RSS
czwartek, 28 maja 2009
Lekcji anatomii ciąg dalszy

W kąpieli Truśka przepytuje Mamę:

"Gdzie lalunia ma psiedlamie? A dlugie gdzie ma? A ciecie?"
"Gdzie jeśt łydka Tlusi?"
"Gdzie mam łopatki? Na plećkach? I klęgośłup na plećkach mam?"
"A glabki gdzie mam? A gdzie mam wiadelko? Teź na plećkach?"

Zniecierpliwiony Tatuś do Trusi, która próbuje wydłubać mamusine oczko przy pomocy plastkowych sztućców:

"Truśka przestań bo dam ci po łapach!"

"Nie mam łapek, śchowałam"- Łapki faktycznie bezpiecznie skryły się w maminej bluzie.

:)

20:59, dsmiatek
Link Komentarze (4) »
środa, 27 maja 2009
Zbliża się czwartek

A jak się zbliża, to powraca czwartkowe zniechęcenie. Do tego Truśka jakaś zakatarzona się zrobiła, pogoda ładna poszła precz, truskawki mokną i nasiąkają deszczem, drukarka się zbuntowała, więc nie mogę pracować (mammografie) :( A jutro praca od rana do wieczora, a pojutrze praca po południu, a popojutrze praca 24 godziny :(

Jamniki zjadają resztki jogurtu:

 A Truśka się ukrywa:

22:28, dsmiatek
Link Komentarze (1) »
wtorek, 26 maja 2009
Dzień Matki 2009

Zaczęło się miło- za oknem piękne slońce, ja po dyżurze udałam się w jedno z moich ulubionych wiosną miejsc, czyli na targ. O tyle jest to niezwykłe, że ostatnio nie mam zupełnie czasu, żeby na targu robić zakupy. A ja bym mogła tam wiosenną pora jeździć z taczkami i wracać z tymi taczkami wyładowanymi po brzegi młodą kalarepką, truskawkami, czereśniami, sałatą, młodymi ziemniaczkami, koperkiem, szczypiorkiem, rzodkiewką... A na czubku jeszcze kwiatki. Taczek dziś nie miałam, ale trochę dóbr wszelakich ulubionych sobie zakupiłam. A na koniec- dwa pęczki pachnącego groszku ("uwielbiaś glosiek? uwielbiaś maćki mamusiu?"- ano- uwielbiam).

W domu na stole czekało na mnie zaproszenie- moje dziateczki zapraszają mnie na godzinę 16.30 do gabinetu kosmetycznego na zabiegi dla moich spracowanych rączek. Tak więc po obiedzie złożonym w dużej części z owych targowych zakupów, Starsza Córka udała się z Młodszą na zajęcia AAK, a ja podążyłam na pierwszy w życiu profesjonalny manicure. W ciągu półtorej godziny moje łapki zostały wymoczone, wypeelingowane, obklejone parafiną, pazurki spiłowane równiutko, skórki powycinane (nie wiedziałam, że w ogóle mam jakieś skórki!), a następnie pomalowane na blady różyk. I teraz podziwiam sobie owe łapki zadbane i nie imam się kuchennych zajęć. Do jutra ;)

Bardzo miły Dzień Matki :) A idąc za ciosem, skoro już się w gabinecie kosmetycznym znalazłam, tom się jeszcze umówiła na za tydzień na jakieś zabiegi upiększające i odmładzające moje liczko!

A teraz kwiatki- napierw moje targowe uwielbiane groszki i zaproszenie na spa dla rączek:

A teraz specjalnie sfotografowany bukiet bratków dla Mojej Ukochanej Mamusi- jeszcze raz Cię Mamuś mocno ściskam i życzę Ci wszystkiego najlepszego:

22:03, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
O sukcesach towarzyskich i nie tylko

Dzień dzisiejszy wybrała sobie Trusia na rezygnację z dziennego korzystania z pieluch. Bo do tej pory było różnie- czasem wołała, że chce siusiu, a czasem zapominała. A dziś cały dzień jeden wielki sukces- ani jeden pampres nie został zużyty. Może będziemy więc od dzisiaj szczęśliwymi rodzicami dziecka bez pampersa w ciągu dnia. Dziś byliśmy niecałkiem szczęsliwymi rodzicami, albowiem podróżowaliśmy do Kacwina koło Niedzicy i z powrotem (w owym Kacwinie klasa Ciecha przebywała na wycieczcem, dziś zorganizowana była majówka z udziałem rodziców- pomysł bardzo fajny). Jedziemy sobie samochodem, a tu z fotelika się rozlega- "ciem siku na tlawkę juź"- i tak kilka razy. Zaczęłam podejrzewać, że sikanie na trawkę stało się miłym przerywnikiem w podróży...

