RSS
poniedziałek, 31 marca 2008
Dzisiaj

Dzisiaj solidaryzowaliśmy się z Tybetem. Wczoraj starszy Syn był w Krakowie na demonstracji, a dziś starsza Córka zarządziła ubranie pomarańczowe. W miarę posiadanych zasobów ubraniowych postaraliśmy się dostosować. Tylko Mąż się wyłamał- po prostu niczego pomarańczowego na stanie nie posiada. Co prawda Córka zaproponowała, że mu pozyczy pomarańczowa arafatkę, ale jej propozycja jakoś nie spotkała się z entuzjastycznym przyjęciem...Tak więc Głowa Rodziny wyszła do pracy w tradycyjnej koszuli i ciemnym garniturze- bez pomarańczowej arafatki do tego. A swoją drogą, mógł to być ciekawy akcent do tego poważnego stroju;)
Po południu korzystałyśmy z pięknej pogody i pasiastej chusty i udałyśmy się babską grupą na spacer do parku AWF-u tropić wiosnę- Trusia poderwała pana z pieskiem i naćwierkała na budujące gniazdo turkawki. Ponieważ spacer nie może być taki całkiem "bez celu wyższego", zahaczyłyśmy o M1, gdzie wypiłyśmy sobie kulturalnie kawkę w Tchibo, pożarłyśmy po torciku, Trusia poraczkowała po sklepiku- na szczęście klientów było niewielu i nikt jej nie rozdeptał. Odwiedziłyśmy sklep ze zwierzakami, gdzie Trusiek poćwierkał tym razem na papużki- ćwierkanie było wzajemne, prawdziwy dialog się wywiązał między Truśkiem i papugami. Potem pozachwycałyśmy się fretkami- Trusia była nawet gotowa poświęcić własne palce i dać je fretkom na pożarcie. A na końcu starsza Córka załapała się na przecenioną zieloną bluzkę, odciągnęła mnie siłą od działu niemowlęcego  i wyciągnęła ze sklepu. Nie wiem, skąd się w takiej niedużej osóbce (bo Starsza Córka wielka nie jest) tyle siły fizycznej i siły charakteru mieści;)

Oto solidarni z Tybetem- Trusia i Syn Starszy- w rzeczywistosci ich podkoszulki są bardziej pomarańczowe niż na zdjęciu. P. ma jeszcze pomarańczowy sznureczek na ręce, który wczoraj dostał na demonstracji.

I Truśka raz jeszcze

A to "nasza" nowa chusta- piękna, prawda? Oglądam tak te chusty w necie i nie mogę się zdecydować, bo wszystkie prawie są przepiekne. A w tej- też przez Kasię pożyczonej- chodziło nam się bardzo dobrze- może dlatego,że ja nie musiałam być tak grubo ubrana, bo wreszcie cieplej było.

I jeszcze dla tych, którym podobało się poprzednie dzieło Starszej Córki jej dzieło wcześniejsze- trampki z aniołkami:)

21:48, dsmiatek
Link Komentarze (9) »
niedziela, 30 marca 2008
Jak nam minął weekend

Niestety, nie mam czasu na pisanie, albowiem, jak to zwykle pod koniec miesiąca, zostałam zarzucona mammografiami, do opisania na wczoraj. W związku z tym muszę zaraz zabrać się do pracy...

A jak nam minęły weekendowe dwa dni- w sobotę bardzo aktywnie i "edukacyjnie". Rano udałyśmy się z Trusią do AAK, gdzie poznawałyśmy zwierzątka i utworzyłyśmy obrazek z kotkiem. Pointegrowałyśmy się też trochę z Luckiem i Kasią i dostałyśmy nową chustę do testowania- piękną, pasiatą. Dzieciaczki na spotkaniu Kreatywnych jakieś rozkojarzone chyba były, bo łaziły każde w swoją stronę i zwirzaczków specjalnie poznawać nie chciały, nie były zainteresowane segregowaniem tych co pływają i tych co po trawie łażą. Najbardziej interesowały je piłeczki (jak zawsze), bujanie w "spadochronie"- niektóre to nawet całkiem rozanieloną minę w trakcie huśtania miały. Mój Trusiek czuł się chyba średnio i nie wiedział, czy cieszyć się, czy może rozpłakać na wszelki wypadek. Za to Trusiowi do gustu przypadł ostatni punkt programu, czyli prawdziwe jedzonko- jajo było fascynujące, Trusia zademonstrowała, że wie, jak się je obiera ze skorupki- na szczęście na twardo było;) Oskubała tez słoiczek miodu z nalepek.
Po zajęciach AAK musiała nastapić błyskawiczna drzemka, bo już o 12.45 zaczynał się następny etap edukacji, czyli pierwsze zajęcia na basenie. Drzemkę jakoś tam udało się zrealizować, chociaż padał deszcz całkiem mocny- ale cóż deszcz dla zawziętej matki!
Na basen dotarliśmy kurcgalopkiem, mokrzy, zziajani i odrobinę spóźnieni, tzn w prawie ostatniej chwili. I to chyba spowodowało lekkie zdenerwowanie u Trusi- nastrój owego pośpiechu i niepokoju rozciągnął się jej na całe zajęcia basenowe, tak wię wielkiej frajdy ani dziecko ani tatus nie mieli. Dzieć trzymał się kurczowo tatowej brody i jęczał- na szczęście tylko jęczał, a nie ryczał, bo by wszystkie pozostałe maluchy w wody wypłoszył. Na dokładkę zaraz po pierwszym zdjęciu rozładowała mi się bateria w aparacie, tak więc fotoreportaż z pływania będzie za tydzień.
No i to właściwie wszystkie ciekawe elementy dnia wczorajszego, bo potem był negatoskop i zdjęcia oraz "odkopywanie" Trusi od kompa- bo dziecek sprytny koniecznie chciał narzędzie pracy mamusi wyłączyć.

