RSS
czwartek, 31 marca 2011
O domowej uroczystości i nadal odmienionej Córce

Nie będzie to wpis długi, bo pora już późna, a ja po dyżurze. A nasz nowy dyrektor podobno wyrywkowo sprawdza punktualność przychodzenia do pracy, zatem nie mogę jutro zaspać.

Dzisiaj odbyło się bieżmowanie Ciecha. Jak to możliwe, że mój przez tyle lat Najmłodszy (zdetronizowany dopiero w wieku lat 11 i pół przez Trusię) jest już prawie dorosły. Nie zauważylam, kiedy mnie przerósł i nadal się z nim przekomarzam, że nieprawda, wcale nie jest wyższy ode mnie (a jest i to sporo). Dziś po raz pierwszy w garniturze, białej koszuli i niesportowych butach- Wojciech a nie Cieszyn... I ci wszyscy jego kumple, i koleżanka ze żłobka, która tak ładnie go Jajtusiem nazywała, i dzieci dawnych sąsiadów z okolic hotelu akademickiego, gdzie kiedyś mieszkaliśmy, i córka sąsiadów- gdzie się podziały te maluchy?
Wzruszyłam się, chociaż Trusia starała się mi w tym wzruszeniu przeszkodzić. Fakt- msza plus bieżmowanie to stanowczo za długo jak dla czterolatki. Zatem w pewnym momencie siadla na ławce z miną buntownika i  półgłosem zaczęła mamrotać
"Nie lubię kościoła, w kościele jest nudno. Nie można się bawić, nie można jeść, nie można się nawet położyć. Tylko tak się modlić i modlić bez końca. Nie lubię kościoła i już."
Rzeczywiście, ostatnio nawet do kapucynów chodzi z mniejszym entuzjazmem i przy niedzieli wyrzeka, że znowu jest dzień kościołowy.
A odmieniona na gorsze jest nadal. Gdzie się podziala moja słodka, bystra interlokuorka? Teraz o byle co się obraża, łzy leje, smarka, chlipie i nie daje się uspokoić, krzyczy i domaga się rozmaitych materialnych dóbr ("Mamo mamo, musisz mi kupić Polly Pocket na basenie. Musisz, bo ja muszę to mieć. Bo mi się to tak podoba i ja o tym marzę."), terroryzuje o kolejną bajkę na dobranoc na youtubie, o jeszcze jedną książeczkę przeczytaną przed snem. I nawet nie negocjuje, nie prosi ładnie, tylko się domaga. Oj, tego to ja nie lubię.
Jak tak dalej pójdzie, to faktycznie nie będzie już o czym na blogu pisać...

No chyba że własną przygodę z wyszczuplającą bielizną w Triumphie , tudzież strojem kąpielowym o podobnych właściwościach zamówionym w wysyłkowym sklepie napiszę. Dużo to zabawniejsze niż ostatnie wyczyny Panny T. Żeby wbić się w ów strój trzema niezłej siły fizycznej i elastyczności. A jak się już człowiek wbije, to efekt wcale nie jest aż tak spektakularny:( Z bielizną było podobnie- wiłam się ja w przymierzalni, skręcalam, wbijalam raz jedną połowę cielska, raz drugą. Uff- wbiłam, patrzę w lustro, czy brzuch już płaski jak decha, czy pupa nie wisi, czy talia do osiej zbliżona. A tam co- ta sama Dorotka tylko w wielkich majtasach po pachy, które się co gorsza zbierają do zwinięcia w części swojej górnej w rulonik, coby dodatkowy wałeczek utworzyć. Ech, nie ma nadziei na wygląd młodej laski- wolę mam za słabą i psychikę na diety (natychmiast wpadam w depresję), wyszczuplające kosmetyki jakoś na mnie nie działają (chociaż wypróbowano je na grupie iluś tam kobiet i w iluś tam procentach przyniosły zmniejszenie rozmaitych obwodów), herbatki i inne Linee tez jakoś nie chcą sprawić, żeby moja waga pokazywala mniej, na fitnesy latam co najmniej trzy razy w tygodniu- mięśnie trochę mi się wyrobiły, zwłaszcza uda jakby grubsze od tych mięśni (co pogarsza dodatkowo sprawę przy kupowaniu spodni), ale wagi nie ubyło. Sięgnęłam po sztuczki oszustne w postaci bielizny, ale i  tu fiasko:(

