RSS
środa, 30 kwietnia 2008
Dzień Buni

30 kwietnia 1989 roku o godzinie 21.00 urodziła się nasza Pierwsza Córka, czyli Bunia. Kurczaczek z niej był malutki, ważyła sobie zaledwie 2850g, a mierzyła 54cm. Pomarszczona była jak żółwik na szyjce i czółku, skóra z niej złaziła gdzieniegdzie, pazurzyska miała długie i zaraz podrapała sie po buzi. Łysiutka była i śmieszniutka.


Tu już nie jest taka pomarszczona, bo minęło sześć dni od urodzenia i wreszcie wróciłyśmy do domu. Niestety, w czasach zamierzchłych, kiedy to na świat przyszła Starsza Córka, nie wpuszczano tatusiów do ich świeżourodzonych dzieci. Nie można było nawet zabrać ze sobą swojej prywatnej koszuli nocnej , ani własnych ubranek dla dzidziusia...Tak więc i zdjęć zaraz po urodzeniu się nie robiło. Trzeba było poczekać na przyjaźniejsze domowe warunki.

Na początku współpracowało nam się tak sobie- wiadomo, Pierworodna, więc człowiek nie miał wprawy.
Córka ssać nie umiała, a ja nie umiałam sprawić, żeby ssała. Zawijanie Córki w tetrowe pieluchy było prawdziwym wyzwaniem. A pakowanie jej w szpitalną kołderkę i związywanie sznureczkiem juz całkiem mi nie wychodziło. I tak, jak nadszedł już szczęśliwy moment opuszczenia szpitala i oboje z P. czekaliśmy, aż nam przywiozą naszego Dzidziusia, nadjechał wielki wózek wypełniony na dwóch piętrach jednakowymi na pierwszy rzut oka noworodeczkami. I po czym P. poznał, który jest jego? Ano po tym, że w połowie wystawał z kokonika;) Pozostałe wystawiały jeno główeczki, a nasz po talię się z zawinięcia wykaraluszył.
Potem jakoś zaczęłyśmy się docierać i nie było najgorzej. Pierwsza Córka ssała, a potem wszystko ulewała, następnie znowu ssała, żeby sobie ulać- stąd w domu naczelnym "sprzętem" stały się tak zwane żygotki, czyli ściereczki białe bawełniane używane do ochrony przed Buninym ulewaniem. Przez to ulewanie Piewrsza Córka w pierwszym swym miesiącu nie przytyła za wiele i kończąc swój noworodkowy okres życia ważyła zaledwie 3220g, ale za to urosła do 56,5cm. Potem było już lepiej i kończąc pierwszy roczek swojego żywota Bunia ważyła już troszkę ponad 10 kilo. Nie napiszę, ile dziś waży (bo uznałaby to za naruszenie swojej prywatności;)), ale nie jest to wiele. A na początkowo łysiutkiej główce wyrósł jej całkiem długi blond warkoczyk i do tego jeszcze dłuższy dred.

 Uczymy się ssać...

I tak to z Małego Człowieczka wyhodowaliśmy niepostrzeżenie dorosłą Córkę-studentkę. A jak się teraz dogadujemy? Chyba nieźle...

Wszystkiego najlepszego Bunisiu, spełnienia marzeń :)

22:46, dsmiatek
Link Komentarze (8) »
wtorek, 29 kwietnia 2008
Dzięki Weroniko :)))

Bardzo fajny dzień był dzisiaj. Praca rano- bez nieprzyjemnych niespodzianek. Potem udało się szybko opisać zdjęcia w przychodni, zrobić zakupy i załatwić skierowanie dla Starszej Córki do Poradni Chirurgicznej, coby jej szwy ściągnęli. A potem był obiadek z zupą prawie dyniową (taką nową mrożonkę odkryłam z dużą ilością dyni, można z niej utworzyć zupę prawie tak dobrą jak z samej dyni). I nawet balkonowe bratki udało mi się podlać- bo biedulki już prawie uschły.

