RSS
wtorek, 30 marca 2010
Jeszcze jeden husiek dzisiaj...

Nie wiem, jak Wasz, ale mój czas zupełnie zwariował. Jeszcze się nie zdążę dobrze obudzić, a już jest wieczór i nadchodzi pora na przedspaniową porcję Franklinów. Ja je jeszcze jakoś zdzierżam, staram się od czasu do czasu dokupić nowego, natomiast Trusiowy Tatuś oświadczył, że od dziś ma silną alergię na żółwie i nie może nawet książeczki z nimi dotknąć, bo grozi mu wstrząs anafilaktyczny- a to, wiadomo, potencjalnie może się skończyć zejściem Tatusia z ziemskiego padołu. Nie wiem, czy Trusia się przejęła, jak na razie nie słychać ani Trusiowego płączu zza zamkniętych drzwi, ani chrkotu duszącego się z alergii Tatusia. Czyli pewnie wypracowali konsensus i czytają Leśne Ludki. Trzy Frankliny przeczytała wcześniej Trusiowa Mamusia.

Trusiek dostał nową domową huśtawkę. Taką "dla trzylatków, a nie dla dzidziusiów"- uznałam, że ze starej Truś już wyrósł, a ponieważ na początku zimy przetarły się jej sznurki, została zdjęta i już jej nie reanimowaliśmy. Od wczoraj zawisła prosta deseczka na sznurkach, bez oparcia- taka dorosla huśtawką wzbudziła prawdziwy entuzjazm. I co pewien czas Trusiek prosi:
"Pohuśtaj mnie tloszkę. Jeden huś jeszcze. Albo dwa husie..."
Zwykle husiów robi się zdecydowanie powyżej dwóch.

Wczoraj powrócił z italskich wojaży Ciech- fajna jest ta jego szkoła, w czasie trzech lat edukacji gimnazjalnej na tzw. "zieloną szkołę" jadą tylko raz, w drugiej klasie- za to od razu do Włoch. Też bym tak chciała...
Trusiek bardzo za Ciechem tęsknił. Ostatnio ze smutkiem stwierdziła
"Ten mój Wojtuś chyba już nigdy nie wlóci:("
A jak jej przedwczoraj wieczorkiem powiedziałam, że Wojtek przybędzie nazajutrz, nie mogła się doczekać. I wciąż się dopytywala, czy to jutro zaraz będzie, czy jak się obudzi "po tej nocy", to Ciech już przyjedzie. A jak go dziś rano odkryła, to go opuścić nie chciała. Zbudowali wielką wieżę z klocków, czytali (Frankliny, a jakże, ale Ciech miał od nich dziesięć dni spokoju), kłębili się na dywanie. Kochają się :)

Z przedświątecznych niezbędnych czynności domowych mamy umyte okna i wyprane firanki. I upieczone dwa kruche spody do kajmaku, ktory wciąż w planach. I mamy zjedzoną kolejną narzutę na wersalkę w dużym pokoju- to była już ostatnia w rozmiarze pasującym. Ktoś reflektuje na jamnika marki Krokiet, całkiem sympatycznego poza namiętnością do spożywania narzut, koców i poduszek?

Dziś rano taka myśl mi do głowy przyszła (ktora w niej się od czasu do czasu zresztą kołacze)- że moje marzenia są jak mydlane bańki (sezon na nie już zainaugurowany, duża butla bańkowego płynu stoi na balkonie, a płynu wciąż ubywa)- najpierw dmucham je delikatnie, żeby były jak największe i nie pękały. Potem banieczka się odrywa od dmuchadełka i nagle "pyk" i pęka. I tyle z marzeń zostaje...

