RSS
czwartek, 29 marca 2012
Wiosenne niepokoje

Nie wiem właściwie dlaczego, ale od paru dni mnie nosi w środku, źle śpię, śnią mi się sny, których co prawda po obudzeniu nie pamiętam, ale zostawiają we mnie niepokój. Może to wiosenne przesilenie i wiejący wiatr...

Trusia od kilku dni "dręczy" mnie zapowiedziami, że ma trudności z oddychaniem. Jako lekarz z wykształcenia objawów duszności u niej nie dostrzegam, zachowuje się normalnie, nie kaszle, nie sinieje, nie chrypi ani nie świszczy. Jedyne, co robi, od czasu do czasu głebiej nabiera powietrze, tak sobie jakby wzdycha. W nocy śpi spokojnie i nie wzdycha. Ale czemu wzdycha w dzień? O co chodzi z tym łapaniem powietrza od czasu do czasu? Coś jej dolega czy nabrała jakiejś dziwnej maniery w oddychaniu? Lekarz we mnie przeprowadza  diagnostykę różnicową, wymyśla rozmaite choroby i zastanawia się- diagnozować ją już czy poczekać. No bo w końcu jak komuś naprawdę duszno, to w czasie snu nie przechodzi, co gorsza zwykle nie śpi się z tym najlepiej.

Mam w głowie parę ważnych spraw, o których chciałabym napisać. Chciałabym o tym, jaka fajna jest Truśka-pięciolatka. Ile w niej mądrości, rezolutności, ile prawdziwej empatii, ile chęci do uczenia się i poznawania nowości. Z drugiej strony ile wyimaginowanych strachów, ile dystansu do nowego, ile wciąż niechęci do próbowania nowych smaków..
Z jaką dumą oznajmia mi, że w przedszkolu zjadła grochówkę, że zjada "to zielone", które pływa na powierzchni zupy, chciaż inne dzieci pracowicie je łowią i wyrzucają, jak się cieszy, że nauczyła się jeść bułki-grahamki.

Kiedyś żałowałam, jak Trusia wyrastała z okresu noworodkowego, wydawało mi się, że tak fajnego czasu, czasu tej ogromnej symbiozy, nic nie może zastąpić.
Potem "wylewałam łzy żalu", jak Trusia skończyła roczek i przestała zaliczać się do grupy niemowlaków. Trudno mi było pogodzić się z myślą o zakończeniu karmienia piersią. Serce mnie bolało, gdy skończył się okres noszenia Trusi w chuście, gdy stała się po prostu za ciężka i trudno mi było ją udźwignąć. Teraz też sobie myślę- trwaj chwilo jak najdłużej, bądź Truszonku jak najdłużej małą słodką dziewczynką, dla której wciąż jestem naukochańszą osobą, największym autorytetem i lekiem na wszelkie zło.
Ech, boli mnie ten upływający nieubłaganie czas, to pędzące wciąż do przodu życie. I nawet wiosna tak nie cieszy, bo myślami jestem juz w lecie- kwiecień i maj dokładnie zaplanowane, ułożone dyżury, drugie zmiany, szkolenia, wyjazdy. Grafik czerwcowy też już właściwie zapełniony, chociaż wczoraj nagle musieliśmy zmienić swoje czerwcowe urlopowe plany, albowiem Mężowi zorganizowano obowiązkowy wyjazd służbowy w drugiej połowie naszego zaplanowanego od paru miesięcy i zabukowanego urlopu. Na szczęście plany urlopowe dało się trochę zmodyfikować i nie będziemy musieli skracać naszego pobytu w Italii, po prostu pojedziemy tydzień wcześniej i tydziej wcześniej wrócimy.
Mam wrażenie, że czas wolny znajdę dopiero w lipcu, bo planów na lipiec nie mamy jeszcze żadnych. A lipiec to już przecież pełne lato!
I ani się nie obejrzę, a nadejdzie wrzesień, ślub Buni, wyprowadzka Pawła- niby nauczyłam się już akceptować fakt, że dzieci rosną, że pisklętom wyrastają piórka i pomału wylatują z gniazda. A jednak trochę żal, trochę niedowierzam. Jak to? Już? Tak szybko? Kiedy minęło ich dzieciństwo?

