RSS
wtorek, 28 kwietnia 2009
Wyprawa do zoologu

Jak widać kolejny punkt z wiosennych postanowień został zrealizowany. Idąc za ciosem, po sobotniem spacerze w Ogrodzie Botanicznym, wybraliśmy się w niedzielę do ZOO. A fotorelacja z ZOO, przynajmniej początkowa, byłaby następująca- Trusia siedzi na mnie okrakiem, wspina sie coraz wyżej, wtula w moją szyję i krzyczy w niebogłosy- "Boim małpek, nie ciem małpek oglądać, małpki sią gloźne, nie pacimy na małpki." Od czasu do czasu się upewniała "Ziamknięte sią małpki, nie wyjdą, sibka jeśt, sią klatki."
Nie było więc łatwo, surykatki okazały się bowiem równie niebezpieczne, wydry takoż, paw wzbudził prawdziwą panikę, o panterach nie wspomnę, ale tu przynajmniej jakieś podstawy do bania się są. Słowo tapir sprawiło, że Truśka nawet mi nie pozwoliła zajrzeć do tapirzego domku. Troszkę więcej zaufania wzbudziły bociany i kaczki. Juz się obawiałam, że nasza zoologiczna wyprawa zakończy się Truśkową wielką traumą, kiedy na horyzoncie pojawiły się klatki z hienami i wilkami. I tu, proszę, Córka radośnie pokiwała rączką w kierunku szczerzących zębiska zwierząt mówiąc do mnie uspokajająco "To piesiek taki duzi jeśt, gziećny jeśt piesiek, nie boim." A już prawdziwy entuzjazm wzbudziły strusie. "Gdzie tluś jeśt, pokaź. Ciem do tlusia. O jajko ma tluś, będzie jadł. Uwaziaj tlusiu, golącie jajećko jeśt. Jak źje tluś jajko? Nie ma łyziećki." Tak, "tlusie" najwidoczniej wydały sie jej pokrewnymi duszami. I juz nie bała się niczego, ani tygrysów "nie boim tyglysia, nie jeśt gloźny tyglyś, nie wyjdzie", ani lwów, ani mniejszych kotów, ani kopytnych zwirząt. Koniki zresztą dłużej podziwiała i koniecznie chciała do nich wejść. Na moje tłumaczenie, że nie możemy wejść do koników, stwierdziła "Nie moziemy do koników pójść. Bunia mozie tylko. Bunia pójdzie do koników." I Bunia pójdzie, a my z nią- w piątek, jeśli tylko pogoda nie zawiedzie pojedziemy sobie razem koniki popodziwiać i może nawet Trusia da się na jakiegoś wsadzić. Jak na razie twierdzi, że będzie na koniku jeżdziła. Minizoo było kolejnym miejscem, gdzie Córka zaparkowała na dłużej "i nie boiła". Ale co się w zoologu najbardziej podobało, co wzbudziło największy entuzjazm?... Ano żółta koparka na budowie żyrafiarni!
Droga z ZOO także dostarczyła nam wrażeń. W pewnym momencie Truśka zaczęła straszliwie płakać i krzyczeć "boim" ze swojego fotelika. Przestraszyła się, że może ją coś ugryzło, zdołałam jednak zrozumieć, że "boim muchy". Zatrzymaliśmy samochód w najbliższym możliwym miejscu i szukamy owej straszliwej muchy. Okazało się, że potwór siedział na szybie koło Trusi, ale na zewnątrz. A biedna Truśka spanikowała.
A tak na marginesie- nie wiem, czy to kolejna faza rozwojowa, czy jakaś Truśkowa fanaberia- płaczliwa i jękliwa stała się Córka okrutnie, małe żyjątka wzbudzają co najmniej obawę, a czasem właśnie strach paniczny. A hasło "tul mnie" chwilami sprawia, że mam ochotę nie tulić, a zniknąć z Córczynego pola widzenia.

