RSS
piątek, 30 grudnia 2011
Przedostatni dzień roku

Ten dzień, jak tez pierwszy dzien roku 2012 spędzam w szpitalu- w prawcy :(

A jutro Sylwester- nie lubię tego dnia. Ponieważ zwykle ostatni wieczór w roku spędzamy w domu, dopada mnie melancholia. Dawniej miała ona związek z tym, że inni się bawią, a ja nie. Teraz właśnie w Sylwestra odczuwam jeszcze silniej nieuchronność przemijania. Poza tym ten ostatni dzień to czas podsumowań, a ja nie lubię podsumowywać.  I chyba wolałabym szaleć na imprezie, żeby te trudne myśli zagłuszyć.

Ale Wam kochani życzę, żeby ten wieczór pozostał niezapomniany. Niezależnie od tego, czy spędzicie go na wielkim balu, na prywatce z przyjaciółmi, czy w domku z rodziną- bawcie się dobrze. I niech Was żadna melancholia nie dopada- przed nami 366 nowych dni- zapisujmy je pięknie. Na pewno czekają nas nowe przyjaźnie, nasze dzieci zaskoczą nas nowymi umiejętnościami. Może powiększy się komuś rodzina, a ktoś inny wreszcie wygra miliony w totka.
Pięknych dni w Nowym Roku, codziennie wyszeptanego słowa kocham na dzień dobry i dobranoc, mokrych dziecięcych całusów i namiętnych pocałunków mężowskich/żoninych. Niech w lusterku spogląda na was właśnie taka osoba, jaką chcielibyście być i niech o poranku uśmiecha się do was promiennie. Szczęścia i spełnienia marzeń.

14:07, dsmiatek
Link Komentarze (5) »
środa, 28 grudnia 2011
Czas w zawieszeniu

Mimo że ja i P. normalnie pracujemy, to czas między Bożym Narodzeniem a Nowym Rokiem jest czasem dziwnym trochę, takim zawieszonym między Świętami a Sylwestrem. Dzieciaki się oczywiści feriują, łącznie z Trusią, której przedszkole (oczywiście zgodnie z podpisaną na początku roku szkolnego umową!) ma wolne. Działają wprawdzie na zmianę jego dwie filie, ale zlokalizowane są w miejscach, które wykluczają zaprowadzanie do nich Trusi, no chyba, że w stanie najwyższej konieczności. Szczęśliwie jest Pasia- albowiem na pozostałych feriowiczów liczyć zanadto nie należy. Opanowała ich wieeelka śpiącość i starają się albo odespać zaległości, albo naspać się na zapas. Rekordzista wstał (czyt.został zdarty z łoża) o godzinie 14-tej!

Truśka przerabia swoje bożonarodzeniowe prezenty. Barbie leży odłogiem (co było do przewidzenia) i tylko od czasu do czasu rozbłyśnie ogonem. Za to książeczki częściowo już przeczytane- o nich będzie chyba wpis kolejny. Wczoraj przez pół dnia słuchala Trusia "Bon czy ton" pana Kasdepke na CD. Jak się już nauczy na pamęć, to pewnie będzie nas uczyć zasad dobrego wychowania;-)

Poza tym Truśka pokasłuje i przemyśliwuje nad przyszłością. Oświadczyła mi na przykład, że nie zamierza urodzić swojego własnego dzidziusia.
-No to co, nie będziesz wcale miała dzieci?- pytam zaskoczona trochę.
-Będę, będę, tylko go nie chcę sama urodzić. Niektórzy nie mają przecież swoich urodzonych dzieci, tylko je sobie kupują w domu dziecka. I ja sobie też kupię.
-Ej, dzieci się nie kupuje, możne je co najwyżej adoptować. A zanim się dostanie zgodę na adopcję, to trzeba pokazać, czy się ma warunki do wychowywania dzieci.
- No tak, wiem. Na przykład czy się ma domek dla niego i pieniążki na zabawki. I jeszcze muszą sprawdzić, czy się nie jest za niskim.
-???? Za niskim?
- No tak, za niskim. Bo jakby się było za niskim, toby się było dzieckiem i nie można by mieć swojego dzidziusia.

