. Ale i papier toaletowy już nie ten sam, co w dawnych czasach Buniowej 'młodości" ;-)

Dodatkową "atrakcją" dla nas było wspólne nocowanie wszystkich sześciu sztuk!

 

 

Niewątpliwym plusem takiej halloweenowej imprezki, w której dynia gra jedną z ról głównych jest dyniowa zupa już po balu. bo przecież te wszystkie piękne dyńki nie tylko ozdobie powinny służyć:-) Nastał zatem w naszym domu czas przepysznej dyniowej zupy w różnych odsłonach:-) Której Trusia oczywiście nie zamierza niestety jeść, a zmuszona do spróbowania krzywi się i rozpacza:(

17:16, dsmiatek
Link Komentarze (5) »
wtorek, 03 listopada 2015
W Drzewach jesienią

Jak napisałam w poprzedniej notce, jesienią Drzewa są najpiękniejsze. I chyba jesienią odpoczywam w nich najlepiej- bo dzień krótki, szybko robi się ciemno, zapalają się światełka dookoła domków- można siedzieć w fotelu, gapić się w okno, popijać herbatę z cytryną. Wreszcie znalazłam czas na  kolorowanki, które jakiś czas temu zakupiłam z myślą o sobie (chociaż Trusia też jest zaproszona do kolorowania). Struś zakumplował się z dziećmi Pani Małgosi i zasmakował w grabieniu liści. I tylko brak P. w poniedziałek kładł się cieniem na ideale. 
Jako rekompensatę za nieobecność Męża i Ojca, zafundowałyśmy sobie z Trusią dwie godziny basenowania w Atrium oraz dwudziestominutowe moczenie w białej glince. I spacer po nałęczowskim parku zdrojowym, w którym całkiem sporo kasztanów jeszcze znalazłyśmy. 

A teraz obszerna fotorelacja- chociaż zdjęcia niestety nienajlepsze, albowiem dopadło nas fotograficzne fatum- tuż przed wyjazdem zepsuła się lustrzanka P., Trusiowy aparacik zdjątka robi raczej nędzne, zresztą w niespodziewanych momentach oświadczał, że właśnie skończyła mu się pamięć, a jak już ją odzyskał, to szybciutko rozładował baterię. Zostały komórki- moja staruszka aparacik też ma kiepściutki, ostatnią deską ratunku okazał się smartfon P. Co prawda można było jeszcze wspomóc się tabletem, ale to obciach taką tacką zdjęcia publicznie strzelać;-)

Drzewowe śniadanie w wiklinowym koszu:

Utwierdziłam się w moim absolutnym zakochaniu w Sośnie- ten Drzewny domek lubię najbardziej:-)

W parku:

A we wtorek odwiedziliśmy Kazimierz- i on jesienią jest najpiękniejszy:

Powitał nas mgłą, chociaż niewiele dalej świeciło piękne słońce. W tej mgle prawie nie było widać Wisły, o jej przeciwległym brzegu nie wspominając:

Tym razem udało nam się dojść do spichlerzy, które za poprzednimi pobytami oglądaliśmy z daleka- bo w lecie było za gorąco, a wiosną lodowato:

Pomnik parostatku:

Odwiedziliśmy też Wąwóz Norowy Dół- następnym razem planuję Wąwóz Korzeniowy:

Baszta i zamek:

Wisła prawie bez mgły:

Znowu na Rynku:

Jeszcze rzut oka na zamek:

Kazimierskie kogutki z piernika na pamiątkę:

A w nagrodę za długie spacerowanie obiad w Patataj- oczywiście w wersji jesiennej:-)

I tyle. Chociaż nie, wieczorem był jeszcze seans w saunie w Tui

ostatnia cudowna noc w Sośnie przy pełni księżyca, a przed wyjazdem przepyszne śniadanie.

Na szczęście kwiecień już niedługo, a w kwietniu znowu wrócimy W Drzewa:-)
Bo to jest miejsce z cudowną aurą, w której odpoczywam, nabieram energii i czuję się szczęśliwa. I czas jakby płynie tu wolniej...

Truś też jest tu szczęśliwy:-)

A to swoje zdjęcie lubię najbardziej- autorką jest Struś:-)

20:03, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
Archiwum