RSS
środa, 30 kwietnia 2014
Struś ma głos

Dziś było bardzo fajnie i byłam na robotyce i nasz pan przyniósł nowe roboty . Rusza mi się stały ząb a oprócz niego ruszają mi się 2 zęby . A moje uroimieniny będą w parku wodnym.  Dzisiaj dostałam 6 za zgłaszanie się na lekcji  i był test  i mam nową spódnice z rękawami . I jutro może pojadę na piknik . A w poniedziałek mam basen . I zdałam na kartę pływacką .

A teraz idę spać.

autor Zosia

21:53, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 28 kwietnia 2014
Miało być o ciuchach, ale będzie o kulturze

Fakt, obiecywałam ciuchy, ale w międzyczasie zdarzył się weekend, a w nim dwa wydarzenia kulturalne- jedno z wyższej zdecydowanie półki, drugie z rodzaju rozrywek "dla ludu", tym niemniej warte jest i ono wspomnienia, albowiem by l to tzw "pierwszy raz.

Zatem co w sobotę? Otóż w sobotę był Truś w operze. Nie był to raz pierwszy, lecz trzeci, ale z racji niezwykłej rzadkości takowych wydarzeń, wspomnieć o nim należy koniecznie. Tym bardziej, że tym razem była to sztuka "dorosła", godzina raczej późna, jak na siedmioletnie panienki, bo spektakl zaczynał się o 18.30, a poza tym była to niemalże premiera (owa odbyła się dzień wcześniej).

Niestety, mnie tam nie było (Truś w zasadzie godnie mnie zastępował, gdyż to ja w zamyśle sprzed dwóch miesięcy, kiedy to trzeba było zarezerwować bilety, miałam ze swoją drugą Połówką obcować z wyższą kulturą. Niestety obowiązki zawodowe (dyżur) pokrzyżowały moje plany i zamiast mnie do opery udał się Truś. Zaraz po zakończeniu spektaklu podekscytowana do mnie zadzwoniła i złożyła mi entuzjastyczną relację. Nie przeszkadzało jej, że śpiewali (co gorsza po rosyjsku), że trwało długo, że opera ponoć nie należała do łatwych (znajome panie obecne na przedstawieniu uznały, że była raczej dziwna)- Trusiowi się podobało. I tu sprawdza się moje wewnętrzne przekonanie, że jak się dziecko od wczesnej młodości przyzwyczai do odbierania różnego rodzaju rozrywki, to nie będzie się ono nudzić w teatrze (z Opowieści z Narni jej kuzynka równolatka chciała wracać do domu już po pierwszym akcie), nie będzie się nerwowo kręcić w czasie operowych arii, ani spoglądać na zegarek na balecie (znamy takich;-)). I tylko mi szkoda, że z filharmonią dla maluchów nam nie wyszło...

Truś w operze- "Miłość do trzech pomarańczy", Sergiej Prokofiew (stylizacja Truś:-)):

W niedzielę zaś podążyliśmy do prawdziwego cyrku. Już dawno temu obiecałam Trusi, że zabiorę ją kiedyś do cyrku, chociaż sama za tą rozrywką nie przepadam (wyjąwszy oczywiści Cirque du Soleil, ale to jednak trochę inna bajka). Zwłaszcza klauni budzą we mnie przerażenie i trwogę. Dotąd udawało mi się jakoś ze swej obietnicy wykręcać- bo albo pora roku była nie ta, albo cyrk rozbijał się za daleko od nas, albo akurat wyjeżdżaliśmy. Tym razem się nie dało, włoski cyrk Merano rozłożył się niedaleko naszego domu, weekend był prawie wolny, pogoda i pora roku zupełnie odpowiednie. Nie było wyjścia, trzeba było spełnić dane kiedyś niebacznie słowo. I co? I bawiliśmy się wszyscy doskonale, a klauni byli naprawdę świetni. Tym bardziej, że niektórzy z nich nie tylko rozśmieszali publiczność, ale wykazali się też prawdziwym kunsztem akrobatycznym czy żonglerskim. Truś stwierdził nawet, że ten cyrk podobał się jej bardziej niż Cirque du Soleil, co jest zrozumiałe, albowiem tu były też zwierzęta- przepiękne konie, słonie, wielbłądy, a nawet żyrafy! Ja tam jednak wolę Cyrk Słońca i już rozważam, czy się nie wybrać na ich występ do Warszawy we wrześniu...