A po południu poszłyśmy z Truskiem w chuście z wizytą do Fajerwerki. I było nam bardzo fajnie. Po drodze pogadałyśmy z Córką, a że Trusiek bardzo mi się dobrze w chuście ułożył, to było wygodnie i sympatycznie. Co prawda Dziecko opracowało ostatnio pewien nie do końca akceptowalny model wspólnego spacerowania- mianowicie 5 minut po wyjściu z domu zaczyna domagać się pożywienia w formie stałej i płynnej. No i panieruje mnie potem herbatnikiem, chrupkiem albo biszkoptem, kropi soczkiem- brrr. Wymyśliłam, że trzeba jej zmienić rodzaj przekąsek- na rzodkiewki, kawałki marchewki, ewentualnie jabłuszka. Chociaż nie wiem, czy wolę być panierowana czy usmarowana na pomarańczowo marchewką albo upaćkana jabłkiem... Ale jak dziecko będzie tak na każdym spacerze spożywać puste kalorie, to niedługo zmieni formę na całkowicie kulistą. Już teraz Starsza Siostra zarzuca Młodszej, że jest grubaśna, ma nóżki jak doryckie kolumny, trzy podbródki i brzuszek jak baryłeczka. No trochę  prawdy w tym jest...

Dotarłyśmy wesolutkie do Fajerwerki, zapoznałyśmy rezolutnego i bardzo przystojnego Grzesia, popodziwiałyśmy Jagódkę, gąsieniczącą przecudnie po podłodze. I pogadałyśmy z Weroniką- tak gadałyśmy i gadałyśmy- i chyba fajnie nam było. Dzięki wielkie Weroniko :)))
A Trusiek "wygłodzony" prawie pożarł dwie drożdżówki z różą- część wsmarował Grzesiowi w podlogę, więc jeśli teraz Grześ tkwi przylepiony w miejscu, to jest wina Trusi. A poza tym prawie podeptała Jagódkę i przetuptała po całym weronikowym mieszkaniu. I odtłukła "guziczka" od pokrywki z cukierniczki :(
Ale mam nadzieję, że Weronika nie ma jej tego za złe. Poza tym Trusia zaprezentowała się całkiem elegancko.
Tak się zasiedziałyśmy w gościach, że zupełnie zapomniałam, iż na 19-tą umówiłam się z panią z ING- na szczęście zdążyłyśy na czas.
I taki to był miły dzisiejszy dzień.

I jeszcze miałam napisać, jak to co wieczór "pocą" mi się oczy, kiedy słucham Roda Stewarta śpiewającego "waltzing matilda" i patrzę sobie na spokojną śniącą Trusię. Przez moment miałam taki pomysł, żeby ją Matyldą nazwać- i obiecywałam jej, że będę jej co wieczór tą "matildę" śpiewać (Choć podobno to nie o Matyldę w tej piosence chodzi tylko o pledzik, ale czy Pratchettowi można wierzyć?). Na imię nie zgodził się P., ale piosenkę sobie nuciłyśmy i nawet tańczyłyśmy razem, jak Trusiek był maciupeńki jak krasnoludek i nieważki całkiem. Zresztą, jeszcze w moim brzuchu Trusiek słuchał tej i innych piosenek Stewarta (Bo lubię tą płytę i często sobie puszczam do snu). Więc tak mi wilgotnieją oczy, jak znów słucham tych melodii. Dobre wspomnienia się z nimi wiążą...

Śpi i słucha kołysanki-"matildy"

A oto co jeszcze Truś dziś robił:

Pięknił się przy pomocy starych maminych opasek i innych włosowych akcesoriów.

Wygłodzony po dwóch drożdżóweczkach wgryzł się w jabłuszko.

