RSS
środa, 31 grudnia 2008
Kartki z kalendarza

Zwykle na jakimś ostatnim w danym roku dyżurze w wolnych chwilach przepisuję sobie ze starego kalendarza do nowego adresy, telefony, zaznaczam urodziny, imieniny i inne uroczystości. I dzisiaj- na ostatnim grudniowym dyżurze, w ostatnim dniu 2008 roku, zabrałam się za przepisywanie starego kalendarza. Tylko, że ten stary był na 2007 rok- bo rok temu nie było ostatniego dyżuru, nie kupiłam też na czas nowego kalendarza torebkowego- dni upływały podobnie, w domku z Trusią. Zostawało jeszcze trochę czasu na powrót do życia z kalendarzem.
Obracając kartki w tym z 2007 przeżyłam na nowo ostatnie tygodnie z Trusia w brzuchu. 5 stycznia sympozjum nt. raka piersi w Szczawnicy- pojechałam, ale już nie sama swoim samochodem, skorzystałam z oferty koleżanki. Trochę potem żałowałam tej jazdy- auto prowadził jej mąż (ginekolog-położnik tak na marginesie), jechał dość ostro, a ja na tylnym siedzeniu micry nie czułam się zbyt komfortowo.
11 stycznia- ostatnie USG u Ali- wtedy już Trusiek usadowił się tak nisko główką, że nie bardzo się ją dało porządnie zmierzyć. Ala uspakajała mnie, że wszystko jest OK, że Trusiek jest zdrowy, tylko jeszcze troszkę malutki.
26 stycznia wizyta na dyżurze u doktora G.- trzeba się było spotkać z zaufanym lekarzem ze szpitala, w którym Trusia miała przyjść na świat- kolejne USG i zapewnienie, że wszystko jest OK. I nadzieja, że można by urodzić normalnie, że cesarka nie jest jeszcze przesądzona.
29 stycznia- notka, coby wysłać ciążowe ubrania szwagierce, której do porodu zostało wtedy jeszcze 3 miesiące, więc mogły się jej przydać.
30 stycznia- smutna buźka w kalendarzu- czterdzieste urodziny- nikt ich chyba nie lubi.
1 lutego- znowu wizyta u Ali i KTG. Pamiętam, jak się denerwowałam, Agusia (zaprzyjaźniona położna w firmie M.) miała problem, żeby znaleźć dobre miejsce na przymocowanie elektrod. A leniwy Trusiek przyczaił się i nie chcial wcale kopać nóżkami. Kolejne KTG 8 lutego.
Od 5 lutego już nie pracowałam, mogłam się powyżywać kulinarnie robiąc zapiekanki wg Pascala dla rodziny. Mamy przyjechały na moje imieniny...
8 lutego studniówka Bogny- pokłóciłam się z P., bo zapomniał zabrać z pracy aparat i nie dało się uwiecznic Starszej Córki w pełnej gali- niestety, nie ma z tego dnia dobrych zdjęć :( Tak się wtedy pokłóciłam, że w pewnym momencie wyszłam z domu, wsiadłam wściekła w samochód i pojechałam przed siebie. Szczęśliwie Trusiek zdenerwowany przypomniał o sobie- zjechałam na parking i się poryczałam, że jestem taka małstkowa, taka głupia, że mogłąm narazić ją na niebezpieczeństwo prowadząc samochód będą pod wpływem silnych emocji. Obiecałam jej wtedy, że nigdy już tego nie zrobię, nigdy nie narażę jej na niebezpieczeństwo.
13 lutego ostatnia wizyta u doktora G. i jego decyzja- jutro rano mam się zgłosić na cesarkę. Ulga, że nie muszę już czekać i się denerwować, że jeszcze tylko kilkanaście godzin i Trusiek będzie się przytulał do mojej piersi.
14 lutego- najpiękniejsze w życiu Walentynki.
2 marca- termin porodu- już wtedy nieaktualny.

Potem są notki o narodzinach Tosi, o chrzecie Trusi, maturze Buni, są urodziny i imieniny, nasza rocznica ślubu... Dużo dobrych dni.

Jest też 12 stycznia- pierwsze urodziny i pierwsza rocznica śmierci Ciszka- żal, że w prezencie mogę mu dać tylko parę sosnowych gałązek i zapalić świeczkę. Nie tak miało być...

Kalendarz z moimi ulubionymi zdjęciami Ann Geddes na 2008 rok wisi jeszcze w kuchni - tam, z braku torebkowego kalendarzyka, pojawiały się wpisy o następnych Truśkowych szczepieniach, o jej pierwszych urodzinach, o moim powrocie do pracy, w lipcu - pierwsze kółeczka na dniach dyżurów- czyli powrocie do pełnej aktywności zawodowej.
A pod nim wisi już sobie przygotowany kalendarz z nowymi zdjęciami Ann Geddes na rok 2009. Oby wypełniły go same dobre wpisy, żebym przeglądając go za rok uśmiechała się do tych dni- z przyjaciółmi, z rodziną, z moją ukochaną Trusią, starszą o kolejny rok. Pierwsze notatki na dobry początek już w nim są- 2 stycznia- imprezka u Lucka i spotkanie z Batorysią :)

Kochani- bawcie się dobrze w ten ostatni dzien roku 2008. I życzę wszystkim, żeby rok 2009 był lepszy. W wigilię na dyżurze myślałam sobie, że chciałabym dla siebie, żeby był chociaż taki jak 2008. Ale dlaczego nie byc optymistą, dlaczego nie chciec więcej dobrego. Więc niech będzie dla nas lepszy. Żeby można go było wspominac z łezką wzruszenia i radości w oku. Niech kolejne karteczki w waszych kalendarzach wypelniają się notkami o radosnych wydarzeniach, o pieknych chwilach, o wspaniałych podróżach, o kolejnych urodzinach... Dobrego 2009 roku wszystkim nam życzę.