W w tzw międzyczasie, czyli w niedzielne południe, zainaugurowaliśmy sezon na sycylijskie lody:-)

Próbowaliśmy też Truśce przybliżyć nieco osobę nowego Świętego, ale jakoś oporna była:(

PS
Czy ja już pisałam, że przed świętami Truś zdał na kartę pływacką? Dzielnie skoczył ze słupka, przepłynął przepisowe metry pod wodą (pewnie nawet więcej przepłynął, bo Truś pod wodą czuję się jak rybka),a potem 200 metrów stylem zmiennym, w tym 50 na grzbiecie. Dzielny Truś- ja kartę pływacką zdobyłam dopiero w drugiej połowie podstawówki, Truśkowy Tatuś zresztą też.

20:57, dsmiatek
Link Komentarze (5) »
czwartek, 24 kwietnia 2014
Zabawy i zabawki

Ostatnio stosunkowo często bywamy z Truśką w nowootwrtym w Krakowie Toy'sie. Bywamy oczywiście nie w celu obkupienia Truśki w zabawki, ale z powodu wyrastających jak grzybki po wiosennym deszczu imprez urodzinowych Córczynych koleżanek. Przy okazji mamy pretekst do popołudniowej przejażdzki rowerowej i to jest jedynym plusem owego przedsięwzięcia.
Otóż rzecz wygląda tak- póki Trusia była mała, o prezentach dla koleżanek decydowałam arbitralnie ja i był święty spokój. Truś jednak podrósł i chce- słusznie zresztą- samodzielnie wybierać upominki dla swoich przyjaciółeczek. A że akurat otwarł się niezbyt daleko od naszego domostwa Toys, zatem zakupy robimy tamże. I za każdym razem przeżywam katusze związane z syndromem osiołka, co to mu w żłobie dano- tyle, że tu wybór jest nie tylko pomiędzy sianem i owsem, a tysiącem innych wielce pożądanych (przez moją Córkę naturalnie) obiektów. Dziecko zaraz po przestąpieniu progu tej świątyni zabawek zapomina o właściwym celu wycieczki i zaczyna zawodzenie "a czy możesz kupić mi to, kup mi tamto, ja też chcę mieć coś takiego". Czasem podstępnie pyta, czy mam pieniążki, a na słowa, że nie aż tyle, proponuje wizytę w bankomacie.
A tymczasem moja kochana Córka zabawkami prawie wcale się nie bawi. Zabawki są do kupowania, ktrótkotrwałej radości z wejścia w ich posiadanie oraz do przechowywania w koszu, gdzie na samym dnie, ku moje satysfakcji i zgodnie w moimi przewidywaniami, spoczywają wielce pożądane kiedyś Barbie-syrenka i lalka Monster High.Czymże zatem bawi się Truś? Ano najlepiej zupełnie prostymi przedmiotami typu wielkie pudło, w którym przybyła slack line (będziemy ćwiczyć równowagę na wakacjach:-)). Okazuje się, że to, co było dobre do zabawy we wczesnym dzieciństwie sprawdza się i teraz. Pudło zostało przerobione na łóżko- Truś wprowadził je do naszego pokoju, wymościł poduchami i nawet chciał w nim spać, chociaż nijak się w calości w pozycji leżącej w nim nie mieścił.



