RSS
piątek, 30 kwietnia 2010
No i mamy znowu weekend :)

Tak jakoś nam się fuksło, że pierwszy majowy weekend zaczęliśmy już dziś:) Tatuś Trusi wziął sobie urlop na rozliczenie się z Urzędem Skarbowym (ostatni dzień na rozliczenie to już u nas wieloletnia tradycja)- cóż, każdy weekenduje, jak lubi;-)
A mój szanowny szpital ogłosił dziś dzień wolny za pierwszomajową sobotę. I dzięki temu w zupełnie zwyczajny dzień mogłam pójść z Trusią do Parku Wodnego. Udałyśmy się tam we trzy dziewczynki i całkiem nieźle się bawiłyśmy. Zmartwił mnie tylko niesłychany regres Trusi w pływaniu. W ubiegłe wakacje nie mogłam się jej nachwalić, zachwycałam się tym, jak pięknie nurkuje z otwartymi ślepiami i uśmiechem na paszczy- wciąż mam przed oczami widok przebierającej kończynami Trusi, wypuszczającej bąbelki dziobem i uśmiechniętej od ucha do ucha w prześwietlonej włoskim słońcem wodzie basenu. A teraz kicha- Trusia nie chce sama pływać, nie chce skakać, nie chce nurkować, nie chce ślepiów zamoczyć :( Oswajana z wodą od niemowlakości jakby zupełnie zapomniała, jaka to frajda pływanie :( Mam nadzieję, że jej to minie i znów wróci mój Trusiek-Pływaczek.

Pomijając Trusiowy pływaniowstręt bawiłyśmy się we trójkę całkiem fajnie, Trusia się nazjeżdżała na zjeżdżalniach, Bunia też sobie pozjeżdżała, ja trochę popływalam, pobulgotałyśmy w jacuzzi- pełny urodzinowy relaks.
A Paweł w międzyczasie kończył swoją przygodę ze szkołą średnią- za kilka dni nowa przygoda- matura. Mam nadzieję, że potraktuje ją właśnie jak przygodę- wyzwanie. I że temu wyzwaniu mężnie stawi czoła i nie polegnie. Trzymajcie kciuki.

Resztę dnia też spędziliśmy rodzinnie. Tatuś dzielnie zakończyło "pitolenie", odwiózl dokumenty do US i na rok mamy spokój- oby.
Zjedliśmy sobie rodzinnie pizzę, zrobiłyśmy "dziewczyńsko" zakupy weekendowe. Przed zakupami rzeczy przyziemnych nawiedziłyśmy jeszcze sklep0ik z ciuchami. POnieważ mierzyła Bunia, to i jej młodsza siostra zapragnęła coś przymierzyć. Z braku odpowiednich rozmiarowo ciuchów wybrała sobie coś nieodpowiednigo, wlazla do przymierzalni, zdjęła sama wlasną odzież (jak chce, to potrafi rozebrać się migiem, a jak w domu ją o to proszę, to dwie rączki są lewe i całkiem niesprawne) i przmierzyła całkiem fajną podwójną bluzeczkę. I tak się sobą zachwyciła, że nie pozwoliła jej z siebie zdjąć. Ponieważ bluzeczka i mi do gustu przypadła, a okazalo się, że Trusia "nosi" mój rozmiar, zostala zakupiona. Truśka wymaszerowała w niej ze sklepu i spędziła tak ubrana resztę dnia. Powiedziała, że się zastanowi, czy mi ją pożyczy... Bunia też wyszla z siateczką.
Spieszę jeszcze nadmienić, iż wybrana przez Trusię bluzeczka  nie ma ani jednego elementu różowego. W przewadze jest czarna, a na wierzchniej warstwie ma czerwone różyczki. W ogóle dziś rano Trusia nie ordynowala koloru różowego, lecz oświadczyła, że chce być "pomidolkiem"- i takaż właśnie czerwona była aż do momentu założenia zdecydowanie za dużej czarno-czerwonej bluzki z Cache Cache.
Potem pobuszowałyśmy sobie jeszcze w Douglasie, gdzie Trusia wyciągała łaskawie łapki do pani sprzedawczyni, prosząc, żeby popsikala ją perfumami. Dziewczynka stuprocentowa! Dobrze, że nie odkryła kosmetyków do makijażu ;-)

Jak już zrobiłyśy zakupy, to dalej się rodzinnie integrowaliśmy przy kawie z lodami i torciku kawowym. Trusia odśpiewala Starszej Siostrze solowe "sto lat"- że melodia trochę inna była, to co tam. Pozdmuchiwały obie dziewczyny świeczkę (jedna była, symbliczna, albowiem w naszym markecie zabrakło małych świeczek, zabrakło też świeczki z jedynką, którą można by na torcie usadzić razem z dwójką).