I próbował rozpracować słuchawki- dziwił się, dlaczego nie grają, skoro tak ślicznie przeciez przyciska rózne guziczki... W słuchawkach na uszkach ułowic mi się jej nie udało, a szkoda, bo jak myszka Miki wyglądał (lub jak Prezydent obecny RP- gdzieś mu takie wielkie na międzynarodowym forum na głowie usadowili)

21:22, dsmiatek
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 28 kwietnia 2008
Ciężko czasem być lekarzem

Ciężko- jak trzeba młodej kobiecie, która przyszła do kontroli USG trzy lata po operacji raka piersi powiedzieć, że ma przerzut w wątrobie. Jak powiedzieći jak pocieszyć?  Jak zmobilizować, żeby się nie poddawała? Bo może jeszcze jest nadzieja, jeszcze warto walczyć... Cholera jasna- to są chwile, kiedy wolałabym nie być lekarzem.

A co poza tym? Ano oglądaliśmy kolejne wymarzone domki dwa. jeden wcale wymarzony nie jest, ale ten drugi...No, właściwie mógłby być. Nieduży, zgrabniutki, nowiutki- jeszcze nie skończony. Pokoików wystarczy dla każdego. A z okna widok na pole i spacerujące bociany. A dookoła trawa, małe domki, ptaszki świergolą. A w trawie żółte mlecze- Trusiek zupełnie zgłupiał. Siedziała na tej trawie i urywała mleczowe główki. Fukała, piskała, miąchała trawę- pełnia szczęścia. Za to w samochodzie- pełnia nieszczęścia. Ponieważ musieliśmy na oględziny domku dojechać osobno- P. swoim autkiem prosto z pracy i ja swoim samochodem z domu, to mi przypadł w udziale wątpliwy zaszczyt wiezienia Trusi. Ryk byłwielki, "am am" rozlegało się w promieniu kilku kilometrów.  Potem były rozpaczliwe wyrzekania, szlochy, gulgotania- cała gama nieszczęśliwych dźwięków. A o co w tym wszystkim chodziło, tego nawet autorka chyba nie wiedziała. Ale nieszczęśliwa była! I ja razem z nią :(

PS. Fajerwerko, czekam na maila z adresem. Bo nadal jestem bardzo chętna na tą kawę jutro. A jeśli nie jutro to we środę. Bardzo się już nastawiłam na to, że się spotkamy :)

21:52, dsmiatek
Link Komentarze (7) »
niedziela, 27 kwietnia 2008
Spacery

Słonko, ciepło- trzeba korzystać i spacerować. No to spacerowaliśmy. Na szczęście moje szkolenie skończyło się wcześniej, napisałam test i popędziłam do domu. W międzyczasie P. odebrał Bunię ze szpitala i był z Trusią na basenie. Po zaimprowizowanym szybko obiadku pognaliśmy na spacer pierwszy- do Parku AWF-u. Niestety z psami, więc nie udało się odwiedzić Ogrodu Doświadczeń. W Ogrodzie często bywałyśmy z Trusią jesienią, czasem szła z nami Starsza Córka. Ech, piękne to były czasy...
No a wczoraj pospacerowaliśmy obok Ogrodu- Truś wyjechał z domu w wózku, potem (szybko bardzo) przeniósł się do chusty, a potem na własne nogi.
Powiem, że nie jest łatwo chodzić z tuptusiem- porusza się on własnymi ścieżkami, być może w tych ruchach Browna jest jakaś głębsza myśl, a nie tylko chaos- być może. Truśka głównie spaceruje samodzielnie po równej podłodze w mieszkaniu, więc wszelkie nierówności alejek parkowych sprawiały, że lądowała na pupie albo na kolankach. I mamy już pierwsze Truśkowe obtarte i lekko stłuczone kolanko- ale sama zainteresowana chyba tego nawet nie zauważyła.

