RSS
wtorek, 31 grudnia 2013
Sylwester oczkiem Trusi i dsmiatek

W każdy Sylwester jest bardzo fajnie. Dziś jadę do Opola. Bardzo to lubię bo mieszka tam kuzynka Tola i dwie babcie Barbara i Basia. Mama co prawda nie lubi sylwestra, ale ja bardzo lubię Sylwester. Pojadę do Toli. Mama dziś mi pomalowała pazurki i mam ubrać moją ulubioną spódnice, w Opolu mama popudruje mi powieki. Wczoraj oglądałam Pip,i a mama mi kupiła drugą część Minionków i ja z Tolą będziemy ją oglądać. 

napisał Truś

PS
Najbardziej nielubiane dni w roku? Pierwszy i ostatni. Nie cierpię Sylwestra i Nowego Roku. Czuję się wtedy samotnie i źle. Źle już mi zaczyna być:( P.- nirwana- dla niego to dzień jak każdy inny. I tego też nie lubię. Chyba zapiszę się na sylwestrowe dyżury na kilka lat naprzód- przynajmniej będę miała poczucie, że robię coś pożytecznego, a bawić może się koleżeństwo.
Ale wy bawcie się dobrze. 

11:04, dsmiatek
Link Komentarze (3) »
niedziela, 29 grudnia 2013
Poświąteczne wspomnienia, czyli Trusia pisze bloga- Bohaterka staje się Autorką;-)

Wczoraj byłam na Hobbicie i było bardzo fajnie, a przedtem byłam w zoo i zrobili miejsce z żyrafami i bardzo mi się podobało. A po kinie poszłam do Buni i Grzesia i graliśmy w Kolejkę i bardzo mi się podobało. W drugi dzień świąt byłam u Toli i dałam jej furbiego, a później oglądałyśmy Pipi. A w wigilię byłam z babcią Basią  na czekoladzie która smakowała jak pierogi z truskawkami. Pójdziemy na nią za tydzień do Wedla. A na rynku sprzedają moje ulubione owoce w czekoladzie. I tylko szkoda że nie ma śniegu.

napisała Zosia Smiatek

Ostatnio moją ulubioną rzeczą  jest pisanie wierszy i napisałam już całkiem dużo.  Piszę czasem wieczorem a później dodaję naklejki. Teraz tata robi komodę a mama czyta ja piszę bloga. Przed chwilą oglądałam Minionki były bardzo fajne i mam z nich okulary.

napisał Struś

PS
A poza tym, że pisze, to jeszcze zaczęła całkiem sama czytać:

 

14:17, dsmiatek
Link Komentarze (6) »
Święta, święta i już po

Staraliśmy się w tym roku jak mogliśmy sprostać wymogom świętowania. Żeby potem nie zostało zbyt wiele niedosytu. Bo że niedosyt będzie, to wiadomo- za długo się na nie czeka, za dużo jest przygotowań, żeby potem nie została odrobinka żalu, że znowu przemknęły jak sen (dobrze jeśli ten sen był piękny). W tym roku były wyjątkowo długie, przynajmniej dla większości rodziny, bo ja zakończyłam świętowanie dyżurem w drugi dzień świąt, a wróciłam do niego w sobotę i niedzielę. No ale Struś świętował.
Wigilia- Babcia zabrała Truśkę do miasta, pospacerowały, zwiedziły wystawę szopek, a jak wróciły, to pod choinką już kłębiły się prezenty. I cóż z tego, że gdzieś tam w głębi siebie Truś podejrzewa, że pewien związek z prezentami muszą mieć rodzice. I tak reakcja na to, że się znienacka zmaterializowały wielce entuzjastyczna, a zachwyt Córki bezcenny.
Jeszcze tylko długie czekanie, żeby można je było wreszcie otworzyć i już można zacząć wypróbowywać zawartość paczek.