W przedświątecznym tygodniu mieliśmy niespodziewany najazd Hunów, a właściwie dwóch Hunek- koleżanek z klasy Truśki, które odważni rodzice wypuszczają wolno na podwórko i powrotu oczekują dopiero w chwili, gdy zapalą się uliczne latarnie. Szzczęśliwe dziecięta latają zatem samopas i czasem trochę się nudzą, a że akurat przejeżdżały na swych rowerkach obok naszego bloku, to postanowily wpaść. Truś był przeszczęśliwy, bo takie wizyty to u nas wciąż rzadkość (nie odbieram jej ze szkoły, robi to Pasia, zaś rano zwykle spieszę się do pracy, zatem nie mam kiedy umówić się z rodzicem dziecka na odwiedziny, poza tym dzieciaki ostatnio popołudnia wypełnione mają zajęciami dodatkowymi i trudno znaleźć czas na odwiedzanie się w domu- Truś na przykład ma wolne wtorki i piątki, a jej ukochana szkolna przyjaciółeczka te dni ma zajęte), tym bardziej, że był to akurat dzień który kaszląc i kichając spędził w domu zamiast w szkole. Rozbawiła mnie reakcja dziewczynek na nasze mieszkanie- weszły do pokoju Strusia, zaskoczyły się, że to jej własny pokój i doszły obie do wniosku, że Struś jest pewnie jedynaczką, skoro ma takie luksusy:-) (Pod pewnymi względami niewiele się jednak pomyliły- w końcu Struś to taki jedynak w rodzinie wielodzietnej;-)). Potem wpadły w zachwyt nad naszą kuchnią, której opłakany stan spędza mi sen z powiek i jednym z wciąż niezrealizowanych marzeń jest wymiana starych oskubanych paździerzowych mebli przeniesionych "tymczasowo" z poprzedniego naszego lokum na nowe "na wymiar"- może pozbyłabym się wreszcie tych palstikowych ikeowskich pudeł, które stoją na szafkach i kryją to, co się do owych szafek nijak nie chce zmieścić.
A potem dziewczyny zaczęły się bawić- bynajmniej nie zabawkami, lecz w przebieranki. Radochę miały wielką- ja po ich wyjściu nieco mniejszą, jak musiałam posprzątać wydobyte z szafy ciuchy.

Oczywiście główna zabawa odbywala się w naszym tzw. living room'ie, w którym to Ciech siedział przy kompie, na fotelu spoczywał jego "prawie brat", czyli przyjaciel od żłobkowych jeszcze czasów (nadmienię, że Ciech także posiada własny i to całkiem spory pokój, a internet mamy bezprzewodowy i zasięg jest w całym mieszkaniu), nieopodal ja usiłowałam zwalczyć swoją "pracę chałupniczą", a powrócony z pracy Mąż spożywał późny obiad.

A wracając do Truśkowych zabaw, czyli do tego, co jeszcze lubi robić Truś w czasie wolnym (pod warunkiem, że nie umyśli sobie akurat oglądania po raz setny tego samego filmu ze swojej bibliteczki DVD). Truś lubi "ręczne robótki", czyli rysowanie- obecnie na topie wśród panienek z jej pokolenia są tzw szkicowniki, pisanie (oczywiście nie mam na myśli odrabiania lekcji), zwłaszcza tworzenie rozmaitych list- na przykład listy koleżanek, które zaporsi na swoje imieniny, albo listy rzeczy, które spakowac należy na wakacyjny wyjazd, lub też listu w ostatniej chwili do zajączka itp. W ramach owych robótek ręcznych stworzył Struś swój pierwszy decoupage:

Owo pięknie oklejone jajo dostało się Truśkowej ukochanej kuzyneczce Toli w prezencie od zajączka- Strusia oddała Toli nie tylko swoją ręczną robótkę, ale też pojechała z Ciechem do Toy'sa (no bo gdzieźby indziej) i za własne oszczędności zakupiła Toli konika- bo Tola koniki uwielbia. potem prezent pięknie zapakowała i podrzuciła u babci na werandzie, gdy Tola z nami nocowała w czasie Świąt :-)

