RSS
piątek, 31 grudnia 2010
Wystrzałowy wieczór

Właśnie wróciliśmy z wieczornego spaceru z psami. Jamniki zestresowane, Truśka cierpliwie tłumaczy im, że nie trzeba się bać fajerwerków. A nam zapowiedziała, że już jutro zbuduje specjalną "strzelawicę fajerwerkową", ale taką, ktorą obsługiwać mogą tylko dzieci, bo dorośli nie dadzą rady. A ponieważ obsługa owa wymaga dużo sił, to Córka zamówiła duże śniadanie, obiecala, że sama zje aż "dwa jajka w skorupce"- trzymam ją za słowo;-)

Za nami już pierwszy seans filmowy, czyli "Tupot małych stóp", przed nami jeszcze dwa filmy i dwie butelki szmpana plus jedna Piccolo;-)
Wygrzebaliśmy z zazeszłorocznych zasobów kilka rakietek, Truśka do odpalania własnych fajerwerków odniosła się w wielkim entuzjazmem, zabrała nawet na "pokaz sztucznych ogni" dwojkę swoich "dzieci", Elizę i Franka (bo dziś do trojaczków dołączył rudowłosy braciszek). Po czym spanikowała przy "pszczółce" i zapowiedziała, że następne domowe pokazy mogą się odbyć "jak już będę duża i dorosła".

Wszystkim, którzy się bawią w tę noc życzę szampańskiej zabawy. Tym, co tak jak my witają Nowy Rok w domu życzę miłej nocy i dobrych z niej wspomnień. Do zobaczenia już w 2011 roku:)

22:12, dsmiatek
Link Komentarze (1) »
środa, 29 grudnia 2010

Jak widać nawet lalkowe dzieic sypiają ze swoją mamą;-) Jednak jest sprawiedliwość na tym świecie;-) Ciekawe tylko, jak się zmieścimy w naszym łóżku, gdy Truśka nad ranem, jak czyni prawie każdej nocy, przeprowadzi się do nas i zabierze ze sobą swój przychówek;-)

A co poza tym? Ano Truśka ma się całkiem dobrze. Wyżywa się plastycznie i puzzlowo- dziś zażyczyła sobie nowych, trudniejszych niż te posiadane, puzzli. Wreszcie wypróbowala prezent od Nuli i stworzyła kolorowego pieska-paperoni. I z zapałem kolorowała japońskie laleczki.

A ja? Uczę się gotować przy pomocy Kohesera. Dzisiaj nauczyłam się, że moja ulubiona zupa marchewkowa z kolendrą powinna jednak być gotowana klasyczną metodą, szczypiorek lepiej jest posiekać ręcznie, za to materiał na ziemniaczne placki powstaje przy pomocy machiny w 30 sekund.

A w domu awaria goni awarię- znów padł główny komputer, z kaloryfera w łazience cieknie, za to grzejnik w naszym pokoju pozostaje lodowaty mimo rozmaitych zabiegów, mających na celu pobudzenie go do grzania (gdyby na polku było bliżej zera, nie przjemowalabym się zimnym kaloryferem, ale jak jest nawet poniżej minus dziesięć, to temperatura w pokoju nawet do spania robi się za niska). No i w aucie znowu świeci się ABS, mimo dwukrotnych wizyt u mechanika w ciągu ostatniego miesiąca. A Mąż oczywiście nie może wziąć jutro obiecanego urlopu- czego się zresztą spodziewałam!

22:09, dsmiatek
Link Komentarze (3) »
wtorek, 28 grudnia 2010
Nowina

Właśnie rozmawiałam przez telefon z Córką Młodszą (nadmieniam iż pracuję na dyżurze i dlatego z Latoroślą komunikuję się telefonicznie). Radosnym głosikiem oznajmiła mi, że własnie urodziła trojaczki- Zuzię, Elizę i Księżniczkę. I baaardzo jest z powodu tego szczęśliwego wydarzenia zapracowana, bo musi swoje trojaczki karmić, a one wciąż się oblewają jedzeniem i brudzą, trzeba je zatem także ciągle przebierać. Liczy zatem na moją pomoc jutro, jak już wrócę z pracy. Oj, będzie w domu wesoło z taką gromadką;-)

Rano zaprowadziłam cudownie ozdrowiałą Córkę do pediatry- trudno było odwołac wizytę, albowiem rejestracja z założenia nie odbiera telefonów. Ona zdecydowanie odziedziczyła po mnie zdolności ozdrowieńcze na samą wzmiankę o służbie zdrowia. A jak już wizyta jest zaklepana, to obie odzyskujemy pełnię sił i po chorobie śladu nie ma.
Co prawda pani doktor trochę zakwestionowała tą Truśkową pełną zdrowotność, albowiem Dzieć zakatarzony i gardełko ma zaczerwienione, ale do tego stanu zdążyłyśmy już od wrzesnia przywyknąć i powoli traktować go jako normę.