21:25, dsmiatek
Link Komentarze (3) »
sobota, 27 marca 2010
Żeby nie zapomnieć

Wczorajszy wieczór. Trusiowy Tatuś zakłada świeże poszewki na kołdry i poduchy w naszym łóżku. Trusia jak zawsze pomocna.
"To ublanko będzie dla mamusi, a to dla mnie. A gdzie dla ciebie będzie koludełka tatusiu (Dziecko się zatroskało wyraźnie). To nic możesz zablać mój kocyk." (wyraźnie zadowolona z konceptu, podaje Tatusiowi mikry kocyk przechowany jeszcze z czasów noworodkowych, a sama przechwyca kołdrę Rodziciela). Następnie pakuje do naszych poszewek na poduszki swoją podusię (już obleczoną w poszewkę w jeżyki) i swój ukochany mięciutki wałeczek w wielkie kropy.
"O, zablakło ublanek na wasze poduszki. To nic, może znajdziemy jeszcze inne ublanka w szafie."

Dzisiejszy ranek. Truśka wyjątkowo aktywna już od szóstej (może czuje zbliżającą się zmianę czasu), przebiera kończynami i koniecznie stara się nawiązać konwersację. W końcu spełzam z łóżka o ósmej, wchodzę do kuchni i, jak zwykle, zleczka się wkurzam jej stanem. Odrobinkę wnerwiona zabieram się za robienie śniadania, Trusia asystuje. W pewnym momencie wypada mi z ręki  serek. Trusia zxagaja:
"Czy to wypadło ci nolmalnie czy z emocji?"

Przed chwilką słyszę śpiewającą sobie pod nosem Trusię:
"Dziękuję ci tato, dziękuję ci babciu, dziękuję ci Wojtku, dziękuję ci Pawłu za to, że byli i żyli gałęzie i kwitli..."

A na weekend tradycyjnie pochmurno i wietrznie :(

09:27, dsmiatek
Link Komentarze (5) »
piątek, 26 marca 2010
Obleśna Trusia

Ranek. Trusia świeżo obudzona, doznała nagłego przyspieszenia w kwestii ubierania. Koniecznie zapragnęła, żebym to ja jej pomagała, a nie Pasia. OK, zagladamy do szuflad, zadaję sakramentalne pytanie, w co się Córka dziś ubierze. Na paszczy pojawia się chytry uśmieszek
"Na łóziowo oczywiście się ubiolę. I będę obleśna tatusiowa Tlusia lóziowa."

Wieczorkiem Trusiek przypomniał sobie, że miał podlać zasiane własnoręcznie w balkonowych skrzyneczkach roślinki. Ponieważ nie mogłam jej towarzyszyć przedsiębiorcza Córka zabrała się do dzieła sama. Przystawiła sobie schodeczek do umywalki, zabrała swój zabawkowy herbaciany czajniczek i z małymi porcjami wody ganiała na balkon. Trusiowy Tatuś zachował przytomnośc umysłu i w pewnej chwili poszedł skontrolować proces podlewania. Trusia oprócz ziemi w skrzynkach utworzyła także mokrą ścieżkę od łazienki do balkonowych drzwi. P. podzielił się naturalnie ze mną swoim "odkryciem".
O nie!- rozpoczęłam lamentację.
"A po cio tak oniejasz mamusiu?"- zainteresowalo się Dziecko.
No bo podłogę całą zachlapałaś i będę musiała wycierać.
"Niee, nie będziesz musiala. Tatuś już wytrzął."
Przy okazji poskarżyła Córka na niesforne nasionka:
"Wiesz co mamusiu. Te nasionka niektóle to nie są zbyt grzeczne. Wylazły z ziemi. Ale nie maltw się, już je z powlotem tam wcisnęłam."
Mam nadzieję, że nie będzie wciskać tego, co z nasionej wykiełkuje- o ile czemuś uda się wykiełkować;-)