Ze swoją ukochaną kuzynką Tolą zakładała Trusia w pierwszy dzień Świąt "Klub Miłosny". Na zdziwione pytania, o co chodzi z tym miłosnym klubem oświadczyły, że to będzie taki dwuosobowy klub Toli i Trusi, w którym jego członkinie będą starały się zawsze być miłe dla innych. Jak tak, to niech zakładają, jestem za! :)

PS
A wracając do planów Trusiowych na przyszłość, teraz tą bliższą, to już wie Córka, gdzie chce się wybrać na najbliższe wakacje:

Jakby obrazki Trusiowe nie były wystarczająco jasne, to podpowiem- otóż Latorośl wybiera się na Hawaje!
A póki co idziemy jutro załatwiać jej nowy paszport, bo ważność starego kończy się niebawem. I mamy cichą nadzieję, że potraktują ją już jako pięciolatkę i wydadzą paszport na dłużej niż 12 miesięcy (przed chwilą przeczytałam informację, że dzieciom do 5 r.ż. paszport wydawany jest tylko na rok. Trusia wyrabiała swój aktualny w czasach, gdy był on ważny na lat pięć.) W naszych planach Hawajów co prawda nie ma (nawet w marzenia trudno je wpuścić, bo należą do kategorii raczej nierealizowalnych, chociaż kto wie...), ale nieśmiało przewija się w nich NY na wiosnę. Może....

20:33, dsmiatek
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 26 grudnia 2011
Magia świąt

W wigilijny wieczór sfrunął do nas pewien zaprzyjaźniony Anioł:

Przyniósł ze sobą wór prezentów, które podrzucił niepostrzeżenie pod choinkę:

Podczas gdy Trusia wypatrywała przez okno pierwszej gwiazdki:

Największy prezent był dla mnie, chociaż niektórzy synowie uzurpowali sobie doń prawo (i wciąż uzurpują) i nawet próbowali zwieść p.o. aniołka Trusię, podając fałszywego adresata:

Ale Aniołek zwieść się nie dał, bo zna literki drukowane i przeczytał sam!

Potem emocje nagromadzone w ciągu całego dnia czekania na Wigilję wzięły górę i Aniołek uronił łez parę:

 a następnie zapadł w krótką drzemkę w najbezpieczniejszym miejscu na świecie:

Pierwszy dzień Bożego Narodzenia dla mnie wyjęty z życiorysu i rodzinnej historii, albowiem spędzony w pracy. Reszta rodziny tymczasem pojechała do miasta O. w odwiedziny do drugiej Babci, cioć, wujków i kuzynów. Trusia zabrała jeden ze swoich gwiazdkowych prezentów i wraz z Tolą tworzyły zeń owoce morza:

 

 

 

W drugi Dzień Bożego Narodzenia ogarnęła nas magia Krakowa. Były szopki w kościołach, ukochana Trusi ruchoma szopka u Kapucynów, w którą może się dłuuugo z zachwytem wpatrywać, były jasełka i kolędowanie pod Franciszkanami i wieczorny spacer w mżawce, rozświetlonymi ulicami:

Czegóż chcieć więcej? 

PS
Marzenie i prośba do świętego Mikołaja została spełniona i Trusia znalazła pod choinką Barbie-Syrenkę ze święcącym ogonem. Na szczęście nic nie wskazuje na to, żeby miała się ona stać jej ulubioną zabawką.