20:28, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 30 grudnia 2008
Pierwszy kinderbal

"Idzie Tusia na lodzinki, do Lućka Tusia idzie. Jeście nie telaź, potem. W piątek idzie Tusia na lodzinki. Olcik Luciekowi pyniesiemy. Nie pyniesiemy olcika. Tusia jadła będzie olcik. Idziemy mamusiećka do Lućka. Autkiem pojedziemy."

Taką to radosną wypowiedź spowodowała moja informacja, że w piątek pójdziemy do Lucka na urodziny. Trusiek ucieszył się bardzo, a ponieważ piątek jest dla Trusi pojęciem zupełnie abstrakcyjnym, postanowiła wybrać się juz zaraz. Najpierw chciała się wystroić w opaseczkę z kokardeczką, ale po namyśle wybrała pudełko od klocków- założyła je sobie na głowę i była gotowa do wyjścia. Cudem udało mi się uratować Luckowy prezent od natychmiastowego wypróbowania przez Trusię ;-)

I news z ostatnich dni dwóch czy trzech- Trusia siada na nocnik! Siada sama z siebie- przed kąpielą, jak zostanie pozbawiona odzieży i pampersa, ale też w czasie zmieniania pieluchy, jak ma gołą pupę. I co więcej- siada skutecznie! Malutkimi porcyjkami nasikuje do nocnika. Ach, może to jednak światełko w tunelu...

A ja dostałam dziś prawdziwy list- na trzy stroniczki. Bardzo dawno już żaden list w kopercie do mnie nie przyszedł. Po prostu sztuka epistolografii powoli zamiera, ustępuje miejsca sztuce mailowania i sms-owania. A dziś dostałam list :) Ale uciecha :) Autorce bardzo dziękuję :)

22:25, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 29 grudnia 2008
Polemika ze Starszą Córką i o wizycie w bardzo niepublicznej służbie zdrowia

O służbie zdrowia będzie na początku. Udało nam sie wytropić naszą ulubioną Panią Doktor i na dziś umówiłyśmy się do niej z Trusią na wizytę. Niestety, porzuciła rejonową przychodnię na rzecz wypaśnej i całkowicie prywatnej, ale co tam, czego się nie robi dla ukochanej Młodszej Córki. Poszłyśmy i po raz pierwszy (pomijając wizyty u dentysty, o zarania dziejów całkiem niepublicznego i nieenefzetowskiego) mogłam się poczuć pacjentem dowartościowanym. OK, pacjentem była Trusia, a ja pacjentową matką. Zajechałyśmy pod wypaśny biurowiec, zaparkowałyśmy na jego wypaśnym parkingu (który tylko pierwsze 45 minut miał bezpłatne, nam wizyta zajęła ostatecznie 50 minut i trzeba było uiścić), zameldowałyśmy się w wypaśnej recepcji, uiściłyśmy pierwszą opłatę- za wizytę i powędrowałyśmy pod gabinet, gdzie powitała nas uśmiechnięta Nasza Pani Doktor. Pod drzwiami nie czekał tłum dzieci i ich zmęczonych lub spretensjonowanych rodziców, mogłyśmy się z Panią Doktor nagadać do woli. Truśka została zważona i zmierzona- i proszę, magia i lepszość prywatnej służby zdrowia zadziałały od razu- okazało się, że mierzona na leżąco Trusia jest dłuższa o całe 4 cm! Uśredniając wynik pomiaru w domu na stojąco (82cm) i w przychodni na leżąco (86cm) wyjdzie nam jakieś 84cm, a to już zdecydowanie lepiej wypada w siatkach centylowych. I tym sposobem zostałam uzdrowiona z niskorosłości Trusi. Przy okazji wyleczyłam się też z Trusiowej nadwagi, bo jak wzrost jest wyżej w centylach to i waga do niego bardziej pasuje. Trusia zadziwiła Panią Doktor swoją elokwencją- mnie też codziennie tym zadziwia, zasypiam i zapominam, że ona tak gada pełnymi zdaniami, budzę się, a ona do mnie z jakimś tekstem wystrzela- i dziwię się niepomiernie, skąd mi się taka mądrala w łóżku wzięła (hi, hi, Mądralę sama w nocy z jej łóżeczka do swojego przetransportowałam). Pani Doktor pooglądała też Trusine łapeczki i zawyrokowała, że Mała ma raczej alergię kontaktową- tylko na co?? (Ja zaczęłam podejrzewać alergię na mleko- chociaz wcześniej Trusia takich zmian na rączkach nie miała.) Na pocieszenie mogę powiedzieć, że łapeczki zaczynają wyglądać troszkę lepiej i chyba już Truśki nie swędzą. Następnie zostałyśmy zakwalifikowane do szczepienia, uiściłyśmy za szczepionkę(Prevenar, szczepionka i tak płatna, cena ta sama, co w naszej przychodni) i za "usługę pielęgniarską". Truś został zaszczepiony, zapłakał tylko troszeczkę i poszedł się pocieszyć do kącika zabawowego. A my mogłyśmy sobie jeszcze z Panią Doktor powymieniać poglądy na temat różnic w pracy w przychodni rejonowej (gdzie dzieci są rejestrowane co 10 minut, brakuje czasu, żeby je porządnie zbadać, żeby rzetelnie wypełnić dokumentację, o rozmowie z rodzicem i rozwianiu jego rozmaitych wątpliwości nie wspomnę- pracując w starej przychodni Pani Doktor codziennie musiała zostawać w pracy dłużej, wracała na ostatnich nogach i zastanawiała się, czy aby nieczego nie przeoczyła w tym kociokwiku) i prywatnej służbie zdrowia (rejestracja co 30 minut, spokój, rodzice wychodzą dowartościowani, jest czas i na rozmowę z dzieckiem i z rodzicem, a drzwi do gabinetu nie szturmuje tłum). Wyszłyśmy z Trusią uboższe o 455 PLN (największa część tej sumy to Prevenar, szczęśliwie była to ostatnia dawka), ale zadowolone. I wrócimy, jak będzie taka potrzeba. Oby Truś nie chorował- wtedy wrócimy zaszczepić się jeszcze na meningokoki. I na bilans dwulatka- za dwa miesiące. Lubimy naszą Panią Doktor:)