Truśka zoologiczna niedzielna:




A dzisiaj byłyśmy u naszej pani doktor, która zaordynowała kolejne emulsje i smarowidła na Trusiną biedną skórkę, zaleciła obciąć o połowę dzienną racje mleka. Trusiek szedł na wizyte radosny bardzo, ale w gabinecie coś się jej przestawiło w programatorku i było "tul mnie" i "nie ciem śkólki pokaziać, nie ciem plećków, bziuśka nie pokazię". Dopiero szpatułka i latareczka nieco Wrzaskuna ułagodziła, do tego stopnia nawet, że zaproponowała, coby ją zważyć i zmierzyć. Wiemy zatem, że jesteśmy dumnymi rodzicami 15 kilogramów Truśki, a do metra brakuje jej jeszcze 10cm. Swoją drogą, jakie to niesamowite- przez niecałe trzy lata swojego zaistnienia, licząc okres wewnątrzbrzyszny, urosło mi Dziecko do 90cm, a w ciągu reszty swojego życia pewnie kolejnych 90cm już nie urośnie.
Zakończyliśmy też chyba chwilowo szczepienia- dziś były meningokoki. Trusiek się znieszczęliwił po ukłuciu, ale prawdziwą panikę wzbudziła w niej próba pocieszenia przez pani pielegniarkę, która nadmuchała jej gumową rękawiczkę. Bo Truś sobie wmówił, że się boi balonów- i konsekwetnie się tej tezy trzyma. W samochodzie w drodze do domu komentowała "Mało bolało ściepienie. Nie duzio. Na minigokokoki ściepienie było. Nie będzie Tlusia chola, źdlowa tTusia będzie. Boiłam balonika. Płakałam."

A jutro całkiem możliwe, dostanę wypowiedzenie z pracy. Wraz z piątką moich kolegów. Bo dziś nie przyjęliśmy do wiadomości (czyt. nie zgodziliśmy się) na pracę na dwie zmiany od najbliższego poniedziałku. Bo nie tak się traktuje dorosłych ludzi- nie wprowadza się im "stanu wojennego" i chaosu w życiu z dnia na dzień. I to bez żadnego racjonalnego powodu, bez wcześniejszego uprzedzenia, bez czasu na poukładanie sobie życia według nowych zasad. To trzymajcie za mnie kciuki, żebyśmy jednak tych wypowiedzeń nie dostali. Żebyśmy nie musieli podejmować decyzji, czy odejść z miejsca, gdzie w końcu nienajgorzej nam się pracowało.

22:36, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
sobota, 25 kwietnia 2009
Magnolie

Zrealizowałyśmy dziś kolejny punkt z wiosennych postanowień- wybraliśmy się do Ogrodu Boranicznego, żeby załapać się jeszcze na ostatnie kwitnące magnolie. Zresztą, nie tylko to było dziś w programie. Najpierw Trusia Była na basenie z P., gdzie łowiła "foczki" (swoją drogą, muszę to kiedyś zobaczyć, bo nie wierzę). POtem wsiadłyśmy obie na rower i pomknęłyśmy do H&M nabyć Trusi kostium kąpielowy- przy okazji zakupiłyśmy także komplet majteczek (także dla Truśki- czas już żegnać się z pieluchami), skarpetek (bo wiosna w pełni i nir bardzo się da nosić spodnie z rajstopami) i bardzo różowe spodenki. Komplet nowej garderoby przydał się jeszcze w sklepie- Trusia przeciekła i trzeba ją było przebrać w nowe spodenki i majteczki. Potem pędziłyśmy do domu rowerem niemalże na sygnale, coby zdążyć jeszcze na okruchy domowej obiadowej pizzy. Pizza jest drugim ulubionym daniem Truśki. Jakaś taka włoskosmakowa nam się Dziewczynka zrobiła, jada najchętniej makaron i pizzę. Stosuje jeszcze obficie oliwę z oliwek- tę jednak zewnętrznie. Od pewnego czasu ma Truśka ogromne kłopoty ze skórą (we wtorek wybieramy się nawet do pediatry, bo podejrzewam, że się nam Córka w atopika zamieniła, nie mam pojęcia na co może być uczulona)- oprócz czerwonych i szorstkich policzków posiada malownicze placki na rączkach, nóżkach, brzuszku i pleckach. Nie pomaga kapiel w Oilatum ani specjalne mydła, natomiast rozmaite mazidła dla chorych na atopowe zapalenie skóry ponoć Trusię szczypią i biedulka nie pozwala się smarować "ścipalnym klemem". Sięgnęłyśmy więc po oliwę extra virgin z nadzieją, że może pomoże. Truśka jak tylko zobaczyła w łazience butelkę ogromnie się ucieszyła, że będziemy o;iwą Trusię smarować. Zapytała nawet, czy ją posolimy i posypiemy ziołami. No jasne- a potem zjemy ;)
Na pizzę zdążyłyśy, a po obiedzie wybraliśmy się do Ogrodu Botanicznego. Po drodze czekały na Truśkę dodatkowe atrakcje w postaci ruchomych schodów i windy na Rondzie Mogilskim. Schodami musiałyśmy się przejechać parę razy w dół i w górę. A w Ogrodzie podziwiałyśmy magnolie, śpiewałyśmy o niezapominajkach, gadałyśmy z kaczkami ("o kaciuśka foćki łowi", "a po cio nie kwakwa kaciuśka", "ma kaciuśka zielone włośki na główce"), oglądałyśy kolorowe ryby, puszczałyśmy i bańki i bałyśmy się, że w szklarni wylezie skądś tygrys ( w końcu Trusia stwierdziła "nie psijdzie tyglyś dzisiaj, zia lok będzie"- uważajcie więc bywalcy krakowskiego Ogrodu za rok, bo możecie napotkać w szklarni pasiastego wielkiego kota). Ależ nam dziś było fajnie.
A po powrocie siedzimy sobie z Trusią w kuchni, Truś pojada jabłuszka i karmi jamniki skórkami. Ja ją tule i pytam zaczepnie "A kogo ja tu mam?" Truśka "Dziećko maś śwoje. Ziosię maś" W pewnym momencie woła- "O, dwa Pawełki sią". Patrzę ci ja i niczego podobnego do Starszego Syna w zasięgu wzroku nie widzę. Pytam zatem, gdzie Córka owe Pawełki widzi. Trusia: "Sią Pawełki dwa, tam sią, na helbatce". Oglądam pudełeczko i dalej nic, a Truśka swoje "sią dwa Pawełki". I były, bo to herbatka firmy HIPP - i co jest na końcu HIPP'a- dwa "Pawełki" właśnie:)
I jeszcze jedna myśl, żeby nie uleciała- Truśka przejawia swoiste poczucie humoru. Dobrze wie, czego najbardziej obawia się starszy z jej braci. Ano żywi lęk wielki przed przewijaniem Młodszej Siostry ze skupanej pieluchy. Ostatnio jak byli we dwójkę w domu przychodzi do niego i oznajmia, że zrobiła kupę. Paweł wyraża się niepięknie, miota, a Truśka się zaśmiewa. Do aktu przewijania doszło, Truśka nie była skupana i zwijała się ze śmiechu, że się jej udało Pawła oszukać. Tak się zwijała, że Pawel nie był w stanie pampersa jej z powrotem założyć.