Sukcesy drugie były towarzyskiej natury- na rodzinnej majówce Trusia zyskała wielu nowych fanów, w różnym wieku. Wraz z koleżankami z klasy Ciecha dzielnie kibicowała chłopakom w czasie meczu siatkówki przeciwko drużynie ojców, z drugą małą Zosią grała w piłkę i huśtała się, z małym Antosiem spacerowala nad rzeczkę, z kolegami Ciecha zajadala paluszki. I zupełnie zapomniała, że jest małym koalką, wiszącym na maminym grzbiecie, kangurkiem wyglądającym z maminej torby. Chociaż tak bywa zwykle na użytek domowy i w towarzystwie członków rodziny. Choćby dzisiaj rano:

Siedzimy przy śniadaniu. Truśka uznała jednak, że krzesełko obok krzesła mamy to stanowczo za duży dystans, postanowiła więc przenieść się na mamine kolanka "Psitul mamusiu Tlusię, taka jeśt źmęciona, taka śpiącia, taka biedna, taka śkólka obziedliwa."

A tak na marginesie i przy okazji Dnia Matki- zaczynam podejrzewać, że w naszym kraju macierzyństwo kojarzy się li i jedynie z okresem ciąży i wczesnym niemowlęctwem. No bo w Plazie w ramach dnia dziecka i matki organizowane są porady dla kobiet w ciąży, z możliwością darmowego usg 4D, w ulotce z Lidla są dni matki i dziecka, ale oferta dotyczy tylko ubranek do 80cm, buteleczek , kocyczków, nosidełek itp. A w gazetkach matczyno-dziecięcych także większość miejsca zajmują porady dla mam spodziewających się dziecka lub tych świeżo upieczonych. Czuję się dyskryminowana!

I jeszcze fotorelacja z niedzieli:

Zosie dwie na huśtawce plus zdobyczna piłka.

Zosiek jeden w pełnym wycieczkowym wyposażeniu wraz z młodszym z Braci.

Truszon w gronie nowopoznanych kumpelek.

Kibicują Ciechowi w czasie meczu siatkówki- cheerleader'ki co pradwa choreografię miały jeszcze nie dopracowaną, ale wokal całkiem profesjonalny. truśka starała się wtórować. Mecz synowie kontra ojcowie wygrali synowie- ale przewaga nie była wcale aż tak wielka, ojcowie walczyli dzielnie. Całe szczęście, że znalazła się wystarczająca ilośc tatusiów do stworzenia drużyny. Z mamusiami bylo gorzej, ale szóstka się uzbierała. Cóz, ja i P. wolimy sporty indywidualne, piłka to absolutnie nie jest to, co "tygrysy lubią najbardziej". Ja to nawet odczuwam pewien piłkowy lęk, nabyty jeszcze w podstawówce w czasach gry w dwa ognie. Do dziś mi zostało, że przed piłką należy uciekać, piłka- twój wróg ;)

Po meczu trzeba się posilić- Trusia odmówiła jedzenia kiełbasek z grilla i bigosu z gara, zadowoliła się paluszkami. Ale "tylko te z siólem poplosię, nie lubim sieziama".

A teraz z kolejnym nowym kumplem- idą sobie przez dmuchowacową łąkę, omijając skrzętnie młode osty- podążają w kierunku rzeczki. Osty i pokrzywy- nowe doświadczenia. Co do pokrzyw, Trusia juz się wyedukowała na piosence o stokrotce- pokazuję jej pokrzywy i mówię, żeby ich nie dotykała, na co odpowiada "A halcieź? Poksiwy po paś, po paś, po paś".

I dotarli nad rzeczkę.

A jak popatrzy się troszkę dalej, to takie widać łaki zielone, pagóreczki...

a z innej strony ośnieżone Tatry. "Moziemy bałwana ulepić ze śniega?".