 

 

 

 

 

23:01, dsmiatek
Link Komentarze (6) »
piątek, 23 grudnia 2011
To już jutro:)

Już jutro Wigilia. I w związku z tym wszystkim Wam, którrzy odwiedzacie "Gertrusię", a także Wam, którzy zabłądzicie tu przypadkiem, składamy najlepsze życzenia.
Niech te Święta będą wyjątkowe. Niech zapiszą się pięknie w Waszej pamięci. Niech się Wam pięknie upieką makowce, nie przypalą pierniki, niech się uda barszcz i kapusta, nie rozkleją pierogi. Delektujcie się tym magicznym czasem, kiedy Bóg się rodzi i moc truchleje, krzepnie ogień i ciemnieje blask.
Kochani, na czas Bożego Narodzenia niech Wasze domy rozświetla Gwiazda z Betlejem, niech zamilkną spory, zgasną smutki, odejdą w zapomnienie codzienne stresy. I niech ta dobra świąteczna atmosfera chociaż częściowo przeniesie się na dni Nowego Roku.
Wszystkiego co najlepsze życzy Wam cała Trusiowa Rodzinka.

I jeszcze dla Was nasza (a właściwie Buniowego autorstwa) chatka z piernika:

  

Chatka jest prezentem dla Grzegorza od Buni. A łosia z podpisem kot i gwiazdę w otoczeniu serc zrobiła dla niego Trusia. I nie pytajcie, dlaczego łoś jest kotem, bo nie mam pojęcia.

Nasze przygotowania do jutra zaawansowane, chociaż zaliczyliśmy już pierwszy kryzys- rozpadła się nam bardzo istotna część od maszynki i mak zaległ odłogiem. Na szczęście przypomnieliśmy sobie o Kohersenie, który teraz dzielnie stara się spałnić pokładane w nim nadzieje i ratuje nasze makowce i kutię.
Już są pierniczki, ciasteczka cynamonowo-orzechowe, piernik (uszczuplony o efekty mojej kilkukrotnej degustacji), są pomidorowe śledzie, sałatka z buraków, barszcz i kapusta z grzybami, namakają owoce na kompot z suszu. Mam nadzieję, że jutro zmaterializuję się makowce, zdołam zrobić jeszcze śledzie w śmietanie (bo P. woli takie), no i ryby- w tym roku poza karpiem będzie łosoś z kurkami.
Jeszcze małe sprzątanko, pranko, jeszcze zawiesimy świecące gwiazdki na oknie. A potem tylko stół, świece, odświętne ubranka i możemy zasiąść do Wgilii:)

 

23:53, dsmiatek
Link Komentarze (3) »
środa, 21 grudnia 2011
Pierniczki dla wytrwałych (lub zdeterminowanych)

Co roku, a dla niektórych Trusiek od zawsze, piecze się w okresie przedświątecznym pierniczki. (To już tylko za 3 dni?!)

Podaję przepis (własny, powstał na bazie Kuchni Śląskiej):

500g mąki, 125g masła, 250g miodu, 150g cukru, 1 jajko, 1 łyżeczka sody oczyszczonej, 1 opakowanie przypraw do piernika, 1 łyżka kakao, 2-3 łyżki wody.

W makutrze zarabiamy pałką masło, miód (jeżeli jest zestalony to wycinać łyżką jak lody z kubeczka i pomagać sobie drugą), jajko i cukier, ucierając do jednolitej masy:

Nadal ucierając pałką należy dodać kakao (nieobowiązkowo - dla lepszego koloru ciasta), mniejszą część mąki z sodą (sodę wymieszać w mące, żeby była dobrze rozprowadzona w całym cieście), utrzeć. Dodać pozostałą część mąki, z rozprowadzoną przyprawą do pierników i wyrabiać ręcznie w makutrze. Jeżeli ciasto jest zbyt gęste dodać 2-3 łyżki wody (zależy to od rodzaju mąki i płynności miodu). Wyrobione ciasto odłożyć przykryte folią do lodówki na 1 lub 2 dni. Nie może zamarznąć.