A teraz fotostory z dzisiaj plus jedno zdjęcie gratis ;)

Wąchamy tulipany.

Truśka tańczy w niezapominajkach.

Magnolia pierwsza.

I magnolia druga.

Co pływa w fontannowej sadzawce? "Pieniąśki pływają, kamyćki, liśtećki. Nie pływają ziadne lybki, ani kaciuśki nie pływają. Wielolyb nie pływa, olka nie pływa teź."

Jedno z  miliona bańkowych ujęć.

Motyla Trusia- prawda, że tutaj wygląda jak prawdziwa dama ;)

I żeby nie było, że Trusi tylko z jednym rodzicem dobrze- Trusia z Tatusiem :)

A teraz gratis- Trusia, która się sama w koszyk spakowała. A potem nie umiała się zeń wypakować.

I jeszcze gratisik niezapowiedziany- jak mali ludzie się zmieniają w ciągu roku (lubię tak sobie czasem poporównywać)

Rok temu też byliśmy podziwiać Ogród Botaniczny w wiosennej szacie. W tym roku Trusiowe loki są zdecydowanie bujniejsze;)

22:09, dsmiatek
Link Komentarze (6) »
piątek, 24 kwietnia 2009
Takie tam rozważania o...karmieniu piersią

Ano tak mnie wzięło na wspominki. A właściwie na dziwienie się. Bo Truśki już od ponad pół roku piersią nie karmię, w zasadzie powinna już ten etap swojego życia zamknąć i i nim zapomnieć. I już więcej do niego nie wracać. A tymczasem moja Córka wciąż o "mlećkach" wspomina. Jak wróciłam po kilkudniowym rozstaniu, to oczywiście zostałam zapytana, czy aby mam "mlecki". Zażartowałam, że nie mam, że oddałam innemu dzidziusiowi, małemu chłopczykowi jakiemuś. Truśka troszkę się zmartwiła, poptarzyła na mnie i zapytała raz jeszcze "Maś mleciuśki? Nie śpsiedałaś chłopcikowi?" Ja idę w zaparte, że oczywiście sprzedałam i nie mam. Na to Truśka zanurkowała łapą za mój dekolt, a następnie przytuliła się i uspokojona wyraźnie zagadała "Sią mleciuśki moje". Ja, że nie ma, że sprzedane. A Truśka "A do ciego tulim?"
Coś mi się zdaje, że gdyby nie mój wyjazd do NY, to jeszcze byśmy się karmiły... Skąd ona tak ma z tymi "mleciuśkami"- rodzinne to nie jest- Bogna w wieku 10 miesięcy odmówiła ssania piersi- nawet mi trochę żal było, że już nie chce, ale odwracała główkę i zaciskała usteczka. Paweł też się jakoś bezboleśnie sam odzwyczaił, jak miał miesięcy 14. Z Ciechem było gorzej, karmiliśmy się miesięcy dwadzieścia, a proceder został brutalnie przeze mnie przerwany pewnej nocy, kiedy to zastrajkowałam, położyła się szczelnie na brzuchu i powiedziałam dość. Po dwóch dniach "mleciuśki" poszły w zapomnienie. A Trusia wciąz wspomina, wciąż sprawdza, wciąż pyta- taki mleciuśkowy Stwór.

