RSS
wtorek, 30 kwietnia 2013
Witajcie w Holandii

Jeśli budząc się rano słyszysz stukające o dach krople deszczu, temperatura nie przekracza 10 stopni, a do tego wieje, to znaczy, że jesteś w Holandii.

Ale spoko, dziś jest już lepiej- nie pada. A że chodzimy poubierani we wszystkie zabrane swetry to pikuś. Bo nie trzeba walczyć z parasolem i człapać w kaloszach.

Dziś był Dzień Królowej- jej 75 urodziny, kolejna rocznica koronacji, a na dodatek dzień, który wybrała na przekazanie władzy w ręce swojego syna. Truśka wpisała się w ogólnouliczne szaleństwo paradując w pomarańczowej podkoszulce i swetrze tego samego koloru, z pomarańczowymi spinkami i gumką we włosach. A szaleństwo było wielkie. Relacja po powrocie.

Miłego długiego weekendu dla was.

21:53, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
piątek, 26 kwietnia 2013
Lornetka i lupa

Ostatnie tygodnie mijają nam w przerażającym pędzie i z wciąż kumulującą się ilością obowiązków do wykonania. Sam fakt zakupienia samochodu spowodował konieczność odrębnych wizyt w Urzędzie Komunikacji, u ubezpieczycieli, w stacji diagnostycznej, u oponiarza, w stacji wystawiającej certyfikaty ekologiczne, na myjni, na stacji benzynowej i przejazdu testowego na dłuższym dystansie. Zamknięcie 2012 roku (PITy) i pierwszego kwartału 2013 (sprawozdania) oraz miesiąca kwietnia (listy płac, lista urlopów, wydajność, produktywność, zużycia mediów, koszty, komentarze, wdrożenia etc.) oraz kilku eventów (nowy projekt rozbudowy, operat emisyjny, decyzje z Wydziału Architektury i Wydziału Pozwoleń Środowiskowych; trochę ekstra: zwolnienie się pracownika z IT i drugiego z labu) oraz bieżąca działalność operacyjna sprawiają, że przestaję funkcjonować jako człowiek a staję się zoombie.

Na szczęście jest Truśka, która jak wszystkie dzieci jest ostoją konserwatyzmu i stabilności: poniedziałek - taekwondo i rower, wtorek - Carcasson z Pawłem i resztą rodziny, środa - taekwondo i plac zabaw, czwartek - basen, piątek - zakupy, sobota - konkurs tańca, niedziela - Kapucyni, Mięta lub Dynia. A najlepsze jest to, że każda z aktywności ma swój ustalony rytuał. Dziecko potrzebuje ustalonych wzorców: np. po taekwondo należy się plac zabaw, przed rowerem należy się protest, ale po placu zabaw należy się rower (żeby pokazać koleżankom jak się jeździ), przed basenem należy się śpiewanie, po basenie też należy się śpiewanie ale z innym repertuarem, po konkursie tańca należy się wizyta w Mięcie na pierogi itd., itp.

I tak to nasze dziecko staje się ostoją powtarzalnych sytuacji, konserwatyzmu i stabilności podczas gdy rodzice (jakoby starej daty) pędzą, dyszą i nie wyrabiają się na życiowych zakrętach.

Kilka fotek:

G. ćwiczy równowagę,

i dalsze kroki:

albo też pomaga w pracy:

wstawiając w moich notatkach swoje komentarze.

A dlaczego lornetka i lupa? Bo dziecko stwierdziło, patrząc na moje CADowskie wydruki, że nic ciekawego na nich nie widać. To żebym nie zapomniał umieściło mi przypis (który oczywiście został spostrzeżony na mitingu z projektantami).

I dzięki temu nie dość, że Truśka jest Ostoją to jeszcze staje się Pomocnicą.

Pozdrawiam czytelników i życzę udanego długiego weekendu,

nie-dsmiatek

PS1: jutro wyruszamy do Holandii. Mam nadzieję że nikt nie zaśnie za kierownicą.