19:52, dsmiatek
Link Komentarze (6) »
niedziela, 25 marca 2012
Wielkanocne odliczanie

Kalendarze-odliczanki stały się już u nas tradycją. Po tych tradycyjnych adwentowych i zimowym feriowym przyszła pora na kalendarz wielkanocny. Zawisł w pokoju na półce z książkami, a Trusia codziennie odrywa kolejną kolorową karteczkę i cieszy się, że do Świąt już niedaleko. Na fali wielkanocnego entuzjazmu powstają odpowiednie tematycznie dzieła z króliczkami i pisklakami w roli głównej,czasem dodatkowo z tekstem:

Wśród królików zdarzają się też wielkanocne koty:

Bywa, że na rysunku pojawiają się Trusia i Tola w otoczeniu rzeczy zdatnych do święcenia:

Wygląda na to, że Trusia postanowiła do swojego koszyczka zapakować pisanki, czekoladowe zające i kurczaki oraz ser żółty- okazało się jednak, że to, co wzięłam za kawałek żółtego sera jest ulubioną Truśkową bułką-grahamką z Biedronki ("Mamusiu, ona jest taka pyszna, kółkowa, szara na wierzchu i w środku i ma na sobie takie malutkie kropeczki jak wysypka.")

A co poza oczekiwaniem na Wielkanoc?
W przedszkolu Truśka żegnała zimę - z braku w pobliżu wodnego zbiornika Marzanna została zakopana w parku. Ja szkoliłam się w piątek i sobotę w Kielcach, a Truśka tęskniła. Przez telefon w piątkowy wieczór żaliła mi się, że smutno jej beze mnie i że tęskni bardzo i że jej bardzo szkoda, że nawet śniadania ze mną nie jadła (wyjeżdżałam o 6.00, kiedy jeszcze spała). Faktycznie markotnie brzmiał jej głosik i markotna być musiała, bo opiekujący się nią Paweł obawiał się, że ma gorączkę.
Za to w sobotę po południu pojechaliśmy na pierwszą w tym roku rowerową przejażdżkę, krótką, bo już późno było, ale bardzo chcieliśmy złapać chociaż te zachodzące słoneczne promyczki. Dziś za to zrobiliśmy na rowerach ponad 20km, jadąc najpierw do Kapucynów na mszę, potem do Groteski po bilety na "Tygrysa Pietrka" w przyszłą niedzielę, potem do Muzeum Przyrodniczego, na obiad i w końcu nad Wisłą z powrotem do domu. Oceanarium było pomysłem Trusi, wybierała się  tam już od jakiegoś czasu, a jak w końcu się w nim znalazła, to odstawiła pokaz straszliwego strachu, uciekając od terrariów z gadami, ryby oglądając z bezpiecznego dystansu, a pająki prawie pomijając. Nie mam pojęcia, skąd jej wziął ten strach- co gorsza mam wrażenie, że pielęgnuje go z lubością i rozwija. Nie pomaga żadne tłumaczenie, że zwierz za szklaną szybką nie ma szans zapolować na bezbronną Trusią, a większość ze stworze prezentowanych na Sebastiana żywi się sałatką owocową i nie gustuje w małych dziewczynkach. A nawet jakby zagustować chciały, to paszcze mają za małe, żeby pięcioletniego Trusiaka tam zmieścić. Żadne argumenty nie pomagają. Truśka (zdaje się, że po wstępnej lekturze Księgi Dżungli) wymogła na mnie nawet obietnicę, że dopóki będzie taka mała (tj. pięcio- czy sześcioletnia), to jej do żadnej dżungli nie zabiorę. Obiecałam i myślę, że bez trudu obietnicy dotrzymam ;-)
Ostatnie przedsenne pytanie Trusi dotyczyło diety pytonów:
"A jak taki pyton dostaje swój obiad, to czy on go przed zjedzeniem trochę poddusza? Bo ja myślę, że on chyba go może poddusić."
Chyba może....