23:40, dsmiatek
Link Komentarze (1) »
środa, 24 marca 2010
Paryż

W pewnym momencie, pomiędzy  jedną mammografią a drugą, nieoczekiwanie i zupełnie bez związku z aktualną sytuacją, naszło mnie wspomnienie naszego pobytu w Paryżu A.D. 2006. A konkretnie zobaczyłam w swojej głowie, jak wędrujemy sobie z P., po pbejrzeniu impresjonistów w Muzeum d'Orsay, w kierunku Dzielnicy Łacińskiej. Przecinamy sobie Ogrody Luksemburskie, gapiąc się na łódeczki pływające w sadzawce. W moim wspomnieniu mam  przemożne wrażenie, że nie włóczyliśmy się sami, że towarzyszyło nam któreś z dzieci- więc próbuję sobie przypomnieć- bo jedno mi tylko dziecko w głowie kołacze. Bunia nie- razem z Tysią (przyjaciółką) wybrały  inny plan zwiedzania. Chłopaki? Zostali wtedy na kempingu i matkowali "uratowanemu" z jeziorka pisklęciu kurki wodnej. Trusia! No tak, ale przecież Trusi jeszcze z nami być nie mogło. I nagle "Eureka!"- jak to nie mogło, przecież była. Była z nami Trusia- jeszcze nie w pełni uświadomiona, jeszcze nie uwierzona. Ale była. Zwiedzała z nami Paryż i zamki nad Loarą. Była- kochana, upragniona i wytęskniona. Kiedyś może pojedziemy pokazać jej Paryż...

A Ciech przysłał SMS-a treści: "Pozdrowienia z audiencji u papieża." Takiemu to dobrze...

22:40, dsmiatek
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 22 marca 2010
Rodzeństwo

Wracając do domu po południu zobaczylam taki oto obrazek:
Duży facet z irokezem na głowie, w czarnej bluzie trzyma za rączkę mała złotowłosą dziewczynkę w bluzie różowej. Każde z nich w drugiej ręce trzyma smycz z jamnikiem. Idą sobie zgodnie gwarząc, wyraźnie zadowoleni ze swojego towarzystwa. Wyglądają jak dwa przeciwieństwa, dwa różne światy- a tak dobrze zdają się siebie rozumieć.

Wczoraj pod Wawelem patrzyłam na dziewczynę z marchewkowym czubkiem na głowie, kolorową i troszkę "obszarpaną", która trzymając mocno pulchną łapkę blond-aniołka podziwiala wraz z nim pływające po Wiśle kaczki i łabędzie. I też obie, chociaż tak różne, wyglądały na całkiem zgodne i bardzo zadowolone.

Dwa obrazki, które koniecznie muszę zachować w pamięci. Piękne.
Powinien być jeszcze trzeci, ale ten od trzeciego obrazeczka bawi sobie w pięknej Italii. A wcześniejsze scenki z nim w jednej z głównych ról są zwykle badziej dynamiczne.
Nastolatek, zupełnie nie ekstrawagancki, kłębiący się na dywanie z wrzeszczącą trzylatką, oboje szczęśliwi, zaśmiewają się i "straszą" nawzajem wyimaginowanymi duchami i wilkami.

Truśka i jej rodzeństwo- chociaż są od niej tyle starsi, całkiem nieźle się kumplują. I chyba dobrze im razem.

Patrząc na Bunię i Trusię nad Wisłą pojawiła mi się, niestety, jeszcze jedna myśl. Lęk, który mnie napada zawsze, gdy widzę Moją Najmłodszą stojącą gdzieś nad nieprzezroczystą głęboką wodą. Lęk, że coś strzeli jej głupiego do głowy, że ufna w to, że potrafi pływać (bo tak się jej przecież wydaje, z wodą oswojona jest odkąd pamięta), wskoczy do tej ciemnej toni, zniknie mi z oczu i jej nie znajdę, nie będę jej mogła wyłowić.
Jest gdzieś jakiś psychiatra na podorędziu? Psycholog może?
A tak a propos tego niebania się wody- w czasie minionych wakacji Trusia zrobiła ten właśnie numer- nagle wskoczyła do głębokiego basenu, w momencie, gdy wcale się tego nikt z nas nie spodziewał. No ale w basenie woda była przejrzysta, "na ratunek" wskoczyłam ja, Ciech, z drugiego brzegu popłynął sprintem Trusiowy Tatuś. A nieświadoma niczego winowajczyni wypłynęła sobie prychając, bardzo zadowolona z numeru, który udało jej się nam wywinąć.