PS2: nawet wypoczynek może spowodować ekstra komplikacje - jeżeli nie będzie internetu to mnie zamordują. Jeżeli będzie to też - ale kto inny.

 

 

 

 

23:27, dsmiatek
Link Komentarze (3) »
niedziela, 21 kwietnia 2013
Nowe nabytki i nowa twórczość

Udało nam się! Mamy nowe auteczko:) Ja wiem, niektórym udaje się to bez fanfar, ale przy naszym trybie życia i kompletnym braku czasu oraz nieposiadaniu wystarczającej ilości środków na zakupienie nowego samochodu w salonie, wymiana auta na nowszy model nie była wcale przedsięwzięciem łatwym. A ponieważ stare Galaxy wciąż sprawuje się nie najgorzej, nie mieliśmy też noża na gardle ani miecza Damoklesa nad głową. Aż tu niespodziewanie tydzień temu P. wpadł na trop Galaxy (bo tylko ten model wchodził w grę, ewentualnie rozważana była Alhambra lub Sharan), pojechaliśmy, pooglądaliśmy i od wczoraj mamy wehikuł full wypas. Ja się jeszcze nie odważyłam go prowadzić, muszę przywyknąć, przespać się z tematem i opanować te wszystkie przyciski. Bo chociaż to też Galaxy, to różni się od naszego staruszka. Mam świadomość, że akcja przystosowawcza nie może trwać zbyt długo, bo już za tydzień przed nami ponad tysiąc kilometrów do Holandii i będę musiała wesprzeć P. w prowadzeniu.

Na wolność został też wypuszczony zimowy nabytek Buni i Grześka i od razu znalazło się mnóstwo chętnych, żeby go wypróbować.

Truśka co prawda mogła sobie tylko posiedzieć. Zawiedziona była bardzo, że sześcioletnie panienki na ścigaczach jeszcze nie jeżdżą.
Za to Ciech się przejechał:

W Truśkowej wiosennej twórczości przewija się ostatnio temat "mama i ja" albo tylko "mama". Tworzy Trusia rozmaite rysunki ze mną w roli głównej lub z nami obiema. Oto moje ulubione:

My obie na wiosennej łące- ja to ta troszkę wyższa w żółtej sukience, Trusia wiadomo ma złote włoski. A sukieneczki mamy w modne kropki.

Tu też jest dużo kropek. Zastanawiałam się, czy obie chorujemy na ospę, ale Trusia wyjaśniła mi, że to są nasze pieprzyki. Przyjrzałam się sobie uważnie w lustrze, ale na twarzy tylu pieprzyków na pewno nie mam, Ponieważ jednak leżymy w śpiworze (także w modny kropkowy deseń) mogą to być bąble po ukąszeniach komarów- w śpiworze jest to całkiem prawdopodobne.

I na koniec- portret Mamy:

Podoba mi się ten mój uśmiech od ucha do ucha, a właściwie od oka do oka. Zastanawiały mnie tylko te małe kreseczki na ustach. Cóż, dzieci to jednak bystrzy obserwatorzy, bezlitośnie wyłapujący szczegóły. Trusia sama z siebie objaśniła mi, że te kreseczki są toczka w toczkę takie, jakie mam na swoich wargach. Czyli proszę- tradycyjnie spierzchnięte matczyne usteczka, na które żadne mazidła, szminki ni balsamy nic poradzić nie chcą- jak postanowiły być spierzchnięte, tak są. A potem nagle im przechodzi i już nie są. Aktualnie niestety są. Ale może lepiej, że są to spierzchnięcia, bo mogłyby być też małe zmarszczki dookoła ust, których też się bystre Córczyne oczko dopatrzyć mogło.