Następny wpis chyba faktycznie będzie ciuchowy, bo w tematach posucha, czego nie można powiedzieć o rozrastającej się wciąż Trusiowej szafie. Na nic moje wielkopostne postanowienia:( Nie oparły się pokusom z nowej kolekcji Kids on The Moon, Pola i Frank ani Nosweet :(

17:22, dsmiatek
Link Komentarze (4) »
środa, 23 kwietnia 2014
Wielkanoc 2014

Cóż, w moim przypadku radość świętowania utrudniały mi myśli niewesołe o pracy. Ale przecież było pięknie, rodzinnie, słonecznie. I wszystko się udało- mazurki kajmakowe dekorowane w dniu wyjazdu, kolorowe jajka- tym razem jednobarwne, ale i to sprawiało frajdę, wspólne z Tolą owych jajek święcenie, nocowanie i zabawy w babcinym ogródku, a wreszcie jako zakończenie wielkanocnych przyjemności także wspólne z Tolą wyjście do teatru i to na nie byle co, tylko na "Opowieści z Narni". Czyli- fajnie było:-)

Orzechy laskowe układały się w napis Alleluja, tylko na ciemnym kajmaku go nie widać.

Na drugim mazurku podobno było drzewo i motyle (chociaż moje myśli i wyobraźnia poszły w innym, bardziej teologicznym kierunku i zobaczyłam tu winogrona oraz coś w rodzaju hostii;-)).

W tej samej kuchni co zwykle, przy tym samym stole i w tym samym gronie powstawały kolorowe jajka.

Chociaż tylko jednobarwne, to wyszły takie piękne, że aż szkoda było oskubać.

Te same dwie dziewczynki z koszyczkami, tylko o kolejny rok starsze.

Podróż do Narni -innej niż ta filmowa, ale chyba nawet bardziej działającej na wyobraźnię i emocje.

21:23, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
wtorek, 15 kwietnia 2014
Truśka w roli mniszka

Przedstawienie wiosenne dla rodziców odbyło się dziś. Truś odegrał swoją rolę mlecza kaszląco, albowiem bieganie po szkole w podkoszulku na ramiączkach i aktywne unikanie noszenia kapci w czasie, gdy na dworze aura stała się mniej sprzyjająca, poskutkowało przeziębieniem i wczoraj Dzieć kurował się w domu. Ale dziś na występ się już w szkole stawił pełen energii, aczkolwiek z wilgotnawym kaszelkiem. Ku memu zdziwieniu klasowi rodzice stawili się całkiem tłumnie, jak na tak wczesną porę, czyli 11.00. Dzięki temu, że możemy sobie odebrać w pracy dzień wolny za 2 maja w dowolnym terminie stawiłam się i ja. Po występach dzieciaki zostały obdarowane czekoladowymi zającami, zaś rodzice wielkimi pisankami wykonanymi przez dzieci na plastyce.

Cóż jeszcze mogę powiedzieć- nie lubię szkolnych imprez, ale wiem, że dla Truśki ważna jest moja obecność. Widziałam, jak bardzo się ucieszyła, gdy przyszłam i jak raz po raz spoglądała ze "sceny" czy patrzę i podziwiam. Jutro wystawiają swoją sztukę o tym, jak jajko stało się pisanką dla klas starszych, a po świętach mają występ gościnny w przedszkolu.

A z innych przyjemności- odkryłam nowy (dla mnie) sklep internetowy, który obok cocoshki stanie się moim faworytem- mousehouse- wysyłają chyba szybciej, niż się zdąży zamówić;-) Po dwóch zaledwie dniach od złożenia zamówienia przybyła do nas spódniczka moro z nowej kolekcji Kids on the Moon oraz bluzeczka z takimiż plisowanymi "skrzydełkami". A Kids on the Moon wyczuło mój żal wewnętrzny, że rozmiarówka kończy się u nich na 8 i od tej wiosny urosła do 10:-) Z tą 10 to trochę przesadziłam, bo spódniczka w tym rozmiarze jest jakby na Truśka za duża, ale co tam, dłużej będziemy się nią cieszyć. Jak się domyślacie, niedługo wpis "ciuchowy" - z braku laku i tematów i taki dobry;-)

18:10, dsmiatek
Link Komentarze (1) »
sobota, 12 kwietnia 2014
Deskorolka made by Trusia & P.