No i popełniłam kolejny wpis nie o Trusi traktujący, znak, że trzeba założyć własny blog, a Gertrusię zostawić w spokoju. Zapowiada się jednak, że po sobocie będzie o teatrze- dostała Truśka dwa bilety do prawdziwego teatru- w sobotę wieczorkiem idziemy do Słowackiego na Czanoksiężnika ze Szmaragdowego Grodu. A potem może wreszcie uda mi się przeglądnąć dostaną do przetestowania książkę "365 zabaw dla bystrych brzdąców"- wiążę z nią pewne nadzieje na odczarowanie upierdliwej Truśki z powrotem w Truśkę- Słodziaka.

23:37, dsmiatek
Link Komentarze (1) »
wtorek, 29 marca 2011
Terror rozrywek na świeżym powietrzu ogłaszam za rozpoczęty

Ano terror- to nie przejęzyczenie wcale. Pierwszy przymus jest mój wlasny- bo skoro wreszcie zaświeciło słońce i tempertaura przestała oscylować w okoicach zera, to trzeba z tego korzystać i przewietrzać dziecko. Zatem ilość czasu na zadania domowe jeszcze bardziej mi zmalała- wpadam z siatami, pichcę obiad jedną ręką, pranie nastawiam drugą, zamiatam trzecią, psy karmię czwartą. POtem siedząc na jednym półdupku połykam w pośpiechu to, com upichciła, dzicko wysyłam do ubierania butów- żeby chociaż na godzinkę wyjść, zanim słońce na dobre się schowa.
A terror drugi to domowa terrorystka Zofia vel Gertruda, która przeżywa bunt czterolatka (jest w ogóle taki?), próbuje zdobyć domową władzę i forsować swoje zachcianki wszelkimi sposobami. Od przymilnego "proszę" powtarzanego do potęgi dwunastej, przez "blagam cię" (skąd ona to wzięła, z przedszkola?), łez lanie fontannami na zawołanie (z teatralnym prawdziwie smarkaniem połączone i wrzaskiem, ktory się głośnym echem od okolicznych bloków odbija) po działa najcięższe typu "już cię wcale nie lubię mamo" podkreślone dodatkowo dla wzmocneinia efektu głośnym tupnięciem, straszliwym grymasem na twarzy, zaciśnięciem piąstek, a nawet próbami kopnięcia lub uderzenia rodzicielki. Dzisiaj taką próbkę miałam próbując z placu zabaw do domu powrócić, bo słońce się skryło, marznąć zaczęłam, a marzenie o ciepłej herbacie nie dawało mi się skupić na czymkolwiek innym.
To może lepiej wcale na to pole/dwór nie wychodzić? ;-) Przynajmniej przed obcymi wstydu się nie najem.

 

I niech was przypadkiem nie zwiedzie ta różowość i słodkość-nie nalezy jej wierzyć za grosz;-)

23:08, dsmiatek
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 28 marca 2011
Rozważania nt. Shreka

Truśka przed snem przypomniała sobie Shreka.
"A bo wiesz mamusiu, że Shreki składają się z plasterków?"
??? Z plasterków?
"Nooo, z plasterków. Jak cebula. Na filmie było przecież, że Shreki są jak cebula, z plasterków."
Aaa wiem. To nie o plasterkach było tylko o warstwach. Że Shreki mają warstwy jak cebula. Ale to tylko taka przenośnia była.
"To z czego są właściwie Shreki?"
No z tego samego co ty.
"Co jaaa? Nieeee, bo one są przecież zielone, a ja mam kolor ciałowaty."
No ale przecież można mieć inny kolor skóry, a być z tego samego. Przecież Shrek ma ręce, nogi, brzuszek, głowę- tak jak ty.
"No nie, wcale nie jak ja. Bo on ma uszki takie sterczące i trąbczaste."