Mam nadzieję, że uda mi się jeszcze przed wyjazdem sprawić, żeby P. podzielił się wrażeniami z drugiego Trusiowego turnieju tańca. A tymczasem dzisiaj odwiedziliśmy mumie w Muzeum Archeologicznym. Chyba nie muszę wcale pisać, że Truśka miała początkowo ochotę dać nogę- bo a nuż mumia wstanie z sarkofagu i zrobi "uuuuu" :-)

19:50, dsmiatek
Link Komentarze (5) »
sobota, 20 kwietnia 2013
Czytanie

Truśka czyta, potrzebnie i niepotrzebnie. Tych pożytecznych przykładów oczywiście podawać nie trzeba, zaś te "niepożyteczne" odziedziczyła chyba po Tatusiu, który wciąż słynie z tego, że jak mu jakieś słowo pisane w rączki wpadnie, to potrafi zastygnąć i się zaczytać, zapominając o czynności, która miał właśnie wykonać. Słynna jest opowieść o kilkuletnim P., który stał na jednej nodze usiłując przeczytać teksty ze starych gazet, leżących na podłodze w czasie malowania kuchni w rodzinnym domu. Z Truśką bywa podobnie. Dziś rano zdybałam ją w trakcie ubierania- spodenki od piżamki ściągnięte, majtki tylko na jednej nodze dyndają, a Truś leży wystawiając światu to, czego wystawiać zdecydowanie się nie powinno i czyta porwaną w międzyczasie z półki książeczkę.
Albo inny przykład- obcięłam sTrusiowi metkę z nowej podkoszulki i niebacznie odłożyłam ja na komodę zamiast od razu wyrzucić do kosza. Truśka, która miała zakładać buty w celu udania się do przedszkola dopadła metkę i zaczęła studiować. W pewnym momencie zaskoczona, ale też zadowolona skonstatowała:
"Ty wiesz, że na tej metce to nawet runy księżycowe napisali. Nie rozumiem tylko, dlaczego nie ma nic po polsku. No bo po polsku to by się przydało, a chyba niewiele osób umie przeczytać księżycowe runy." No chyba niewiele. Nie tak znowu wiele w naszym kraju przynajmniej włada językiem arabskim czy tez chińskim- bo zdaje się, że te literki wzięła Trusia za runy.
Ogląda Trusia w domu Hobbita na DVD. Niechcący oprócz polskiego dubbingu miała włączone również napisy. W pewnym momencie pyta:
"Tato, a dlaczego orkowie mówią "te krasnoludzkie gnidy", a jest napisane jest "te krasnoludzkie ścierwa"? " Oczywiście nieuniknionym było kolejne pytanie: "A co to jest gnida i ścierwo?" Na szczęście bywają gorsze słowa do przetłumaczenia;-)
Nie spodziewałam się, że potrafi czytać już tak sprawnie, że radzi sobie z napisami w trakcie oglądania filmu. Te napisy zresztą w przypadku Hobbita są chwilami niezbędne, w scenach kiedy bohaterowie posługują się na przykład językiem elfów lub orków. W przypadku braku włączonych polskich napisów w tych momentach pojawiają się angielskie, a tu Trusia nie jest już tak biegła i irytuje się, że nic nie rozumie. Nie wiem zresztą, dlaczego się irytuje, albowiem tekst Hobbita powinna już chyba znać na pamięć;-)

Dziś przed Córką turniej tańca,a mnie znowu ominie to wydarzenie, bo tkwię w pracy:( Mam wrażenie, że w ostatnim tygodniu okropny chaos wdarł się w moje życie i nie ogarniam wszystkiego, co jest do zrobienia przed zbliżającym się wielkimi krokami wyjazdem do Holandii (to już za tydzień!). A tymczasem do zaplanowanych wcześniej zadań na ten czas dołożył się jeszcze zakup nowego (czytaj nowszego) samochodu. Bo jeśli wszystko dobrze pójdzie, to od jutra jeździć będę niezwykle wypaśnym wehikułem. Ale na razie jeszcze cicho sza o tym, żeby nie zapeszyć. Jak się rzecz cała sfinalizuje, to się pochwalę:-)

No to cóż, miłego weekendowego wypoczynku dla tych, którym dane jest to szczęście, że wypocząć mogą:-)

PS
Koniecznie jeszcze muszę napisac, że Truśka, dzięki determinacji Młodszego ze swoich Starszych Braci, została wreszcie zapisana do pierwszej klasy. Gdyby miała w tej kwestii liczyć na Rodzicow, to chyba we wrześniu zostałaby w domu z Pasią, albowiem żaden Rodzic nie znalazl jak dotąd czasu, żeby Trusię do placówki zapisać. Nie została też bynajmniej, na tak zwany wszelki wypadek, zapisana na kolejny rok do przedszkola. Niech żyją więc Starsi Bracia i w ogóle Starsze Rodzeństwo. Biedna by Trusia bez nich była. A to nie tak przeciez miało być....