Rzeczkę można też podziwiać z towarzystwie starszych nieco chłopaków- Ciecha i jego kolegi. Rzeczka w kazdym towarzystwie jest fascynująca.

I jeszcze obowiązkowe dmuchanie dmuchawca- wszystkie moje dzieci to przerabiały i wszystkie były równie entuzjastyczne w dmuchaniu :)

 

10:25, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
sobota, 23 maja 2009
Dlaczego Gertruda

Pisałam już, skąd się wzięła Gertruda, ale dla niewtajemniczonych napiszę jeszcze raz.

W umyśle i sercu Trusiowego Taty w czasach, kiedy Trusia wiodła sobie bezpieczne życie w matczynym brzuchu, rodziła się myśl podstępna, z którą jednak ów nie zdradzal się przed pozostałymi członkami rodziny. Ale bezgłośnie myśl ową wyszeptywał i wsączał do rosnących Trusinych uszek. A jak już owe uszki i ich właścielka ujrzały świat i słodka tycia Dziewczynka bez imienia spała sobie spokojnie przytulona do matczynej piersi, zadałam Ojcu Moich Dzieci sakramentalne pytanie, jak też nazwiemy nasze zmaterializowane Marzenie. Albowiem  w czasie ciąży był to temat zakazany- żeby się nie przywiązać, żeby nie zapeszyć, żeby oszukać los...
Zadałam zatem pytanie, czy wymyślił Mąż mój imię dla swojej Córeczki, a on z poważną miną, głosem jak z zaświatów wyrzekł "BARBARA GERTRUDA"- tak tak, dużymi literami to powiedział, tak właśnie wypowiedziane owe imiona pamiętam i tą sytuację. Jak ktoś czytuje Pratchetta, to wie, z jaką postacią mi się ten głos skojarzył.
Spojrzałam na mięciutką Istotkę, ufnie do mnie przytuloną i te imiona z dużą ilości twardych R kompletnie mi do niej nie pasowały. Ona taka subtelna, delikatna, a te BARBARA GERTRUDA takie twarde, takie dorosłe jakieś i staroświeckie. Co do Barbary aż tak dużych obiekcji nie miałam, Trusia ma obie babcie o tym imieniu i sama nawet chciałam, żeby drugie imię miała po Babciach. Ale GERTRUDA....
Reszta Rodziny mnie poparła i zgodnie oświadczyliśmy, że "Gertruda to po naszym trupie" (nie, żebyśmy przeciwko Mężowskiej Babci coś mieli, tylko to imię takie obce, niezdrabnialne- nawet na drugie się nie nadawało).
Kolejne dni mijały w impasie- my wymyślaliśmy kolejne imiona- na początku była Amelia, potem przewinęły się Zuzanny, Matyldy, Hanny, Maje... Na każdą propozycję mój Ślubny robił taką minę, jakby mu bylo niedobrze. Zaczynałam się obawiać, że Dziecina na pierwsze imię zostanie bezimienna, aż w końcu pewnej nocy mnie olśniło- Zosia- takie mięciutkie, cieplutkie imię, otuliło Ją jak kołderka i wydało mi się, że pasuje jak ulał. Mąż o dziwo się nie skrzywił tym razem i posłusznie podreptał do Urzędu zapisać dziecko jako Zofię Barbarę. Takie też imiona dostała cztery miesiące później na chrzcie.
Ale podstępne sączenie w uszeczka nienarodzonej Trusi owej Gertrudy zrobiło swoje- Gertrudzie geny wylazły na wierzch i zdominowały moją Zosię. Jeszcze jako noworodeczek miewała Zosieńka całkiem Gertrudzi wyraz twarzy. A imieniem Zosia w domu mało kto ją nazywał i nazywa. Na basenie jest zapisana jako Gertruda, na zajęciach AAK występuje jako Trusia, przedstawia się jako Trusia (chociaż czasami jako "Ziosia Siamosia"). A jak ktoś ją pozna bliżej, to sam widzi, że Gertruda w niej mieszka i rządzi.
I tak to wyhodował sobie Mąż dziecinę wymarzoną, Gertrudę swoją- a my musieliśmy zaakceptować i polubić tą sytuację ;)
Trusiowy Tatuś triumfuje, Trusia biega po domu i rozstawia wszystkich po kątach i rządzi w naszych sercach :)