A dziś pogoda przepiękna nas powitała. Zabrałyśmy ze Starszą Córką (naiwne kobiety, doprawdy) Trusia do kościoła, w związku z czym cała mszę spędziłam na zewnątrz, biegając z Truśką trzymającą mój palec po podeście lub schodząc i wchodząc po schodach. A na koniec mszy, jak już ludzkość zaczęła wychodzić z kościoła, Trusia usiadła na ziemi pod schodami i mało brakowało, a nazbierałybyśmy troche grosza do różowej Trusiowej czapeczki;) Siedząca obok z dzieckiem Rumunka juz wietrzyła w nas konkurencję;)
Potem odwiedziliśmy Ciszka na Rakowicach- ptaszki mu ładnie śpiewają, kwiatki kwitną- pięknie ma Chłopczyk malutki- Boże, jak ja wciąż za Nim tęsknię...

I to tyle na dziś. Jeszcze tylko parę fotek:

To rano wczoraj z rzodkiewką na kolanach u taty

I poranny dzióbek- Trusia miała posyłać całuski i nawet posyłała, ale tylko dzióbek z tego fajnie wyszedł

To już Kreatywni i jajko na twardo

I jedyne zdjęcie z basenu

A to dzisiejszy obiadek- tak, tak- dziecko szufladę wybebesza, a tatus usiłuje je nafutrować- z pozytywnym efektem końcowym

I obiadek raz jeszcze

Trzy zblazowane kobietki po południu, najedzone i rozleniwione okrutnie

A najmniejsza kobietka cytrynką jeszcze poprawia (to na trawienie dobre- we Włoszech przyjaciele nasi zawsze limoncello po obiedzie nam serwują) i przy okazji próbuje się zważyć

PS. A Starsza Córka w piątek egzamin na prawo jazdy zdała:) I z tej radości chyba stworzyła takie oto trampeczki dla przyjaciółki:

20:07, dsmiatek
Link Komentarze (3) »
czwartek, 27 marca 2008
Słowniczka c.d.

Uzupełniając Trusiowy słowniczek dodaję jeszcze parę wyrazów:
dziś usłyszane po raz pierwszy "cześć"- brzmiące "ciś"
tik tak- zegarek
bam- komentarz, jak coś upadło lub zostało zrzucone
bam bam lub bim bam- jak Trusia trzyma coś za "ogonek" i tym majta (nie jest to szczur, bo na takie traktowanie ulubieńców Starsza Siostra by nie pozwoliła, nie jest to też jamnik, bo za ciężki;) )
pa pa - do tego otwieranie i zamykanie łapki- tak Trusia robi papa
Ciii- i paluszek na usteczkach, czyli cicho
cici- oznacza zwykle dzieci

A dziś Trusiek nauczył się posyłać łapcią i pysiem całuski. Urocze, jak się uda, to zrobię zdjęcie.

16:32, dsmiatek
Link Komentarze (6) »
środa, 26 marca 2008
Słowniczek

Z okazji kolejnego nowego słowa wypowiedzianego dziś przez Trusię, postanowiłam owe Trusiowe słówka zebrać do kupy.
Mama i tata- dwa w pełni zrozumiałe i właściwie używane wyrazy
Buuła- Starsza Siostra
Ati- tak ostatnio woła Trusia na Ciecha
na Starszego Brata czasem mówi Pa lub Pał, najczęściej jednak "tata"- dlaczego, tego nie wiem. Może z racji gabarytów do taty zbliżonych...
Pan- tak Trusia nazywa ludzi dorosłych
łau łau-piesek oczywiście
miau-kotek
cil cil (albo coś podobnego)- ptaszki
i-o - osiołek
pipi- myszka
bziii- małe ze skrzydełkami (w książeczce na obrazku, bo na żywo Trusia się jeszcze nie załapała)
brrrym- auto (no jakoś podobnie to brzmi)
na konika Trusia kląska językiem
da- daj
am lub mniam- jedzonko
ne- nie (do tego dochodzi kręcenie główką; jest też nenene i grożenie paluszkiem, co oznacza "nie wolno")
aaa- od niedawna (od wczoraj chyba) tak Trusia określa spanie, łóżeczko...
pi- to dzisiejsze nowe słowo i znaczy "pić"- rano przy śniadaniu Trusiek wyciągnął paluszek wskazujący i wyraźnie pokazał na kubeczek z soczkiem, mówiąc przy tym "pi"
Jest jeszcze pewnie mnóstwo innych słów. Wydaje mi się, że na dzieci Trusia mówi "titi". Poza tym trusia mówi nieustannie, śpiewa (ale tańczyć jakoś nie chce), więc pewnie zna jeszcze wiele słów, których ja w swoim ograniczonym umysłem nie pojmuję...