Dzień częściowo spędzony na poprawianiu Trusiowego morale, czego oczywiście żaden Truś ni inny człek nie lubi, został jednak uratowany wieczorową porą, kiedy to przy okazji weekendowych zakupów w naszym najbliższym centrum handlowym, natrafiliśmy na zaprzyjaźnioną z AAK i Małych Smoków ciocię Anię, współprowadzącą pod marketem budowlanym warsztaty majsterkowania. Truś uszkami zastrzygł, oczkami pobłyskał i natychmiast się przyłączył. I tak oto powstała deskorolka samodzielnej produkcji. Drżyjcie zatem świeżo przedświątecznie wypastowane podłogi, nadchodzi Struś niszczyciel;-)

Jakby ktoś nie zrozumiał dekoracji, to śpieszę objaśnić- rzecz na samym środku nie jest bynajmniej zaopatrzoną w oczy żarówką, lecz straszliwą trupią czachą, czerwone paćko-kwiatki to kapiąca krew, zaś zielone kleksy u dołu i u góry to obleśne ropusze łapki.

19:12, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
piątek, 11 kwietnia 2014
Little Paul and Joe, czyli Czerwony Kapturek troszkę inaczej

O marce dowiedziałam się przez przypadek, może na Ładne Bebe, a może gdzie indziej. Potem natrafiłam na ich ubranka w Bananaz- ale ceny odstraszały. W końcu dnia pewnego w moim nieulubionym sklepie, do którego jednak od czasu do czasu zachodzę (czyli w TK Maxx) wyszperałam pierwszy T-shirt z owcową piramidą, w cenie spokojnie nadającej się do przełknięcia. Od tamtej pory Truśkowa garderoba wzbogaciła się jeszcze w królika z kraciastą apaszką, smukłą sarenkę z czerwoną kokardą na kropkowanym tle, podziwiające kometę pingwiny, wielkie czerwone usta na tle zabazgranej ściany aż w końcu o nietypowego Czerwonego Kapturka. Wszystkie z w/w sklepu. I muszę przyznać, że jestem z nich dumna. A Kapturka to sama mogłabym nosić...

Tak oto natrafiłam na kolejną ulubioną dziecięcą markę- pod warunkiem, że w outlecie;-). A cudowne metki służą nam jako zakładki do książek- bo szkoda by je było ot tak po prostu wyrzucić.

A co poza zakupami? Ano Truś przeżywa chyba bunt siedmiolatka- w każdym roku życia dziecka jest chyba taka faza, doświadczenie matki wielodzietnej i wieloletniej mówi mi, że kończy ona się po zaprzestaniu bycia nastolatkiem. Dziś Truś wykrzyczał wszem i wobec, że "Dzieci mogą żyć przecież własnym życiem!", a nastąpiło to przy okazji przekonywania Córki do innej niż letnia sukienka stylizacji na dzisiejsze klasowe wyjście do teatru. Żyjąca "własnym życiem" Trusia zdołała się już nabawić kataru, biegając po szkole w podkoszulku na ramiączkach, chociaż w ostatnich dniach temperatura bynajmniej letniej nie przypomina oraz straciła (mam nadzieję, że tylko na czas krótki) odznakę wzorowego ucznia za przeszkadzanie na lekcji. Cóż, takie jest życie z dziećmi- i tylko dorośli tak do końca swoim własnym życiem żyć nie mogą....