Wczoraj przeżyłam pierwszy raz bunt Dwulatki poza domowym zaciszem. Bunt głośny i widowiskowy. Niestety, sprowokowany przez nas, czyli rodziców owej Dwulatki. Wracałam wieczorem z pracy i w drzwiach bloku natknęłam się na Trusię, wychodzącą właśnie na rytualny wieczorny spacerek z Tatusiem i psami w celu wymiany pustej butelki po piwie na pełną. Trusia zaproponowała mi pójście z nimi, ja stęskniona oczywiście poszłam, nie zważając na proces samstrawiania się żołądka, pozbawionego obiadu ani na dośc chłodny wiatr. Gdzieś tak w połowie drogi wymiękłam i stwierdziłam, że chyba jednak wrócę do domu spożyć cokolwiek. Bo spacer z Dwulatką i dwoma jamnikami nie jest bynajmniej energoczny i szybki i nie kończy się rychło. Truśka znalazła się w rozterce- z jednej strony chciała kontynuować spacer, z drugiej wracać ze mną. W końcu zadecydowała, że wraca. Jak tylko Tatuś się oddalił o kilka kroków zwrzasnęła, że idzie z Tatusiem. P. wrócił więc po Trusię, ale ona wmnieła w miezyczasie zdanie i postanowiła jednak wrócić ze mną do domu. W takim razie P. wziął psy i poszedł po swoje piwo. Jak tylko oddalił się na odległość uniemożliwiającą zawołanie go z powrotem Trusia wpadła w spazmy, że ona chce z Tatusiem po piwko. Darła się na pół osiedla, tupala nogami, machała rękami, sztywniała i miotała się na rękach. Wszyscy w okolicy mogli usłyszeć przeraźliwie wrzaski "Z tatusiem ciem! na piwko ciem! Tlusia cie na piwko z tatusiem!" Tylko czekać aż odwiedzi nas pomoc społeczna i będzie w okolicy zbierać wywiad środkowiskowy nt. wpędzania przez nas dwuletniej córki w alkoholizm. Bardzo mi było żal szkraba, że taki rozdarty i nieszczęśliwy się zrobił i to właściwie przez naszą nieprzemyślaną decyzję. Trzeba mi było przecierpieć jeszcze pół godzinki i pójść z nimi po to piwo.

A inne dylematy miewa Córka co rano w czasie ubierania. Bo się nie może zdecydować, co chce ubrać. Zapytana, czy woli sukienkę  czy spodnie po chwilach rozterki oświadcza "Ciem siukienkę i śpodnie"- całe szczęście, że istnieją tuniki i pozwalają wybrnąć z ubraniowego impasu.

 

15:02, dsmiatek
Link Komentarze (1) »
wtorek, 21 kwietnia 2009
Wracamy

Wracamy, chociaż dzisiaj na krótko. do niedzieli "wczasowałam" w Ciechocinku, a właściwie się szkoliłam, chociaż z dobrodziejstw uzdrowiska też udało mi się skorzystać. Szkoda, że od nas tak tam daleko- znalazłam świetne miejsce na bardzo bezstresowe wczasy z maluchem Trusiokształtnym. Hotel, a właściwie klinika, w której było organizowane szkolenie świetnie się do tego nadawał. Może się załapię na kolejne jesienią i wtedy zabiorę ze sobą Truszona i P. Fajnie by było.