A w niedzielę rankiem pospacerowaliśmy do kościoła- Trusiek tradycyjnie został niedaleko drzwi wyjściowych z Tatusiem i gdzieś tak w połowie kazania opuścili wnętrze kościoła, a resztę mszy przestali za drzwiami na zewnątrz.
A po mszy pojechaliśmy do zoo. W samym zoo było fajnie, Trusiek zachwycony. A mini-zoo wprawiło ja w prawdziwą ekstazę. Trudno było dziecko wyciągnąć dalej. Ale droga od Kamedułów (gdzie zawsze parkujemy) do zoo była wyzwaniem. Głównie dla nas. Albowiem Trusiek zapragnął jeść i pić. Byliśmy przygotowani na tą ewentualność, ale nie aż tak. Truśka wydudlała, co miała w butelce i wrzeszczy o jeszcze- a jeszcze można nabyć dopiero pod zoologiem, czego Dziecko nijak pojąć nie chciało i darło się "pi pi pi". Już się bałam, że nas do tego zoo z takim rozdarciuchem wcale nie wpuszczą.
Wyruszając wybraliśmy wariant optymistyczny i niemęczący, czyli dziecko w wózku. Po pięciu minutach mieliśmy dziecko w chuście i wózek bagażowy- przydał się na swetry, kapelutek Trusi, aparat, plecak itp.

Po południu był jeszcze spacer trzeci, czyli krótkie odwiedziny u Ciszka. Trusia uznała, że wąchanie kwiatków na grobach jest rytuałem i nieustannie fukała i psikała. Usiłowała nawet spożyć aksamitki, które Synkowi kupiłam.
I tym razem postanowiła stanowczo chodzić sama. Bez jakiejś tam pomocnej dłoni rodzicielskiej. Nie było łatwo skierować ją we właściwym kierunku. A z powrotem było jeszcze trudniej, bo uznała, że można przecież poskręcać trochę i pomeandrować pomiędzy nagrobkami. Chodząc wyglądała jak pijany zajączek, tak się zataczała na tych swoich krótkich i niepewnych wciąż nóżkach. Odmawiała jednak złapania któregoś z rodziców za rękę. W pewnym momencie oczki jej rozbłysły i ruszyła szybciej- prosto do jakiegoś grobowca z czarnego marmuru- jak go dopadła, to nań padła i spróbowała go oblizać! Nie wiem, z czym się jej ten czarny błyszczący marmur skojarzył. Zabrała sobie też z cmentarza kamyczek granitowy na pamiątkę- P. stwierdził, że właściwie lepiej, że kamyczek, a nie jakąś kosteczkę...No właściwie lepiej. Kamyczek zresztą też w końcu wyrzuciła, bo się obraziła, że została przez Tatę złowiona i unieruchomiona na rękach. Więc prasnęła kamyczkiem o glebę, a potem z żalem wołała "bam bam". No bam- samo się to bam zrobiło, to teraz trzeba ponosić konsekwencje własnych czynów.

To spacer sobotni- jeszcze za rączkę z Tatusiem i ze smyczą w drugiej łapie. A jamniki pogalopowały żebrać o jedzenie u spacerujących i siedzących na ławkach. Albo kopać dołki pobiegły. Albo kumplować się z innymi psami i spacerowiczami.

Stroimy się do kościoła- debiut Trusi w kapelusiku. Ha, ha- a kapelusik ma sznureczki i da się go na trawłe zamontować na głowie. No, prawie na trwałe, jak się potem okazało.

Wystrojona- można wyruszać.

Idziemy do zoo, jemy herbatnika- tzn. Trusia je- zdaje się, że od jakiegoś czasu uznała, że spacer w chuście oznacza jedzenie ciastek i panierowanie mamy.

I pijemy- jeszcze kochana Trusia, bo jeszcze jest soczek w butelce. Za chwilę pokaże rogi.

Zachwycona królikami i świnkami- jak widać kapelusik mimo sznureczków da się z głowy ściągnąć. Ale cóż, obalamy mity, że dziecko łysogłowe koniecznie musi mieć na tej głowie czapeczkę.

A tu wąchamy kwiatki- właściwie tam troszkę dalej są kucyki, ale kwiatki chyba bardziej się Trusi podobały.

21:57, dsmiatek
Link Komentarze (3) »
piątek, 25 kwietnia 2008
Zdjątka dwa

Przeżyłam dzień dzisiejszy. Jeszcze jutro i będzie lepiej. Jutro może puszczą Bunię do domu...Kupiłam dla niej konwalijki, przywitają ją w domku, jak wróci.