Fajny dzień taki weekend nie w weekend :)

Jutro jedziemy do babci :)

Rankiem:
"Ojej mamusiu, patrz, psują moje ukochane mlecze. Dlaczego oni koszą tą tlawę i moje mlecze ulubione. I co ja telaz będę dmuchać, jak mleczów nie będzie i nie zlobią się dmuchawce? :( " Smutek był wielki, Trusia zamierzała nawet pogonić panów-kosiarzy. Szczęśliwie połacie trawnikowe są w okolicy niemałe i trochę nieskoszonych mleczy i dmuchawców jeszcze zostało.

Ostatnio Trusia jest zaabsorbowana planami budowy domu. Własnego. Albowiem postanowiła się wyprowadzić i zamieszkać "z Szymusiem" (kumpel z AAK) w nowozbudowanym małym domku (budować mają ten domek wspólnie) na trawniczku tuż przy Trusiowej ukochanej lodziarni, w której serwują niebieskie lody. A w owym domku:
"podłoga będzie na suficie, sypialnia na balkonie, łazienka w kuchni, kuchnia na komodzie, a balkon na schodach"- taki to fantazyjny domek będzie.
"I nie maltw się mamusiu, zabirzem ze sobą psy. I już nie będziesz się musiala maltwić, że Klokiet coś ci zje." (Ostatnio zeżarł kolejną narzutę i nadżarł wkład w swoim  nowym "łóżeczku". Ktoś ma pomysł na drania poza przerobieniem go na pieczeń?)

Bunia dziękuje pięknie za wszystkie urodzinowe życzenia:)

21:45, dsmiatek
Link Komentarze (4) »
czwartek, 29 kwietnia 2010
Koniec z minionym weekendem przed kolejnym weekendem

Nie mogę sobie odmówić i wrzucam jeszcze parę zdjęć z niedzieli:

Ten oto błękitny kwiatuszek, tak podobny do niezapominajki, bynajmniej niezapominajką nie jest. Nosi on ponoć wdzięczne imię "ułudek" (a może "ułudka"?)

W stawie w głębi Botanicznego Ogrodu pływają sobie takie właśnie kolorowe karpie

Truśka w szklarni filuje na mniejsze rybki

i na wodne kwiatki- to nie nenufary, tylko inne jakieś

Wreszcie się udało Truszonowi wdrapać na jakieś drzewo. Temat drzewołażenia jest ostatnio często poruszany, a Trusia pilnie wypatruje, czy aby na jakieś wleźć by się nie dało. No i znalazło się jedno na alpejskiej górce, rosnące odpowiednio, bo poziomo ;-)

A w stawie w samym centrum ogrodu pluszczą się i kwaczą kaczorki

Tyle jeszcze tulipanów kwitło - chociaż niektóre egzemplarze już poprzekwitały. Ale były też takie, co dopiero się szykowały do otwarcia- Generał Eisenhower na przykład jeszcze w niedzielę nie zakwitł.

Mogłabym tak długo jeszcze, ale koniec, basta. Pa pa ogrodzie botaniczny. Czas na zasłużony obiadek. W planie była Kompania Kuflowa- bo miejsce zabaw dla dziecka, bo porcje duże i niedrogie, bo ponoć całkiem smacznie (Starsza Córka przetestowała w sobotę). Niestety, w weekendy trzeba tam rezerwować miejsca, a my tego nie zrobiliśmy. Zastosowany został zatem plan awaryjny, czyli wreszcie odwiedziliśmy Barkę na Wiśle- tą Barkę bezimienną, zacumowaną na wysokości ulicy Gazowej, w bordowym kolorze (bo obok parkuje druga, biała). Knajpę na barce polecał kiedyś pan Nowicki w Co jest grane, a ja recenzje jego pilnie czytam i zapisuję sobie te miejsca, ktore chwali. Nie zawsze się z nim zgadzam, na przykład hinduska kuchnia w świętej już pamięci Orient Ekspresie była dla mnie zdecydowanie za ostra, ale inne miejsca pochwalone przez niego i odwiedzone przez nas warte były tych odwiedzin.
Wylądowaliśmy zatem na Barce:

Zjedliśmy bardzo smacznie, choć nie tanio. W bardzo sympatycznym wnętrzu, w którym wcale nie bujało, mimo wietrzyska na zewnątrz. Mają dziecięce menu, kredki, kartki, książeczki dla dzieci i mini-bibliteczkę dla dorosłych, nienachalną muzykę kojącą nerwy i sympatyczną obsługę. I bogatą kartę win- niestety też nietanich :(
Barkę polecam Krakusom i przyjezdnym też.

A po obiedzie pomknęliśmy do domku, zahaczając jeszcze tylko o stawek przy Plazie- bo trzeba było sprawdzić, co też porabia znajoma łabędzia para, która jest jednym z tych elementów, co towarzyszą Trusi od pierwszych miesięcy.
Łabędzie już zbudowały gniazdo w trzcinach i jeden dzielnie wysiaduje jajka, a drugi cały napuszony i dumny pływa nieopodal i pilnuje. Już niedługo będziemy obserwować, jak rosną łabędziątka :)

I na tym mogę wreszcie zakończyć poprzedni weekend, a od jutra zacząć następny. Przed południem idziemy wreszcie z Trusią i Bunią do Parku Wodnego- wizyta w Aquaparku była jednym z założeń zeszłowiosennych. No cóż, to zaledwie niewielkie, roczne opóźnienie...

Jutro wielki dzień- 21-wsze urodziny Starszej Córki! Matko, jak to możliwe, żebym ja, taka młoda, miała taką starą Córkę! ;-)

 

22:24, dsmiatek
Link Komentarze (6) »
środa, 28 kwietnia 2010
I jeszcze niedziela

Na niedzielę obowiązująca mantra nadal brzmiala "nie śpieszyć się, nie galopować, nie miotać się dookoła własnej osi". Bardzo musiałam sobie mantrować, bo niespieszenie nie lezy w mojej naturze.
Plany były takie- najpierw msza na Rakowicach i cotygodniowe odwiedziny u Ciszka i Misi, potem Ogród Botanczny i magnolie, a potem obiad gdzieś w mieście (miała być Kompania Kuflowa, ale z powodu braku miejsc tamże trzeba było wymyślić inny lokal- o tym później). Przemieszczać się mieliśmy rowerami. Ranek powitał nas slońcem i lodowatym wietrzyskiem. Jednak się nie daliśmy i dosiedliśmy naszych dwukółkowych rumaków- nie było tak źle, w niektórych miejscach nawet tak bardzo nie wiało.

W Ogrodzie Botanicznym wiosna- magnolie, hiacynty, tulipany, narcyzy/żonkile. Zakwitł nawet pierwszy rododendron. Zapachy, uwijające się trzmiele, dwa kaczorki nurkujące w stawie i kolorowe karpie wystawiające pyszczki z wody. Uwielbiam to miejsce. Trusia na razie jeszcze też. Ale złudzeń nie mam- nadejdzie czas, kiedy zacznie jej tu być za spokojnie, za nudno- bo nie ma placu zabaw, bo kwiatków zrywać nie wolno...

Ale na razie cieszmy się wspólnym błądzeniem po Ogrodowych alejkach i odkrywaniem owadożernych roślinek w szklarniach- czyli znowu zdjęcia, ale tym razem flora w roli głównej:

Magnolie

Znowu magnolie:

I rododendron:

A jutro jeszcze dołożę zdjęć kilka, które mi się nie zmieściły w plikach, ale dziś już łaskway blox dodał mi miejsca, zatem będa mogły dołączyć do reszty.