I wątek drugi:
Parę dni temu Starsza Córka oświadczyła swojemu Ojcu, że nie opłaca się mieć dzieci. Pewnie Ojciec był akurat umęczony upierdliwością Młodszej Córki, być może Syn Starszy wykazał się nieumiejętnością rozwiązania zadań z chemii (a chemia, jak wiadomo, jest od dzieciństwa ojcowskim hobby, stała się też jego zawodem). W każdym razie takie stwierdzenie wygłosiła Starsza Córka Ojcu, a on powtórzył je mnie. Nie powiem- jak na razie wolę, żeby tak uważała- bo na wnuczęta ochoty nie mam żadnej, a taki pogląd ma szansę odsunąć ode mnie w czasie tą perspektywę. Ale serio- Córka opłaca się. Weźmy choćby taki zwykły poranek niedzielny- wracam sponiewierana pracą na dyżurze do trzeciej w nocy, otwieram drzwi mieszkania i widzę, jak na mój widok rozpalają się promyczki w niebieskich ślepiach Istotki w zielonej piżamce. Na pysiu pojawia się uśmiech od ucha do ucha. "Mamusia moja, mamusieńka, mamunisia moja do Tusi pyśła:)" Dla tego jednego zdania się opłaca. A takich skarbów przecież każdego dnia uzbierać można sakieweczkę, każdego tygodnia skrzyneczkę, a przez całe życie wielką skrzynię. I nie ma bata- przeważy ta skrzynia uciążliwości ciąży, poranne mdłości, spuchnięte nogi, żylaki i popękane naczyńka, przeważy bliznę po cesarce, nieprzespane noce, bolące od ssania brodawki, przeważy to, że piersi już nie te, co dawniej (jeszcze trochę i będzie je można zacząć rolować w staniku;) ), że obowiązków więcej, że w kinie nie wiem kiedy byłam, że co noc do mojego łóżka teleportuje się Stwór, który układa się w nim w poprzek, usadzając sobie stópeczki na mojej szyi lub główeczkę na mej klatce piersiowej, co do bardzo komfortowych rzeczy w czasie spania nie należy. Przeważy nawet wrzaski i płacze buntu dwulatka.
Starsza Córko- gdybym miała kilka lat mniej, gdybym wiedziała, że to nie jest nierozsądne, gdyby nie bylo ogólnoświatowego kryzysu, który niestety mógłby mi teraz nie pozwolić na niezarabianie przez parę miesięcy, to zafundowałabym sobie z radością jeszcze jedną taką skrzynię skarbów. Tym bardziej, że trzy pierwsze gdzieś mi się troszkę zagubiły. Ach, gdybym miała o kilka lat mniej...

PS.
Kochani- dziękujemy wszystkim, którzy wysłali do nas świąteczne życzenia. Podejrzewam, że jeszcze jakieś do nas dotrą (na dwa listy czekam jeszcze bardzo niecierpliwie). Dziś dostałyśmy kartkę i aniołka od Kajki- podejrzewam, że własnej roboty ten aniołeczek- piękny. Powiesiłam go zaraz na choince na poczesnym miejscu, ale bystre oczki Trusi natychmiast go wypatrzyły . Małe łapki zdarły aniołka z gałązki i umieściły w garnku. Niestety, aniołek posłużył za wkład do zupki- na szczęściej nanibnej. Po "zjedzeniu" przez małego Gada z powrotem wrócił na choinkę.
Dziękujemy Kajko :)