Moje przygotowania do Świąt leżą i płaczą. Na łopatki położyła je wiosna, która dodała Trusi dodatkową porcję energii oraz chęć nieustannego przebywania na dworze. Jutro spróbuję może zamienić plac zabaw na wspólne mycie okien- balkonowe nada się dla Truszona w sam raz. Może da się skusić...

22:08, dsmiatek
Link Komentarze (4) »
niedziela, 21 marca 2010
Dzisiaj

Cóż, musiało to kiedyś nadejść. Znałam to już z doświadczeń z Dziećmi Starszymi (tylko Paweł mi jakoś umknął). Dziś Trusia pierwszy zauważyła, że ludzie różnią się kolorem skóry. Nie wiem, czy wcześniej nie zwracała na to uwagi, czy w realu umknęło to jej uwadze. W każdym razie to dziś był ten dzień, kiedy Trusia spacerując ze mną i Starszą Córką po Starym Mieście nagle zawołala gromko:
"Oooo, patrz mamusiu, idzie Murzynek Bambo!"
Próbowałyśmy z Bunią dyskretnie wyjaśnić, że to nie Murzynek Bambo tylko pan, który ma ciemną skórę. Na nic wyjaśnienia.
"Coś ty mamu, Buniu, przecież to Murzynek Bambo jet plawdziwy!"
Reakcja Trusi bardzo mi przypomina reakcję Buni, ktora na widok dwóch ciemnoskórych studentów (mieszkaliśmy wtedy przy akademikach) zaczęła głośno deklamować wierszyk "Murzynek Bambo w Afryce mieszka..."
CIech zobaczywszy pierwszy raz ciemnoskóre dziecko pławiące się w basenie na kempingu we Włoszech oniemiał, a potem zapytał:
"A dlaczego ten chłopczyk ma....takie białe rączki."

Zgodnie z zeszłotygodniową deklaracją pojechaliśmy na 11-tą do kapucynów. A potem z Trusią i Bunią powłóczyłyśmy się po mieście, zaszłyśmy na Wawel i do Smoka (legendę o Wawelskim Smoku Trusia może chyba wyrecytować obudzona o północy, przerabiamy ją ostatnio co najmniej raz dziennie), wstąpiłyśmy na przesłodką białą czekoladę z truskawkami i malinami i niezwykle atrakcyjnie,bo tramwajem, powróciłyśmy do domu.
Truśkę rozpiera chyba wiosenna energia, całą mszę rozrabiała i była niezwykle ruchliwa (w kobiecie o surowym wzroku, stojącej nieopodal, rozpoznałam moją pacjentkę z przychodni M). Ruchliwość przeniosła się na spacer, obiad, a po obiedzie Dziecko zapragnęło kolejnego spaceru. Ponieważ musiałam na małą chwilkę znaleźć się w centrum handlowym, wylądowałyśmy obie na placu zabaw pod centrum, gdzie Truśka śmigała z jednego bujaka na drugi, na wieżę, zjeżdżalnię, do wozu strażackiego... Nie nadążałam nawet myślą.

Scenka przedobiadowa:
Starsza Córka nurkuje w szafie z ręcznikami.
"A co ty tam lobisz Buniu?"
Szukam ręcznika.
"A po co ci lęcznik?"
Bo chcę sobie zabrać czysty do domu.
"To czym ty się w domu wycielasz?"
No ręcznikiem, tylko, że jest już brudny i muszę go dać do prania. Szukam sobie nowego.
"To ja ci mogę swój lęcznik z kaptulkiem pożyczyć."
Dzięki Trusiu, ale dla mnie jest ob chyba za mały.
"Za mały? Niee, możesz sobie po kolei wszystko wycielać."

A Ciech powitał tegoroczną wiosnę w Asyżu. Ale mu zazdroszczę....