09:41, dsmiatek
Link Komentarze (4) »
czwartek, 18 kwietnia 2013

Dziś czuję się jak matka oszustka, chociaż nie z własnej winy. Przez błąd osoby układającej mój grafik na usg zamiast, tak jak wcześniej zaplanowałam i podałam, pracować do 16.30, mam rozpisanych pacjentów do 18.30. Obiecałam Córce, że po wczorajszej dyżurowej nieobecności, spędzimy dzisiaj razem czas po południu (wieczorem we czwartki Trusia z Tatusiem chodzi na basen i widzimy się dopiero około 21-wszej), pójdziemy do zaprzyjaźnionej pani kosmetyczki- ja na kontrolę makijażu parmanentnego, a Trusia zapytać o przedziurawianie uszu (zdecydowała się Córka na kolczyki- nie mam nic przeciwko temu, jeśli ona rzeczywiście tego chce i jest gotowa na krótką nieprzyjemność związaną z przebijaniem uszu). A tymczasem zamiast już pędzić do stęsknionego Dziecka tkwię w pracy i czekam na kolejnego pacjenta, głodna, bo przecież obiad miałam zjeść w domu. Ale co tam obiad, najgorsze jest to, że zawiodłam Truśkę. Nie czuję się z tym dobrze:(
Sama też się zresztą czuję oszukana przez los, za oknem (szczelnie zasłoniętym roletą i z matowa szybą na dokładkę) piękne słońce, a ja tkwię w zamkniętym pomieszczeniu:(

16:30, dsmiatek
Link Komentarze (5) »
wtorek, 16 kwietnia 2013
Zdziwienia

Niezbadane są czasem meandry dziecięcego myślenia i trudne do przewidzenia dziecięce wybory, chociaż wydaje nam się, że znamy swoje dziecko w końcu od urodzenia.

Choćby dziś rano- za oknem wreszcie piękne słońce, termometr wiesci 9 stopni, można łatwo przewidzieć, że w południe będzie jeszcze cieplej. A tymczasem Trusia życzy sobie wełnianego płaszczyka, wełnianego berecika i zakłada kozaczki. Na moje nieśmiałe protesty oświadcza, że chce wyglądać jak Paryżanka, albowiem tak się umówiły z Natalką, a Paryżanki wiadomo noszą eleganckie płaszczyki, bereciki, zaś kozaczki są ciemnofioletowe i zdecydowanie najbardziej pasują do fioletowej reszty. No i teraz będzie się moja elegantka pocić, ale czegóż się nie robi, by wyglądać szykownie;-)

W książkowej poczekalni stoją sobie książeczki, których jeszcze nie czytałyśmy. Od dawna już zasadzam się na "Kłopoty rodu Pożyczalskich". Niestety, Trusia z niewiadomych powodów omija tą pozycję szerokim łukiem (czyżby nie podobała jej się czarna okładka?). Za to do czytania wyciągnęła "SZTUKĘ"  Mizielińskich, którą ja odłożyłam na później, gdyż tematyka wydawała mi się odpowiedniejsza dla dziecka starszego niż sześciolatka. I znowu zaskoczenie- Truśka słucha opowiastek o sztuce z wypiekami na twarzy i doprasza się o przeczytanie kolejnej. Ja co prawda też jestem zafascynowana przykładami dzieł, które pozornie ze sztuką w potocznym rozumieniu wydają się nie mieć wiele wspólnego. No ale ja mam dużowięcej lat niż Trusia i zdecydowanie większe doświadczenie w obcowaniu ze sztuką.