A od jakiegoś czasu nachodzi mnie taka oto refleksja- dlaczego Trusia nienawidiz skarpetek. Tak się akurat złozyło, że wszystkie Trusiowe piżamki są bezstópkowe, a w naszym mieszkaniu przesadnie ciepło nie jest, więc na noc zakładamy Trusi skarpetki- takie praktycznie bezściągaczowe, mięciutkie, żeby jej nigdzie nie cisnęły. I owe skarpetki co noc opuszczają Trusiowe nóżki i rano leżą sobie biedulki gdzieś wyciepnięte. Trusia ściąga skarpetki już zasypiając- dziś to ja ją usypiałam i byłam naocznym świadkiem, jak Truszonek z zamkniętymi już ślepkami i śpiący właściwie, wyciągnął łapkę w stronę stópki, złapał za koniec skarpetki i zdarł ją z nóżki, a następnie wyrzucił gdzieś "w siną dal".
Skarpetki "opuszczają" Trusiowe nóżki także w dzień- jak tylko nadarzy się okazja Dziewczynka zdziera skarpetki (albo miękkie paputki, w których też biega po mieszkaniu) i gdzieś tam je porzuca.

Złości mnie już ta zimowa pogoda. Śnieg co chwilę miesza się ze słońcem, wieje, zimno jest- po prostu beznadziejnie! Dzisiaj po południu, mimo przelatujących zamieciek śnieżnych, wpakowałam Truśkę do chusty i poszłyśmy na krótki spacer. Bo zbliża się sobota i trzeba będzie chustę oddać, a tu pogoda nie sprzyja wcale chustowym spacerom. No to chwilkę dzisiaj po południu połaziłyśmy po osiedlu, pogadałyśmy, pooglądałyśmy listeczki na krzakach, zakupiłyśmy banany, rzodkiewkę i szczypiorek i troszkę zmarznięte w ręce wróciłyśmy do domku. A jutro czwartek, a po czwartku piątek-czyli praca do wieczora:( A dziś była środa, co uświadomiłam sobie dopiero wieczorem, jak dotarło do mnie, że Starszy Syn miał wizytę u ortodonty:( Niestety zapomnieliśmy o tym i trzeba będzie zadzwonić po nowy termin:(

Oto do czego służą chrupki kukurydziane. Przydałyby się w domku kurki "koko" albo chociaż ptaszki "ćwir ćwir", bo jamniki do końca poradzić sobie nie potrafią z "posprzątaniem"

Trusia zawędrowała pod swoje krzesełko, owija się w spodenki. Bo Trusia najbardziej w szaliczkach gustuje.

20:48, dsmiatek
Link Komentarze (3) »
wtorek, 25 marca 2008
Wielkanoc

Pojechaliśmy i wróciliśmy. Było miło. Podróż do mamy umilała nam Trusia najpierw radosnym szczebiotaniem- w ów nastrój pogodny wprawiło ją rozkruszanie biszkoptów- po przyjeździe okazało się, że Dziecię wysiaduje więcej chyba okruszków niż biszkopty, z których je stworzono- takie cudowne rozmnożenie biszkoptów nastąpiło. Potem Dzieć kruszeniem się znudził i zaczął inaczej "śpiewać"- i chyba było to jeszcze gorsze niż bałaganienie...
Po dotarciu na miejsce zdążyliśmy zjeść obiadek u mamusi, a potem przygotować koszyczek ze święconką i poświęcić wszystko jak należy. Przed wyjściem do kościoła nastąpiła mała "przepychanka", kto poniesie Trusię w chuście- chętnych było więcej niż Truś i chust. W końcu wygrał Starszy Syn- trzeba przyznać, że całkiem przystojnie wyglądał z Siostrą zamotaną pod kurtką. Tak się rozochocił tym Trusionoszeniem, że potem poszedł jeszcze pokazać Trusi Edgara- gadającego kruka. Kruk na Trusia spoglądał łakomie, ze dwa razy się odezwał. Trusia była zachwycona ptaszkiem "kra kra". (Bo w Trusinej nomenklaturze ustnieje też gatunek drugi ptaszków, czyli ptaszki  "ćwir ćwir").
Po południu udałyśmy się z mamą i Trusią na spacer- dziecko wreszcie trochę pospało, a ja przypomniałam sobie, jak wygląda moje rodzinne miasto.
W niedzielę rano spożyliśmy uroczyste śniadanie- Truś raczył zjeść dwa czekoladowe jajeczka- sama sobie je upolowała i nie dała odebrać. Pozostałe słodycze trzeba było szybko usunąć sprzed Trusinych ślepków, bo pewnie też by je spożyła, a przynajmniej wyskubała z papierków. Na werandę przykicał zajączek- przytaszczył dużo dobrej lektury dla każdego i trochę zielonych prezentów- Truszonowi trafiła sie zielona bluzeczka (od razu niedbale rzucona w kąt) i malutki czekoladowy króliczek- zdecydowanie bardziej entuzjastycznie przywitany, szybko przez Dziecko zidentyfikowany, wyskubany ze sreberka i pożarty.
A potem było rodzinnie- integrowaliśmy się z jedną babcią, drugą babcią, ciociami, kuzynami i kuzynkami, nawet wujkiem i ciocią zza Oceanu przez skype...
A w poniedziałek zonk- biało za oknem, forsycja w ogrodzie przykryta śniegową brrrr-pierzynką- fuj! Zamiast lany, był to sypany poniedziałek.
W ramach Świąt Trusia spotkała się ze swoją kuzynką Tosią- młodszą i mniejszą, ale bardziej włochatą.
A potem wróciliśmy do domu i nastał wieczór, a potem wtorek i do roboty od nowa. Na szczęście ten tydzień trwa tylko cztery dni:) A właściwie już tylko trzy- i znowu będzie weekend.