 

Była radość, ale były też łzy zazdrości- bo Bunia dostała od Grzesia aparat fotograficzny. A na dokładkę aparat jest w kolorze pomarańczowym, nie jakiś tam zwykły czarny. Skandal po prostu!:-)

Smuteczek po niespodziewanej stracie Kluchy- dla niej też były trzy małe paczuszki, przygotowane i spakowane jeszcze przed jej śmiercią- zostały na choince:

Był też z nami Krokiet w mikołajowej czapeczce -niestety ktoś mu utłukł łapkę:(

Pierwszy dzień świąt minął nam tradycyjnie leniwie- głównie na jedzeniu;-) Drugi dla mnie był pracowity, Truś zaś udał się z Tatusiem i Babcią do drugiej Babci, cioć, wujków i kuzynów.

Piątek- dzień pracy i tłumów w sklepach, rządnych okazji na przecenach. A my na przekór przecenom poszłyśmy do kina na Krainę Lodu, potem na jogurt i gofry- Truś określił popołudnie, jako jeden z najfajniejszych dni w jej życiu.

Sobota obudziła nas słońcem i temperaturą zupełnie nie grudniową. No to postanowiliśmy nadrobić tegoroczne zaległości i pojechaliśmy do zoo. Wiosennie było- nawet ogłupiała pogodą kalina wonna zakwitła, a pąki na azaliach grożą pęknięciem. Zwierzaki wywabione słońcem z klatek też spacerowały po wybiegach.

Wreszcie zobaczyliśmy krakowskie żyrafy- najnowszą atrakcję zoologu.

Załapaliśmy się też na karmienie słoni, które Truś z zapałem fotografował.

Truś wciąż korzysta z niezimowej pogody i kiedy tylko może, to pomyka na dwóch kółkach- wyrachowane to nieco, bo na dwóch kółkach łatwiej niż na dwóch nogach;-)

Załapaliśmy się też na wspólne zdjęcie- pierwsze od długiego czasu, albowiem zwykle któreś z nas trzyma aparat. A tym razem za obiektywem stał Struś, a przed nim my:

A po południu kolejne atrakcje- Truś ze Starszym Bratem na Hobbicie, a my z P. u Buni wspominaliśmy czasy PRL-u grając w Kolejkę ze Starszą Córką, Grzesiem i jego rodzicami. A w domu znowu zapachniało makowcem- P. uzupełnił braki i upiekł kolejne egzemplarze- przed wigilią zdarzyła się mała makowcowa katastrofa, z powodu innych niż zwykle właściwości maku ciasta starczyło tylko na jego część. Pozostałą resztę zamroziliśmy i wczoraj nastąpiła powtórka z makowców- i fajnie, bo pyszniejsze są świeże:-)

Miłej niedzieli Wam życzę:-)

08:35, dsmiatek
Link Komentarze (3) »
środa, 25 grudnia 2013
Metamorfoza

Od wigilii stałam się blondynką. Truś jak mnie zobaczył, to stwierdził, że nie wyglądam jak mama. Sama wciąż się dziwię spoglądając w lustro. Może być?

20:08, dsmiatek
Link Komentarze (14) »
wtorek, 24 grudnia 2013
Wigilia 2013

Radosnego świętowania kochani.

Prezentów pod choinką, smakołyków na stole:-) Ale przede wszystkim dużo radości, pięknych chwil razem, bliskości i miłości. 
Wesołych Świąt :-) 

16:23, dsmiatek
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 23 grudnia 2013
Żegnaj Przyjaciółko

Miałam nadzieję, że jeszcze się wywiniesz, że pomogą magiczne zastrzyki od psiego doktora. Nie pomogły. Spotkałaś się już ze swoim czarnym Przyjacielem.
Będzie nam Ciebie brakowało. 

00:02, dsmiatek
Link Komentarze (10) »
niedziela, 22 grudnia 2013
Święta w lesie

A nawet w głębokiej głuszy albo czarnej d..... Mak na makowce wciąż w stanie surowym, piernika ani widu ani słychu, grzyby w dalszym ciągu suszone, pierniczki za to w dużej części wydane do przyjaciół. A na domiar złego jedyny pozostały nam pies postanowił chyba zakończyć żywot jeszcze przed wigilią, wymiotuje, ma biegunkę (to drugie to raczej miał, bo z braku jakiejkolwiek treści w jelitach materiał na biegunkę się skończył), nie pije, ledwie się trzyma na łapkach, popiskuje. Jeździ do lecznicy na kroplówki, ale nie wydaje się żeby pomagały. Klucha dosłownie niknie w oczach. Z racji w/w sensacji w domu przestało też pachnieć świeżością, a P. więcej czasu spędza u weterynarza niż na pracach domowych.