W każdym razie plan weekendowy został wykonany- nawet rzeżuchę zdążyłyśmy posiać i posadzić obiecane kolorowe fasolki (Truśka chciała zobaczyć, jak rośnie fasola w słoiczku). Tylko o kupieniu palmy na Niedzielę Palmową zapomniałam.
O przedświąteczne porządki nie pytajcie- ale w końcu nie można przecież mieć wszystkiego!

21:40, dsmiatek
Link Komentarze (4) »
wtorek, 20 marca 2012
Jak mnie Trusia na Miasteczko Mamoko* nawróciła

Z Miasteczkiem Mamoko było tak.
Czytałam o nim gdzieś, w księgarniach wpadało mi raz po raz w ręce, ale nie byłam przekonana. Bo po co Trusi taka tekturowa książeczka bez tekstu. Zakupiłam jakiś czas temu na prezent, ale ponieważ okazja do jego ofiarowania dopiero w maju, to leżało sobie na półce.
Jak na półce leży jakaś książka dla dzieci, to wiadomo, wcześniej czy później Truś ją wytropi i się zainteresuje. No i się zainteresowała, kiedy akurat przebywała pod opieką Starszej Siostry. Obie się wciągnęły, ale mi o niczym nie wspominały. Dziś po południu Trusia stargała z regału obie części Miasteczka i zarządziła wspólne oglądanie. Mało bystra się okazałam, bemyślnie na obrazki sobie patrzyłam i nie załapałam początkowo, o co w tym chodzi. A jak już załapałam, to jestem bardzo na TAK. Wybierałyśmy z Trusią po kolei swoją postać i zaśledzałyśmy ją na kolejnych kartach książeczki. Ja dostałam "Dawno temu w Mamoko", Truśka wzięła "Miasteczko".
Oj, wciągnęło mnie. A jak mi Bunia pokazala, że nawet malutki człowieczek wędrujący po gorkach gdzieś na dalszym planie ma swoją własną historię, a jak Truśka "opowiedziała" mi o detektywie, kosmicie i uciekającym złodzieju to zakochałam się na zabój.
Całe szczęście, że dopiero za półtora miesiąca muszą wybyć "Mamoka" do NY.

*"Miasteczko Mamoko" i "Dawno temu w Mamoko", Aleksandra i Daniel Mizielińscy, wydawnictwo Dwie Siostry. Warto kupić nawet dla własnej uciechy;-)

22:17, dsmiatek
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 19 marca 2012
Refleksje u progu wiosny

Czasem czuję się straszną matką-egoistką. Na przykład w ubiegły czwartek. Zwykle czwartki są przechlapane, bo pracuję do 18.30 od 8.00, a potem idę jeszcze na TRX lub inne "ćwiczenia fizyczne", żeby odreagować. Zwykle Truś na tym nie cierpi, bo wieczorem pluska się z P. na basenie. Ale ostatnie czwartkowe wieczory spędził Truś w domu z powodu choroby. A ja ze swoich ćwiczeń nie zrezygnowałam, co w ubiegłym tygodniu poskutkowało tym, że jak wróciłam przez 21.00, to struś już spał. Przeważnie jeszcze o tej porze nie śpi i zdążę jej poczytać na dobranoć, ale w tym właśnie dniu Truś spał. No i poryczałam się, bo żal mi było,  że za wyjtkim krótkich chwil rano przez cały dzień się nie widziałyśmy i nawet nie zdążyłam jej poczytać. A tymczasem ona taka biedna, chora. A ja taka samolubna, TRX-a mi się zachciało...
W poniedziałki chodzi Truś na taekwondo. No to sobie wykombinowałam, że ja w tym czasie na spinning pójdę. Dziś Truś rankiem mnie dokładnie wypytuje, czy mam może dyżur (nie mam), kiedy wrócę z pracy do domu (normalnie, mniej więcej w tym samym czasie,. co ty z przedszkola), czy mam mammografie (już wiem, że mam, rano jeszcze tego nie wiedziałam) i czy na ćwiczenia idę (no pójdę z Bunią na spinning, jak ty będziesz na taekwondo).
"Ale zaprowadzisz mnie na taekwondo?"
Tak, oczywiście, że cię zaprowadzę.
"I wrócisz, żeby mi wieczorem poczytać?"
Jasne, wrócę.
"Oj, to dobrze, przynajmniej chociaż troszkę dłużej będę z tobą."
No i wyrzut sumienia w mojej duszy wytworzył się nowy.
A z drugiej strony czuję się często tak, jakbym była z Trusią związana jakąś smyczą i ten mój koniec jest z obróżką, a za "wolny" koniec smyczy ciągnie i poszarpuje Trusia. Ostatnio jestem wzywana nawet do łazienki, jak Panienka się rozbiera przed kąpielą (do towarzystwa tylko), jak rozmawiam z niewidzianą od kilku dni Córką Starszą, to Młodsza w pozycji małpiątka siedzi na moich kolanach i cmoka mnie po dekolcie i pojękuje, że juz śpiąca jest i mam natentychmiast udać się z nią do łóżeczka, jak po wieczornym czytaniu chcę sama pójśc się umyć do łazienki, to Truś wyciska z siebie łez fontanny, że niby ją porzucam i zostawiam samiutką na pastwę pustego pokoju. Powiedziałam jej nawet o tej smyczy, zdziwiła się, pooglądała dookoła i oświadczyła całkiem przytomnie, że to musi być jakaś niewidzialna smycz. Ano!