Dzisiejsza Gertruda- Trusia :)

I dla przypomnienia- Trusia sprzed lat dwóch, trzech miesięcy i dwóch tygodni- wtedy jeszcze bezimienna, chociaż już Gertruda:

PS 1
A jeśli ktoś ma ochotę wpaść do nas na poranną kawę w dniach mojej drugiej zmiany i się ze mną umówi, tak jak Ania we wczorajszy piątek na dziewiątą, to niech się nie zdziwi, zobaczywszy wyblakłego rozczochrańca z paniką w oczach, naciągającego T-shirt i lawirującego pomiędzy workami ze starymi poduszkami do wyrzucenia. O umówionej kawie przypomniałam sobie w momencie, gdy zabrzmiał dzownek od domofonu. Ale mogło być gorzej- mogłam przyjąć Anię i Nadię w ukochanych spodniach od piżamy made by DKNY from NY, przysypana zawartością wybebeszonej wlaśnie, w przypływie natchnienia, szafy. Dobre duchy jednak czuwały i zawartość szafy wróciła już była na swoje miejsce, ja zdążyłam się przyodziać, jak Ania montowała rower na klatce schodowej, kawa wyszła całkiem dobra, a poranne wizyty uważam za całkiem fajny zwyczaj. No to zapraszam- jak ktoś mieszka blisko :)

PS 2
Jeszcze dwie nowiny.
Najpierw mniejszej wagi- łabędziom ze stawku pod Plazą wykluły się pisklęta. Nowina o tyle dla nas ważna, że owe łabędzie odwiedzamy od pierwszych miesięcy życia Trusi- dwa lata temu chodziłyśmy tam na spacer i wtedy to ja obserwowałam łabędzie wysiadujące jajka na gnieździw w trzcinach, a potem rosnące szere łabędziowe dzieci. Rok temu z roczną Trusią jeździłyśmy pod Plazę karmić kaczkę i pogapić się na tą samą (chyba) parę łabędzi i ich nowe dzieci. W tym roku też podglądałam, jak zaczęły, w tym samym gnieździe, wysiadywać jajka. A parę dni temu przyuważyłam siedem łabędziątek i ich dumnych rodziców. Koniecznie musiałam więc pokazać  je Trusi. Podjechaliśmy więc dziś po południu na rowerach- łabędzia rodzina wyszła na brzeg poskubac trawę. truśka była w siódmym niebie, kusiła ptaki kukurydzinymi chrupkami i koniecznie chciała pogłaskać łabędziątka. Naturalnie jej na to nie pozwoliliśmy- mamy niezbyt sympatyczne wspomnienia ze spotkań z "rozjuszonym" łabędziem na kajakach. Szkoda tylko, że baterie się nam w aparacie rozładowaly i nie mamy zdjęc łabędziej rodzinki. Może na parę dni pojedziemy tam znowu sprawdzić, jak rosną łabędzie dzieci.
A przy okazji Decathlon i jego najbliższa okolica (elspozycja namiotów na trawniku) to świetny plac zabaw dla dwulatka. Przy okazji można sobie jeszcze zakupić zieloną kamizelkę (Dwulatka zakupiła, czy raczej zaordynowała zakupienie) i tradycyjnie pożywić się batonikiem musli.

A druga ważna nowina- od wczoraj starsza Córka jest właścicielką własnego M i może je sobie urządzać- na razie w wyobraźni, ponieważ poprzendia właścicielka wyporwadzi się dopiero pod koniec czerwca. Mam wrażenie, że Bunia czuje się trochę tym przytłoczona.
A my od czerwca zaczynamy spłacać kredyty :(( I zacznie się zaciskanie pasa- koniec z zakupami rozlicznych ciuszków dla Królewny Trusi :((( Jak ja to przeżyję :( ;)

21:45, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
czwartek, 21 maja 2009
Dzień drugi Małopolskich Dni Dziedzictwa

Wypadałoby skończyć ubiegły weekend- tym bardziej, że kolejny zbliża się wielkimi krokami.