Śniadanie niedzielne i jajeczko numer jeden

Jajeczko numer dwa czas spożyć

Szukamy prezentów od zajączka

Z braćmi fajnie jest się pobawić

Sypany Poniedziałek

Święta świętami, ale porządek musi być i ktos musi o niego zadbać. Zwłaszcza jak babcia niechcący stworzyła deszcz wędlinek prosto na głowy uszczęśliwionych jamników. Oba były tak ogłupiałe tą niespodziewaną szczęśliwością, że wpadły w mały stuporek i dzięki temu udało się trochę wędłinek uratować. Trusiek zaś po jamniczej uczcie spróbował wyjeść okruszki, a następnie  dzielnie posprzątał.

A gdzie ty masz włoski Trusiu?

I dwie kuzyneczki raz jeszcze:)

19:01, dsmiatek
Link Komentarze (6) »
czwartek, 20 marca 2008
Świątecznie

Niestety, w tym roku omija mnie prawdziwa atmosfera Świą Wielkiej Nocy. Odkąd stałam sie dorosła są to moje ulubione święta- bo trwają tak długo- od Wielkiego Czwartku do Poniedziałku. Bo rzeczywiście są to święta, w których przygotowania nie przesłaniają ich prawdziwej natury. Ale w tym roku jakoś "przekombinowałam" i pracuję do wieczora we czwartek i w  piątek, omijają mnie więc nabożeństwa Triduum Paschalnego. Zostanie tylko Wielka Sobota, święconka i wielkosobotnia wieczorna liturgia. Ale i to tak trochę w pośpiechu, bo w sobotę rano wyjeżdżamy do mamy, więc nie będzie specjalnie czasu na przygotowanie pisanek i koszyczka:(

Pewnie nie zdążę juz jutro zaglądnąć na bloga, więc dziś składam wszystkim moim gościom najlepsze świąteczne życzenia- znajdźcie czas dla siebie, dla waszych pociech, czas na zadumę i odpoczynek. Niech zza śniegowych chmur wyglądnie słoneczko i sprawi, że się uśmiechniecie. Spędźcie miło i pięknie te Święta :)

A nawiązując do tematu bloga, czyli do jego tytułowej Właścicielki, to wczoraj odkryłam jej "perfidię". Jak oglądamy razem obrazki w książeczkach, to Trusiek udaje, że zupełnie nic nie umie, nie wie, jak robi krówka, konik, kotek...A wczoraj w kąpieli na hasło kotek Trusia zamiauczała, na osiołka powiedziała "i-o. i-o", na krówkę "muu", na pieska "hau hau", na ptaszki "ćwir ćwir". Podstępna bestyja!
A jak ona mnie radośnie wita, jak wracam po pracy do domu, jak się uśmiecha całą sobą- bezcenne:)
A takie nam jeszcze zdjątka w magazynie zostały:

Koralikowa panienka- Ciech ją tak ustroił i sfotografował.