16:57, dsmiatek
Link Komentarze (1) »
czwartek, 10 kwietnia 2014
Lepiej

Dwa dni urlopu od pracy w celu poratowania zdrowia psychicznego, świadomość, że dla kogoś jestem naprawdę cennym i pożądanym pracownikiem, perspektywa wypocenie całej frustracji na active walk'u jutro rano, a do tego kontuzjowana ręka Ciecha okazała się nie złamana com naocznie stwierdziła- i od razu świat robi się piękniejszy, a ucisk za mostkiem maleje.
I nawet deszcz kapiący za oknem brzmi fajnie, a konieczność przerobienia Truśka na mniszka lekarskiego (czyli mlecza) tak nie przeraża. Co prawda nadal twierdzę, że wolałabym wersję dmuchawca, bo zakupiłabym stosowny dmuchawcopodobny abażur w Ikei, nasadziłabym dziecku na głowę i byłoby gut, ale i z żółtym puchatym kwiatkiem sobie poradzę. Bristol w stosownym kolorze i takaż bibuła zostały już zakupione. A wiosenne przedstawienie już we wtorek- rodzice mile widziani o 11.00.  Tym razem w ramach ratowania psychicznego zdrowia będę tam i ja, a Trusiek, który już położył krzyżyk w tej materii na rodzicielce i uznał, że może tylko liczyć na obecność niezawodnej Pasi dziwi się niepomiernie i raduje.

PS
A co do Słonecznego Cyrku- pięknie było, kolorowo, magicznie. Akrobaci wydawali się przekraczać ograniczenia grawitacji, chińskie jojo wirowały i wyczyniały cuda w rękach młodych dziewcząt, żongler podrzucał coraz większą ilość piłeczek, gimnastyczka stojąc na jednej ręce na drążku wyginała ciało jakby było z plasteliny,  po scenie spacerowały puchate smoki (Truśka twierdziła, że są to zmutowane wielbłądy). I tylko klauni jakoś mi do gustu nie przypadli, ale ich występy są dla młodszego chyba pokolenia- w każdym razie Truś pokładał się ze śmiechu. I tak miało być:-) Spektakl w każdym razie przygotowany perfekcyjnie. Zatem jeżeli zawita Cirque du Soleil do Krakowa- a krakowska arena (której tak na marginesie nie lubię, bo zajęła nam ćwierć parku co najmniej) już właściwie gotowa- to na pewno się wybierzemy. Może się wtedy z halą przeproszę. I na koncert Ennio Morricone, który tamże za rok ma się odbyć też pójdę,a co! W końcu blisko mam!

20:56, dsmiatek
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 07 kwietnia 2014
W niedzielę we Wrocławiu

W Hali Stulecia

Warto było? Warto. Jak przyjadą do Krakowa, to też się wybierzemy.

A poza tym sytuacja w pracy sprawiła, że jestem jednym kłębkiem nerwów. Cud jeśli nie skończy się to zawałem- moim.

Trzymajcie się.

21:23, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
czwartek, 03 kwietnia 2014
A w Warszawie hipsterzyliśmy;-)

Spacerowaliśmy, cieszyliśmy się słońcem i towarzystwem Przyjaciół. Próbowaliśmy dobrego jedzonka na targach śniadaniowych i w Kafce, wpadliśmy na chwilkę do Kalimby, gdzie zakupiliśmy coś dla Trusiowego ducha, podziwialiśmy małe domki na starym Żoliborzu, odwiedziliśmy kilka placów zabaw. Z wydarzeń bardziej "spektakularnych" była ponowna wizyta w Centrum Nauki Kopernik. Fajnie było- na dwa dni udało mi się oderwać od pracowych kłopotów.

Czym różni się Warszawa od Krakowa? Wiosną między innymi tym, że w Krakowie nie wystawiają leżaków przed knajpkami. Przynajmniej jak dotąd ich nie zauważyłam. No i mniej chyba ludzie "piknikują" na trawnikach- może trzeba zaszczepić kocyki na krakowskie trawniczki?
Targi śniadaniowe też bym chętnie na krakowski grunt przeniosła...

21:12, dsmiatek
Link Komentarze (7) »
 
1 , 2
Archiwum