Pierwsze były Wysocice- mała wioska z perełką- romańskim kościółkiem. Czy ja wspominałam już, że uwielbiam architekturę romańską? Mam nawet takie swoje ulubione miejsce na ziemi- kościół San Antimo w Toskanii. Kiedyś może Wam go pokażę. A teraz kościółek w Wysocicach pięknie położony na pagórku, otoczony murem, z zewnątrz prosty, surowy- jedyna ozdoba, to rzeźba Matki Boskiej na jednej ze ścian.

Nad drzwiami wejściowymi płaskorzeźba

W środku malowana średniowieczna ambona, na która Córka naturalnie koniecznie włazić chciala, ale zostało jej to udaremnione. Udaremnienie nie spotkało się bynajmniej ze zrozumieniem i akceptacją.

Przy kościółku piękne drzewa, trawa i Truśka szalejąca na tej trawie, łażąca na czworakach, goniąca bielinki, zbierająca źdźbła trawy do kieszonki- dla swoich zwierzaków zamieszkujących nowodostany domek.

A u podnóża kościółkowego pagórka kilka namiotów-kramów- z pięknymi pracami dzieci z pobliskich szkół i z pysznymi wyrobami miejscowych gospodyń- Trusia bardzo dogłębnie degustowała kiszone ogórki, a ja chlebuś ze smalcem.

Parę kilometrów dalej Ściborzyce i dwór Popielów- zdewastowany aż serce boli.

A przy dworze znów namiocik- tym razem niespodzianka- wcale nie miejscowe gosposie, a goście z Ameryki Południowej pieką na grillu żeberka, wyplatają kolorowe krajki i nizają koraliki.

Spacer piękną łąką z pasikonikami ("Ci lobią ihaha pasikoniki?") doprowadził nas do źródełka Jordan- wywierzyska, gdzie na dnie widać małe piaskowe gejzerki- miejsca, w których woda wydostaje się spod ziemi.

I jeszcze jedno miejsce, znów za parę kilometrów- wieś Imbramowice. A w niej klasztor sióstr Norbertanek, ufundowany tu w XIIIw. Obecny kościól pochodzi z XVIIIw. W klasztorze znajduje się obraz Jana Breughla Starszego Madonna w girlandzie z kwiatów i muszli- normalnie nie można go oglądać, ale na Dni Dziedzictwa udostępniono zwiedzającym klasztorne skarby. Truśka zmęczona słońcem i przemieszczaniem się przycupnęła na moich kolanach w kościelnym przedsionku i tam słuchałyśmy krótkiego koncertu religijnych pieśni. A potem powędrowałyśmy aż za ołtarz, do kilku pomieszczeń kalsztornych, do klasztornego ogródka i w końcu wylądowałyśmy na herbacie i makowcu w dawnje przyklasztornej szkole dla panien.

To właśnie owa Madonna w girlandzie.

I koniec niedzielnego zwiedzania- wyjeżdżamy, żegnani przez osiemnastowieczną słupową kapliczkę.

A ja chyba zwykle we czwartki przeżywam blogowy kryzys i myślę sobie, że nie mam o czym pisać- co jest z tymi czwartkami? Napiszcie czasem, że jest o czym...

Odkryłam sposób na nieopalone trupioblade nogi z niebiesko-zielono-fioletowymi wstawkami naczyniek wszelkiego autoramentu- takie mi się dziś zaprezentowały, jak włożyłam swoją cudną sukienkę powiewną do kolanek. Otóż należy owe nogi wysmarować makeup'em czy jak tam się nazywa ten kremowy specyfik zwykle stosowany do upięknienia paszczy. Na nogi też działa bardzo korzystnie ;)
To idę zmywać ów nożny make up- czyżby mleczkiem do demakijażu??? Nie wiem, czy mi owego mleczka wystarczy...