Wysezonowane ciasto przeznaczone do wałkowania wygląda tak:

Na stolnicy, lekko opruszonej mąką, wałkować do grubości 4-5mm. Jeżeli ciasto klei się zanadto do wałka można wrobić garstkę mąki, jeżeli jest zbyt sztywne - wyrobić chwilę w rękach:

Wykroić pierniczki:

Układać na papierze do pieczenia, pamiętając, że ciasto nieco rośnie i może się skleić:

Piec na termoobiegu (~150°C) lub bez (~170°C) przez 10-15min. Trzeba uważać, bo łatwo się przypalają. Piekę zwykle na 3 blachy (1 w piecu na dole, 1 w piecu na górze, na 1 wykładam pierniczki). Efekt:

Pierniczki, jeszcze gorące, odkładam łopatką do naleśników na blaszkę do wystudzenia i zmagazynowania. Powinny leżeć na płasko, żeby się nie odkształacały. Gorącą blachę do pieczenia odstawiam do lekkiego przestudzenia np. na zimne palniki kuchenki, a na papier do pieczenia (położony na deskę albo na foremkę rusztową) nakładam kolejną porcję pierniczków. Potem wystarcza delikatnie zsunąć papier z pierniczkami wprost na blachę.

Kolejnego dnia można bawić się w malowanie/ozdabianie pierników. Efekt końcowy jest piękny wizualnie i zapachowo:

Ponieważ jest sporo brudzenia, to zwykle zarabiam od razu 2 kolejne porcje ciasta, oraz dorabiam dalsze porcje w miarę zapotrzebowania. W tym roku pierniczki powstały łącznie z 2kg mąki, a już niestety widać dno - rochodzą się nie wiadomo kiedy.

Pozdrawiam blogo-czytaczy,

nie-dsmiatek

 

23:16, dsmiatek
Link Komentarze (9) »

Muszę jakoś nastawić Trusię, że jej łańcuch aniołkowo-pingwinowy ma małe szanse na wygraną z dekupażowymi bombkami czy przestrzenną gwiazdą betlejemską :(  Kurcze, nie lubię tej rywalizacji, zawsze nie cierpiałam brać udziału w konkursach, nie lubię nawet gry w karty. Właściwie szkoda, że już od przedszkola zaczyna się wyścig kto lepszy, kto ładniejszą ozdobę zrobi, itp. I tak juz będzie przez całą edukację :(

Ale jest tez dobra wiadomość- jeszcze dwa dni i dzień zacznie się wydłużać. Aż w końcu nadejdzie ten moment i budzik zadzwoni o poranku a nie ciemna nocą :)

Druga dobra wiadomość jesta taka, że w Krakowie spadł pierwszy śnieg. Truśka zachwycona, ja też- bo, jak wiecie, my lubimy zimę:)

08:25, dsmiatek
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 19 grudnia 2011
Jak zostałam Matką Miesiąca

Nie żebym brała udział w jakimś konkursie czy innym rankingu. Zostałam Matką Miesiąca albowiem po pierwsze nie zapomniłam o ogłoszonym w przedszkolu konkursie na ozdobę świąteczną wykonaną wspólnie przez rodzica i dziecko. W sobotni wieczór i niedzielne popołudnie oprócz innych zajęć,o których już było, wycinałyśmy z Truśka, kleiły, zszywały, rysowały. I powstał świąteczny łańcuch z aniołków, bałwanków, pingwinów i śniezynek. Mam nadzieję, że Trusia nie liczy na zajęcie pierwszego miejsca w przedszkolnym konkursie (wyniki jutro), tylko cieszyla się naszą wspólną pracą domową.

Dziś co prawda mało brakowało, a tytuł Matki Miesiąca przeszedl by mi koło nosa, albowiem dałam plamę i zapomniałam, że Ania ogłosiła trening taekwondo pod hasłem dziecko plus rodzic. Potuptałam zatem z Truśką ubrana w strój pracowy, spódniczuszkę przed kolanoko, rajstopki, buciczki na obcasiku. I już, już mialam się wycofać na ławeczkę, podczas gdy inni rodzice i dziadkowie dzielnie szli stawić czola taekwondowym zmaganiom, gdy niezawdona Ania wciągnęła mnie podstępnie na salę. Rozradowana mina Truśki- bezcenna. Truchtałam zatem w swojej spódnisi, pomykałam na bosaka, ślizgając się na parkiecie, kopalam w packę i tarczę, okładałam dziecko (i  nie tylko) softem i dawalam się okładać. Truśka wracala do domu uskowronkowana i uchachana jak rzadko.
I tym sposobem zasłużyłam na tytuł Matki Miesiąca!