A tu żaba zielona z trampkiem i ołówkiem:)

 

22:11, dsmiatek
Link Komentarze (6) »
środa, 19 marca 2008
O tym, co mnie dziś zbulwersowało

Nie tylko mnie zresztą. Przychodzę do pracy rano, a tam nowina- wczoraj w nocy policja kazała dmuchać w alkomat jednemu z naszych kolegów. Wyglądało to tak: około 23 zszedł z oddziału, gdzie miał dyzur skonsultować pacjenta na SOR. I któraś z osób siedzących w poczekalni- nie mających zresztą z owym lekarzem bezpośredniego kontaktu- zadzwoniła na policję z informacją, że jest on pijany. O północy na oddział zadzwonili dwaj panowie w kominiarkach i czarnych kamizelkach i zażądali natychmiastowego widzenia z doktorem R. A potem nakazali mu dmuchać w alkomat. W stronę zbulwersowanych i broniących lekarza pielęgniarek rzucili parę niezbyt przyjemnych uwag, a właściwie rozkazów, żeby się "zamknęły". Doktor w alkomat dmuchnął, przyrządzik pokazał zero! Nie wystarczyło, panowie "antyterroryści" zarządzili pobranie krwi. S. się zgodził, chociaż początkowo miał ochotę zaprotestować. Badanie wykazało ZERO alkoholu we krwi! I co, myślicie, że ktoś go przeprosił za najście, za niesłuszne oskarżenie, za pomówienie przy pacjentach z oddziału. Akurat!
Owszem, zdarzają się na dyżurach pijani lekarze i jest to sytuacja, której usprawiedliwić nie można. Ale dlaczego od razu na bezbronnego człowieka nasyłać dwóch zamaskowanych kominiarkami osiłków. Poza tym, jeśli oskarżenie okaże się nieprawdziwe, to chyba należą się przeprosiny!
Nazajutrz rano kolega zadzwonił do radcy prawnego szpitala, żeby poinformować o zajściu i zapytać, czy szpital (w końcu instytucja, która powinna bronic dobrego imienia swoich pracowników) może coś zrobic w tej sprawie. Co usłyszał- "ależ doktorze, o co panu chodzi, przeciez nic takiego się nie stało"!
Być może będzie na tyle zdeterminowany, żeby złożyć skargę na policji, czy gdzieś tam jeszcze. A może machnie ręką, bo za dużo zachodu.
Nie wiem, czy nienawiść do osób mojej profesji jest tak wielka, że przetrwała od rządów ekipy PIS-u i dalej sie rozwija...

Kiedy natrafiam na blogach na kolejne notki na temat niekompetencji lekarzy, na temat ich olewania pacjentów, czy wręcz szkodzenia, to się zastanawiam, czy naprawdę dobrych lekarzy już nie ma? Nie trafiliście nigdy na takich? Bo ja tak. Jednym z nich był mój wspaniały Tata. Chciałam o Nim napisać w rocznicę jego śmierci, 8 lutego, ale nie miałam wtedy dostępu do internetu. I poruszona sprawą kolegi napiszę o Nim dziś. Był lekarzem, dla którego medycyna była sztuka najwyższą. Dla niego było to też spełnienie marzeń, o które musiał walczyć. Nie było łatwo, opinia szkolnej organizacji młodzieżowej (jakiś tam komunistyczny ZMP, czy coś podobnego) uniemożliwiła mu, mimo zdanych egazminów, dostanie się na studia. A on, młody chłopak, pojechał do samego Bieruta i koczował pod jego drzwiami, żeby się odwołać (nie wiem, co miał Bierut do medycyny, ale widać miał). Mimo pozytywnej decyzji Tato nie mógł zacząć nauki, bo już rok akademicki trwał jakis czas. Przepracował więc ten rok w stacji sanepid-u przy ekshumacjach zwłok (bo to był czas powojenny i tych ekshumacji było chyba sporo). A jak sie już na te studia dostał, to działał w Kółku Chrurgicznym- bo to była dla niego królowa medycyny. I miał obiecany etet na klinice, nie dostał go jednak, bo znalazł się ktoś protegowany. Skończył studia, wyjechał z Wrocławia, został chirurgiem- najpierw ogólnym, potem onkologicznym. I uprawiał tą swoją ukochaną chirurgię z prawdziwa pasją. Uratował życie bardzo wielu osób. I podobno miał do chirurgii prawdziwy talent. Lubiono z nim pracować, lubili go pacjenci., z wieloma zaprzyjaxnił się i ta przyjaźń trwała do śmierci. Pracował w szpitalu, przychodni, na pogotowiu, nawet w izbie wytrzeźwień. I nigdy nie był pracą zmęczony. Aż kiedys zachorował na grypę- miał dyżur- nie słuchał, że z gorączką nie powinien iść do szpitala, że ktoś mógłby go zastąpić...Poszedł, na L4 chyba się nie udał. No i po grypie - jako powikłanie- wywiązało się zapalenie płuc. Pozwolił sobie na 5 dni zwolnienia i wrócił do pracy. I kolejne powikłanie, zapalenie wsierdzia, po którym została tacie kombinowana wada zastawkowa, która przerwała jego flirt z chirurgią. bo już nie miał siły stać przy długich onkologicznych operacjach. Ale przyjmował pacjentów w przychodni- tłumy pacjentów, wiem, bo miałam u niego staż. I dyżurował.. I kiedys po dyżurze dostał zawału na schodach własnego szpitala, wracał do domu...I nie udało się go zreanimować. Mój kochany Tato- myślę, że żyją jeszcze ci, którym uratował życie.
Wspaniałym lekarzem jest też moja Mama- chociaż wybrała dużo skromniejszą specjalizację- internę, a potem geriatrię. Zawsze miała czas dla swoich staruszków, wysłuchiwała ich cierpliwie i starała się im pomóc...
Wielu innych im podobnych pracuje ze mną, do bardzo fajnego pediatry chodzę z moimi dziećmi... Owszem spotykam też tych mniej kompetentnych, ale wolę pamiętać o tych, co są chlubą swojej profesji.