A w międzyczasie moja Trusia urosła i usamodzielniła się jeszcze bardziej. "Siama" się myje, "siama" idzie się bawić na placu zabaw, "siama" skacze z kanapy albo murka na spacerze. I robi się coraz bardziej towarzyska- zaczepia dzieciaki na placu zabaw, bierze je za rączki i proponuje wspólną zabawę. A matkę olewa :( Ma szczęście nie do końca, od czasu do czasu przypomina sobie o moim istnieniu i domaga się tulenia i całowania. Sama też rozdaje buziaki.

Wracam dziś z pracy obładowana zakupami, a moje dziewczyny gotują obiad. Truśka woła :

"Lobim ci obiadek mamusiu."

Bogna uzupełnia- "Pilnujemy ryżu."

Truśka swoim zwyczajem: "A po cio pilnujemy?"

Po chwili sama sobie odpowiada: "Pilnujemy obiadku zieby nie uciekł".

Udało się upilnować, nie uciekł, smaczny był :)

Tu też "lobim obiadek"- pewnie pizzę w czasie, gdy byłam w Ciechocinku. A może mazurek z kajmakiem? Po moim powrocie czekały dwa nowiutkie i słodziutkie. A Montignac niech się schowa na czas jedzenia.

Kapelusznik jeden- bo Trusia ma nowy ulubiony element stroju- kapelusze. Każdy nowy wita z entuzjazmem- dorobiła się już trzech.

To jeszcze raz Kapelusznik- i Bębniarz przy okazji.

PS.

I bardzo dziękujemy za kartki Świąteczne Monsterom ( Kurczak zrobiony przez Gaję towarzyszy Trusi przy posiłkach) i Rybce kochanej. Truśka jest przeszczęśliwa, jak dostaje pocztę i z wielkim zapałem otiwera koperty, a potem każe sobie w nieskończoność czytać treść "listów". Piszcie więc- radość Truśki- bezcenna :)

Uśmiech- specjalnie dla Przyjaciół :))))

 

21:14, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 12 kwietnia 2009
Święta, Święta i po Świętach

Dla mnie Wielkanoc 2009 już się kończy. Jutro pracuję :(
A jak było?

Najpierw porządki:

Trusia, jak widać, bardzo była w nie zaangażowana ;)

W Wielki Piątek po południu pojechaliśmy do rodzinnego miasta rodziców Trusi, żeby spędzić Swięta w większym rodzinnym gronie- z Babciami, rodzeństwem P. i ich przychówkiem. Udało nam się wyjechać tak, że nawet zdążyliśmy na Wielkopiątkową Liturgię. Po drodze spali wszyscy, nawet kierowcy oczki się przymykały. I tylko jedna Osóbka szczebiotała całą drogę i pełna była energii- zgadnijcie kto? Owo niespanie przełożyło się na hiperaktywność w trakcie nabożeństwa, tak więc spędziłyśmy je biegając wokół przedkościelnego dziedizńca, kumplując się z czteroletnim Kubusiem i tocząc z nim poważne rozmowy na temat groźności mrówek. Bo Truśka, odkąd obudziły się rozmaite małe żyjątka, przeżywa nieustanne lęki i strarhy przed potencjalnym niebezpieczeństwem grożącym jej z ich strony. A przed kościołem spacerowały nieliczne mrówki. Truśka starała się je omijać. A Kubuś przekonywał ją, że mrówki nie są groźne, są małe i można na nie nadepnąć i będzie po mrówce. Takie stanowisko Truśkę bardzo oburzyło- bo co innego bać się mrówki, a co innego robić jej krzywdę. Pouczyła więc starszego kumpla:
"Nie wolno mlówek deptać. Niech chodzi mlówka."
Po nieudanych próbach powrotu do kościoła zrejterowałyśmy do babcinego domu.

A w sobotę raniutko trzeba było pomalować jajka.

Myślałam, że stempelki się nadadzą, ale na krzywej jajkowej powierzchni nie odbijały się zbyt pięknie.

Ostatecznie jajka powstały takie:

A potem wyruszyliśmy jajka poświęcić.

Wlazł kotek na babciny płotek- ze wszystkimi dziećmi to przerabialiśmy, czas więc było i Truśkę wdrożyć w rodzinny zwyczaj.

Dalsza część drogi już bardziej konwencjonalna.

I wracamy- żeby nie było, że tylko ten malutki koszyczek święconki nam starczy. Duży kosz jechał wózkiem :)
Trusia bardzo żałowała, że na święcenie nie udała się z nami jej kuzynka-równolatka:
"A po cio Tosia nie pośła z Tlusią?
Bo Tosia jeszcze nie ma gotowego koszyczka. Ciocia musi najpierw Tosi koszyczek przygotować.
Truśka patrzy na mnie trochę zdziwiona.
A po cio kosiciek ciocia gotuje. Nie wolno kosićka gotować."