23:01, dsmiatek
Link Komentarze (5) »
Całuśna

Całuśna jest Truśka okrutnie. Myślałam, że czas całuśności przypada na wczesniejszy okres, niemowlęcy bardziej. A tymczasem mój Mowlaś całuśny jest- i to w "obie strony". Całuśny, bo nie da się przejść obok, żeby sobie nie musnąć, nie głaskąć, nie nawinąć grajcarka na palec, nie cmoknąć w pachnącą szyjkę, w różowe stópki, w pękaty brzuszek.
Ale sama też rozdaje całusy, nie skąpi ich. Jeszcze i owszem, na prośbę o "buzi" podchodzi i wystawia czółko (jeśli czółko akurat tkwi w czapce to koniecznie trzeba ową czapkę zsunąć- całus w nakrycie głowy się nie liczy). Ale sama tez całuje- w czoło, odsuwając grzywkę, w szyję, w oczy, w policzki, w dłonie i łokcie- koniecznie symetrycznie, w obie strony. Taki codzienny rytuał- przy wychodzeniu do parcy, na dzień dobry i dobranoc. A jak juz skończy buziakowanie, zadowlona oświadcza "Ciała jeśtes pociałowana". I właśnie oto jestem "ciała pociałowana" i zabieram się do wieczornej pracy domowej.

Przy wycieraniu, Trusiek zawodzi, bo nie chce się Mustelą smarować. No to ją straszę, że sprzedam jakiejś innej pani. Truśka nie bierze tego na poważnie, ale za czas jakiś skarżypyta donosi Tatusiowi : "Mamusia chciała ziapłacić Tlusię. Śpsiedać chciała jakiejś pani. Nie śpsieda mamusia Tlusi, nie ma pieniąźków."
Jasne, że nie sprzeda :)

A z wczoraj na dzisiaj była kolejna historyczna noc, którą Trusia przespała całą w swoim własnym łóżeczku- jakoś tak około czwarta noc w jej życiu. A ja się obudziłam zdziwiona, że mi czegoś/kogoś w małżeńskim łóżku brakuje- jakoś tak pusto i przestronnie było.

21:26, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
środa, 20 maja 2009
Jednak przerywnik

Zamiast relacji z dnia drugiego Dni Dziedzictwa będzie mała relacyjka z imprezy imieninowej Trusi. Pogoda była nieszczególna. nad Krakowem, a przynajmniej nad Nową Hutą, kłębiły się burze. szczęśliwie nasi goście do nas dotarli- Lucjan z Rodzicami i Helenka z Mamą. Dzieciaczki bardzo fajnie się bawiły- trochę razem, trochę obok siebie, ale bez większych scysji. Pewnym novum w imprezowych rozrywkach było wspólne sikanie na nocniki obu dziewczynek- nie zostało uwiecznione, bo zanim dotarłam do aparatu dziewczynki opuściły nocniki :( Ale może to nawet lepiej- jak się "zestarzeją", to będą się wstydziły "takich" zdjęć.
Tiramisu się Bognie udało- kto nie przybył, niech żałuje. Ale możemy pomysleć nad powtórką ;)

Trusia do dziś pyta, kiedy przyjdzie Lucjan i Helenka- podobała się jej rola gospodyni na własnej imprezce.

A teraz zdjęć kilka- trzy z zaledwie ośmiu, które udało mi się zrobić.

Jakoś tak minęła Truśce balonowa trauma. Początkowo jeszcze się boczyła, jeszcze do dmuchania balonów podchodziła nieufnie, aż w końcu przełamała strach i groźne balony zostały oswojone.

Paluszki- strawa podstawowa na kinderbalu.

Czyż ten pocałunek na dowidzenia nie jest cudny:)))

A specjalnie dla Kajugi- anioł z Antykwariatu, obecnie z komody w sypialni:

21:47, dsmiatek
Link Komentarze (3) »
wtorek, 19 maja 2009
Nadrabiamy zaległości z weekendu, czyli o tegorocznych Dniach Dziedzictwa

Ale najpierw przybyły Babcie- obie naraz. Szczęście Trusi było w związku z tym wielkie i co chwilę liczyła te swoje Babcie, czy aby któraś się nie zgubiła: "Jedna Babcia, dluga Babcia, ciecia Babcia- a gdzie jeśt ciecia Babcia?" Widać przydałaby się jeszcze jakaś trzecia ;)

W sobotę zabraliśmy Babcie do Krzeszowic. A tam odkryłam miejsce, o ktorym wcześniej już słyszalam i podejrzewałam, że takie własnie będzie. I nie zawiodlam się ani troszkę.  Miejsce klimatyczne, z niepowtarzalną atmosferą, magiczne, w którym czas się zatrzymał. Miejsce, w którym się człowiek nie spieszy, zapada w wygodnym fotelu, zaleguje na kanapie z kupką książek, zasiada z dzieckiem przy małym stoliczku z bajkami. Do tego jeszcze kawa, szarlotka albo sernik... A na kominku siedział dla mnie anioł- juz tam nie siedzi, teraz stoi w naszej sypialni na komodzie :)