20:54, dsmiatek
Link Komentarze (1) »
sobota, 20 marca 2010
Truśka- Mały Smok

Dziś tylko zdjęcia z poniedziałkowych zajęć taekwondo dla najmłodszych:

Bardzo by się jej dzisiaj taki trening przydał, bo odkąd na dworze cieplej roznosi Trusię wiosenna energia. Koniecznie musiałysmy odwiedzić dziś plac zabaw, mimo moich próśb o rezygnację z zabaw piaskiem Trusia upiaszczyla się cała. I tylko spozierała, czy się zloszczę, czy jeszcze troszkę tego piasku "na kotleciki" może sobie zabrać. Odpuściłam, bo widzialam, jak wielką frajdę jej to sprawiało. Otwarty balkon spowodowal przytarganie do mieszkania zakurzonej po zimie konewki i utworzenie błota w łazience, na trasie pomiędzy nią a drzwiami balkonowymi oraz na samym balkonie. Do pokoju trafiły też okrpnie brudne spinacze. A przy panującym już wcześniej chaosie (remont jednego pokoju jako "never ending story") sprawiło, że prawie wyszłam z siebie. Szczęśliwie jednak nie wyszłam, zostałam i reszta dnia minęła nam na miłej pogawędce, Trusiowym pożeraniu MOJEGO kawałka ciasta ("Ja się z tobą mamusiu baldzo chętnie podzielę ciasteczkiem. O, jeszcze masz malutkiego glyzika. To ja go baldzo chętnie zjem."), zabawie pianą w kąpieli i pierwszym czytaniu (wreszcie nie Franklin po raz tysięczny siódmy) Leśnego Ludku.
Jutro liczę na podobne miłe chwile.

Milej niedzieli wszystkim:)

23:01, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
piątek, 19 marca 2010
Z relacji Córki Starszej

Siedzą sobie dwie Córki w domu tej Starszej. Młodsza spoczywa na kolanach Siostry, Starsza stara się kreatywnie wymyślać bajki. Młodsza zasłuchana kładzie w pewnym momencie bezwiednie (?) rączkę na biuście Starszej.
-A gdzie ty mi rączkę położyłaś Trusiu?
-Ja? No nie wiem.
-No jak to, na biuście moim mi rączkę trzymasz.
-Taak? To to jest biust?
 Oooo, to on wcale nie jest taki mały.
(Tekst jest tym zabawniejszy jeśli zna się kontekst, czyli niewielki kompleks Starszej na punkcie miseczki A;-)

20:53, dsmiatek
Link Komentarze (3) »
czwartek, 18 marca 2010
Strachy

Każde dziecko chyba musi sobie stworzyć kiedys tam swoje własne strachy. Truśka też sobie utworzyła. Chociaż nikt jej specjalnie nie straszył. Ale skoro dorośli lubią horrory, to dzieci pewnie lubię się czasem bać- tak troszeczkę. Trusia boi się wejść sama do ciemnego pokoju- i to jest nawet zrozumiałe. Ostatnio zaczęła się odmawiać samnotnego wchodzenia do pustego pokoju, momo że pali się w nim światło. Koniecznie przynajmniej na progu musi ktoś stać i pilnować. Dzisiaj wieczorem wycięta dyżurem i choróbskiem oraz niejedzeniem siedziałam z nią na kanapie i czytałyśmy Franklina. Po skończeniu książeczki Truś zapragnął kolejnej, trzeba było jednak pójść po nią do innego pokoju, w ktorym paliło się światło, nie było jednak nikogo. Nie miałam ani siły ani ochoty podnieść się z kanapy, Trusia pragnęła czytania, wyruszyła więc niepewnie na samotną "wyprawę" powtarzając sobie jak mantrę:
"Wcale się nie boję, nie boję się wcale niczego."
Idąc po kolejną bajkę oznajmiła:
"Idę po dlugą, ze smutkiem potrząsnęłam głową."
Skąd się jej wziął taki tekst? Ano z książek oczywiście. Uczy się ich treści na pamięć i potem często cytuje. Oraz naśladuje. Naśladując Franklina zaadoptowala sobie "ukochany" kocyk, z ktorym pomaszerowala we wtorek na zajęcia AAK, upychając go pracowicie w plecaczku.
A dzisiaj na spacerze znalazła kaczuszkę- akurat niewirtualną wcale, jakieś dziecko musiało zgubić i leżała sobie mała pluszowa kaczka na trawniku. Trusia ucieszyla się, że ma swoje kaczątko i od razu zaczęła opowiadać:
"Weźmiem dmuchany matelacyk, nadmucham, naleję wody. Zlapię mnóstwo muszek i lobaków. Zlobię gniazdko z ziemi i liści..." Tekst był"toczka w toczkę" jak w książeczce.