A żeby nie zapomnieć, jak wygląda mój Mały Dzieć wkleję sobie dwa zdjątka z magazynku.

 

Much Bzyk :)

Jak tu poćwiczyć na orbitreku z Dzieciem? Jak była malutka i prawie nic nie ważyła, można było ją sobie na rękach trzymać i nogami pedałować. Teraz już się nie da. A samemu ćwiczyć też się nie da, jak Dzieć jest w pobliżu, bo włazi pod pedały albo łapie za ręczne machadła. Albo robi inne straszne rzeczy, unimożliwiające spokojny trening. No i Mąż postanowił jakoś ją na orbitreku usadowić. Z marnym skutkiem.

21:58, dsmiatek
Link Komentarze (3) »
czwartek, 24 kwietnia 2008
Biuletyn informacyjny

Z Bunią wszystko OK- zoperowana, czuje się całkiem dobrze. Spacerowałyśmy rano po korytarzu szpitalnym i podziwiałyśmy widoki. Chirurdzi twierdzą, że był to rzeczywiście ropowiczy wyrostek- moje radiologiczne doświadczenie też tak mówiło. Na szczęście nie był pęknięty. A Bunia- mam nadzieję- szybko wróci do domu.

Rano Młodsza Córka pognała radośnie do pokoju Starszej Siostry ze śpiewem "Buuła Buuła" na usteczkach i srodze się zawiodła- łózko zaścielone, Starszej Siostry ani widu ani słychu. A tak fajnie było ją budzić co rano rzucając się siostrze na brzuch albo wołając przy uchu. Ale za parę dni rytuały poranne będą mogły powrócić.

A ja czuję się wykończona bieganiem z parteru na IV piętro na chirurgię  (szkoda czasu czekać na windę), przytłoczona tym, że dziś w USG wszyscy pacjenci mieli progresję (pacjenci z chemioterapii- są takie dni, kiedy wyniki badania u wszystkich są lepsze, a czasem jak fatum jakieś- każdemu pacjentowi gorzej. I dziś taki właśnie dzionek stał się moim udziałem:(  )
Trusiek wyraźnie odczuwa niewielkie przesunięcie na plan dalszy, co bynajmniej dziecka nie uszczęśliwia. I w związku z tym nie jest milutki, oj nie. Kwiczy z byle powodu- wystarczy, że w ciągu pierwszej sekundy nie pojmie się aktualnej potrzeby lub zachcianki. Ale ja i tak za nią tęsknię- bo przez końcówkę tygodnia tak mało ze sobą jesteśmy. Teraz też korzystam z tego, że pacjentka się nie zgłosiła i mam okienko.
A tuptuś z Trusi coraz dzielniejszy, potrafi też bardzo sprawnie wstawać z siedzenia i wyruszać na dwóch nóżkach w dalszą drogę. Wciąz nie mogę się nazachwycać, jaki cudny z niej "króliczek Duracell".

PS. A tak a propos tych spotkań przy kawie lub herbacie- mam nadzieję, że i inne dzieciaki smoka wawelskiego zobaczyć będą chciały....
Kajko- nie zapomnij, że Grześ chciałby kolejką na Kasprowy wjechać- ja jestem gotowa do Zakopca się kopsnąć, jeśli i tym razem byłoby Wam nie po drodze przez Kraków. A chusty jeszcze przed Tobą...
Ingutko, raczej do Warszawy się nie wyprowadzimy, ale zapraszamy do dawniejszej stolicy Polski;)
W poniedziałek- jak się uda- pojedziemy oglądać kolejne domkowe propozycje- więc kto wie, może przestrzeń życiowo-mieszkaniowa kiedyś nam się powiększy i urządzimy blogową imprezkę;)

Tuptuś tym razem zdobył limonkę

15:37, dsmiatek
Link Komentarze (5) »
środa, 23 kwietnia 2008
Telegram

Godzina 22.45- właśnie wróciłam ze szpitala, gdzie porzuciłam Starszą Córkę w drodze na blok operacyjny- wszytskie znaki na niebie i ziemi wskazuja na ostre zapalenie wyrostka. Biedna Bunia:( Niby taka duża, a w chorobie wyłazi z niej dziecko. Moja mała duża Córeczka...