Za to choinkę mamy w tym roku rozłożystą. Ponoć jak ją kupowali, to nie wydawała się taka szeroka, za to jak ją uwolnili z siatki, to zaistniały obawy, że P. przynajmniej do końca Świąt pozostanie zakleszczony na fotelu.

Porzuciłam już moje estetyczne marzenia o choince tematycznej czy monokolorowej. W tym roku poszliśmy w multikolor i wielotematyczność. A co!

19:13, dsmiatek
Link Komentarze (1) »
piątek, 20 grudnia 2013
Wieczorne podchody, czyli wyprawa na poszukiwanie zagubionych śrub z sań świętego Mikołaja

Jak pisałam nie odbyły się we właściwym Mikołajowym terminie. Z powodu szalejącego Ksawerego zostały przeniesione na dzisiejszy wieczór. Właściwie w cichości ducha miałam nadzieję, że Truś zapomniał o imprezie i spędzimy sobie leniwy wieczorek w domowych pieleszach. Ale nic z tego, Truś pamiętliwy jest okrutnie i ledwie przekroczyłam próg mieszkania, zmęczona staniem w korkach i walką o miejsce parkingowe pod hipermarketem, zapytał kiedy wyruszamy. Inna opcja niż rower naturalnie w grę nie wchodziła. No to wyruszyłyśmy, zaopatrzone w jedną latarkę, jedną lampkę rowerową odczepialną, kubek termiczny z ciepłym sokiem malinowym i paczkę chusteczek higienicznych. Podejrzewałam, że stawimy się tylko my, bowiem cała reszta rozsądnych rodziców w domu piecze i lukruje pierniczki albo mieli mak na makowce. A tu niespodzianka- zebrała się całkiem spora ekipa jak na ten gorący i bardzo zajęty czas przedświąteczny. W dodatku ekipa uzbrojona nie tylko w latarki, ale też bardzo dobry humor.
Najpierw odnalezione w piaskownicy i nakarmione brokatem zostały magiczne węże. Potem na drzewie ujawniła się wielka niebieska piłka, a pod karuzelą bystre oczka wypatrzyły świecące patyczki, które najpierw wielokrotnie zostały wyrzucone  niebo, a potem zaradni rodzice zmontowali z nich świecący łańcuch i zawiesili go na drzewie. Było jeszcze małe nielegalne ognisko i spontaniczne śpiewy, aż wreszcie przyszedł czas na tytułowe śruby, które zgubił święty Mikołaj i które elf Śrubośmiech pochował na placu zabaw. I już trzeba się było pożegnać i pędzić do domu na gorącą herbatkę z imbirem i cytryną i odmrażanie w wannie lub pod prysznicem. Ale się dobrze bawiłyśmy:-) Mam nadzieję, że właśnie zrodziła się nowa przedświąteczna tradycja, która pozwala oderwać się od zakupowo-kuchenno-sprzątackiego szaleństwa;-)

Dobrą stroną posiadania małych dzieci jest to, że pod pretekstem ich zabawy, sami możemy się dobrze bawić;-)
A że zdjęcia ciemne? Cóż, od komórki nie można wymagać zbyt wiele, zwłaszcza takiej już troszkę passe. No a poza tym ciemno przecież było;-)
Miłego sprzątania, pieczenie, gotowania, zakupowania wam życzę. Ja tam jutro nirwana- idę sobie na dyżurek na 24 godziny i wszystkie te "przyziemne" sprawy nie będą mnie dotyczyć- przynajmniej do niedzieli do 9 rano;-)

20:16, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 19 grudnia 2013
Grain de Chic