Weekend spędziliśmy u Babci, z tego niedzielę w naszym ulubionym zoologu- grzechem byłoby zmarnować tak piękne słońce. W zoologu Truśka mnie zaskoczyła. Otóż jest tam plac zabaw, a od niedawna także ekstra płatna atrakcja w postaci parku linowego dla maluchów. Kładki i linki są rozpięte na drzewach, ale asekurowane przez mocne siatki. Atrakcja nietania, bo 12 zł od łebka, ale za to bez limitu czasowego. Wysłaliśmy nasze dwa pięcioletnie Łebki, czyli Tolę i Trusię, obie były chętne. Jak zwykle po zimowym bezruchu zauważyłam u Trusi uwstecznienie ruchowe- Tola biega lekko, na paluszkach, zwinnie i szybko, Truś pomyka za nią ciężko, dużo wolnie i z wyraźnie mniejszą gracją. Tola wdrapała się na drzewa zwinnie jak wiewióreczka i odstawiła Trusia. Truś ostrożny do przesady, pomalutku badał teren. W połowie drogi, przy najtrudniejszym przejściu, Tola wymiękła, rozpłakała się, że nie da rady, że się boi, że chce na dół i trzeba ją było dopingować z ziemi (rodzina) i z góry (pani z obsługi), żeby poszła dalej. Tymczasem Trusia dogoniła Tolę i idąc tuż przy kuzynce starała się jej dodać otuchy. Po zjeździe na dół Tola stanowczo odmówiła dalszych prób, natomiast Trusia pomknęła z powrotem na góre, potem jeszcze raz, i jeszcze raz- za każdym razem sprawniej pokonywała przeszkody. Zadziwiła mnie tym, przypuszczałam, że to raczej Tola będzie brylować na nadrzewnym torze przeszkód. Zwłaszcza, że Truś zrobił się ostatnio ostrożny do przesady. Z tej ostrożności nie próbuje nowych potraw (to już od lat), nie bardzo chce zacząć nową książkę (bo a nuż coś straszliwego się w niej kryje- nie możemy z tego powodu zacząć "Gęboluda"), ogląda wciąż te same bajki na komputerze (zakupione "Muminki" musiału swoje odleżeć, zanim się Trusia zdecydowała, żeby je oglądnąć, a w trakcie oglądania na wszelki wypadek zatykała sobie uszy i zaciskała powieczki, gdy tylko cien przypuszczenia padł, że może zdarzyć się coś nieprzyjemnego). Nawet kąpiel okazuje się czasem straszliwa, bo nadmierna wyobraźnia płata mojej Najmłodszej figle i podsuwa obrazki straszliwych rybików czy innych potworów, wypychających korek i wciągających w czeluść rur kanalizacyjnych kąpiącą się Trusię.
Mam nadzieję, że jej to przejdzie niebawem...