Plany Sylwestrowe pomału nam się krystalizują- zostajemy w domu we trójkę- ja, Mąż i Truś. Ciech we czwartek odlatuje, Bunia już lepi bałwany w Karpaczu, Paweł oczywiście na Sylwestrową noc wybywa, a zaproszeni rodzinni goście nie przybędą z powodu domowego pomoru:( Smutny trochę taki samotny Sylwester- nie żebym koniecznie balować chciała, ale posiedzieć z przyjaciółmi- czemu nie... Trzeba będzie wymyślić coś miłego dla siebie.

19:19, dsmiatek
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 27 grudnia 2010
Poświąteczna mniej radosna rzeczywistość

Mniej radosna, bo Truśka zachorzała. Zagorączkowała, skarżyła się od czasu do czasu na bolący brzuszek. I rozczulała się nad sobą powiadając, że "dziś nikt się na mnie nie złości, tylko wszyscy mnie żałują i się martwią o mnie"- tak jakby na codzień ktoś się na nią złościł!

Ponieważ jutro mam dyżur i nie będę mogła trzymać ręki na pulsie w kwestii Truśkowego chorowania, zapisałam ją do rejonowego pediatry- do LIM, gdzie pracuje nasza pani doktor nie mogłam się dodzwonić. Czeka nas zatem poranna wizyta w przychodni, w której właśnie trwa remont poradni dziecięcej. Co gorsza powinnyśmy okazać dowód ubezpieczenia, a dzieci do ubezpieczenia ma zgłoszone Truśkowy Tatuś...

Nic to. Najważniejsze, że Truśka, nieodrodna w tym względzie Córka swojej Matki, jak tylko usłyszała, że wizytę u pediatry ma wywalczoną, poczuła się wyraźnie lepiej, bolenie brzuszka odeszło w niebyt, pozostał tylko stan podgorączkowy i katar, który towarzyszy nam w róznym nasileniu od początku września. I się zastanawiam, czy jest w takim razie sens zawracać głowę pediatrze. No ale klamka zapadła, wizytę mamy na 8.10, Pasia ma przybyć dopiero o dziewiątej. No i ten mój dyżur- nie będzie mnie od południa do następnego dnia, więc chyba lepiej, żeby fachowiec Trusię oględził i stwierdził, czy trzeba ją intensywniej leczyć, czy wystarczą czary Matki- radiologa.

Chora Trusia zagnała po południu swoją powróconą z pracy Matkę do układania puzzli, grania w kulki i czytania. Wyposażanie Syna Młodszego na zimę i wyjazd rychły z wizytą do kraju na północ od nas musiało zostać odłożone na wieczór, jako, że wypad do sklepu planowany był wspólnie z Córką Młodszą, a chorego dziecka po sklepach ciągać nie należy. Ale i zakupy się udały- uwielbiam chodzić do sklepu z Ciechem na jego ciuchowe zakupy. W ciągu godziny w Decathlonie ubraliśmy Ciecha od stóp do głów- on wyszedł bogatszy o dwie wiązki skarpetek, dwie pary spodni, bieliznę termiczną i kurtkę z bajerem, a ja lżejsza o kilka stówek. Z Synem Starszym trwałoby to dłużej nieco i wymagało odwiedzenia kilku co najmniej sklepów. A z Mężem... O, z Mężem zakupy zajęłyby nam duuużo więcej czasu i skończyłyby się pewnie brakiem  połowy z zakładanych na wstępie rzeczy. Trzech facetów, blisko spokrewnionych, a gen zakupowy u każdego inną ma ekspresję;-)

22:33, dsmiatek
Link Komentarze (4) »
niedziela, 26 grudnia 2010
Boże Narodzenie 2010- fotorelacja

WIGILIA

Wszystko już dopięte na ostatni guzik:

Oni czekają i wypatrują pierwszej gwiazdki na niebie:

A tymczasem pod choinkę bezszelestnie zakradł się Aniołek:

Radośni- Najmłodsza Córka i Młodszy Syn- ukochana Siostra i kumpel-Starszy Brat:

Świąteczni wszyscy my:

I jeszcze raz- wszyscy my z odświętną Babcią:

Co tam wieczerza (na którą Córka czekała już od rana, obiecując, że zje i barszczyk i rybkę- skończyło się na jednym uszku i opłatku), kiedy prezenty czekają. Nareszcie można zacząć aniołkowanie- przy okazji tej arcyważnej czynności nauczyła się Trusia odczytywać najprostsze podpisy na paczuszkach (tato, mama, Bogna, babcia udawało jej się całkiem sprawnie odczytywać przy małej pomocy Ciecha):

Każdy coś dostał, była paczuszka (tym razem bez dodatku w postaci mola) dla chomika, było też coś dla jamników- Klucha pilnuje psiego prezentu:

Nareszcie prezenty rozdane, można się zacząć do nich dobierać:

A jak już zostały rozpakowane, trzeba je natychmiast wypróbować- zagoniła zatem Truśka obu braci do rozgryzania tajników "Pędzących żółwi":

A z Siostrą postanowiła spenetrować pudło z klockami:

I pobawić się stadniną- w końcu Bunia to rodzinna ekspertka od koni;)

Przy okazji- różowa elfia spódniczka też znalazła się w jednym z pakuneczków- żeby była na podorędziu jako dopełnienie skrzydełek i różdżki w razie kolejnej przebieranej zabawy w przedszkolu.

Pierwszy Dzień Świąt

Zdjęcie z tego dnia tylko jedno, z ozdabiania dostanej od Aniołka skarbonki (nota bene Truśkowego marzenia). Nie znaczy to jednak, że tylko tym się w tym dniu zajmowaliśmy. Wcześniej była wyprawa do miasta, kolędowanie przy Żywej Szopce u franciszkanów (ktore się Trusi nie podobało, więc szybko zdezerterowała- bo ludzi było za dużo). Było też podziwianie szopek w innych kościołach. Które w oczakch Truśki znalazły największe uznanie? Oczywiście te "jeżdżalne" Zatem Truśkowy szopkowy numer jedne- kapucyni. W skarbonce zbiera teraz pieniążki dla kiwającycyh główkami szopkowych aniołków, wybrzydzając przy okazji na zbyt małe nominały;-)

Drugi Dzień Świętowania

Babcia wróciła do siebie:(
A my udaliśmy się do Manghi na czytanie bajki o japońskiej laleczce.

Pani prowadząca opowiadała o lalkach japońskich, dzieci pokazywały swoje lalki, przyniesione z domu. Robiliśmy wspólnie proste laleczki-origami, rysowaliśmy japońskie lalki na konkurs, zwiedzaliśmy wystawę, wypiliśmy zieloną herbatę, a Truśka załapała się na dwa "japońskie" lizaki.

I już po Świętach:( Na pocieszenie- za rok, bez dwóch dni, będą następne.

A jak Wam minął bożonarodzeniowy czas?

21:53, dsmiatek
Link Komentarze (3) »
czwartek, 23 grudnia 2010
W wigilię Wigilii

Choinka do poprawki- przy bliższym poznaniu okazała się mocno "używana"- każde muśnięcie okraszone jest szelestem spadających igiełek. Każde spojrzenie na nią przypłacam ukłuciem w sercu- gałązki smętnie oklapnięte, igiełki bez połysku. Ale skoro już została ustrojona osobiście przez Truśkę, to niech zostanie. Bogna ma nawet teorię, że Tatusiowi na pewno żal się jej zrobiło na placu, że taka niezywa i że nikt jej nie zechce, więc ulitował się na jej smutnym losem i postanowił ją zakupić. Być może, P. ma miękkie serce...
Na wszelki wypadek zapasowa jodełka czeka na balkonie- jutro zostanie uroczyście ustawiona na biurku, jak tylko Mąż uprzątnie z niego swój bałagan.

Makowce upieczone Mężowskimi rękami- niestety, coś się Mężowi pomieszało i nie dokończył jak należy makowego farszu, nie dodał do niego kogla mogla i piany. Bez jajek farsz wyszedł suchy i trochę mało słodki:(

Piernik pyszny, chociaż odrobinkę od góry przypalony.

Pierniczki są OK, tylko reniferom połamały się nóżki, jak kruszały w pudełku.

Buraki się gorują, kapustą pachnie w całym domu, grzyby ugotowane czekają na pokrojenie i wrzucenie do kapusty.