Dalej nastąpiły dywagacje na temat, czy inne stworzenia są z tego samego co Trusia, na przykład rozważałyśmy jak to jest z naszym domowym inwentarzem. Wyszło na to, że najbardziej do człowieka podobny jest chomik, bo ma nóżki i czasami ma też rączki, jak na tych nóżkach dwóch cupnie, a w przednich łapkach trzyma sobie czekoladowego chomiczego dropsika. Podobny jest też z kulinarnych upodobań- ze wszystkiego, co dostaje do jedzenia, najbardziej lubi czekoladowe dropsy- zupełnie jak my z Trusią;-)

Zamiast najbardziej "człowiekowatego" chomika, zdecydowanie mniej "człowiekowata" wyrośnięta Buniowa Paskuda:

Jeszcze raz- z różową do bólu zębów Trusią (ja w tym różu starałam się palców nie maczać):

19:00, dsmiatek
Link Komentarze (10) »
niedziela, 27 marca 2011
Zabawa w ...

Miejsce akcji- mieszkanie w starym budownictwie z długim przedpokojem, w którym można się rozpędzić.
Główne bohaterki- dwie słodkie i niewinnie wyglądające czterolatki: Tola i Trusia.
Pomysłowe dziewczątka wymyśliły nową zabawę o dźwięcznej nazwie "FUJ". Polegała ona w fazie początkowej na zrzucaniu z półek wszystkiego, co się napatoczyło ("zrzucałyśmy gazetki, zabawki, książki..."). Faza druga zaś składała się z szaleńczego biegania wzdłuż przedpokoju, tam i z powrotem i wykrzykiwaniu na cały głos nazwy owej zabawy.
Jedna z dziewczynek ma jeszcze problem z wymową niektórych głosek. Między innymi nie wymawia głoski "F", zamiast niej mówi "H".
Jakie słowo wywrzaskują zatem na cały regulator śmigające tam i z powrotem dziewczynki?

19:49, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
piątek, 25 marca 2011
Dopieszczanie Starszego Syna

Dopieszczanie Syna Starszego polegało na tym, że wczoraj wieczorem wybrałam się z nim do Multikina na transmisję "Czarodziejskiego Fletu" z La Scali. Niestety- jedno dopieszczone, to drugie z dziurką w sercu. Tym bardziej, że z pracy do domu wróciłam przed siódmą i za godzinę musiałam znowu wyjść. Truśka przywitała mnie zatem łzawo i błagalnie:
"Mamusiu, ja cię tak ładnie proszę, nie idź na operę z Pawłem. Zostań ze mną, zaopiekuj się mną troszeczkę. A może na basen pójdziemy, jak tak bardzo chcę na basen. Tylko cię błagam, nie idź z Pawełkiem na operę."
Jednak poszliśmy, szczęśliwie TRusia po przeczytaniu czterech reaktywowanych na tą chwilę Franklinach zgodziła się na opiekę Starszej Siostry i Ciecha. 
A opera? No cóż, Mozart, aria Królowej Nocy sprawiająca, że ciarki człowiekowi po plecach przechodzą i żałuje, że się już skończyła. Ale odbiór opery w kinie trochę dziwny. Bo niby sztuka wyższa, zatem bez popcornu i coli, towarzystwo też bardziej nobliwe. Ale to jednak kino. Paweł wzbudził pewne zdumienie swoją obecnością na tego typu projekcji- znowu zahodował irokeza, dodatkowo miał koszulkę z wielką czachą i kurtkę z ćwiekami- ale wcześniej pytał, czy ma się ubierać oficjalnie, czy może iść w stroju codziennym, a ja uznałam, że skoro to multipleks, to nie ma powodu stroić się na galowo.