22:14, dsmiatek
Link Komentarze (3) »
niedziela, 28 grudnia 2008
Realizacja życzeń krótkoterminowych

Cóż, z życzeń krótkoterminowych udało się i owszem wyjśń na popołudniowy spacer. Tylko wyobrażałam go sobie nieco inaczej- my spokojnie podziwiamy Kraków, a Córka grzecznie siedzi (albo nawet śpi) w wózku "malańciowym". Ewentualnie spacerujemy, a Córka grzecznie tupta za rączkę, podziwia choinki i światełka i prowadzi z nami uprzejmą konwersację na poziomie. A było tak- Córka wtłoczona do "malańciowego wóziećka" wywrzaskiwała "a ląćki Tusia cie, a ląćki mamusi! tupie Tusia!"- usteczka zamykały się jedynie w kościołach- wtedy oczęta podziwiały szopkę, a mało podzielna jeszcze uwaga widać nie pozwalała jednoczesni na podziwianie i żądanie "a ląciek". Było ogólnie zimno, szybko więc wylądowaliśmy w ulubionej Camera Cafe na czekoladzie. Tu Trusiek wreszcie został uwolniony z wózka, zasiadł dumnie na krzesełku i zażądał soczku- szczęśliwie przezorna matka posiadał zarówno soczek, jak i butelkę. Poza tym także pierniczki i chrupki, gdyby tak Dzieć zdecydował się jednak coś spożyć (jedzenia obiadu odmówiła, widać dba o linię). Dzieć poprzestał jednak na wypiciu morza soczku, co poskutkowało absolutną koniecznością zmiany pampersa w warunkach polowych- dałyśmy radę. Udało nam się wypić swoją czekoladę i opuścić lokal bez pozostawiania niemiłych wspomnień po sobie u pań kelnerek i pozostałych gości. Chwilowo łaskawa Trusia porozdawała nawet uśmiechy i porobiła zabawne minki do sąsiadujących stolikiem Anglików. Ach- czysta reklama rodzicielstwa i słodkiego dwulatka. Po wyjściu jednak zaprotestowała głośno na podstępną próbę zapakowania jej do wózka przez Tatusia- "Tusia tupać będzie". I potupała Tusia ze dwa kroczki, a następnie zażądała "a ląćki mamusi". Negocjacje żadne nie zadziałały, dla świętego spokoju dźwignęłam Gada, który w ubraniu waży chyba z 15 kilo! Podźwigałam chwilę i spróbowałam namówić do tupania- tupanie odbyło się w liczbie kroków dwóch lub trzech i skończyło zaparkowaniem przed witryną księgarni. Zaparkowaniem na długo, nie dało się Dziecko namówić na dobrowolne opuszczenie miejsca parkowania, tak więc zamarzająca powoli Mama została znów zmuszona do wzięcia Córki "a ląćki". W połowie Grodzkiej wymiękłam- żeby chociaż na tych rączkach siedziała w spokoju i przytulała się do mnie. Ale gdzie tam- ze swojego punktu obserwacyjnego rozglądała się na wszystkie strony i odchylałai obracała do tyłu, coby jeszcze więcej zobaczyć. Dziecia przejął więc Tatuś i od tej pory wszyscy spacerujący w okolicy mogli się zapoznać z siłą głosu naszej drogiej Córeczki oraz z bezmiarem jej nieszczęścia. Spacer skończył się powrotem ogłuszonych Rodziców do samochodu i zaśnięciem zaryczanej Trusi, jak tylko autko zamruczało i ruszyło. Wypoczęta Truśka po powrocie do domu spożyła nawet odgrzany obiadek, zagryzając kiwi- kiwi zakupiła sobie wczoraj na zakupach z Tatusiem- bardzo sie ucieszyła z poznania nowej rzeczy do jedzenia. Wieczór w domu upłynął całkiem miło- Truśka bawiła się swoją kuchenką, raczyła nas "ziupką" i "kulciakiem", miksowała, mieszała...

Po Truśkowej kąpieli dostałam tez prawo do kompa i udalo mi się odrobić mammograficzną pańszczyznę.
Czyli wniosek następujący wysnuć można- życzenia się spełniają- przynajmniej te krótkoterminowe.
A teraz idę się ogrzać pod prysznicem (nasze komputerowe stanowisko stoi chyba w najzimniejszym miejscu w chałupie) i zapakować do łóżeczka z książką- może i poczytać się uda. Dziwne, że jeszcze nie zasypiam- praca dyżurowa zajęła mnie do 3.15 a.m. A gdyby tak dodać jeszcze jedno życzenie- żebym nie musiała dyżurować...