Antykwariat na Peronie Ulli- miejsce, gdzie warto się wybrać specjalnie z Krakowa. Ulla- nie zamykaj go, proszę. Szkoda, że Krzeszowice nie są nam po drodze- ale wpadniemy jeszcze kiedyś do Antykwariatu. A potem na rzeczywiście pyszne lody na Rynku. I drożdżówkę z pomarańczową skórką. A Babcia pewnie na babeczki. Mniam.

Śniadanie na peronie- jedna z atrakcji Dni Dziedzictwa. Poza rozkoszami podniebienia było też coś dla ucha, czyli mini koncert smyczkowy (jeden "smyczek" to była wiolonczela, a drugi...- wstyd powiedzieć nie wiem, ale usprawiedliwia mnie to, ze Trusia wolała przebywać w środku Antykwariatu).

A potem zwiedzaliśmy Krzeszowice i to, co pozostało z ich dawnej świetności jako uzdrowiska i miejsca, gdzie wypadało bywać, siedziby znanych szlacheckich rodów- Czartoryskich i Potockich.

Na tarasiku Pałacu Starego- obecnie mieści się tu Urząd Miasta

Na jednym z metalowych mostków w parku zdrojowym- niestety, sztuczne sadzawki wyschły i ich dno porastaja pokrzywy :(

I Pałac Nowy, dawna siedziba Potockich. Dziś ten piękne pałac stoi opuszczony i pomału niszczeje :(

Kaplica w parku.

Kościół parafialny św. Marcina z XiXw,

Zdrój Główny

Kapliczka, w której mieścił się zdrój siarczany

Kamienny krzyż z 1851r.

Były jeszcze Łazienki Zielone obecnie zwane Zofia- niestety, do głównego wejścia do tego pięknego, odnowionego budynku dobudowano jakis paskudny matalowy łącznik, kompletnie go oszpecając i częściowo zasłaniając fronton. Ciekawe, kto na to pozwolił.
Był też pałacy Vauxhall, podobno jeden z cenniejszych zabytków. Obecnie znajdują się tu jakieś urzędy, także dobudowano mu z jednego boku jakąś paskudną szopę. jakoś więc piękna tego budynku nie dostrzegłam.
Ale warto się wybrac do Krzeszowic, pospacerować po parku, posłuchać ptaków. Wstąpić na przepyszne lody- moga być krówkowe lub sezamowe- jeśli ktoś takie lubi. Kupic do domu drożdżówkę. I koniecznie wpaść do Antykwariatu Ulli- jak tam będziecie, to pozdrówcie ode mnie Gospodynię :)

A po powrocie musiała byc imprezka. I koniecznie świeczki- bo co to za impreza bez dmuchania świeczek. A że tort okazał się być zrobiony ze sprężystych biszkoptów (podejrzanie mi one wyglądały po wyjęciu z piekarnika, Trusia na ich widok zapragnęła zjeśc "naleśnićka") i przepysznej czekoladowej masy oraz białoczekoladowej polewy.

A jutro będzie o romańskim kościółku, zdewastowanym dworze Popielów i klasztorze Norbertanek, czyli dzień drugi Dni Dziedzictwa.

22:43, dsmiatek
Link Komentarze (3) »
niedziela, 17 maja 2009
Weekend pełen wrażeń

Za nami weekend bogaty w wydarzenia towarzyskie, kulturalne, spacerowe itd. Niestety relacja będzie pewnie dopiero jutro albo nawet we wtorek. dziś tylko takie "perełki".

"Gdzie jeśt ściotka do czesania nóziek?"- o pumeksie

"Cio tak pachnie?"
Jak pachnie Trusiu?
"Obziedliwie pachnie"

I jeszcze ilustracja do słów: "Mamusiu popać, bałwan!"

Inteligencji i wyobraźni mi początkowo zabrakło, ale dostrzegłam bałwana. Widzicie? Jedna kulka, druga Kula, trzecia kulka... Tylko marchewki brakuje ;)

 

21:57, dsmiatek
Link Komentarze (8) »
 
1 , 2
Archiwum