14:54, dsmiatek
Link Komentarze (4) »
środa, 14 marca 2012
(Nie)sprawna technicznie

Do tego, że Dzieci Starsze (czyt. Synkowei) uważają mnie za niepełnosprawną technicznie zdążyłam już przywyknąć, a nawet się tym zbytnio nie przejmować. Co prawda moja niepełnosprawność przejawia się sporadycznie w dziedzinach informatycznych, kiedy to zmuszona jestem wołać któregoś na pomoc. Przybywa z odsieczą, patrzy z pobłażliwym politowaniem, głową kiwa nad mą nieudolnością, a potem wprawia w ruch sprawne paluszki, za którymi nadążyć nie mogę. Po chwilce lub dwóch takiej palcówki komputer wraca do normalności lub nie wraca i wtedy Syn wzdycha "No ja nie wiem, co ty tu zrobiłaś" i oddala się z godnością.
W kwestii innych domowych sprzętów AGD czuję się większym ekspertem niż Synkowie (z wyjątkiem telewizora, albowiem do dziś nie mam pojęcia, którego z trzech pilotów powinnam użyć, żeby przekształcić monitor komputera w TV) i kompleksów nie mam.
Okazało się jednakże, że pod bokiem wyrósł mi kolejny Ekspercik. W sobotę dostała Trusia wreszcie swój spóźniony, a dawno obiecany prezent urodzinowy, czyli mini-wieżę, żeby wreszcie mogła słychać sobie bajek i piosenek (stara wieża dostawała mocnej czkawki lub wręcz odmawiała czytania płyt, wypluwając je z niesmakiem i pisząc na czerwono "NO DISC"). Truśka na razie jest wciąż bardzo audiofilna, powiedziałabym nawet, że bardziej audio niż wideo i mocno jej doskwierał brak sprawnego odtwarzacza. Zatem w sobotę dostała, w niedzielę nauczyła się obsługi, a w poniedziałek postanowiła przeszkolić mnie.
I tu powinien nastąpić właśnie przekaz audio, żebyście mogli nie tylko z treścią się zapoznać, ale posłuchać też tonu Trusiowego głosu, tej intonacji, dobitności- no prawdziwa belferka z niej była.
Audio jednak nie będzie, będzie wideo i to li i jedynie w postaci literek.
Zatem ad rem:
"Patrz mamusiu uważnie, pokażę ci, jak się włącza płytę i będziesz już umiała. Widzisz ten guziczek tutaj (bez okularów trochę mi się zamazywał, ale wpatrywałam się uważnie). Najpierw trzeba go nakliknąć (czasownik "klikać" w polszczyźnie zadomowił się na dobre). Nakliknęłam. Widzisz, wieża się włączyła, zapaliło się światełko. Teraz wybieramy płytę, wyciągamy ją z pudełka (no jasne, bo przecież mogłabym spróbować wrazić płytę w pudełku!)- tu się je otwiera patrz, z tej strony (czyżbym nigdy przy Córce nie wyciągała z pudełek płyt CD???). Płytę delikatnie wycieramy o ubranko, tylko bez guzików (nastąpił moment przetarcia płyty o Trusiową sukienkę). Patrz, teraz trzeba nakliknąć ten okrągły guziczek (patrzę, mało co widzę, bo wszystkie guziczki czarniawe, ale postaram się zapamiętać miejsce, w którym znajduje się Trusoiwy paluszek) i wyjeżdża półeczka na płytę. Kładziemy i znów klikamy ten guziczek. Teraz będzie mrugało dwa razy- widzisz, mruga. No to już tylko naciskamy o tutaj, bierzemy pilota i ustawimy sobie, jak głośno ma grać. Teraz patrz na pilota, gdzie trzeba na nim nakliknąć."