Podłogi błyszczą się wypastowane.

Zakupy odfajkowane.

Co zostało na jutro- jeszcze sporo, ale mam nadzieję, że wspólnymi siłami damy radę i nieprzemęczeni, niepokłóceni, radośni, wejdziemy w magię wigilijnego wieczoru.

Pięknych Świąt kochani, magicznych, rodzinnych, pełnych miłości i radości. Kliknijcie w linka
http://www.youtube.com/watch?v=SXh7JR9oKVE- Alleluja- radujmy się, już jutro będzie nam dane po raz kolejny przeżywać urodziny Boga w postaci ludzkiego niemowlęcia. Wesołych Świąt wszystkim:)

20:21, dsmiatek
Link Komentarze (7) »
poniedziałek, 20 grudnia 2010
Choinka anno domini 2010

U nas też już stanął grubiutki świerczek. Wczoraj zakupiła go Truśka z Tatusiem, dziś niecierpliwie czekała, żeby chociaż lampeczki na nim zawiesić. Ponieważ Tatuś ociągal się z zejściem do piwnicy lekko zirytowana czekaniem pyta:
"Tato, a ty co, zalęgłeś tutaj?!"

Jak na razie na naszej choince zawisła ozdobiona przez Trusię w przedszkolu bombka i światełka. Może jutro lub we środę pojawią się inne ozdoby. Na pełne ozdabianie świątecznego drzewka zabrakło nam dziś czasu:(

Ale za to hip hip hurra, zmierzyłam się z Pocztą Polską i wysłałam życzenia do Przyjaciół- przynajmniej mam nadzieję, że już ku Wam podążają, albowiem pani przerażonym wzrokiem spojrzała na moje dwie wypchane przesyłkami torby, poważyła, policzyła, zainkasowała, a znaczki i pieczątki z "priorytetem" obiecała umieścić na kopertach później, gdyż właśnie zaczynała się półgodzinna przerwa w funkcjonowaniu urzędu (bo to taka filia mała jest, jednopaniowa). Będę zatem wdzięczna, jeśli dacie znać, czy nasze życzenia dotarły. A jeśli nie, to wiedzcie, że o wszystkich tradycyjnie pamiętałyśmy, Truśka aktywnie pomagała w pisaniu, adresowaniu i zaklejaniu, nazywając siebie pomocnikiem świętego Mikołaja.
Odebrałyśmy też życzenia od Nulkowej Rodzinki- bardzo kochani dziękujemy za pamięć:)
Przy okazji pocztowego ogonkowania Truśka odśpiewała swój cały kolędowy repertuar, wielokrotnie w kilku językach (po polsku, angielsku i koreańsku) policzyła stojących w kolejce i odstawiła balet na jedną okutaną w zimowy strój primabalerinę. Dzięki temu nikt w pocztowym urzędzie się nie nudził;-)

21:58, dsmiatek
Link Komentarze (5) »
sobota, 18 grudnia 2010

Dziewczyny, o mnie pisać nie warto.
Co u Trusi? Wczoraj mało ją widziałam, bo po pracy na popołudniowej zmianie udałam się na spotkanie opłatkowe firmy M. Bardzo mi się niechciało nigdzie wybywać z domu w ten mróz, ale Mąż mnie wypchnął i cóż było robić, pojechałam. Zresztą, było warto, opłatek zorganizowano w opactwie benedyktynów w Tyńcu. Przed wyżerką uczestniczyliśmy w wieczornej modlitwie zakonników. Wyobraźcie sobie- noc, kościół pogrążony w półmroku, i mnisi śpiewnie recytujący i śpiewający na chwałę Panu Bogu. Szkoda tylko, że nie zaśpiewali Bogurodzicy- kiedyś to robili na zakończenie dnia.