Jaki można miec bonus z nocnej jazdy do Balic po porzucony tam mężowski samochód? Ano można sobie posłuchać słowików. Tuż obok lotniska drą dzioby o północku aż szkoda się stamtąd ruszyć. Ostatni raz słyszałam słowika baaardzo dawno temu, tak dawno, że nie jestem pewna, czy mi się nie zdawało. Aż tu nagle wczoraj mi zaśpiewały :)

21:36, dsmiatek
Link Komentarze (3) »
wtorek, 27 kwietnia 2010
Soboty ciąg dalszy

Skoro już zadałam sobie tyle trudu i nazmniejszałam zdjęcia oraz wrzuciłam je do blogowych plików, to teraz muszę je na blogu opublikować i Was nimi "uszczęśliwić". A co tam, Trusi blog w końcu ;-)

No to po wyjściu z uwięzienia w Ogrodzie Doświadczeń zaliczyliśmy jeszcze plac zabaw w parku AWF-u, po drodze rozglądając się za wiewiórkami- tym razem ich nie było. A trzeba Wam wiedzieć, że w Trusiowej nomenklaturze park AWF-u nosi nazwę "Parku Wiewióleczki".

Na placu zabaw było szaleństwo. Już bezpowrotnie minęły te czasy, kiedy udawało nam się za Trusią nadążyć i kontrolować jej działania w tego typu miejscach. Teraz jest zdecydowanie trudniej. Ale też Truśka coraz sprawniejsza, więc lepiej sobie daje radę.

Zjeżdżanie z najwyższej zjeżdżalni w pozycjach różnych, wspinanie się po zjeżdżalni i po linie, huśtanie "baldzo wysoko, nie tak jak dzidziusie", wspinanie na sam czubek drabinki- opanowane do perfekcji. A jeszcze tak niedawno niezdarny Dzieć z trudem wdrapywał się po zjeżdżalniowych schodkach i długo przemyśliwał na czubku nad tym, czy się odważyć i zjechać, czy też może zrezygnować. Ech, było, minęło...

Przy okazji spieszę donieść, że WRESZCIE opanowala Trusia trudną sztukę układania puzzli. Na razie piętnastoelementowych, ale niech się nie uśmiechają z wyższością mamy ekspertów układających seteczki. Te piętnaście kawałków kosztowało wiele trudu całą Trusiową rodzinę. Wszyscy ambicjnalnie niezwykle podeszli do nauczania Trusi, każdy miał swoją metodę, każdy już tracił nadzieję i cierpliwość, każdy dochodził do wniosku, że Trusia i puzzle to dwie różne bajki. Trusia została zaznajomiona dogłębnie z pojęciem krawędzi i rożka, wysłuchała cyklu "wykładów" na temat technik układania puzzli. I wydawało się, że całe wysiłki idą na marne, że nic z tego, że trzeba odpuścić. Aż tu nagle naumiała się, pojęła, wie, co to rożek i krawędź. I piętnaście elementów wreszcie układa.
Victoria!

20:07, dsmiatek
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 26 kwietnia 2010
Weekendowania dzień drugi

Założenie było takie- sobota i niedziela bez pośpiechu, bez "muszę", jako mantra "chcemy się dobrze bawić i fajnie spędzić czas razem". Zatem w sobotę po zajęciach standardowych, czyli basenie Trusi i moim rannym pilatesie oraz obiedzie pojechaliśmy rowerami do Parku AWF-u. Zaczęliśmy do Ogrodu Doświadczeń. Dobrze mi się ten Ogród kojarzy, często spacerowałyśmy tu sobie z malutką Trusią- wtedy jeszcze było za darmo. Trusia rosła, a Ogród rósł razem z nią, wzbogacał się o nowe urządzenia. Mamy blisko, więc bywamy tu kilka razy w roku. I nigdy się nie nudzimy- super zabawa dla dorosłych i dzieci.

Robiłyśmy wodny wir, wciągający piłeczkę

Trusia zatapiała "nurka"

Wprawiałyśmy w drgania kładkę, skacząc po niej we dwójkę i w pojedynkę

Próbowaliśmy złapać równowagę na kołyszących się platforemkach

Przyciągałyśmy swoje wózeczki przy pomocy liny

Obserwowaliśmy, jak kulki przekazują sobie energię kinetyczną

Truśka z upodobaniem spacerowala po "ścieżce fakturalnej"- po pierwszym przejściu nauczyła się omijać ostry żwirek i kłujące kamyki, za to z lubością przełaziła przez piasek i torf.

Tak się na tego bosaka rozspacerowala, że trzeba ją było "siłą" od ścieżki oderwać;-)

Tworzyła z Tatusiem podciśnienie, żeby "przyssać" do siebie dwa "talerzyki"- tak się dobrze przyssały, że nie dało się ich rozerwać

Próbowala sprawdzić, co się stanie, jak kręcąc się na "karuzelce" rozstawi na boki rączki z ciężarkami, a co będzie, jak te rączki przytuli do siebie.