22:39, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
Chciałabym

Chciałabym, żeby jutro był miły dzień. Żebym po powrocie rano z dyżuru nie uczepiła się- niepowieszonego prania, nieposkładanego prania, niezaładowanej zmywarki, niedoodkurzanej podłogi, niestartego kurzy (niepotrzebne skreślić). Żebyśmy sobie spokojnie zjedli śniadanie i żebym nie zapomniala o śledziach, wciśniętych po wigilii do szuflady w lodówce i w związku z tym dobrze ukrytych przed oczami konsumenta. Żebyśmy mieli czas na spacer z Trusią, bez pośpiechu i spoglądania na zegarek. I żeby Trusia nie kazała mi się wciąż nosić na rękach- żeby tuptała, albo jechała w wózku. Niestety, spacery zwykle kończą się tym, że ją noszę (bo jak nie ja, to wrzask, jak nie noszenie- to wrzask- i spacer staje się do bani). Posiadane przeze mnie chusty są za krótkie, żeby dalo się je zawiązać na kurtce i jeszcze zmieścić poubieraną Trusię, a kurtki są z kolei za małe, żebym się mogła w miarę wygodnie opatulić, mając Trusię przytroczoną pod kurtką. A wieczorem chciałabym mieć entuzjazm do pisania świątecznej porcji mammografii i wolny komputer- bez proszenia się o dostęp do narzędzia pracy.
Chciałabym na chwilkę wyciszenia kwitnącej fazy buntu dwulatka- jak coś nie pasuje, to mamy:
a- wrzask na wysokich tonach i spoglądanie na reakcję
b- zgięcie sie wpół, zakrycie oczek łapkami i płacz- ale taki kontrolowany, co jakiś czas łzawe oko wygląda zza paluszków i sprawdza, co tezczynią rodzice
c- w wersji najekstermalniejszej- spektakularny pad na glebę, zalewanie się łzami i wrzask.
Nie wiem, czy do buntu dwulatka należy ugryzienie matki od czasu do czasu- tak znienacka, bez powodu. Wczoraj Dzieć zaserwowal mi takie coś- ponieważ trafiła na wrażliwe miejsce, nieprzygotowana krzyknęłam i nawet łzy mi w oczach stanęły, tak zabolało. A Dzieć się przestraszył (nie tego, że krzyknęłam, bo nie był to jakiś wrzask straszliw, raczej tego, co zrobiła) i natychmiast ropłakał- no i co tu robić- ugryzione miejsce rozmasowywać czy ryczącego Dziecia pocieszać?
Zaserwował nam też wczoraj Dzieć "jazdę" nocną. Obudziła się tak koło północy i zapragnęła się przeprowadzić do naszego łóżka. A ponieważ nasze plany były zgoła inne, to P. prróbował ją uśpić na fotelu. Czasem to działa, nie tym razem jednak. Dziec się wkurzył nie na żarty, łzami zalewal, chlipal, zanosił, zasmarliwał, rzucał. Efekt końcowy- Dzieć i tak wylądowal w naszym łóżku, gdzie jeszcze przez czas dłuższy pochlipywal i wzdychał przez sen, otwierając kontrolnie oko co jakiś czas. A trzeba było od razu do nas przetransportować, odczekać z kwadransik i do łóżeczka z powrotem odnieść- szansa, że zadzała byłaby większa. A tak- kawałek nocki z głowy, a z planów nici :(

Chciałabym, żeby przyszły rok nie okazał się taki trudny, jak to prorokuje mój Mąż, gazety i czarnowidze. Bo chciałabym pojechać i gdzieś odpocząć, chciałabym nie podejmować dodatkowej pracy (która za mną wydzwania i w sprawie której mam się udać na rozmowę w przyszłym tygodniu), wilałabym zamieć jedną z tych, które mam na ta nową- bo nie trzeba dojeżdżać, bo finansowo mam szansę wyjść na niej trochę lepiej, bo dałoby mi to możliwość krótszej nieobecności w domu we czwartki- nie od ósmej do ósmej, a od ósmej do piątej/szóstej- a piąta/szósta brzmi zdecydowanie lepiej w aspekcie efektywnego spędzania czasu z Najmłodszą.

Chciałabym, żeby bilans na koniec 2009 roku był przynajmniej taki jak w tym- żeby nikogo z nas nie ubyło, żebyśmy wszyscy byli zdrowi....

Chciałaby, żeby mój Najstarszy Syn poszedł po rozum do głowy i uwierzył, że nasze marudzenie o przyszłorocznej maturze i zapędzanie go do nauki nie jest złośliwością i szykaną wymierzoną w jego wolności i nietykalność osobistą. Żeby dokonywal mądrych wyborów. I żeby zauważył różnicę, między tylko inetligencją a prawdziwą mądrością.

Chciałaby, żeby było mnie stać na mieszkanie dla Buni. I na wyjazd na wakacje. I czasem na małe zakupowe szaleństwo.

I chciałabym zachować prawo do swoich własnych marzeń, do swojego własnego życia, do swoich osobistych przyjemności. Chciałabym jeszcze nie być spisaną na straty matką dorosłych dzieci, której jedynym zadaniem ma być zapewnienie im życiowego startu. Chciałaby zachować jeszcze trochę młodości i życia dla siebie. I przestać mieć poczucie, że właściwie niewiele mi już tego własnego życia pozostało. Chiałabym mieć prawo do swoich własnych planów, do radosnych perspektyw na przyszłość...

Takie sobie życzenia przednoworoczne wymyśliłam. Znów się zapędziłam w narzekaniu. No to jeszcze bym chciała mniej narzekać- w końcu jak już się tak w życzeniach zagalopowałam, to niech będzie i to. Żeby nie zapamiętano mnie jako zrzędę i marudę.