I to tyle. Może nie wyszło mi tak, jakbym chciała napisać, ale trudno. Niech tak zostanie.

A na dobranoc wystające przez szczebelki Trusiowe nóżki- bo z niewiadomych powodów układa się Trusia przez sen w poprzek łóżeczka, a że jest już za długo, to wystaje....

22:01, dsmiatek
Link Komentarze (5) »
wtorek, 18 marca 2008
AAK jajecznie

Dziś byłyśmy na kolejnym spotkaniu AAK. Tym razem, dzięki Kasi, nie musiałyśmy się tarabanić z wózkiem po schodach, poszłyśmy sobie jak dwie gościówy w chuście! Dzieciaków na zajęciach było mało, u nas tylko Artuś- skubaniec, o miesiąc młodszy od Truszona, a już biega samodzielnie. A jeszcze tydzień temu raczkował. Tymczasem Trusia raczej się uwstecznia jesli chodzi o chodzenie- nie wiem, jak tam z nianią, ale jak wracam do domu, to Mała uwiesza się na moich rękach i muszę ją przenosić z miejsca na miejsce. Jak już się przyzwyczai do mojej obecności w domu, to pomyka na czterech kończynach. Na dwóch ewentualnie wzdłuż mebli. I tyle, jesli chodzi o przemieszczanie się:(
Dzisiejsze spotkanie Kreatywnych było pod znakiem jajek i przedmiotów okrągłych i owalnych. Najpierw pomalowałyśmy i poobklejałyśmy tekturową pisankę- nawet odważna i kreatywna niezwykle Ania nie zdecydowała się na powierzenie dzieciakom prawdziwych jajek- w żadnej z możliwych wersji. Czyli nie było jaj na surowo, wydmuszek, ani nawet na twardo...
Poza tym malowałyśmy wielkie wycięte z papieru jajka farbami- podobno malowanie pędzlem jest dla małych dzieci najlepsze, bo nie trzeba się specjalnie wysilać, żeby zrobić maziugę. Wystarczy pogłaskać papier pędzlem umoczonym w farbce. Były tez piłeczki w wielu odsłonach- to dzieciaki lubią najbardziej. Było wspinanie się na górkę z poduszek. I bańki mydlane- też są przecież okrągłe. O bańkach już myślałam, że należałoby zakupić jakiś zestawik. Okazało się jednak, że Trusia baniek się troszeczkę boi- dopóki fruwają w powietrzu daleko od niej, to nie jest najgorzej, ale jak zanadto się zbliżają i pękają opryskując Truśkę to juz nie są takie fajne.
I to tyle właściwie, bo czuję się okropnie zmęczona. W nocy Trusiek sprawił nam "niespodziankę"- obudziła się zanim jeszcze zdążyłam się wykąpać i przebrać. Zwykle tatuś utula ją wtedy i usypia, ale tym razem się nie udało. Dzieć wył, ryczał, i oczki wytrzeszczał w poszukiwaniu mamy. Jak dotarłam do pokoju po bardzo pobieżnej wieczornej toalecie, dziecko co prawda płakać przestało, nawet przyssało się i oczki przymknęło, jednak po krótkiej chwili rozbudziło się całkiem i od północy do drugiej było niezwykle towarzyskie i aktywne.
Zresztą nie tylko nieprzespana noc dała mi w kość. Jakoś tak się ostatnio czuję, jakby mi baterie padały...Dobrze, że znaleźliśmy nianię idealną- Trusia ją nadal lubi, niania lubi Trusię, obie długo spacerują, Trusiek wyżera niani śniadanie, po spacerze grzecznie spożywa obiadek, na spacerze śpi nawet ponad dwie godziny. A niania ma jeszcze czas, żeby mi pranie powiesić, odkurzyć, pozamiatać, podłogi umyć- i to tak sama z siebie, z własnej inicjatywy! Oby jak najdłużej z nami została, oby dysk żaden jej nie wypadł przy dźwiganiu Kloca i oby jej własne dorosłe dzieci jeszcze przez najbliższe dwa lata nie obdarzyły jej wnukami;)

A oto, co Truś zrobił z "kreatywną" rzeżuchą z zeszłego tygodnia

Jak kiełkowała, to codziennie zaglądałyśmy, co u niej "słychać". Truśkę "odwiedziny" u rzeżuchy cieszyły ogromnie. A jak już urosła, to Truś ją przechwycił, wysypał z pojemniczka, w którym rosła,

poskubał,

a potem spróbował zjeść. Ale chyba jej nie smakowało, więc z "zemsty" wtarła Trusia rzeżuchę w podłogę. Wcale nie tak łatwo było ją z tej podłogi potem usunąć.