Dziś Matka Trusi latała na miotle, ścierce, odkurzaczu i co tam się pod rękę nawinęło, a Córka starała się dzielnie pomagać. Wyszorowałyśmy razem dywany- nie widzę co prawda porywającej różnicy między dywanem wyszorowanym, a dywanem niewypranym, ale co tam, jeden punkt z listy odhaczony. Załadowywałyśmy wielokrotnie pralkę zwojami firankowej, zasłonowej i narzutowej materii, odkurzyłyśmy, umyłyśmy, przetarłyśmy i wytarłyśmy i tak od rana do wieczora z przerwą na capuccino i pizzę, ale wciąż pozostają rzeczy z listy "do zrobienia". I raczej pozostaną, chyba, że chłopaki się udzielą, jak zacznę ferie.
A wieczorkiem według słów Trusi pomagałyśmy Mikołajowi i pakowałyśmy paczuszki z życzeniami dla Przyjaciół- jak się uda, to wyślę je w poniedziałek.
No i udało nam się wreszcie skonfigurować sprzęt w kuchni tak, że trochę blatu wolnego pozostało, a Kocheser uzyskał należne sobie honorowe miejsce. Dzisiaj miesił świąteczny piernik, ale P. nie był z niego zadowolony- twierdził, że sprzęt się nie wyrabiał. Cóż, może trzeba było skorzystać z przynależnego machinie przepisu, a ni forsować nasz stary, sprawdzony, ale "ręczny". W każdym razie dwa pierniki stoją na blacie i pachną- i tylko troszkę się od góry przypaliły. Bo piernik piecze się długo i trzeba było wyłączyć górną grzałkę, a o tym chyba P. nie pomyślał.

Truśka znowu ma jakby większy katar, co chwilę z triumfem komunikowała, że kolejna porcja owego kataru wydostała się na świat. Kaszle też więcej- w kaszlu powoli zaczyna osiągać mistrzostwo.  I gdyby nie fakt, że ona naprawdę lubi to swoje przedszkole, to chyba bym zdezerterowała i wróciła do czasów opieki Pasiowej, kiedy to Truśka tryskała zdrowiem, a katar i kaszel rzadkimi były u nas "gośćmi".

Mąż podłączył mi do mojego notebooka sprzęcik, pozwalający mi słuchać płyt CD. I słucham sobie świątecznych piosenek. Po przeryczeniu kolęd Preisnera zmieniłam repertuar na klasyki anglojęzyczne, nalałam sobie świeżego ajerkoniaczku i trochę lepiej mi się zrobiło.

No to do kiedyś- jutro mam dyżur, we wtorek mam dyżur- jak przeżyję, to się odezwę.

23:14, dsmiatek
Link Komentarze (8) »
czwartek, 16 grudnia 2010
"Wolny" czwartek

Po kolejnym koszmarnym w nocy dyżurze trafił mi się jakby wolny czwartek. Z tą wolnością tak do końca dobrze nie było, bo koleżanka poprosiła mnie o zastępstwo w przychodni, ale i tak nie było źle. Zdołałam nawet wstąpić do kapucynów do spowiedzi. I kupiłam "Moje kolędy" Preisnera- z przygodami, ale się udało:) I jeszcze dokończyłam podchoinkowe sprawunki, i przy pomocy Syna Młodszego opanowaliśmy kuchenną machinę i zmiksowaliśmy przepyszną surówkę z cukinii, jabłuszka, pietruszkowej natki, cebuli,czosnku i pomidora (tego ostatniego nie mialam odwagi miksować), jak również zupę truskawkowo-malinową. Do tego był jeszcze nasz ukochany serek Halumi z grillowej patelni. Obiadek palce lizać.
A jako dodatkowy bonusik była herbatka owocowa "dla niejadka" (wielkie dzięki za prezent Moniko:))). Truśce bardzo zasmakowała, chociaż początkowo miała wątpliwości, czy aby herbatka jest przeznaczona dla niej- "Bo ja przecież jestem jadek mamo, a nie niejadek."- No z tym poglądem bym polemizowała, jadek do ona jest wciąż bardzo wybiórczy.
A wieczorkiem, z powodu braku Męża, który opłatkuje ze swoją pracą pojechałam z Truśką na basen. Ponieważ byłam tu po raz pierwszy od wieeelu lat, kiedy to w to samo miejsce chodziły Starszaki, Trusia objęła funkcję mojego przewodnika. Zaraz po wejściu do budynku sprawdziła, czy czynny jest jeszcze sklepik, w którym zaopatruje się w pobasenowe bułki. Sklepik działał, a zaprzyjaźniona pani zarezerwowala dla Trusi jej ulubioną serową drożdżówkę. Potem poprowadziła mnie Córka prosto do męskiej szatni i niezwykle się dziwiła, że nie weszłam. Cóż, chodząc na basen z Tatusiem zmuszona jest korzystać z szatni dla panów. Podobnie było z prysznicami.
Przez kolejne 45 minut pływała moja Rybka dzielnie, a banan nie schodził jej z pysia. W prawdziwym dużym basenie, w którym w żadnym miejscu nie jest w stanie dotknąć dna. Fajnie są prowadzone zajęcia dla mauchów- siódemką dzieci opiekują się dwie instruktorki, "odpychając" kijaszkiem od czasu do czasu dzieciaki od brzegu;-) W pewnym momencie do wody wskoczył sam Szef, który wcześniej, na innym torze, musztrował doskonalącą pływanie młodzież. Do maluchów uśmiechał się i chwalił, że pływają pięknie na pleckach. A szkraby skakały i pływały jak koreczki:) I wcale się pana Kordiana nie bały, choć dla mnie to on groźnie brzmi;-)