I to tyle na dziś, Może to dyżurne zamknięcie wyzwala we mnie odwagę do pisania tego typu wynurzen na blogu- i kolejnego sprzeniewierzenia się zasadzie, że blog jest o Trusce i dla Truski.

Sorry.

Wasza D.

00:18, dsmiatek
Link Komentarze (5) »
piątek, 26 grudnia 2008
Boże Narodzenie Anno Domini 2008

Powoli się kończą Święta. Niektórzy co prawda mają jeszcze dwa dni. Ja niestety jutro podążam na 24-godzinny dyżur, zostaje mi więc już tylko niedziela. Ale dobre i to. W domu zrobiło się pusto, goście odlecieli i wyjechali. Ależ my teraz mamy dużo wolnego miejsca ;-)
A oto jak spędziliśmy Święta:

Wigilijna Trusia nie może się już doczekać na prezenty, Ze względu na mnie odłozyliśmy ich rozpakowywanie na pierwszy dzień Świąt, tylko Truszek dostał swój największy prezent. Zarówno pomyśl przełożenia rozdawania upominków na dzień po Wigilii, jak i obdarowanie Trusi jedną rzeczą, okazały się strzałem w dziesiątkę. Dzięki temu nie wszystkie przyjemności skumulowały się w Wigilię i Bożonarodzeniowe śniadanie było też niezwykle miłe i trwało długo. A Trusia dostała prezent, którym mogła się spokojnie nacieszyć- przy większej ilości miałaby pewnie lekki kociokwik i problemy z decyzją, czym się najpierw pobawić.

A to włanie prezent Trusi, który też okazał się strzałem w dziesiątkę. Jest to mini-kuchnia firmy Smiki. Truśka w Wigilię bawiła się nią podobno dwie godziny, naciskając guziczki, "nalewając" wodę z kraniku, "miksując" zupkę, mieszając w garnku i "piekąc" kurczaka. Jest to pierwsza zabawka (pomijając wcześniejszą matę edukacyjną), którą Trusia bawi sie przez dłuższy czas sama. Teraz serwuje nam nieustannie "piwśko" (czyli piwo), nalewając je kranikiem (przyuważyła, jak robiła to w restauracji pani barmanka), poza tym "smaży" nam naleśniki- także z "piwśkiem", karmi owym "piwśkiem" jamniki, wsadzając im garnuszki na nosy- Krokietowi nawet zasadziła garnek na głowę. POza tym piecze kurczaka i także nam go do ust podsuwa. Z nadmiaru owego "piwśka" powinniśmy chodzic na nieustannym rauszu.
Oprócz kuchni dostała Trusia zestaw garnków i patelni- i to tez był bardzo trafiony prezent. Reszta upominków na razie pozostaje w cieniu zestawów kuchennych.

Trusia na kolanach Cioci- niestety nie mogę na blogu zaprezentować Cioci w całości- a warto, bo na głowie Cioci tkwią piękne zielone rogi, samodzielnie przez M. wykonane- i nimi to właśnie Trusiek się zachwyca i dziwuje. A przy okazji na Truśkowej szyjce mój prezent- nie widać go za dobrze, ale jest to kolejny aniołek do mojej kolekcji. Truśce tez przypadł do gustu.

A teraz nasz świąteczny spacer po zimowym Krakowie i napotkane po drodze anioły. Miało być oglądanie szopek, ale nie mieliśmy szczęścia i prawie w każdym kościele natrafialiśmy na mszę. W Mariackim dopiero się zaczynała, więc mogliśmy przez chwilkę na szopkę popatrzeć- obok tej dużej, "oficjalnej" stała mniejsza, wykonana przez uczniów szkoły gastronomicznej z marcepanu i piernika- pachniała przepięknie, nawet Truśka sama zauważyła, że "siopka pielnićkami pachnie". Odwiedziliśmy też krakowskie cudowne Dzieciątko w kościele świętego Józefa na Poselskiej- kiedyś, dwa lata temu mniej więcej, moja przyjaciółka zamówiła w tym kościółku mszę w intencji mojej i nienarodzonej jeszcze Trusi- wypada więc Dzieciątko od czasu do czasu odwiedzić i tą wyproszoną, wyczekaną, cudowną Trusię Mu pokazać.

Anielskie towarzystwo numer jeden- na Placu Szczepańskim.

Aniołki numer dwa- w Sukiennicach

I anioły numer trzy- na Placu Wszystkich Świętych. Wyobraźcie sobie, jakie piękne są te anioły o zmierzchu- w dzień nie widać, jak cudnie się świecą. Podobnych anielskich postaci jest w Krakowie więcej i przybywa ich co roku. Popieram ten trend- niech się jak najwięcej aniołów w Krakowie zadomawia- i nie tylko w święta Bożego Narodzenia.

Jeszcze anielskie towarzystwo z obrazu przy choince na Rynku.

I obraz Świętej Rodziny- też koło rynkowej choinki.

A na koniec Moja Słodka- zarumieniona od mrozu, lekko przyprószona śniegiem.