A dziś zmęczona już jestem- za mną prace dwie, obiad w postaci spagetti z duszonym liścistym szpinakiem (dodatek pistacji dobrze mu zrobił), wędzonym łososiem, suszonymi i koktailowymi pomidorkami (ładne było kolorystycznie i smaczne) i truskawek z waniliwoym jogurtem, zakupy weekendowe z Trusią, pasta z makreli i twarożku na jutro i sałatka wieloskładnikowa na dzisiejszą kolację dla Synów. Przede mną jeszcze zapakowanie Cóki do łóżka i stos mammografii.
Mąż po trzydniowej nieobecności wróci dopiero w nocy. A jutro jedziemy odwiedzić babcie.

Szablon zmieniłam, bo dziwne rzeczy wyczyniał na niektórych komputerach i czasem nie dało się czytać bloga. Szkoda, bo tupanki ładne były. Takie same kwitną nam własnie na kuchennym parapecie:)

Krasnale na razie się jeszcze nie zazieleniły, ale podlewamy i czekamy.

Na dzisiejszy wieczór wylosował Trusię Starszy Brat:

19:49, dsmiatek
Link Komentarze (4) »
środa, 23 marca 2011
Ostatnio powiedziała

"Mamo, mamo, chodź szybko, coś ci pokżę!" - Truśka czeka na dobranockę, wlaśnie kończy się "Jaka to melodia".
"No chodź szybko, bo tu w telewizorze jest szaleniec!"
No to pędzę zobaczyć szaleńca. Na ekranie "szaleje" perkusista :)

Trusia ogląda z Pawłem coś na kompie. Nagle ogromnie się ucieszyła.
"Patrz, prawdziwy Nudzimiś w komputerku! Jak fajnie!"
Na ekranie leci właśnie filmik o...fenku :)

"Wiesz mamusiu, miałam taki piękny sen. Pawłowi by się też podobał. Śniło mi się, że byłam na koncercie Motorhead'a. I oni tak pięknie śpiewali moją ulubioną piosenkę:"Motorhead czaszka łaaaaaa."

Truśka leży brzuchem na piłce i się na niej kula.
Czyżby wprawki do pilatesu?
"Nie, ja teraz mam takie zabawy RUCHAWSZE."

20:08, dsmiatek
Link Komentarze (5) »
wtorek, 22 marca 2011
Zadanie dla hipopotama

Pamiętacie wierszyk o zakochanym w żabie hipopotamie? Obiecał spełnić każdą prośbę ukochanej, a ta, wredna, kazała mu nawlec igłę. Ja bym nie wpadła, żeby Trusię o to poprosic, samej mi ostatnio kiepsko wychodzi, a Córka zdawala mi się jeszcze niecałkiem do tego manualnie sprawna. A tymczasem- nawlekła, zupełnie samodzielnie. Po uprzednim uzgodnieniu, czy igła to to z kuleczką czy tez to drugie, proste z dziureczką. Jak już ustaliła, to nawlekła. Robiła urodzinowy "latawiec" dla Grzesia.

Rozwija się zatem Córka manualnie. Koloruje coraz precyzyjniej, używając zresztą bardzo wielu różnych kolorów. W domu rysuje ostatnio jakby mniej, ale widać zmiany w sposobie rysowania. Polubiła wycinanie i z zapałem wycina różne rzeczy z reklamówkowych gazetek i katalogów.A potem tworzy kompozycje wycinankowo- rysunkowe.

To dzieło przywitało nas w w niedzielę po powrocie z kina- bardzo mi się kojarzy z piosenką, którą Trusia często podśpiewuje "Czy ten pan i pani są w sobie zakochani..." No właśnie- czy jeszcze są?