Po południu sielanka w babcinym ogródku:

Z równie szczęśliwym jak Truśka Krokietem.

Z Jeżycem i Lalunią Małą.

Na drzewie.

W niedzielny ranek- świąteczne śniadanie:

I jeden z prezentów od Zajączka:

Potem była msza w moim ulubionym kościele, w czasie której Trusia zaprezentowała pląsy świętego Wita na kościelnej posadzce. Za to wypowiadała się jakby mniej. No i wreszcie mogła zaśpiewać "Alleluja", którego domagała się już od dłuższego czasu.
Potem pożegnaliśmy się z jedną Babcią i udaliśmy na obiad do Babci drugiej.

A Kotek znów na płotku- tym razem z Babcią w tle :)

Po południu obie kuzyneczki wreszcie się spotkały. Jak widać miłość kuzynowska rozwija się i kwitnie:)

Jutrzejszego Dyngusa rodzine będzie świętować beze mnie. Rano udaję się na dyżur i wracam we wtorek. Nie na długo wracam. Rankiem skoro świt we środę wyjeżdżamy na pięć dni szkolić się w Ciechocinku- via Warszawa- niestety, czasu między pociągiem z Krakowa a pociągiem do Aleksandrowa Kujawskiego mam bardzo niewiele. Ale pomacham wszystkim naszym warszawskim przyjaciołom z dworca Warszawa Zachodnia:)
Z powyższego wywnioskować należy, że nie będzie nas na blogu jakiś tydzień :(

A jeszcze z Wielkiego Czwartku:
Wracamy wieczorkiem z kościoła, gdzie wstąpiliśmy na chwilkę z Truśka na adorację. Trusia komentuje, że wszystkie sklepiki i inne "instytucje" pod naszym blokiem są już zamknięte. Nawet fryzjer nie działa.
"A po cio jeśt ziamknięty fliżjel?
Bo pani poszła już do domku, do swoich dzieci. Popatrz, nikogo nie ma.
A gdzie jeśt nikog?" :)

 

 

23:00, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
czwartek, 09 kwietnia 2009
Wesołych Świąt

Jesteś żabsko wielkie, ropucha jesteś moja :)

Nie jeśtem ziabśko. Nie jeśtem lopucha. Śmiatek jeśtem!

Ano, prawda:)

 

Wszystkim, którym nie złożyliśmy życzeń osobiście, lub do których nasze zyczenia jeszcze nie dotarły, naszym przyjaciołom i gościom składamy najlepsze życzenia na Święta Wielkiej Nocy. Odpoczywajcie, cieszcie się sobą, cieszcie się wiosną, grzejcie się w słonecznych promyczkach. I niech Wam tej wielkanocnej radości wystarczy na jak najdłużej:)

22:18, dsmiatek
Link Komentarze (3) »
wtorek, 07 kwietnia 2009
Zajączek

U nas już był- przynajmniej u mnie i u P. Zamiast czekoladowych jajek ofiarował nam wolny wieczór. Starsza Córka przejęła Truśkę, a nas wysłała do kina, w którym wcześniej zarezerwowała bilety.
Rezerwacja była konieczna, albowiem nie kino to było lecz kinko- dwanaście wielkich domowych foteli. A film tylko w kinku obejrzeć można, multipleksy nie są specjalnie zainteresowane- Jeszcze dalej niż północ. Uśmialiśmy się, chwilami do łez nawet. Wreszcie w kinie siedziałam w wygodnym fotelu.  A na dodatek bez wszechobecnego zapachu popcornu i siorbania coli.
Kochany Zajączku- wielkie dzięki.
A kto nie był na Jeszcze dalej niż północ i lubi francuskie kino i melodię francuskiego języka, to polecam- w Krakowie w Mikrofali:)

PS.
Bardzo dziękujemy za życzenia wielkanocne Kaji i Izie- w sobotę będziemy wyklejać pisanki (Truśka juz się doczekać nie może) i uśmiechac się do Was :)

22:14, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 06 kwietnia 2009
Zasłyszane

Trusia lubi suszoną żurawinę. Woreczek z ową żurawiną spoczywa sobie w szafce kuchennej na dole. Szafka zabezpieczona jest przed niekontrolowanym penetrowaniem przez Trusię. Dziś po południu Trusia zapragnęła zjeśc sobie parę żurawinowych jagódek. Starsza Siostra otworzyła jej drzwiczki do szafki.