I tak to zostałam gruntownie przeszkolona przez pięcioletnią Córkę w obsłudze mini-wieży. Jeszcze tylko dostanę stosowny certyfikacik z odbytego szkolenia i bedę sobie mogła posłuchać tych wszystkich płyt, które podostawałam, a których z braku działającego sprzętu wysłuchać nie mogłam. I mój Sting ulubiony wreszcie będzie śpiewał bez czkawki! :-)

23:03, dsmiatek
Link Komentarze (4) »
wtorek, 13 marca 2012
:-)

Medycyna jednak czasem działa, to doprawdy zaskakujące;-)
Córka wyraźnie zdrowieje, a po drugiej dawce antybiotyku wręcz tryska energią, co ilustruje załączony obrazek:

No dobra, nie wskoczyła ani nie wdrapała się tam sama, sytuacja cały czas pozostawała pod kontrolą. Umieścił ją tam na małą chwilunię Brat Starszy w celu okiełznania nieznośnej Siostry Młodszej.

Powstało też nowe dzieło- wannale* o tematyce biblijnej, inspirowane rekolekcjami, na które Trusia zaczęła chodzić z przedszkolakami w ubiegłym tygodniu. Bardzo się jej podobały i żałowała, że choroba uniemożliwiła jej dalszy udział.
Dzieło przedstawia wędrówkę Narodu Wybranego przez pustynię. Sami zobaczcie i podziwiajcie- Naród Wybrany jak żywy;-)



A poniżej cel wędrówki, czyli Ziemia Święta- i nie pytajcie mnie, dlaczego wygląda właśnie tak (mi się kojarzy raczej z wanną wypełnioną gorącą, parującą wodą):

*Wannale- dzieło ulotne, powstałe na wewnętrznych ściankach wanny w trakcie kąpieli, wykonane przy pomocy zmywalnych kąpielowych pisaczków.

PS
Właściwie powinien być wannal- jak mural. Ale wannale jakoś tak lepiej zabrzmiało- faktycznie trochę jak biennale;-)

20:49, dsmiatek
Link Komentarze (5) »
:(

Zapalenie oskrzeli :(
Bez antybiotyku ani rusz :(
Areszt domowy na kolejny tydzień :(

Dobrze, że jest Pasia- dobrze głównie dla mojego pracodawcy, który nie musi się "marwtić" moją nieobecnością i pozostaje w błogim przeświadczeniu, że ma wystarczającą ilośc personelu, a nawet może ciut za dużą (bo wciąż przemyśliwuje nad oszczędnościami (czyt. redukcjami etatów).
Po pierwszej dawce Summamendu i przespaniu 13 godzin jednym cięgiem jest jakby lepiej, przynajmniej dziś rano tak wyglądało.
Po zamianie Flegaminy na Mukosolvan też jakby efektywniej Trusia odkasłuje.

Wniosek- niech się matka-radiolog nie zabiera za leczenie Córki! Niech się skupi na tym, na czym się naprawdę zna!

13:05, dsmiatek
Link Komentarze (6) »
niedziela, 11 marca 2012
Nadal chora

Nie wiem, może jestem matka wyrodną, nieodpowiedzialną. Córka wciąż niezbyt zdrowa, wciąż gorączkuje, pokasłuje. Nie udało nam się dostać do pediatry w piątek, mamy zarezerwowany termin w przychodni na poniedziałek. Prywatnej wizyty domowej nie wezwaliśmy, bo stan Truśki tego według nas nie wymagał, do całodobowej przychodni się nie udaliśmy- P. zrobił rekonesans i uznał, że lepiej dla Trusi będzie nie nawiedzać tego przybytku. Zatem odprawiamy czary, Córka ssie Tantum Lemon (moim zdaniem jest zbyt smaczny, żeby miał działanie terapeutyczne), psikamy jej Tantum Verde w gardło (zwykle chyba trafiamy na język, nie wiem, czy coś na gardle osiada), łyka flegaminę, popija Bioaron C i od czasu do czasu Ibum. Ogólnie żywotna, więc źle nie jest, ale dlaczego wciąż ma gorączkę i kaszle? A może trzeba było włączyć jej antybiotyk?
Matka-radiolog osłuchała co prawda Latorośl, zajrzała jej do gardła, ale doświadczenie diagnosty obrazowego w wysłuchiwaniu trzeszczeń i rzężeń jest raczej słabe, trudniej jest też rodzicielce wrazić dziecku patyczek do paszczy, żeby dobrze zobaczyć migdałki. Niby nic nie wysłuchałam, niczego nie wytropiłam, ale wątpliwości mam. Jutro, niezależnie od wszystkiego, idzie Trusia do prawdziwego lekarza.
Ja tymczasem kończę mój dyżurowy maraton- jeszcze tylko kilkanaście godzin i będę po. Będę się mogła zająć zapuszczonym domem, zaniedbaną Córeczką, ogarnąć całokształt.