Spędziłyśmy w szpitalu upojne godziny od po 16-tej. Trusiek został podstępnie wlulony Starszemu Bratu i chyba się nawet nie zorientował początkowo, że nie ze mną, a z bratem idzie na spacer. A jak się juz zorientowała, to może dziura w jej serduszku nie była aż tak wielka...

Były dziś imieniny Ciecha- miał być tort albo babeczki z owocami i mieliśmy pójść zakupić MP-3 w prezencie- nie wyszło. Trzeba będzie przenieść imienionowe obchody na najbliższy wolny termin, czyli pewnie na niedzielę. Bo jutro czwartek- praca do wieczora, a po czwartku ciężki piątek- szpital, szkolenie z mammografii, praca do 21-ej, a potem sobota- szkolenie od rana do popołudnia:((((

A tymczasem wiosna jakby powraca.

22:50, dsmiatek
Link Komentarze (7) »
poniedziałek, 21 kwietnia 2008
Poniedziałkowy spacer
Na całe szczęście pogoda jesienna o poranku zwiośniła się po południu. No to łapsnęłyśmy chustę, zapakowałyśmy się i poszłyśmy na spacer. Spacer- wiadomo- musi mieć jakiś określony cel. Poszłyśmy więc do M1 zakupić brązowy bodzik i zapytać o fioletowe trampki dla Starszej Córki. Po drodze pooglądałyśmy kolejny domek- ten, który już kiedyś zwiedzaliśmy i właściwie skreśliliśmy, ale do którego zaczęła mnie dziś przekonywać pracowa koleżanka. W słońcu dom nie prezentował się dużo lepiej, jednak ogród nie taki mały, jak na domek w mieście, kusił do przeanalizowania raz jeszcze tej oferty. Przy okazji popodziwiałyśmy kwitnące magnolie i inne drzewka, Trusiek napsikał obowiązkowo na wszystkie kwiatki i nosek namarszczył.
A po dotarciu do celu spaceru, zakupieniu bodzika, odwiedzeniu papug "ćwil ćwil" w sklepie zoologicznym Trusia zaprosiła mnie na kawę. Już zbierałyśmy się do odwrotu, już pakowałam Trusię z powrotem do chusty- a tu dziecko zakrzyknęło radośnie "mniam mniam" i pognało do sklepiku-kawiarenki Tchibo. Przy witrynce z ciastami pokazało paluszkiem na torty wrzeszcząc na cały sklepik "am am am"- cóż było robić, zamówiłyśmy torcik i mrożoną czekoladę z wielką czapą bitej śmietany i usiadłyśmy kulturalnie przy stoliczku. Po krótkim czasie bita śmietana przeniosła się ze szklanki na Trusię, dziecko z zapałem wywijało widelczykiem i łyżeczką, a ja usiłowałam zlizać śmietanę z Truśki, uratować oczy przed nabiciem na widelczyk i chronić torcik jogurtowy przed wylądowaniem na podłodze lub spódnicy starszej pani siedzącej w sąsiedztwie. Przeżyłyśmy wspólną wizytę w kawiarni, ale dużo mnie to kosztowało. Do domu wróciłam kompletnie wyczerpana.
A w domu Trusia pełna zapału zaproponowała kolejną rozrywkę- wspólne sprzątanie szuflady z matczynymi skarpetkami i rajstopami. Niedawno sama zaproponowałam jej taką właśnie rozrywkę, ale wtedy zawartość szuflady rzeczywiście wymagała selekcji. Cóż, Dziecko widać doszło do wniosku, że odtąd taki już będzie rytuał...
A teraz śpi- na kolanach Tatusia- trzecia próba odłożenia do łóżeczka nie powiodla się. ciekawe, czy dzisiejszą noc Tatuś spędzi na fotelu??
22:14, dsmiatek
Link Komentarze (12) »
niedziela, 20 kwietnia 2008
Króliczek Duracell

Nareszcie odważył się Mały Człowieczek i dziś następowały kolejne sekwencje samodzielnych kroczków, na coraz dłuższych dystansach. A dla mnie wyglądało to zupełnie jak króliczek Duracell- tak jakoś Mały Tuptuś z nakręcaną zabaweczką mi się kojarzy.