A powyżej to ja- zupełnie już zesmoczałam, dziś nawet ryczałam i prawie zialam ogniem- zwłaszcza jak odkryłam inne manualne dzieło Trusi- wszystkie pudełka z płytami DVD z Trusiowymi bajkami zostały dokladnie oskubane z folii i pozbawione okładek. O tym, że znalazły się też płyty- bezdomne sierotki, których opakowania w niewiadomy sposób całkiem zaginęły już nie wspomnę. No to poryczałam sobie, Córka obrażona oświadczyła, że na takie małe dziewczynki jak ona się przecież nie wrzeszczy i w takim razie ona przestaje mnie na jakiś czas lubić. Potem się obie zdrzemnęłyśmy- Córka jednak mnie od nowa polubiła, do tego stopnia, że przez cały czas drzemki trzymała mnie obiema łapami za szyję. Później grałyśmy w grę planszową, wygrałam wyjątkowo ja, co spowodowało atak płaczu i złości u Trusi. Uspokojona w samotności swojego pokoju, pogodziła się ostatecznie ze światem przy miseczce waniliowego budyniu z truskawkowym sokiem. I już zgodnie kąpałyśmy lalkę (od dziś ma na imię Morelka), którą przyniósł nam bocian i czytatałyśmy Pana Kuleczkę ( bardzo się z bohaterami tych książeczek ostatnio Trusia zaprzyjaźniła) i "Nudzimisie".  A przed zaśnięciem rozmarzyła się Trusia, jakby to fajnie było mieszkać w Nudzimisiowie i mieć w ogrodku krzewy deserowca, wybrać się w Góry Lodowe na wycieczkę, a po drodze popijać smakowe mleko z fontanny. No tak, taka kraina z pewnością by Trusię uszczęśliwiła. I przy okazji zmieniła w kuleczkę.

Na koniec Córka Niezdrówka drzemie pod kocykiem:

23:20, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 21 marca 2011

A jednak zielenieję i bordawczeję:(
Na dodatek zdrowa od półtora miesiąca Trusia dziś zachorzała i trzeba było wzywać Pasię w trybie pilnym. Dobrze, ze jest Pasia, gdyby jej nie było to moja smocza przemiana juz by sie dokonała całkowicie. A tak odroczy się w czasie.
Zatem- Trusia kicha, kaszle i stłukła termometr, a ja pracuję na kilka frontów.
Byle do jutra...

20:08, dsmiatek
Link Komentarze (4) »
niedziela, 20 marca 2011
Narty- zdjęć jeszcze trochę

Jak się ma kłopoty z hamowaniem, to zawsze można posłużyć się "kręglem"

Na krzesełku- tym razem wyjątkowo z mamą

Tato w roli wyciągarki

Nieśmiałe próby zjazdu bez trzymanki

I znowu ze wspomaganiem- ale chociaż za jedną tylko kończynę

Na edukacyjnej leśniej ścieżce, na ktorej spotkać można było m.in. niedźwiedzia (nie został ujęty, Truśka gdy go zoczyła, to z krzykie uciekła). Kolejne razy na tej trasie kończyły sę podobnie- tzn zbliżając się do nedźwiedziowej polanki Truszia szczelnie zaciskała powieczki i kazała jechać jak najszybciej- jeszcze sobie kijek do odpychania zabierała

Rysia się już tak nie bała

A sowie zrobiłyśmy śniegową czapeczkę.
Były jeszcze inne zwierzaki wielkości naturalnej do pooglądania i zagadki do pozgadywania.

A tu z mamą na trasie niebieskiej

I z tatą na dziecięcej oślej łączce

Aj, puściła się wreszcie

Ale wydaje się troszkę zagubiona i niepewna

Z dzięciołem mutantem

Przy składaniu "przysięgi"

Pod nart szpalerem- najmłodsza w grupie, więc ulgowo potraktowana

Uścisk ręki samego Szefa

Tatuś też zostal pasowany na pełnoprawnego narciarza Dolomitów

I to już koniec. Wrócimy za rok.

 

23:09, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
sobota, 19 marca 2011
Czy już zzieleniałam?