Wczorajszy rowerowy trening początkowo zapowiadał się na porażkę. Trusia co prawda sama zdecydowała, że na taekwondo jedzie rowerem, ale ostatecznie doprowadziła mnie na skraj załamania nerwowego, wybrzydzając, że droga nie taka, że a wąsko, ludzi za dużo, dziury, nierówności itp i praktycznie rowerek na miejsce został doprowadzony ręcznie zamiast nożnie. Obawiałam się drogi powrotnej i tego, że zmęczony Truś obdarzy mnie owym rowerkiem, a tymcczasem coś mi się przestawiło w kręgosłupie i prowadzenie dzicięcego rowerka w pochyleniu i skręceniu ciała nie wchodziło w rachubę. A tu znów zaskoczenie- Truś po treningu i zabawie z kumpelką tez Zosią na placu zabaw, wsiadł na rower i całkiem sprawnie pojechał. Widzę, że nawet samodzielne startowanie już prawie jej wychodzi, i właściwie musimy tylko popracować nad psychiką. Bo Trusia zdecydowania za często hamuje i zeskakuje z siodełka, ze strachu przed: krawężnikiem czającym się z boku, koszem na śmieci, który zawsze przecież może nagle znaleźć się na trasie, spacerującym na smyczy pieskiem, który potencjalnie może podbiec pod rower, widocznymi w oddali przechodniami- bo a nuż nie zauważą pedałującej Trusi i nastąpi czołowe zderzenie. Na szczęście mamy w rodzinie fachowca i psychoterapię antylękową powinna mieć Trusia za darmo;-)

14:32, dsmiatek
Link Komentarze (3) »
niedziela, 14 kwietnia 2013
Rower

Nauczanie jazdy na rowerze wymaga pewnej determinacji i konsekwencji. Co więcej nie da się (?) przeprowadzić go delikatną perswazją i łagodnym tłumaczeniem. Potrzebne są szybkość, pęd, przekroczenie własnych ograniczeń i przełamanie zahamowań. Generalnie bywa stresujące dla nauczającego i nauczanego.

Tak samo stało się z Truśką. Tej wiosny (czyli od zeszłego czwartku) postanowiliśmy Truśkę nauczyć jazdy na dwóch kółkach: boczne kółeczka zostały odmontowane, kierownica i siodełko dostosowane, G. wyposażona w kask po Wojtku (bo własny wydał jej się zbyt mały), kijaszek do prowadzenia roweru dosznurowany. Potrzebne było jeszcze trochę miejsca - płyta starego lotniska na Czyżynch okazała się wystarczająca (podwórko było zbyt małe). Celem poszczególnych jazd została Mama, zaś osobistym trenerem (czyli tym kto biega, wrzeszczy i zbiera dziecko z gleby) Tato.

Pierwszego dnia nauka wyglądała nieco dramatycznie (jedź - kręć, jedź!-kręć!, JEDŹ-KRĘĆ, JEDŹ!!-KRĘĆ!!, P O   CO   S I Ę   Z A T R Z Y M U J E S Z ??!!  - łagodnie motywował dyszący, czerwony na twarzy trener, który z tętnem 160 usiłował utrzymać dziecko na trasie i w dodatku w pionie) ale zakończyła się sukcesem. A drugiego dnia to już tylko doskonalenie techniki jazdy, techniki otrzepywania obitych kolan i techniki podnoszenia wywróconego roweru (nie przypuszczałem, że rower potrafi się zaplątać).

A na koniec córeczka na próbę udzielenia jej jakiejś rady odpowiedziała: MÓJ ROWER - MOJA WOLNOŚĆ - bezcenne.

Post Scriptum: mam wrażenie, że jeżeli dziecko ma możliwość opanowania równowagi na tzw. rowerku biegowym to bardzo mu to pomoże przy nauce jazdy z pedałami. Truśka niestety się na taki nie załapała, a nauka jazdy na rowerku z bocznymi kółkami tylko wykształciła złe nawyki.

Post Scriptum2: sukces - G. jeździ!