A ponieważ samodzielnie jej to średnio wychodziło, to wlazla na wspólną "karuzelkę" z Tatusiem

A potem przeszliśmy do akustyki- było granie na trójkątach, rurach, kamiennym ksylofonie, uderzanie w gong, rozmowa przez najprostszy telegraf...

NIe mogłyśmy opuścić naszej ulubionej "malchewki" rysującej krzywe kogoś, kto ma bardzo trudne w pisowni francuskie nazwisko (a czyta się je [lisażu]).

I tak się rozbawiliśmy, że nie zauważyliśmy, że w międzyczasie Ogród opustoszał i brama doń została zamknięta- bo to kwiecień jeszcze, a w kwietniu zamykają o 17-tej.

Więc jeszcze tylko ostatnie, troszkę łzawe, spojrzenie w lustra i biegbiemy do wyjścia.
Trusia zaniepokojona:
"A po co oni nas tu uwięzili?"
Szczęśliwie jak uwięzili, to i odwięzili. Miły pan otworzył nam bramę i wypuścił nas i nasze rowery. A my pojechaliśmy jeszcze na parkowy plac zabaw, ktory Trusia wielbi. Ale to sobie zostawię na jutro. Dzięki bogatemu w obrazki weekendowi mam tematy na co najmniej dwa wpisy jeszcze ;-)
Że zdjęć za dużo? Cieszcie się, że tylko tyle, bo zrobiliśmy duużo więcej ;-)

Ogród Doświadczeń polecam po raz kolejny- jeśli ktoś z Krakusów jeszcze nie był, to niech rozważy wyprawę do Parku AWF-u- warto.

 

20:53, dsmiatek
Link Komentarze (6) »
niedziela, 25 kwietnia 2010
Jak się zaczął weekend- ostatni w kwietniu

W to trudno uwierzyć- że już za tydzień będzie maj. A za chwilę minie połowa tego, dla mnie wciąż śweżutkiego i całkiem nowego, roku.

Weekendowanie zaczęło się wyjątkowo, bo już w piątek. Zwykle nie jest nam to dane. Ale tym razem, dzięki Ani (AAK) w piątkowe popołudnie udałyśmy się tramwajem pod Wawel w odwiedziny u Wawelskiego Smoka. "Akademickie" dzieci stawiły się prawie tłumnie- tak tłumnie, że nie udało mi się ich policzyć, ale było ich kilkanaście. A do tego co najmniej tyle samo rodziców. Czyli bardzo silna grupa.

Na początku Ania rozdała maluchom mapki:

W planie było podziwnięcie smoka, pamiątkowe z nim zdjęcie, spacer na ulicę Kanoniczą, a następnie przystanek w Kompanii Kuflowej na Plantach przy ulicy (nomen omen) Gertrudy!
Plany były "ambitne", z realizacją poszło troszkę gorzej. No ale w Akademii to dzieci decydują, co będą robiły (do rozsądnych granic oczywiście).

Zdjęcie ze smokiem było:

Że nie wszyscy się wdrapali? Cóż, nie wszystkich udało się też spedzić i utrzymać w bezruchy pod smokiem.

Potem był dłuugi spacer parami, czwórkami, jedynkami, czy jak kto chciał ulicą Bernardyńską:

Było zdobywanie Wawelskiego Wzgórza:

Były próby ulicznej zabawy w "rosnącego balonika" i "kółko graniaste":

A wszystko to trwało tak długo, że Kanonicza wypadła z programu i wylądowaliśmy w Kompanii Kuflowej:

Na kufle i inne tutejsze przyjemności załapali się tylko niektórzy. Inni, jak troskliwe kwoczki, ganiali za swoim dziecięciem i podziwiali, jak świetnie się bawi w sali zabaw dla dzieci. Albowiem jednym z plusów tej knajpy jest całkiem spora, dwupoziomowa salka do zabawy, z kulkowym basenem, zjeżdżalniami i innymi podobymi atrakcjami. I niech nikogo nie zmyli otatnie ze zdjęć- ten spokój i studiowanie karty dań skończył się, jak tylko dzieciaki wycziły, że owa salka do zabawy znajduje się nieopodal. Ci rodzice, którzy przyszli w parze, mieli szczęście- dało się wydelegować jednego do "kwoczenia", drugi mógł się oddać rozkoszom stołu.
Ja niestety byłam singlem:(