Z drugiego dnia Świąt zdjęć nie ma, bo skończyło się miejsce w aparacie :( A dziś rano pożegnaliśmy naszych Gości, odwiedziliśmy Ciszka i Misię, zanieśliśmy im świeczuszki i aniołki w prezencie. Wyjadaliśmy przepyszne tiramisu made by Ciocia & Bunia, podskubywaliśmy makowca i piernik, tęskniliśmy za keksem, po którym już nie ostał się nawet okruszek. I oddawaliśmy się błogiemu popołudniowemu lenistwu. Ja nawet zdołałam się chwilkę zdrzemnąć, coby nabrać sił na jutrzejszy dyżur. Obudziłam się w stanie dziwnym- posypana kawałkami pierniczków przez drogą Córkę Młodszą- jaki był cel i zamysł, tego nie wiem. A na kawałki "pań Wenuś" i "panów Wenuś" załapały się jamniki.

No to miłego świątecznego weekendu wszystkim życzę :-)

23:38, dsmiatek
Link Komentarze (4) »
czwartek, 25 grudnia 2008
Powigilijnie

Juz za nami ten najbardziej oczekiwany dzień w roku. Niestety, trzy godziny to mało, żeby się nadelektować rodzinna atmosferą, smakiem potraw, pośpiewać kolędy, rozpakowac prezenty. Te ostatnie czekają na dzisiejszy ranek. Tylko Trusia rozpakowała sobie jeden- i to jej w zupełności wystarczyło do szczęścia. Czyli dziś przed nami miły dzień....

A po wczorajszym smutno. Bo były tylko te trzy godzinki. Bo Mąż łamiąc się ze mną opłatkiem zapowiedział, że przed nami trudny rok, ale życzy mi, żebym sie umiała wyluzować- "żart" to taki bożonarodzeniowy, sadyzm czy jak zwykle miał inne intencje, a ja je opacznie zrozumiałam????
Bo wspomniałam swoje ostatnie wigilje- te sprzed trzech lat, kiedy pełna radości czekałam na narodziny Ciszka. I taka byłam spokojna, taka zadowolona, że właściwie wszystko już zapiełam na ostatni guzik. Jak wracałam ze szpitala (wtedy to ja dałam dyżurnemu te jego trzy godzinki dla rodziny), to tak mi było lekko na sercu, tyle we mnie było radości.
Dwa lata temu deja vu- znów czekam, znów wszystko wydaje się podobne. Tylko nie ma już oczekiwanie nie jest tak radosne, już nie jest mi tak lekko na sercu... I brak przy wigilijnym stole kolejnej Osoby- Osobki, która, gdyby żyła, zbliżałaby się własnie do swoich pierwszych urodzin.
Rok temu pierwsza wigilia z Trusią. Radość z jej pierwszej choinki, jej błyszczące ślepki na widok prezentów, jej zachwyt w szeleszczeniu papierkami i wstążeczkami.
W tym roku Trusia dzieląca się ze wszystkimi opłatkiem, zajadająca swoją własną autorską wersję czerwonego barszczu- jak się okazało opłatek mozna dodać do wszystkiego, mozna go też podrobic i utopić w barszczu.
Tylko to spoglądanie na zegarek- czy juz muszę wychodzić...
Cóż, jak nic się nie zmieni, następna wigilia ze spoglądaniem na zegarek za sześć lat.

08:38, dsmiatek
Link Komentarze (5) »
środa, 24 grudnia 2008
Życzenia

Pierniczki polukrowane i skruszałe, makowce upieczone- jeden nawet pożarty, kutia chłodzi się na balkonie, barszcz, kapusta i kompot jeszcze stygną na kuchence. Łosoś czeka na przyprawienie i upieczenie, a całkiem niebożonarodzeniowe tiramisu upychanięte w lodówce (będzie na czwartek). Po południu Mama usmaży karpie, uszka i pierogi trzeba tylko rozmrozić. A ja do pracy, potem wrócę na jakieś trzy godzinki do domu na wigilijną kolację i z powrotem na dyżur. Dzięki uprzejmości kolegi będę miała chociaż te trzy godzinki...

Kochani. Niech Anioły wraz z nowiną o narodzeniu Jezusa przyniosą do Waszych domów radość, miłość i szczęście. Życzymy wszystkim naszym przyjaciołom i gościom pięknych Świąt :-)

07:26, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 22 grudnia 2008
Parę spostrzeżeń "zakochanej" matki

Matczyne obserwacje, które wydały sie jej warte zanotowania i zapamiętania są następujące.

Ostatnio ma Trusiek fazę wiary w sprawczą moc swoich rozmaitych działań. Waściwie działania te niekoniecznie są Trusiowe, ale Dziecko święcie wierzy, że jednak tak. Na przykład wchodzimy do ciemnego pokoju, zapalam światło, na co Trusia "o, światełko tusia zapaliła pięknie". Przeprowadziłam najnowszą Trusiową książeczkę, dostaną w prezencie od Ewy i Helenki (raz jeszcze dziękujemy) z dużego pokoju na półkę w sypialni. Wchodzi Trusiek i woła "O,cio to Tusia ziobiła? Ksiąziećkę pośtawiła na półećce w pokoiku". Kąpiółka, robimy bańkowa miksturę, potem dmucham jej bańki,a  Trusia radośnie "Baniećki Tusia ziobiła:)".