PS
Pijana sukcesem, chcąc się jeszcze bardziej zasłużyć, zamówiłam do domu mega-pizzę na kolację dla Chłopaków. I teraz siedzę z kawałem pizzy ciążącym w moim wlasnym żołądku i jescze bardziej ciążącym wyrzutem sumienia z powodu pochłoniętych kalorii. Jutro ntrzeba sobie będzie zaaplikować podwójną dawkę ćwiczeń. I tym sposobem spełniło się porzekadło, że "lepsze jest wrogiem dobrego" ;-)

21:21, dsmiatek
Link Komentarze (1) »
niedziela, 18 grudnia 2011
Przemyślenia nt pokoików dla dzieci

Mąż coś się leni, chociaż tłumaczy się (mętnie oczywiście), że codziennie nowych notek pisać nie może, zatem wpis o tegorocznym pieczeniu pierniczków odłożony zostaje na czas jakiś, czyli do momentu, gdy P. stwierdzi, że od ostatniego jego wpisu minęło dostatecznie dużo czasu i można popełnić wpis kolejny. A tymczasem mnie naszły refleksje w temacie urządzania pokoików dla dzieciąt. Rozmyślania owe wynikły z dogłębnej analizy zachowań mych latorośli i poparte są wieloletnim doświadczeniem.

Zatem po pierwsze dzieciom (przynajmniej moim) zupełnie zbędne są tzw miejsca do pracy, czyli biurka i dopasowane do nich krzesełka. Każdy z mych synów (bo Bunia juz z nami nie mieszka) posiada pokoik własny, a w nim odpowiednie biureczko, coby na nim swoje lekcje odrabiał. Na biureczkach owych wolnego miejsca nie uświadczysz, zalegają tu kupki podkoszulków i bielizny, przyniesionej z suszarni, u Cievha spoczywa torba z rzeczami na jego sztuki walki, leżą sobie pudełeczka, płyty, karty, woreczki z zawartością, o której na pewno wiedzieć nie chcę, więc nie zaglądam. No i naturalnie pokłady kurzu też się tam znajdują, bo przecież nie da się ich usuwać, gdy mebel jest tak silnie obłożony. Chyba nie widzialam żadnego z synków siedzącego przy własny biureczku i odrabiającego zadanka. Owszem, widuję czasem ktoregoś, jak pisze coś na kolanku lub ostatcznie na taboreciku, najczęściej jednak jak się już za jakoweś odrabianie zabierają, to zasiadają przy wspólnym stole w tzw. living-roomie. Czyli spokojnie można było zaoszczędzić pieniędzy i miejsca w pokojach o owe biureczka sobie podarować. Rozważę taka opcję, gdy Truś zbiliży się do wieku szkolnego;-)

Druga refleksja dotyczy miejsca do spania. Patrząc na styl spania Najmłodszej doszłam do wniosku, że najbardziej odpowiednie byłoby dla niej łóżko okrągłe o dośc sporej średnicy. Albowiem Truśka najchętniej sypia w pozycji rozpostartej rozgwiazdy, a ponieważ kończyny ma już całkiem długaśne, to jak je wszystkie na skos rozpostrze, to wystają poza łóżkowe marginesy. Mąż dodał jeszcze (gdy się z nim swoimi przemyśleniami podzieliłam), że takie spore okrągłe łóżko pozwoliło by nam- rodzicom wślizgiwać się pod Córczyną kołderkę, gdyby człek chciał sobie posłuchać, jak spokojnie oddycha, ponapawać się wciąż jeszcze dziecięcym zapachem, albo gdyby człeka złe sny dręczyły i potrzebowałby wsparcia duchowego i potrzymania Córki za gołą stópkę. Ktoś widział takie okrągłe łoża? ;-)
Trusia przydalaby się też kołderka z czujnikiem ruchu, podążająca za wieznie rozkopującą się właścicielką. Pół biedy jak jest ciepło, ale w zimniejszej porze roku bywa, że mały Sopelek wśrubowuje się w nocy między nas.