Ciem jeść ziulawinkę.

Dobrze Trusiu. To weź sobie kilka.

Trusia patrzy skonsternowana.

No, weź kilka.

Trusiek spogląda do szafki, potem spoziera na starszą Siostrę.

A gdzie jeśt kilek???

:)

21:01, dsmiatek
Link Komentarze (3) »
niedziela, 05 kwietnia 2009
Czasem słońce czasem deszcz

O słońcu juz było, zacznę więc dziś od deszczu. Nie na dworze- tu szczęśliwie wreszcie słońce. Ale Truś w dwa dni weekendu zafundował nam własnie takie dwie skrajności.

Wczoraj deszcz. Wróciłam wczesnym popołudniem ze szkolenia, Trusiek początkowo radosny, powitał mnie wiadomością "Tlusia ci kwiatuśki kupiła"- i faktycznie, na stole stał pęczek zielnonych żonkili, które do wieczora już w połowie się rozwinęły, a dziś wszystkie są śliczne żółciutkie i pachnące. P. opowiedział mi, jak dzielnie Truśka pływała pod wodą, łowiąc "foczki", czyli większe zabawki, które trenerka wrzucała na dno basenu. Truśka zanurzała się pod wodę i wydobywała zabawki z dna, ale po wynurzeniu wpadała w małą furcję. Co tam furcja, i tak jestem z niej dumna. Tylko chciałabym zobaczyć to nurkujące zjawisko na własne oczy.

A potem były już prawie same fochy. Bo niewyspana, ale spać nie pójdzie. Ponieważ niewyspana, to zła, a jak zła, to obiadu jeść nie będzie. A jak nie je obiadu, to dodatkowo głodna, czyli jeszcze bardziej zła. Błędne koło po prostu. Nie pomogło wyjście na spacer- Truśka na każdym kroku starała się podkreślić, że mamusia jest jej absolutną własnością i żaden tatuś niech się nawet nie zbliża. Mamusia ma pchać wózek, mamusia ma rozmawiać z Trusią, mamusia ma nie zwracać absolutnie żadnej uwagi na swojego osobistego małżonka. Bo jak nie, to wrzask. Chwilową poprawę humoru spowodowała wiewiórka, którą Truśka była prawdziwie zafascynowana. Dostała nawet od przechodzącej starszej pani kilka orzechów i rzucała je wiewiórze- ta sprytna złapała jeden orzech i popędziła spożyć go gdzieś w ciszy i spokoju, bez małego obserwatora. Drugą chwilkę wytchnienia od Trusinych histerii i wrzasków mieliśy przy kretowiskach- Truśka zlapała patyk i poszła "miesiać kleciki", czyli grzebac patykiem w ziemi. my tymczasem mogliśmy przysiąść na skraju ściezki i chwilkę się ponapawać uśmiechniętą i bardzo zajętą "miesianiem" latoroślą. Ale potem było już tylko źle i gorzej. A na każdą propozycję spania odpowiadała wrzaskiem. Nawet w wózku oprzeć się nie chciała, żeby przypadkiem nie zasnąć. I co minutę wyłaziła z wózka "tupać", po kolejnych paru minutach "na ląćki do mamusi", wózek- wrzask, tupać, na ląćki- i tak da capo... Na pocieszenie po powrocie przywitała nas mała "terakotowa armia"- na kuchennym blacie dumnie stały sobie otrębowe muffinki, upieczone w międzyczasie przez Starszą Córkę. Tak sobie fajnie wyglądały, że skojarzyły mi się z żołnierzykami, z terakotową armią właśnie.

Na szczęście dzisiaj znowu słońce. Małe słoneczko zobaczyłam już w nocy- nie spałam i widziałam, jak Truśka przenosi się ze swojego łóżeczka do naszego. Robiła to prawie na śpiąco- najpierw ruch w łóżeczku, usiadła, wstała z zamkniętymi ślepiami- jedna nóżka przez barierkę, potam druga- na stojący obok fotel, z fotela poczłapaloa 9wciąż oczki jakby zamknięte) na moją stronę łóżka, wdrapała się, umościła, westchnęła cichutko i spała dalej. Hatyfnat taki :)