20:42, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 17 marca 2008
Wpis o jamnikach- specjalnie na Ingutki :)

Dobra, to dziś będzie o jamnikach, zwłaszcza, że właśnie mijają pewne "rocznice". Trzy lata temu dorobilismy się jamniczego przychówku, a dwa lata temu zaadoptowaliśmy Krokieta.
Co prawda o naszych domowych zwierzakach juz kiedys trochę było, ale co tam- posłuchajcie jeszcze...
Klucha, to nasza jamniczka, która we wrześniu tego roku skńczy 9 lat. Jest to typ jamnika- psa dla początkujących. Nie sprawiała nam nigdy szczególnych problemów- zeżarła tylko większość listw przypodłogowych (pozostałe resztki obrywa teraz Trusia) i portfel oraz ulubione klapki mojego męża. Kiedys był to pies prawie wcale nieszczekający- niestety, na stare lata się jej odmieniło i teraz szczeka- jak wychodzimy z Trusią na spacer i za długo zamarudzimy w wózkowni, jak wracamy i jesteśmy pod blokiem, jak dzwoni domofon, jak ktoś z domowników wraca do domu...Bywa to kłopotliwe, zwłaszcza przy "zajęczym" śnie Truszona. Ale jakoś dajemy radę. Klucha pokochała Trusię, jak tylko ta pojawiła się w domu, sypiała pod jej łóżeczkiem, płożyła się u mych stóp, jak karmiłam Małą. Teraz Trusia odpłaca Klusce za jej miłość, szarpiąc ją za uszy, skubiąc po boczkach- a przy tym mówiąc "nie nie nie" i grożąc paluszkiem- bo doskonale wie, że tak robić nie wolno. Klucha bardzo się jednak stara zachować cierpliwość, bo z przyjaźni z Trusią płyną określone korzyści- można się podzielić ciasteczkiem, zawiązać spółkę śniadaniową, "namówić" Trusia na nadprogramowy posiłek (Dziewczynkę fascynują psie miski i parę razy dziennie wydobywa je spod szafy w kuchni i próbuje napełnić psimi chrupkami. Miska z wodą też jest obiektem pożądania, na przykład dziś po południu Trusia oblała się jej zawartością- troszkę ją to chyba przestraszyło, bo się rozryczała, a wredna Starsza Siostra jeszcze na nią nakrzyczała).
Trzy lata temu, 13 marca 2005r. przyszły na świat małe Kluszątka- Śmierdlątka- Burito, Gogol, Pyza i Nutka. A oto one:

"Chłopaki" tuz po urodzeniu- jamnisie były tak malutkie, że mieściły się oba w ręce i miały takie rozczulające uszka, jakby plastikowe- cudowności.

A to cała czwórka w pierwszej dobie swojego psiego żywota

Słodkie, prawda?

Małe żarłoki-przyssawki- czasem, jak Klucha juz miała dość i chciała od nich na chwilkę wyjść, to wisiały jak te winogronka u jej biustu, ona szła, a one nie zamierzały wcale odpaść. Widzę tu pewne analogie, ze znaną mi Osobniczką;)

Jamniczki rosły, zaczęły rozpełzać się po domu i rozrabiać...

Ale któż by się na nie gniewał...

Powoli nadszedł czas rozstania- Gogol mieszka niedaleko, na tym samym osiedlu. Został "młodszym bratem" Tysi, przyjaciółki Starszej Córki.

Burito miał najmniej szczęścia- początkowo został zamówiony przez koleżankę mojej szwagierki- niestety rozmyśliła się w ostatniej chwili. Potem miał go wziąć kolega Starszej Córki- w dniu, w którym miał przyjechać po Burita zrezygnował (właściwie zrezygnowali jego rodzice). Potem trafił do rodziny z naszego osiedla- okazało się jednak, że pani jest ucuzlona na psią sierść i po trzech tygodniach wrócił do nas z powrotem. Właściwie już postanowiłam, że z nami zostanie i nie będzie się nigdzie tułał, ale znaleźli się kolejni chętni- rodzina mojej znajomej. Oddawałam go, roniąc krokodyle łzy. Tym razem psiak miał szczęście- mieszka sobie w willi z ogrodem, ma własnego kota do zabawy i jeszcze jednego psiego kumpla i jest bardzo szczęśliwy.

I jeszcze raz Burito z Ciechem młodszym o trzy lata od obecnego Ciecha.

"Dziewczynki" też poszły do znajomych- Nutka została w rodzinie- mieszka u mojej szwagierki. Pyzunię, która teraz nazywa się Rita, wzięła koleżanka Starszej Córki.
Szczeniaki były cudownym doświadczeniem, mieszkanie nie zostało do końca zdemolowane. Fajnie z nimi było. Szkoda, że tylko ten jeden raz...