Ma też Trusiek w ostatnich dniach przekonanie o leczniczej właściwości swoich całusów i łapeczek. Jak tylko kogoś z domowników cokolwiek zaboli, Trusia biegnie pomocna, dmucha z zapałem i daje buzi w bolaka. Obudziłam się pewnego dnia rano okropnie zdrętwiała i z obolałym karkiem, wyraziłam to na głos- i już Córeczka dmucha w moje plecy, wycałowuje siarczyście i oświadcza "juź nie boli mamusi sijka, plecki nie bolą". I chyba coś w tym jest, faktycznie leczą te łapeczki i całuski.

I jeszcze dwa zapamiętane "kwiatuszki".

Jeden z dzisiejszego popołudnia. Wielki dzien był dzisiaj, chrzest Zenusia. Trusia bardzo była przejęta, od rana mówiła, że pójdzie do kościółka, do domu Pana Boga, z Zenusiem. W kościele, a właściwie w dolnej kaplicy, bo chrzest był bardzo kameralny, najpierw odkryła Trusia dzieciątko, schodzące po schodkach, a u stóp schodków leżał sobie koszyczek. Natentychmiast zażądała Dziewczynka maminego portfela, wydobyła dwuzłotówkę i pomaszerowała złożyć ją w koszyczku- żeby Dzieciątko mogło sobie chlebek kupić. Potem pilnowała, że już kupiło. Zmartwiła się trochę, jak na koniec ceremonii chlebka nadal nie było. Oczywiście cała kaplica rozbrzmiewała li i jedynie okrzykami i wypowiedziami Trusi, istniała nawet obawa, że matka chrzestna, czyli ja, zostanie przed czasem z owej kaplicy wyprowadzona przez Najmłodszą Latorośl, gdzyż w pewnym momencie Trusia oświadczyła "konieć, idziemy do domecku". Jakoś jednak dotrwaliśmy do końca, Zenuś został chrześcijaninem, a po uroczystości przebiliśmy się przez krakowskie korki na późny obiad na Kazimierzu. Tam Trusia stanęłą na wysokości zadania i zaczarowala chyba wszystkich w knajpie. Najlepsza była końcówka. Trusiek miał już ochotę na powrót do domu, więc jej tłumaczyłam, że jeszcze musimy poczekać, aż pani przyniesie rachunek. Trusieczka wywędrowala więc sobie od stolika, a jak tylko przyuważyła panią kelnerkę, to zapytała uprzejmie "Gdzie jeśt lachunek?". I tym sposobem mam na czas jakiś rozwiązany problem z przywołaniem kelnera (zawsze długo się czaję, jak go do siebie przywabić, nie będąc jednocześnie nieuprzejmą)- po prostu trzeba Trusię ze sobą zabierać i na kelnera napuszczać ;-)
Drugi kwiatuszek to rozmowa z mydłem. "Choć mydełko do kubecka. Źlobimy helbatkę ź mydełka. Miesiamy, miesiamy. Uciekło mydełko. Choć mydełko do Tusi. Ucieka. Gdzie jeśt mydełko? Utopiło? Jeśt mydełko Tusi. Tusia źłowi mydełko. Jeśt, udało. Źłowiła Tusia. Helbatkę dla Zienusia źlobimy."

A tak to Trusia włazi na głowę Starszemu Bratu.

I uzupełnia swój zeszłoroczny certyfikat z AAK. W tle nocnik- atrapa- rzekome światełka w tunelu okazały się właśnie rzekome. Ale na pytanie "Gdzie się robi siusiu?" Trusia politycznie odpowiada "do noćnićka". "A gdzie Trusia robi siusiu?" z przebiegłą miną mówi "do noćnićka" :-)

Z frontu robót przedświątecznych- pierniczki polukrowane, makowce w postaci zmielonego maku, kapusta w lodówce w stanie nieugotowanym, grzyby suszone w słoiku, barszcz w postaci produktów początkowych, suszone owoce na kompot w siateczkach. Może zdążę jutro...
No to do jutra- jutro będą życzenia.

 

22:34, dsmiatek
Link Komentarze (1) »
sobota, 20 grudnia 2008
Choinka numer 2

Śnieg już się stopił. Podobno ma znów napadać. Na pocieszenie na razie mamy choinkę. I ryczącą Trusię- nie wiem, co jej się stało, zwykle zasypia bez płaczu. A teraz za zamkniętymi drzwiami sypialni co jakiś czas słychać rozdzierający płacz i wołanie "mamusia". Czyżby Tatus jakieś eksperymenty wprowadzał? Jeszcze się trzymam, ale po kolejnej serii szlochów chyba pójdę sprawdzić.
Pierniczków polukrowanych nie mamy- nie było kim lukrować. Starsze dziecięta się rozpełzły, sobotnie porządki domowe ich wyczerpały. Najmłodsze Dziecię, mimo że do pomocy pewnie byłoby chętne przez czas jakiś, raczej na skutecznego lukrowacza się nie nadaje. No chyba, że lukrowalibyśmy podłogę i sprzęty domowe.
Ostatecznie podam na wigilię niepolukrowane twardziele- kruszeją dopiero po posmarowaniu lukrem, na razie chrupią i są twarde jak kamyki.
No, ale mamy choinkę- i tego będziemy się trzymać.

A rok temu pod choinką siedział taki mały pucaty Aniołeczek:

20:59, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2
Archiwum