A trzecia refleksja jest taka, że do pewnego wieku dzieci wcale nie potrzebują swojego pokoju, albowiem i tak rozrzucają swoje zabawki w pokoju wspólnym, rysują najchętniej na stole w jadalni (czyli w tym samym miejscu co powyżej) i tu też z upodobaniem tworzą swoje klockowe budowle, których za nic w świecie nie wolno zburzyć. Takoż puzzle najlepiej układa się na dywanie w living-roomie i tam tez mają lone zalegać w celu podziwiania talentu. Zatem kombinowanie, jak tu dziecku wygospodarować jego własny pokoiczek, jak go najwygodniej urządzić, jakie mebelki wybrać, żeby były odpowiednie do wzrostu i temperamentu jest zabiegiem całkowicie zbędnym i można go sobie zaoszczędzić, przynajmniej do czasu...

Ciekawe, czy tylko u nas tak jest, czy i wam podobne refleksje czasem do głowy przychodzą?

A z świątecznego frontu- dziś zakupiliśmy i ubraliśmy choinkę. Pojechaliśmy we trójkę- ja, P. i Trusia i każdy miał inną koncepcję w tym temacie. Trusia chciala jak najwyższą, mogła być łysa, mogła mieć żółte szpilki, mogła się sypać, byle by była wysoka. Po pewnym czasie zmienila zdanie i zapragnęła srebrnego świerczka w donicy, który poza tym, że miał już niektóre żółtawe szpileczki, to posiadał podwójny czubek. P. jak co roku pragnął choinki jak najbardziej zbliżonej do kształtu kulistego, takiej, ktora co prawda wzrostem nie grzeszy, ale nadrabia objętością. Z gałązkami tak gęstymi, że nie da się na nich nic powiesić, można co najwyżej postawić świąteczne ozdóbki. W końcu osiągęliśmy jakiś tam kompromis i w pomiędzy kuchnią a dużym pokojem stanęła taka oto jodełka:

Tym razem ozdabiała ją głównie Trusia, ja jej tylko troszkę pomagałam.

Efekt końcowy co prawda trochę odbiega od mojej początkowej koncepcji, ale grunt, że Dziecko miało frajdę i jest zadowolone ze swojego dzieła:

A pod choinką umieściła Trusia taką oto malutką szopeczkę made by Bunia wiele lat temu:

Właśnie uświadomiłam sobie, że zapomnieliśmy o pierniku i pozostaje on wciąz w fazie produktów cząstkowych. Trzeba będzie o nim pamiętac w tygodniu, ale nie jutro, bo jutro P. ma pracowy opłatek i do domu na noc nie wraca. gdy się o tym Truś doweidzal, to glosikie, w którym pobrzemiwały wyraźne nutki triumfalne zawołał:
"No wreszcie się na ten dzien doczekałam i będe mogła spać z mamą!"
To się ojciec doczekał...

22:41, dsmiatek
Link Komentarze (3) »
sobota, 17 grudnia 2011
To był dobry dzień

Do Świąt coraz bliżej. Powoli przybywają pierwsze karteczki z dobrymi życzeniami, przyleciała paczka z NY. W domu pachnie pierniczkami- rzeczone są już nie tylko upieczone, ale też polukrowane i udekorowane. Na ozdabianiu pierniczków szybko minęło nam dzisiejsze popołudnie- bardzo fajnie było. Pomyślałam sobie, że powinnam się czuć szczęśliwym człowiekiem, bo fajną mam rodzinę. Zaangażowali się wszyscy obecni (absentował się jedynie Ciech, który wyjechał ze swoją dawną gimnazjalną klasą i księdzem wychowawcą w góry na klasowy opłatek). Siedzieliśmy przy dużym stole w living-roomie (nazwa jest bardzo adekwatna, dlatego ją stosuję, bo w tym pomieszczeniu toczy się prawie całe domowe życie, tu dzieciaki odrabiają lekcje, Truśka rysuje i układa puzzle i klocki, wieczorami powstaje tu nasza domowa internetowa kafejka), zanurzaliśmy pędzelki w kolorowych lukrach, wymyślaliśmy, jak by tu stowrzyć kolejny kolor, przyklejaliśmy kolorowe kuleczki, niebieskie i białe perełki, "igiełki" z migdałów, Paweł wymyślał, jak ślimaka przerobić na walenia i jak z niedźwiedzia zrobić tygrysa. Nic tylko trwaj chwilo!