Ale udało mi się przynajmniej podstępem wyciągnąć Trusię w drogę powrotną do domu- obietnica lodów w wafelku zadziałała i idąc na tramwaj zahaczyłyśmy jeszcze o lodziarnię na Grodzkiej. Poplamiona "pastowym" (czyli miętowym) lodem kurtka to nic w porównaniu z komfortem bezwyciowego opuszczenia knajpy ;)

Fotorelacja z reszty weekendu w najbliższym terminie- zdjęć napstrykaliśmy chyba tysiąc. Ale też odwiedziliśmy dwa z moich ulubionych krakowskich miejsc- Oród Doświadczeń i Ogród Botaniczny. I najeździliśmy się na rowerach :) Czyli weekend był baardzo udany:)

23:07, dsmiatek
Link Komentarze (3) »
sobota, 24 kwietnia 2010
Wstęp do weekendu

Wstęp był wczoraj. Jak zwykle weekend od zakupów czas zacząć. A zakupy po przewiezieniu ich do domu trzeba rozpakować:

Przy rozpakowywaniu Trusia jest, jak widać, niezwykle pomocna.

-Trusiu, co ty się tam tak tarzasz po tej podłodze pod stołem?
-"Tarzam się, bo Pawel mnie tam WTARZYŁ!"

-Ściągnij buty Trusiu.
-"Nie mogę ściągnąć, bo mi się zlobił WIĄZEŁEK na sznulówce."

-"Wiesz Pawełku, ja niegdy nie będę miała złego dzienia. Zawsze będę miała tylko doble dni, bo ja jestem dobla."

I o trzech (mam nadzieję, bo dwa za nami, a trzeci jeszcze przed) dobrych dniach będzie wpis jutrzejszy :)
Miłego trzeciego dnia weekendu (albo drugiego- nam  się udało i ten weekend zaczęłyśmy od piątkowego popołudnia).

PS
Aaa, jeszcze jedno- coś, po czym dziś na chwilę wymiękłam.
Ranek, już po śniadaniu i wyekspediowaniu Ciecha na tygodniowy obóz językowy do Londynu, jeszcze przed wyjściem Trusi na basen i moim na pilates. Miotam się między odkurzaczem a czyszczonym wreszcie piekarnikiem. Truśka coś tam rozrabia (teraz już nie pamiętam nawet, co takiego usiłowała zmalować), ja tracę cierpliwość i tradycyjnie wyrzekam, a nawet głos podnoszę (mea culpa, na swoje usprawiedliwienie mam to, że odkurzacz ryczał). Truśka zatrzymuje się w swojej dzialalności, patrzy błękitbie na ryczącą głośniej niż odkurzacz matkę. W pewnym momencie podbiega do wrzeszczącej mnie i szybko, mocno przytula się do mojej nogi. Ja wymiękam, roztapiam się, milknę w pół słowa. Potrafi to Dziecko postępować z ludźmi- a przynajmniej z własną rodzicielką. Ależ mi się udała. Każdego dnia, co najmniej parę razy, dziękuję, że ją mam:)

21:15, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
czwartek, 22 kwietnia 2010
Moment historyczny

Dzisiejszy dzień przejdzie niewątpliwie do Trusiowej historii, albowiem dziś podpisałam umowę w przedszkolu. Dzięki koneksjom, perswazjom, czujności, niezłomności oraz innym rozlicznym zaletom Ani z Akademii znalazło się miejsce dla Trusi w przedszkolu prywatnym. Umowa już podpisana, wpisowe zapłacone, statut przedszkola nieprzeczytany (ale zawsze można, bo wisi gdzieś tam przy wejściu)- czyli klamka zapadła, od września pójdzie Trusia do małego prywatnego przedszkola na sąsiednim osiedlu.