Polubiła Trusia ostatnio niezwykle książeczki autorstwa Pii (Piji?) Lindenbaum. Pierwszą, którą dostała była "Filip i mama, która zapomniała". Z obawą patrzę w lustrze na siebie, czy już zielenieję, czy może skóra mi grubieje, zębiska wyrastają ponad miarę z wielkiej paszczy, szpony mam zamiast paznokci... Mama Flipa tak się codziennie spieszyła, że w końcu zamieniła się w smoka. Ja jestem na dobrej drodze- wyjścia są dwa, jeśli nic się nie zmieni- albo zostanę smokiem albo odwiozą mnie z zawałem na kardiologię w moim własnym szpitalu (a może lepiej do innego...). Od środy nie wyrabiam na zakrętach, czuję kłucie za mostkiem, ślizgam się na obcasikach (pisałam już, że z powodu starzenia się polubiłam obcasiki).
Nie, nie będę zanudzać Czytelników Gertrusi opisem moich pracowych wyczynów. Po prostu skumulowało mi się trochę, powinno być lepiej od wtorku- chyba.
O ile do wtorku nie zamienię się w smoczycę. Albo nie nastąpi to drugie.

Ale jutro niedziela i plan jest następujący- rano kapucyni, potem może spacer krótki (bo pogoda się nie zapowiada spacerowa), obiad i Truśka na Calineczkę do Łaźni Nowej- tym razem ze Starszą Siostrą i Grzesiem. Oczywiście odczuwam wielki wyrzut sumienia, że to nie ja z nią pójdę, ale chciałabym zobaczyć Czarnego Łabędzia na dużym ekranie, a powoli przestają wyświetlać już ten film. Zatem nie ukulturalnię się w teatrze z Trusią, pójdę z Mężem do kina.

Za mną dwudniowe szkolenie z chorób płuc, gardłościsk i łzy w oczach na wykładzie o zespole zaburzeń oddychania noworodków- cóż, każde z prezentowanych i omawianych zdjęć, to była historia małego człowieczka, która nie zawsze miała szczęśliwe zakończenie...
Ja to już chyba w jakiś stan dziwny popadlam (nie bardzo wiem, jak go nazwać)- nie mogę nawet zawodowo słuchać o dziecięcych nieszczęściach, nie czytam o nich, omijam programy z tego tematu. A jak słuchałam wczorajszych wieczornych opowieści mojej pracowej koleżanki o tym, jak cierpiał jej kilkuletni synek, gdy tato wyjechał zarabiać za ocean, a potem, w tajemnicy przed małym, dołączyła do niego na rok mama małego, jak dzieciak nie chciał nawet otworzyć paczek, ktore przysyłał mu tato, jak po jego powrocie po trzech latach nie chciał z nim rozmawiać- to serce mi się pokroiło. A przecież i ja sama "zostawiłam" kiedyś półtoraroczną Bunię z dziadkami i wróciłam na studia. A ona za każdą kobietą, ktora wydawała jej się podobna do mnie wołała "mama".
I co z tego, że to już tak dawno było, że syn koleżanki to już dorosły facet, że Bunia, to już wyprowadzona z domu i też dorosła prawie córka. Łzy mi w oczach stają. Nie wyobrażam sobie, że mogłabym zostawić tak Trusię.

Coś nieskładnie mi wyszło. I znowu wyłamuję się z konwencji tego miejsca. Oj, mają rację Kika, Iksińska, Kasia, Ulla- trzeba sobie poszukać innego miejsca w sieci....

Pewnie się jednak zamieniam w tą smoczycę- cóż, przynajmniej sobie ogniem troszkę pozieję;-) Mam nadzieję tylko, że Trusia, tak jak książkowy Filip, nie przestraszy się mamy zamienionej w smoka.

A jak się nie zamienię, to spróbuję jutro dokończyć foto-opowieść z Cavalese.

22:37, dsmiatek
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2 , 3
Archiwum