A dzień zaczął się od Dody- stała sobie Trusia mała i śpiewała "nanana lalala papapa tatata". Na to Ciech- "Może z Trusi Doda wyrośnie" (Ratunku, dlaczego akurat Doda mu na myśl przyszła. Mam nadzieję, że jednak nie Doda.) Trusia usłyszała, co Ciech powiedział i zmieniła piosenkę. Zaśpiewała "dodadoda dadadada duda dadodado"- bardzo z siebie zadowolona:)

A po południu obaliliśmy mit Wymarzonego Domku- parę dni temu przysłał nam pan z agencji nieruchomości kilka domkowych ofert i jedna z nich wydała mi się moim Wymarzonym Domkiem- na zdjęciach świerki, modrzewie, zielona trawa, dom z dużym tarasem, obrośnięty częściowo dzikim winem- poezja. Już sobie wyobraziłam, jak na tym tarasie herbatkę piję i na choinki  patrzę. I dziś postanowiliśmy ów domek odszukać- jakimś cudem nam się to udało. (Bo wcale nie tak łatwo mając tylko miejscowośc podaną znaleźć domek ze zdjęcia. Już raz kiedyś próbowaliśmy, wieś wielka nie była, zjeździliśmy ją wzdłuż i wszerz, budząc zdziwienie miejscowych- bo Ford Galaxy jeszcze z "trumienką" na dachu rzuca się w oczy, ale domku nie znaleźliśmy.) Niestety domek nie okazał się wymarzony :( Choinki owszem są, taras jest, dzikie wino jeszcze bez liści, ale pewnie za jakiś czas się zazieleni... Ale dom wielki- stanowczo dla nas za duży. Poza tym wymaga remontu także z zewnątrz (agencja podała, że tylko w środku). Miejsce niespecjalnie ładne, a na dokładkę na tyłach działki tory kolejowe Kraków- Warszawa:( I tego lasu, co mi się wydawało, że domek przy nim stoi, wcale nie ma :(  Odnaleźliśmy jeszcze drugi zaproponowany przez agenta domek- też położony nieciekawie. Cóż, przyjdzie nam jeszcze poczekać na nasz Wymarzony Dom.
Przy okazji domkowej wycieczki Dziecko się wyspało- na spacer specjalnie się pogoda nie nadawała, w domu Mała spać nie zamierza, więc metodą doktora Spocka wsadziliśmy Córkę w fotelik samochodowy i uśpiliśmy na półtorej godzinki.

Sekwencje kroczków- widać, że Trusia sama chodzi? Filmiku nie będzie, bo nie mamy kamery, wypasiony aparat P. filmików nie nakręca, co najwyżej można komórką, ale jakość nędzna...No więc nie będzie  Trusi w ruchu, trzeba to sobie wyobrazić.

Jak już tak pięknie tuptam, to może się i latać nauczę;)

20:41, dsmiatek
Link Komentarze (6) »
sobota, 19 kwietnia 2008
Ogólnie do bani :(