Na śniadanie mieliśmy jajka na twardo. Trusia pracowicie swoje oskubywała, niestety akurat trafił się jej oporny egzemplarz i razem ze skorupką oskubywały się fragmenty białka, które Trusia próbowała jakoś odczepić i zjeść. Powiedziałam jej, żeby zjadła sobie całe jajeczko, a nie te kawałeczki, na co Trusia odpowiedziała "nie ciałe jajećko Tlusia źje, tylko gołe jajko" (gołe, czyli bez skorupki).
A potem było już coraz fajniej- wspólna msza na Rakowicach, Truśka modląca się "ocia, sina, ducha amen" z poważną i skupioną minką, pomagająca mi wybrać bratki na balkon (pod cmentarzem zawsze są najładniejsze) i w końcu krótki spacer po Plantach oraz obiad.
I tu zareklamuję- Farina na rogu św. Jana i Marka- naprawdę przyjazna rodzicom z małymi dziećmi. Odłożono nam wózek w bezpieczne miejsce, zostaliśmy zapytani, czy chcemy wysokie krzesełko dla Trusi (nie chcieliśmy), Trusia dostała własne menu, z obrazkami i potrawami, które większość dzieci lubi (czyli frytki, pomidorówka z makaronem, marchewka z jabłkiem, kotlet z kurczaka, lody), potem własną serwetkę-podkładkę z żółwiem, kolotowanki, kredki i książeczkę "do poczytania". Bardzo się jej podobało. Zamówiła tylko frytki, dostała ich sporą górkę i spożywała przez cały nasz pobyt. A nasze dania- dla mnie pycha- roladki z soli z grzybami i sosem kurkowym (Trusiu, chcesz grzybka? Patrz taki ładny, malutki. "Muchomolka? Nie wolno jeśc muchomolków, sią tlującie, boli bziusiek." To nie muchomorek, patrz, nie ma kropek, to kurka.  Za chwilę- chcesz spróbować muchomorka? Truśka ze śmiechem "To nie muchomolek jeśt, to kulka."), szpinak z rodzynkami- mniam. I wino całkiem, całkiem.... Polecam Farinę- tylko, że nie jest tu tanio :(
W drodze do samochodu Truśka walczyła ze snem dzielnie, az mi jej było szkoda. Mówię więc "taka jesteś śpiąca i biedna Trusiu"- a ona na to "nie płaciem"- czyli jakieś wyrzuty sumienia za dzień wczorajszy w niej się kołaczą...

Czyli fajny dzień za nami. Po południu posiałyśmy jeszcze rzeżuchę i będziemy teraz patrzeć, jak rosnie. Truś juz wieczorem sprawdzał i patrzył- paluchem :( Posadziłyśmy też bratki na balkonie i wreszcie mamy wiosnę w domu. Tylko świąteczne porządki leżą i kwiczą- trudno, może jeszcze ktoś się nad nimi zlituje...

Tupiemy sobie po Plantach.

I się na Plantach tulimy :)

Trusia w Farinie.

Halo Babciu, cio śłychać?

I zabawy przy wieczornym ścieleniu rodzicielskiego łóżka.

23:50, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
środa, 01 kwietnia 2009
Rozmowy o teologii
Chciałam tylko króciutko napisać, że dziś rozmawiałyśmy z Trusią o Bogu. W ramach popołudniowego spaceru zaciągnęła mnie Córka do kościoła, bo koniecznie chciała mi pokazać dzwony. Obejrzałyśmy dzwony dokładnie- są trzy i wiszą sobie na takiej otwartej konstrukcji na dziedzińcu przed kościołem. A potem Trusia zapragnęła koniecznie wejści do kościoła. No to weszłyśmy. Trusia bardzo lubi odwiedzać kościoły- głos się wtedy lepiej niesie. A tyle jest wewnątrz ciekawych rzeczy do omówienia. Dziś Truśka pokazala mi "czry", które można zrobić w przedsionku- jak z krzesełka zrobić klęcznik. Widać z Pasią odwiedzają kościół w ramach spacerów.
A w drodze powrotnej Trusia opowiadała, że "Pan Bóg się ciesi, jak Tlusia do kościółka psichodzi. Pan Bóg jeśt siam w kościółku, nie lubi byc siam. Wtedy psijdą dzieci i Pan Bóg ciesi. A po cio psijdą dzieci? Zieby modlić, zieby spiewać psijdą. Cio lobi Pan Bóg? Cieka na Tlusię aź psijdzie."
Słonko świeciło na niebie, a właściwie już pomalutku chyliło się ku zachodowi, nad naszymi głowami "mały sięzić świeci. Podoba mamusi sięzić mały? Nie bój mamusiu sięzicia małego, wysioko świeci." Ptaszki wiosennie świergoliły. A Pan Bóg na pewno się cieszył:)
21:52, dsmiatek
Link Komentarze (4) »
Archiwum