Popołudniami, tymi które spędziłam w tym tygodniu w domu, prowadziłysmy z Trusią długie rozmowy o wszystkim. Uwielbiam jej słuchać, uwielbiam z nią rozmawiać, wysłuchiwać jej dojrzałych jak na pięc lat spostrzeżeń. Szkoda, że nie potrafię ich zapamiętać i zapisać :-(
W tej pamięci niedoskonałej tkwi przyczyna coraz większej trudności w pisaniu na blogu...

19:22, dsmiatek
Link Komentarze (4) »
czwartek, 08 marca 2012
Dzień Kobiet A.D.2012

Trusia chora, ma gorączkę, trochę kaszle, twierdzi, że boli ją gardło.
Mąż wczoraj dla ułatwienia spędził noc w pracy.
Za to dziś ja pracuję do wieczora, a jutro idę na dyżur. Mąż na moją delikatną sugestię, że może trzeba by się z Trusią do pediatry wybrać (nie pamiętam już, kiedy ostatni raz byliśmy) zapytał, na którą idę jutro do pracy. Otóż na dyżur na 13-tą, ale przedtem muszę jeszcze opisać zdjęcia w dwóch przychodniach i zabrać mammografie  z trzeciej.
Dziś w połowie dnia pracy czuję, że poziom energii życiowej oscyluje mi w okolicy zera. Córka przez telefon wykonany w krótkiej przerwie między pacjentami powiedziała, że czuje się dobrze. Wczoraj przez telefon też tak twierdziła, chociaż rzeczywistośc po moim powrocie do domu okazała się troszkę inna. Cóz, po prostu nie chciała mnie martwić.
Z racji jutrzejszego dyżuru i związanej z nim mojej nieobecności, powinnam jeszcze zorganizować obiad na jutro- może samymi starszakami bym się nie martwiła, ale skoro Trusia stołuje się w domu, to muszę coś ugotować. A lodówka, jak zwykle we czwartek, straszy pustką.
Właściwie chce mi się płakać z bezsilności. Ale muszę się sprężyć i za chwilkę z uśmiechem poprosić następnego pacjenta, który już stoi pod drzwiami.

Wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Kobiet.

13:42, dsmiatek
Link Komentarze (4) »
niedziela, 04 marca 2012
Wymarzone śniadanie

-Co zjesz Trusiu na śniadanie?
-Nic nie zjem.
-Jak to nic. Coś musisz zjeść, bo będziesz głodna w kościele. A potem idziesz do kina z Bunią.
-W kinie zjem popcorn.
-A w domu co zjesz?
-Kakao.
-I co jeszcze?
-I drugie kakao.

A najbardziej mogłoby być kakao z czekoladą, bo mamy weekend, a umówiłyśmy się, że w Wielkim Poście słodycze jemy tylko w weekendy. Zatem skoro weekend nastał i wolno jeść słodycze, to należy to w pełni wykorzystać.

Podobno jedzenie czekolady wpływa na naszą inteligencję, ma na nią wręcz zbawienny wpływ (tak mi dziś oświadczyła koleżanka, zmieniając mnie na dyżurze i wyciągając z torby tabliczkę czekolady z chilli). Zatem po takim śniadaniu inteligencja Trusi powinna wyraźnie wzrosnąć ;-)

PS
Zaniepokojonych spieszę uspokoić- oczywiście Trusia nie zeżarła tego, co sobie przygotowała pracowicie na talerzyku. Dostała dwie kostki, a reszta została odłożona w miejsce niedostępne Trusiowym łapkom do następnego weekendu. 

19:53, dsmiatek
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2
Archiwum