Pozdrawiam czytelników,

nie-dsmiatek

 

21:49, dsmiatek
Link Komentarze (9) »
piątek, 12 kwietnia 2013
A propos fitnessu

Jadę ja sobie rano na fitness właśnie, w planach mam dwie godziny wyciskania z siebie ostatnich potów i kropelek tłuszczu walcząc ze sztangami i katując mięśnie brzucha. A tu w radiu reklama leci- jak najbardziej adekwatna do sytuacji.

Synek pyta tatusia: "Tato, czemu ty tyle ćwiczysz, a potem jesz czekoladę?"
Tatuś: "Muszę się przeciez jakoś nagradzać za wysiłek."
Synek: "No ale jak tak będziesz dalej robił, to nigdy nie schudniesz!"
Ojciec: "No ale to jedyny sposób, żebym nie stracił motywacji do ćwiczeń."
:-)

Kompletnie nie pamiętam o jaki sklep i jaką czekoladę chodziło, ale jakby o mnie jest ta scenka. Katuję się prawie codziennie, czasem po dwie godziny, żeby móc zjeść potem w nagrodę ciasteczko (bo ze mnie jest ciasteczkowy potwór) ew. czekoladkę (nie jedną, o nie). A scenkę przytoczyłam specjalnie dla Kermixx, która u siebie na blogu pytała o motywację do systematycznych ćwiczeń. Tylko, że Kermixx ze swoim rozmiarem 36 musi sobie inną motywację jednak wynaleźć;-)

A z innej beczki- zaczynam się obawiać, że we wrześniu zostaniemy z niezagospodarowaną Trusią, bo ani do przedszkola zapisana nie będzie ani do szkoły. Mimo wcześniejszych deklaracji o powziętej przez nas decyzji posłania Trusi do pierwszej klasy, wciąż nie mamy czasu, żeby ją do szkoły zapisać. Już nawet, rzutem na taśmę, 15 minut przed zamknięciem sekretariatu, wpadłam tam szczęśliwa, że zdążyłam. Niestety, okazało się, że nie mam przy sobie Truśkowego numeru PESEL i całe przedsięwzięcie się rypło. Zabrałam tylko kartę zapisu do wypełnienia. Liczę na Ciecha, że zaniesie, ale i to czarno wygląda, bo Ciech zwykle do domu wraca około trzeciej właśnie. A sekretariat czynny do 15-tej! Mamy czas do początku czerwca, może jeszcze zdążymy...

16:01, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
czwartek, 11 kwietnia 2013
Fitness na świeżym powietrzu

Długa zima doskwierała nie tylko nam, nawet Trusia czuła się już nią znużona. Zatem jak tylko śnieg stopniał i na dworze zrobiło się odrobinę cieplej zarządziła inaugurację sezonu rowerowego. I cóż się okazało? Ano okazało się, że Trusiowe nogi tak się wydłużyły, że pedałując kolanami prawie kopie się w podbródek. Rower trzeba było zatem dostosować do nowej Truśkowej długości, przy okazji zostały na zawsze od niego odkręcone boczne kółka- czas najwyższy nauczyć Córkę jeździć na dwóch. Zaniedbaliśmy tego jesienią. Smutna refleksja mi się przy tym nasunęła- skończyły się bezpowrotnie nasze wyprawy rowerowe z Trusią na siodełku za moimi plecami- jest już za duża i za ciężka, żebyśmy mogły bezpiecznie jeździć w ten sposób. Obawiam się, że nawet jak opanuje jazdę na dwóch kołach, to nieprędko wybierzemy się na dalszą wycieczkę na rowerach:( Trzeba będzie poczekać aż dobrze opanuje jazdę i wzmocnią się jej nóżki, żeby dała radę pokonywać większe dystanse.

W ramach wzmacniania kończyn odwiedziła Trusia siłownię na placu zabaw. Bo nic to, że podłoże wciąż grząskie, a wszystkie urządzenia brudne po zimie. Jak nie ma już śniegu, to plac zabaw jest obowiązkowym punktem na trasie z przedszkola do domu i z domu na taekwondo.