A dziś Trusia poznała nowe słowo- jakoś tak się jej omsknęło i dopiero dziś pojawiło- "chwalipięta'. Wydobyłam ostatnią nową książeczkę z Franklinowych zasobów, a był to właśnie "Franklin mały chwalipięta". Jak nowe słowo zostało początkowo przez Trusię zapamiętane?
"Przeczytajmy wleszcie tego Flanklina chwalistopę." :)

Trusia się dziś obraziła. Najpierw zrobiła bałagan wielki, wysypała wszystkie zabawki z pojemnika, wywaliła parasole z kosza na parasole, potem usiłowala się wcisnąć do owego kosza, ale cała nijak nie wlazła, a w końcu zmarszczyła brewki, oświadczyła:
"Jeste zła! Ide sobie!" (Zła Trusia nie dba o końcówki, Trusia w dobrym humorze dba o nie przesadnie i czasem wychodzi z tego "smog" zamiast smoka itp),
a po chwili usłyszeliśmy trzaśnięcie drzwiami wejściowymi. Ciekawe dokąd chciała sobie pójść?
Naturalnie eskapada samotna złej Trusi się nie udała, zbieg został natychmiast zawrócony z powrotem. Szczęśliwie dość szybko się odzłościł.
I zajął dalszym kompletowaniem rycerskiego rynsztunku. Mamy już na stanie dwa miecze (jeden dla Trusi, drugi dla Lucjanka, mają powstać kolejne dla Nuli i Kinguni), dziś powstała tarcza. Oręż posłuży do walki ze strasznym smokiem albo innym potworem.
Jak ów potwór zoczy takiego rycerzyka, to niewątpliwie padnie. Ze śmiechu.
I będzie można ogłosić zwycięstwo ;-)

A noże ostrzy Trusia nie na smoka, lecz na swoje ulubione kotleciki:

 

Też dziś obserwowałam spod przymkniętych powiek Truśkę kombinującą z drukarką. Włączyła Trusia w pewnym momencie drukarkę przyciskiem. Drukarka, nie podłączona do komputera, zdziwiła się, zamruczała, zakląskała. Potem zdziwiła się Trusia i ponaciskała jeszcze parę guziczków. Na to drukarka zgłupiała zupełnie, wessała parę kartek papieru, zazgrzytała, zamrugała i kartki szczęśliwie "wypluła". Truśka z niepewną miną pogapiła się na te wyplute czyste kartki, zdecydowanym ruchem wcisnęła przyciski wyłączający drukarkę, a następnie powiedziała:
"Ale dużo pieniążków wypluł dla mnie ten bankomacik".

21:46, dsmiatek
Link Komentarze (4) »
wtorek, 20 kwietnia 2010
Rozmowy troszkę w starym stylu

Po co najmniej półgodzinnym rozpuszczaniu pod prysznicem (dziś znów był TEN dzień) zakręcam wreszcie wodę i wydobywam Truśkę. Ta ryczy wniebogłosy.
Sadzam ją na pralce, patrzę głęboko w załzawione oczęta i pytam;
Czemuż to ryczysz tak moja Córko?
Truśka, mimo targającej nią rozpaczy, podchwyciła styl wypowiedzi:
"Jakże mam nie płakać, skolo się wcale nie umyłam i jestem cała bludna?"
Ależ kochanie, na pewno nie jesteś cała brudna, albowiem woda lejąca się przez pół godziny zmyła z ciebie wszelki brud.
"Albowiem wcale nie zmyła i na pewno mam bludne nóżki i brzuszek. I nie mogę iść telaz spać, bo cała jestem bludna. Buuuuu"

Kurtyna, oklaski ;-)

Na dobrą noc Trusia "cała bludna" po wyżeraniu kremu z wnętrza czekoladowego jaja wielkanocnego Milki

21:33, dsmiatek
Link Komentarze (7) »
poniedziałek, 19 kwietnia 2010
Monolog na kibelku

Siedzi Dziecko na kibelku, gwarzy samo ze sobą i się sobą zachwyca:
"Taka jestem malutka. Lączki mam malutkie, paluszki mam malutkie. I nóżki mam malutkie. I brzuszek mam taki malutki.
I neleczki też mam malutkie, i wątlóbkę..."

Widać, że dziecko lekarza ;) Udalo się Matce w sobotę przekonać Dziecko do usg. I się Matka zachwycala i dziwowala: "Jakie ty masz cudne malutkie nereczki. I wątróbkę masz taką śliczną malutką..." No i teraz ma!

"A ziadnej żaby ani myszy w brzuszku nie mam i już!"- tak Trusia podsumowala wynik badania.

19:32, dsmiatek
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2 , 3
Archiwum