Sama niechcący zrodziłam w Dziecku obawę przed zjedzeniem czekoladowej żaby. W zeszłym tygodniu dostała Truśka od mojej przyjaciółki żabkę  i sowę z czekolady. Niebacznie opowiedziałam jej, że w Hogwarcie czekoladowe żaby uciekały przed zjedzeniem. I do teraz żaba nie została zjedzona, momo że Truś jest łasuchem i uwielbia czekoladę. Obawa przed nagłym ożyciem żaby jest większa niż Trusiowe łakomstwo. Przed zjedzeniem sowy Trusia wielokrotnie się upewniała, czy aby czekoladowe sowy w Hogwarcie nie ożywały. Uspokoiło ją oświadczenie, że nie było czekoladowych sów. Za to sowy są wciąż dobrym straszakiem w czasie wieczornych spacerów- bo zawsze jakaś może przylecieć i znenacka zawołać "hu hu".
Na razie zrezygnujemy z lektury Harrego Pottera, bo mogłoby to zrodzić inne jeszcze traumy ;-)

W czasie dzisiejszej kąpieli nagle Trusia zapomniała, jak wykonuje się pewną czynność, która zwykle przychodzi jej bez trudny, na zawolanie. Niechcący wtarła sobie mydło w oczko. Zawrzasnęła gromko, ruszyłam więc natychmiast na pomoc. Namawiałam Truśka, żeby sobie troszkę popłakała, łezki wypłuczą mydło i już będzie w porządku. Niestety, Trusia zapomniala, jak się płacze. Udawało się jej wyprodukować tylko wrzaski, ale wrzaski nie usuną mydła z oczka.
"Jak mam wyplodukować łezki mamusiu? Całkiem zapomniałam jak to się lobi."
Rozważałam przyniesienie rozkrojonej cebuli...

"Za lasami, za gólami, nie było nic tylko niedźwiedzie i ślimaki. I nie było co jeść. Więc one postanowiły zjeść klokodyla. Ale to było dawno, chociaż chyba nie tak baldzo dawno. Może przed pięciu latami..." Trusia właśnie opowiada bajkę na dobranoc swoim pluszakom, ktore tłumnie zajęły jej łóżeczko.
Zapowiada się nieźle, ciekawe, jaki będzie ciąg dalszy...

Dobrej nocy:)

 

20:07, dsmiatek
Link Komentarze (3) »
środa, 17 marca 2010
Stylizacje

autorskie Trusiowe:

"A do czego mamusiu może być to coś w klopeczki? Moze mi zlobisz z tego opaskę. A tu mam jeszcze jedną wstążeczkę. Ta będzie na lączkę."

"Nie bój się Pawełku, jeszcze ci tylko gumeczkę przyczepię. Nie uciekaj."

Więcej dziś nie stworzę, albowiem jestem w "S" na "D", a na dokładkę czuję się jak przeciągnięta przez magiel albo podobne urzadzenie. W nocy dopadła mnie chyba grypa żołądkowa, spędzałam więc upojne chwile w łazience, raz po raz nurkując w kibelku. Przez część czasu towarzyszyła  mi wyjąca Trusia, którą akurat obudził jej własny kaszel i która koniecznie łaknęła przytulenia i spania wraz ze mną. A tymczasem nie do spania mi całkiem było. W pewnym momencie Córka zamilkła, uznała sytuację za poważną i zaczęła mnie głaskać po targanych torsjami plecach, starając się pocieszyć.
Nie ma to jak własna Mała Córka- plaster na całe zło i wszelkie dolegliwości.
Teraz heroicznie staram się pracować, chociaż sił mam niewiele- jak ktoś od wczoraj nic nie jadł, to silny być nie może! Za to jak jutro stanę na wagę- oj, będę miała swoje pięć minut.

20:08, dsmiatek
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2
Archiwum