Ech, sami widzicie, że, chociaż się staram, to kompletnie brak mi weny. Nie wygląda na to, żeby wróciła wraz z wiosną. Ale już niedługo jedziemy znowu odwiedzić wiatraki w Holandii, więc powinny pojawić się tematy na wpisy. A w czerwcu czeka na nas Prowansja i Langwedocja:) Już się cieszę, muszę tylko jeszcze zdobyć przyzwoity przewodnik.

22:33, dsmiatek
Link Komentarze (7) »
niedziela, 07 kwietnia 2013
Weekend inny niż wszystkie

No dobra, czasem się takie zdarzają, ale zdecydowanie są w mniejszości. Weekend, kiedy nie mamy zaplanowanych żadnych spektakularnych wydarzeń, kiedy wszyscy od piątku do niedzieli jesteśmy w domu (wszyscy to P., ja i Truś, albowiem Ciech żyje już trochę własnym życiem, o Wyprowadzonych już nawet nie wspominam, co nie znaczy oczywiście, że nie jest nam miło, gdy uda się i ich zgromadzić przy wspólnym stole), kiedy ani nikt nas nie odwiedza, ani my nigdzie się w odwiedziny nie wybieramy. Takie weekendy też są potrzebne- żeby nadrobić zaległości domowe (na przykład przerobić wreszcie zakupione w Ikei tkaniny na pełnoprawne zasłonki), pomyśleć o przerobieniu Pawłowego pokoju na naszą sypialnię, znaleźć miejsce dla kupionych przed Bożym Narodzeniem naczyń i zwyczajnie porozrywkować się domowo, bez pośpiechu i niepotrzebnych napięć.

W ramach w/w przypomniałyśmy sobie z Trusią o wielkim zielonym pudle tkwiącym w jej szafie, wydobyłyśmy z niego farbki, pędzle, ciastolinę i inne skarby i stworzyłyśmy malarskie dzieła:

W czasie gdy ja obrębiałam na maszynie zasłonki, Trusia poszukała skarbów w pudełku z guzikami- nietrudno się domyślić, jak dużą miała z tego frajdę:

Pograliśmy rodzinnie w Carcassone i to nawet dwukrotnie, po sobotnim obiedzie z Pawłem i niedzielnym z obydwoma chłopakami. W sobotę Truśce udało się nas ograć:

Trusia założyła warzywniaczek na parapecie w swoim pokoju, siejąc szczypiorek czosnkowy i naciową pietruszkę (nie mam złudzeń, że ich chociaż spróbuje, jak już wyrosną):

W ramach wyjadania poświątecznych resztek odkryliśmy całkiem spory kawałek wielkanocnego (tfu, bożonarodzeniowego) piernika, który miał posłużyć za ścianę szopki. Muszę przyznać, że taki leżakowany kilka miesięcy piernik piernik nie jest wcale zły;-)

Żeby nie było jednak tak całkiem domowo i niespektakularnie, to w sobotę po południu spontanicznie wybraliśmy się do kina na "Krudów" i bawiliśmy się bardzo dobrze, zaś w niedzielę po mszy u kapucynów byliśmy w Grotesce na "Aksamitnym Króliku"- trzeba wykorzystać w końcu czas przed wakacyjną przerwą teatralną. I przed momentem, kiedy Trusia wyrośnie już ze spektakli dla dzieci, a za młoda jeszcze będzie na te całkiem dorosłe. Wpadniemy wtedy w pewnego rodzaju "kulturalną lukę"- mam nadzieję, że uda się coś wymyślić, żeby ją zapełnić. "Aksamitny Królik" sprowokował rozmowy na temat przyjaźni, tolerancji, zaufaniu i wykluczeniu- uwielbiam takie mądre dyskusje z naszą Najmłodszą Córką. Przy okazji powspominaliśmy z P. zabawki z naszego dzieciństwa i uświadomiliśmy Trusi, że nie zawsze w dziecięcych pokojach było tak kolorowo i że w dawnych czasach dzieci często musiały zadowolić się jedną czy dwiema zabawkami, dlatego też tak bardzo się do nich przywiązywały i dlatego tak bardzo je ceniły. Chyba trzeba się będzie wybrać do Muzeum Zabawek w Kielcach, żeby rozszerzyć trochę ten wątek.
Aby nie było nam smutno, że w ramach deseru mamy tylko resztkę bożonarodzeniowego piernika, pocieszyliśmy się czekoladowym sufletem i crumblami malinowymi oraz lodami (Trusia) w Dyni:

Dokonawszy tego wszystkiego pozwoliliśmy opaść skrzydełkom entuzjazmu- wyekspediowany z kuchennej szafki znienawidzony czarny fajansowy komplet zalega w pudełkach w przedpokoju, czekając na wyniesienie do piwnicy, talerze w odrapane aniołki zajmują miejsce na kuchennym blacie, czekając na utylizację, prace remontowe zatrzymały się na przeniesieniu książek z eks pokoju Pawła na puste półki u Ciecha i przestawieniu Ivarów na środek, zaś cała rodzina zamieszkująca we wspólnym gospodarstwie zaległa każdy przed swoim kompem: pisząc bloga (wiadomo- ja), oglądając Narnię (też wiadomo- Trusia), zaśmiewając się nad Big Bang Theory- ostatni nałóg Ciecha), czy też marszcząc czoło nad pracowniczą buchalterią (tu też bez niespodzianek-P!). Tymczasem dawno już zakończone pranie czeka na zmiłowanie i powieszenie, że nie wspomnę o czarnym fajansie, o który zapewne będziemy się przez najbliższy tydzień potykać w przedpokoju;-)

 A przy okazji zwróćcie uwagę na słuchawki, które ma na uszach Ciech. Trusia przyuważyła je w Tchibo i ubłagała P., żeby jej kupił, obiecując w zamian sprawniejsze udawanie się na nocny spoczynek (co jej się wczoraj udało, zobaczymy dzisiaj). Widząc ich design i niewątpliwie dziewczyńską kolorystykę pewna byłam, że nie grozi im zaanektowanie przez któregoś z Braci. Jakże naiwna jednak byłam! Ciech, który ma wyjątkowo duży przerób słuchawek i któremu właśnie wysiadły kolejne, nie zważając na róż i kwieciste pacyfki wypożyczył sobie Truśkowy sprzęt;-)

PS
Zapomniałam jeszcze wspomnieć o brawurowej podmianie glonojada w naszym akwarium w piątkowe przedpołudnie. Nie pisałam wam chyba jeszcze, że przerabiamy kolejną edycję rybek - bojowniki oddały życie z powodu przedświątecznych porządków (mycie okien spowodowało u nich przeziębienie labiryntu), parka zakupionych w zastępstwie bojowników gupików też odeszła niespodziewanie - samczyk już dwa dni po zakupieniu, samiczka przeżyła trochę dłużej, powiła trojkę dzieci i w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku wyzionęła ducha. Ze "starego" inwentarza ostał się Trusiowy ulubieniec - glonojad. Niestety w piątkowy poranek znalazłam go leżącego na żwirku i obgryzanego przez stadko neonek. Usunęłam zwłoki z akwarium nie informując Trusi o nieszczęściu (bałam się, że kolejna rybia śmierć to byłoby już dla niej za wiele) i przed pracą popędziłam do najbliższego sklepu akwarystycznego po zamiennika. Trusia się nie zorientowała, dziwiła się tylko trochę, że jej glonojadek podrósł przez noc. Nie mam pojęcia, co jest z tymi rybkami - jednego dnia pluskają się wesolutko, jedzą i wyglądają całkiem zdrowo, a następnego już dryfują brzuszkami do góry!

No to całkiem owocny weekend za nami. Trzymajcie się - po południu na chwilę zaświeciło nawet słońce:-) Może idzie jednak ku wiośnie!
Lecę uratować przynajmniej moje pranie przed zapleśnieniem.

20:25, dsmiatek
Link Komentarze (4) »
 
1 , 2
Archiwum