Wracając do domu wygłosiła Truśka w pewnym memencie taką oto złotą myśl:
"Wiesz mamusiu, że jak już śpię, to do mojego pokoju wślizguje się cisza i opowiada mi bajki. Bo ta cisza mnie lubi i chce, żebym miała dobre sny."

W domu pozbawiona wierzchniej odzież Trusia padła na rozścielone jeszcze przed wyjazdem łóżko i oświadczyła:
"Ja już padnęłam mamusiu."
Ale zdolala jeszcze niemal już przez sen wyszeptać na moje miłosne zaklęcia "dziękuję ci mamusiu".

Cudna jest. Tylko ja jakaś wcale nie spokojniejsza po tej spowiedzi, wewnętrznie rozedrgana i emocjonalnie chwiejna.  Może to przez tą noc zarwaną...  A może przez ścierające się wciąż we mnie wątpliwości...

22:32, dsmiatek
Link Komentarze (6) »
wtorek, 14 grudnia 2010
Gry planszowe

Na swoje nieszczęście chyba uświadomiłam Córce istnienie takowych rozrywek i sama wygrzebałam spod metrowego kurzu ostałe się jeszcze po Dzieciach Starszych pudełko z kilkoma planszami, pionkami i kostkami. Kilka gier okazało się stanowczo zbyt strasznych dla wrażliwej Truśki- bo jakże można grać w Czerwonego Kaputurka" skoro grozi ci spotkanie z niedźwiedziem lub złym wilkiem.
"Gąski" też przerażają- Truśka ze strachem w  błękitnych oczętach spogląda na obrazek z pieczoną gąską i tak się denerwuje, że może zostać "upieczona", że na wszelki wypadek rezygnuje z gry. Najbezpieczniejszy okazał się "Chińczyk" albowiem nie posiada on żadnych mrożących krew w żyłach obrazków i trzeba tylko wprowadzić "do domku" wszystkie cztery pionki. Na razie, by nie przyprawić Córki o kolejne sercowe palpitacje, nie uświadomiłam jej, że jedna z chińczykowych reguł mówi, że przeciwnik zbija pionki współgracza, gdy spotka je na swojej drodze. Zatem póki co gramy przyjaźnie, pioneczki spotykają się na tym samym polu i przyjacielsko sobie gawędzą.

Następne zdjęcie wstawiam tylko po to, by wyeksponować napis na Truśkowej bluzeczce- próbuję poprawić w tej sposób swoją samoocenę, czytając na Truśce odnośną pochwałę. Na razie nie działa. Jutro przetestujemy pean na cześć Tatusia- w końcu sprawiedliwość musi być;)

A dlaczego na me nieszczęście? Ano dlatego, że wokół przedświąteczna gorączka, wszyscy z obłędem zaczynają biegać po sklepach, pucować zakurzone kąty, szorować poszarzałe dywany, doprowadzać do błysku zmatowiałe podłogi. A ja tymczasem siedzę na owym poszarzałym dywanie, kurzowe koty spoglądają na mnie ironicznie spod szafy i rzucam kosteczką, tuptam pioneczkami i udaję, że nie widzę Truśkowych szwindelków- bo jak szybciej wygra, to jest szansa, że może chociaż zmywarką się zaopiekuję lub przelecę Cifem po umywalce.

A w kuchni szczerzy się do mnie nasz najnowszy zakup, mój wyrzut sumienia po wsze czasy, zaś obok planszowych hazardzistów spoczywa wielka waliza z wypaśnymi garnkami, ktore dostaliśmy w prezencie za zakup i ktorych nie ma absolutnie gdzie schować. Albowiem nowe kuchenne meble pozostaną wobec powyższych zakupów, jak również wobec marazmu mojej rodziny, w sferze niezrealizowanych marzeń.

23:23, dsmiatek
Link Komentarze (12) »
 
1 , 2
Archiwum