Drugi nasz jamnik- Krokiet- jest znajdą. Dokładnie dwa lata temu przybłąkał się na balkon do sąsiadów Tysi. Niestety oni nie mogli go zatrzymać- szukali jego właścicieli, a potem kogoś, kto chciałby go przygarnąć. Początkowo podejrzewali, że jest to już stary pies, co odstraszało potencjalnych chętnych. Usłyszeliśmy o nim i zrobiło nam się przykro, że stary pies nie może znaleźć domu i pewnie trafi do schroniska, więc postanowiliśmy go zabrac do siebie. Klucha była już wysterylizowana, więc nie zachodziła obawa niespodziewanego psiego przychówku. Najpierw z wizytą do Krokieta udała się Klucha- na miejscu zeżarła mu wszystko, co było w misce, a on nie zaprotestował. Potem Krokiet przybył z wizytą do nas. Wyglądało na to, że powinny się polubić- kiedyś, bo na początku klucha traktowała Krokieta jak powietrze, a on schodził jej z drogi. Ale przynajmniej sie ze sobą nie kłóciły. Umówiliśmy się na zabranie psa na piątek po południu- żeby w weekend poobserwować psy, czy aby na pewno się zaakceptują. Kolo południa pani, u której jamnik przebywał, zadzwoniła do mnie, że niestety pies rano zwiał, a poszukiwania nie przyniosły rezulatów. Zrobiło mi się przykro, bo już go polubiłam... Wieczorkiem wracam sobie z pracy, a tu na trawniku pod naszym blokiem Krokiet skacze sobie wesolutki cały- zawołałam go, a on, jakby nigdy nic, poszedł ze mną na górę do mieszkania. I tak u nas pozostał. Wizyta u weterynarza wykazała, że ten rzekomo stary pies ma około roku. Był tylko troche zabiedzony, brudny, miał problemy z nerkami. Ale szybko doszedł do siebie i jest naprawdę fajnym psim kompanem.

I w ten sposób staliśmy się posiadaczami dwóch sympatycznych jamników, które po początkowym okresie traktowania się jak powietrze, bardzo się polubiły i zgodnie egzystują w naszej rodzinie.

Dziś więcej juz nie będzie, bo bardzo rozrósł mi się jamniczy wpis- a i tak nie wszystko, co chciałam zdołałam napisać. A Truś rośnie sobie wśród zwierzaków i też zgodnie z nimi współżyje. Śmieszne, że własne psy traktuje inaczej niż te obce na spacerach- na obce "szczeka", a domowe według Trusi sa chyba jakąś inną kategorią- może kimś w rodzaju "rodzeństwa". Bo na nie Truś nie "szczeka" i nie reaguje aż tak wielkim entuzjazmem- one po prostu sa częścią jej życia i jej rodziny:)

22:12, dsmiatek
Link Komentarze (7) »
sobota, 15 marca 2008
Ta dam- jedno marzenie się spełniło :)))

Czasem święty Mikołaj przychodzi w marcu. I dziś przyszedł do nas w osobie Kasi i pomógł spełnić jedno z moich marzeń- mamy chustę. Kasia pożyczyła nam piękną granatową  długaśną chustę. I się zakochałyśmy obie :) Poniosłyśmy się najpierw do domu, po drodze zahaczając o małe zakupy. Potem ponosiłyśmy się w domu, żeby rodzinie się pochwalić. A potem wyruszyliśmy piechotą na Cmentarz rakowicki, żeby pochwalić się Ciszkowi- a piechotą na Rakowicką od nas nie jest wcale blisko. Dzieć był tak zaskoczony i zadowolony chyba, że zapomniał o spaniu, myśmy zapomnieli o jedzeniu Dzieciowym (i na podwieczorek Truś trzema biszkopcikami zagubionymi w mojej torbie musiał się obejść). A w drodze poworotnej nastąpił sprawdzian matczynej miłości i wcześniejszych deklaracji, że Dziecku gwiazdkę z nieba da, jak tylko Truś zapragnie. Matka myślała co prawda, że Córka dłuugo jeszcze nie zapragnie i nie wyartykułuje takiego pragnienia. A tu proszę- Córcik zakochał się w księżycu i "da da" rozgłośnie wołał. Ponieważ matczyne wcześniejsze deklaracje oczywiście gołosłowne były i księżyca nijak dosięgnąć nie potrafiła, zawiedziony Córek rozwył się ze smutku, że księżyca mieć nie może. A potem ugryzł mamę w dekolt (chusta daje takie możliwości) i drapnął w nos. Trzeba będzie pomyśleć o kagańcu (na mopsa?) i ochraniaczach na łapki. Albo o gryzoodpornej kamizelce dla matki i arabskiej chuście na twarz;)

Dzięki Kasiu:D   Teraz będziemy uczyć się z obrazków innych sposobów przyczepiania Trusi w chuście:) Całe szczęście, że ten pierwszy udało mi się zapamiętać- może mam do tego więcej talentu niż do montowania szelek w wózku.
Książeczkę też przeczytałyśmy- jamnik wleczony do kąpieli coś domowego nam przypomina;)

20:38, dsmiatek
Link Komentarze (9) »
 
1 , 2 , 3
Archiwum