No może nie wszystko, ale ogólnie to tak. Bo jak już człowiek weekendu szczęśliwie doczeka, to rankiem powita go deszcz i ponurość. I chociaż początkowo jeszcze spacer i spanie Trusi było w planach, to koło 11-tej być już przestało- deszcz się wzmógł na tyle, że zrezygnowałyśmy. A jak spaceru nie ma to spania też! Powieźliśmy więc samochodem Trusię na basen- przespała się aż 5 minut. Ale mimo to dzielnie w wodzie przetrwała i nawet dobrze się bawiła. Pochwaliła ją nawet pani instrukturka, że świetnie sobie Dziecek radzi. No pewnie- moja Rybka- pięknie z tatusiem pływała. W drodze powrotnej zdrzemnęła się kolejne 5 minut. Po obiedzie pojechałyśmy do Plazy- okazja się nadarzyła na trzecie 5 minut drzemki. W Plazie bardziej było kreatywnie niż chustowo- ale grunt, że Trusi się podobało. Z zapałem włączyła się do zabawy, łapała mydlane bańki, zjadała baloniki i korkowała tunel- w końcu już stary wyga z tej mojej Trusi. A chusty mogłyśmy sobie pooglądać- z małą Jagódką w środku- kolejna blogowa "znajomość" się urealniła.  Jakaś miła pani zrobiła Truśce zdjęcia wypasionym aparatem i nawet dała nam karteczkę z adresem internetowym, gdzie zdjęcia będą do ściągnięcia- niestety adres nam się zamazał i nie znajdziemy Trusiowych zdjątek :( No chyba, że Ania lub Dominika pomogą...Wracając z Plazy Dziecko dołączyło następne pięć minut spania do pozostałych i uzbierało się już tych minutek całe dwadzieścia!


A poza tym Dziecko nadal uparcie odmawia samodzielnego chodzenia, za to jak tylko mnie widzi, to mlaszcze głośno i podejmuje działania mające na celu przyssanie się do matczynego biusta. Zupełnie się nie da usiąść z nią na podłodze, pobawić, poukładać klocków, poczytać...Natychmiast nurkuje za mój dekolt w wiadomym celu.
Nie udało mi się też opanować ani jednego więcej chustowego wiązania oprócz pokazanego przez Kasię koali. Jakaś niezdolna chyba jestem w tej materii. Mimo że obrazkowa i słowna (po polsku)  instrukcja dołączona do naszgo hoppa wydaje się całkiem prosta i przejrzysta, to nic mi nie wychodzi. Plecaczek to jeszcze rozumiem- jak dziecko nie wpółpracuje, to nie jest to łatwe, a Trusiek wyraźnie się niecierpliwił matczyną nieudolnością. W ogóle wydaje mi się, że bez pomocy to ja tego sposobu nie opanuję...Ale żeby nawet wiązanie na biodrze mi się wyszło! No to już jest szczyt nieudolności! A jaki argument dla Męża, żeby drugiej chusty nie pozwolić zakupić...A ja już sobie Babylonię Green Paprika upatrzyłam i nawet ten wybór z Vegą skonsultowałam- że dobry. I dziś chciałam ją sobie w celu poprawienia humoru zamówić. Tylko nie wiem, czy po zapłaceniu wszystkich rachunków z mojego konta przez Męża cokolwiek tam jeszcze pozostanie :(
I w ogóle, jak się ta pogoda na jutro nie poprawi, to się chyba zapłaczę- bo trudny tydzień przed nami i kolejny weekend nie cały wolny, a tymczasem ten taki zapadany deszczem i zasnuty chmurami. I do bani po prostu!

To rano przy śniadaniu- ponieważ Starsza Siostra z Młodszą kawą się podzielić nie chciała, to można chociaż poudawać, że też się ją pije

A to loczki przecudnej urody

I Trusia zmotoryzowana- poszła wczoraj matka wieczorem na weekendowe zakupy, żeby lodówkę zapełnić, a z autkiem wróciła. dziecko rankiem autko odkryło i z zachwytu oniemiało.

Jak każdy rasowy kierowca i miłośnik swojego autka, zaczęła Trusia eksploatację od umycia pojazdu- poświęciła na ten cel przechwyconą podstępnie dopupną mokrą szmatkę (podstępnie, bo szmatki trzeba przed nią chować jako, że uwielbia je wysysać)

A to na odczarowanie ponurości- przykryłyśmy sobie sofę pomarańczową narzutą, nasz ulubiony fotel pomaranczowym kocykiem- plus nasza prywatna ukochana pomarańczowa chusta- hoppediz Santiago. Cieplej optycznie się zrobiło, ale czy humor poprawiło...No nie wiem:(

18:55, dsmiatek
Link Komentarze (5) »
 
1 , 2 , 3
Archiwum