Zachwycają mnie ich sukienki - może dlatego, że do drobnych kwiatuszków zawsze miałam słabość. Już dwie u nas zamieszkały, z jednej Truś nawet zdążył już wyrosnąć:( Ale jak zobaczyłam najnowszą, jesienno-zimową łączkę, w ciepłych beżach, w staroświeckim fasonie- po prostu musiałam ją mieć. Przybyła wczoraj, jak zwykle w uroczej białej siateczce i nie mogłam się powstrzymać przed natychmiastowych jej wypróbowaniem. Wersja zimowa jest cieplejsza, bo na podszewce. Fason z tych, które lubię- na karczku, a potem luźny, czyli wygodny. No i jest szansa, że jak Trusiek jeszcze urośnie, to sukienka posłuży jako tuniczka do legginsów. Przy okazji okazało się, że Księżycowa Ćma doskonale pasuje do niej w roli narzutki- bo rano bywa mroźno i sama sukieneczka pod kurtkę nie wystarczy.
Niestety Truś na modelkę się nie nadaje- jak się zorientuje, że robię jej zdjęcia, to nadyma się, napusza, miny robi okropne i oczami wywraca. Zatem sesja zdjęciowa ilustrująca nasz najnowszy nabytek jest taka sobie, uchwycona w trakcie ubierania się do szkoły.

Oj, nie będzie z Gertrusi blog modowy, bo modelka niereformowalna;-) Trzeba będzie na przyszłość wymyślić jakiś inny kierunek rozwoju dla blogaska;-)

22:48, dsmiatek
Link Komentarze (5) »
Zaczynam mieć alergię na szkołę

 Wczoraj wieczorem odebrałam maila od wychowawczyni Trusi następującej treści:

"Witam Państwa! 
W piątek 20 XII2013r dzieci przychodzą do szkoły w stroju galowym
na godz.9.00
Spotykamy się na auli szkoły i śpiewamy kolędy do godz.10.00.
O godz. 10.00 przechodzimy do klasy na wigilię klasową. Bardzo
proszę dać dzieciom opłatek.
Od godz.10.00 do godz.11.00 wigilia w klasie z rodzicami. Zapraszam
wszystkich rodziców którzy mogą przyjść o udział we wigilii klasowej.
O godz.11.00 obiad dla dzieci. Potem dzieci idą do domu. Pozdrawiam."

Zaczynam mieć alergię na szkołę! Bo ja jutro muszę być w pracy o godzinie 8.00, a Trusiowy Tatuś co prawda zaczyna od 9.00 za to 80 km od Krakowa. Zatem Truś w szkole powinien się znaleźć przed godziną ósmą.
Najlepsze w tym jest to, że tak naprawdę, gdybym dane powyższe, jak również informację o czasie rozpoczęscia poniedziałkowych jasełek w teatrze miała podaną z miesięcznym wyprzedzeniem, to mogłabym poprosić o takie ustawienie pracy, żeby i wilk był syty i owca cała- pracując w systemie zmianowym w poniedziałek mogłam mieć zmianę od ósmej, a w piątek od 13-tej- tylko musiałabym to wiedzieć odpowiednio wcześnie. Niestety zamiana na ostatnią chwilę możliwa nie była- rzadko który lekarz pracuje w jednym miejscu i większość kolegów ma zagospodarowane popołudnia lub poranki, w które nie musi być obecny w szpitalu.

Z przygotowań świątecznych- udało nam się wreszcie polukrować wszystkie pierniczki i zrobić łańcuch na choinkę z filcowych kuleczek. Mak i bakalie zostały zakupione, boczki z karpia i pierogi siedzą w zamrażalniku, buraki czekają w lodówce. Mam nadzieję, że P. z Truśką w sobotę zakupią choinkę,a w niedzielę upieczemy makowce. I może wspólnymi siłami zdążymy ze wszystkim do wtorku. I tylko śniegu brakuje- truś co rano z nową nadzieją odsuwa zasłonkę i codziennie przeżywa zawód, że za oknem wciąż szaro. Rano tylko szron trochę ratuje sytuację. Ja też tęsknię za śniegiem.

15:44, dsmiatek
Link Komentarze (7) »
 
1 , 2
Archiwum