I mała próbka tego, co wspólnie stworzyliśmy:

A z tych, między innymi, elementów powstanie jutro piernikowy domek- prezent pod choinkę od Bunia dla Grzesia:


Okna błyszczą czyściutkie ( to nie ja, to Pasia uczyniła), świeże firanki pachną, nawet dywany wyprane, chociaż to akurat orka na ugorze, zwłaszcza Ciechowy wciaż wygląda kiepsko. Ale jak ma wyglądać przy dwóch wylegujących się tu nieustannie jamorach.
Filety z karpia i łososia na "łososia z kurkami" siedzą w zamrażalniku, mak i bakalie na makowce i kutię zakupione.
Jeszcze tylko jutro kupimy choinkę, upieczemy piernik i powoli możemy zacząć świętowanie:-)

A w paczce z Ameryki znalazła Trusia między innymi taką oto książeczkę:

Znacie opowiastkę o Bardzo Głodnej Gąsienicy? Ja się w niej zakochałam od pierwszego wejrzenia, kiedy natrafiłam na nią parę lat temu. Ale Trusia do tej pory nie miała jej w swoich zbiorach. Bo jak natrafiłam, to w cudzej bibliteczce, a w sklepie w wersji polskojęzycznej napotkałam ją dopiero nie tak dawno i uznałam, że Trusia jest już za stara na tekturową bajeczkę, choćby nie wiem, jak kultowa ona była. A kultowa jest, bo powstała w 1969 roku i do dziś cieszy maluchy i rodziców, przynajmniej takich, jak ja. Tymczasem z NY przybyła Gąsienica, co prawda w klasycznej szacie graficznej, ale w formie przestrzennej i Trusia się zachwyciła. Po pierwszym przeczytaniu- oczywiście w wersji tłumaczonej, angielski tekst oprotestowała- nauczyła się opowiastki na pamięć i wyrysowała mi ją całą. Wypadałoby w tym miejscu wstawić Trusiową wersję, niestety powstała ona na marginesie listy pacjentek z mammografii i wstawiona być nie może:(

23:31, dsmiatek
Link Komentarze (7) »
piątek, 16 grudnia 2011
Kolęda o Lochach

Z Truśką, jak jeździ się samemu, np. na basen, to się śpiewa różne rzeczy albo recytuje. A skutki tego bywają zaskakujące.

Ostatnio jedziemy jak co czwartek na basen, śpiewamy kolędy z pamięci (i z przedszkola) i nagle dziecko chce, żeby mu zaśpiewać kolędę o Lochach. ??!!.

Próbuję: - W murowanej piwnicy ...

G: Nie too, ..

Zmyślam: - Raz niedobre lochy zgubiły warchlaczki ...

G: TATO!!

Pytam: No ale jak to było?

G: No lochy i mury jak mówiłeś tak głośno.

Oświeciło mnie: - Jeśli nie lękasz się pieśni, stłumionej, złowrogiej i głuchej, jeśli serce masz męża i jeśli pieśń kochasz swobodną posłuchaj ...

G: TAK, to jest ta kolęda!

I tak to "Elegia o śmierci Ludwika Waryńskiego" awansowała na kolędę. (Przepraszam Broniewskiego za niedokładne cytowanie, ale uczyłem się tego ponad 30 lat temu; zresztą w podręcznikach było wtedy dużo błędów).

Musiałem Dziecku wytłumaczyć, że to nie kolęda, tylko pastorałka.

Pozdrawiam,

nie-dsmiatek

22:36, dsmiatek
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2
Archiwum