RSS
sobota, 29 maja 2010
Gulgalka

Wiecie, co to jest gulgalka? Na pewno nie wiecie.

"Gulgalka mamusiu, to jest takie zwirzątko, co mieszka w oceanie. Siedzi sobie na dnie, ma takie wielkie płetwy, a na tych płetwach ma szczypce. I ona tam siedzi w tej wodzie cały czas i gulga gul gul gul."

Za nami bardzo sympatyczna sobota- rano śniadanie z synami i Truśkiem (uskuteczniłam przepiórcze jajeczka w formie sadzonej). Potem Truś na basen z Tatusiem, a ja rowerem na stretching (ćwiczenia wcale nie relaksujące, spocilam się bardziej niż na zaawansowanym pilatesie, ale wreszcie mniej mnie boli mój plecowy bolak, co mi caly tydzień dokuczał, a ja nie mogłam go dokładnie zlokalizować- taki mały mięsień jakiś tkwiący gdzieś pod łopatką). Następnie wszyscy na festyn w Ciechowej szkole z okazji Dnia Dziecka- Trusia wróciła z balonową sześciornicą i niebieskim kwiatkiem na policzku. A potem z Trusią na obiadek do miasta- Starszy Syn udał się do Warszawy na koncert Kogośtam, kogo nazwy nie pomnę, Starsza Córka pojechala bawić się na weselu, a Ciech oświadczył, że obiadu w domu nie je, bo najadł się na festynie, a na wieczór umówił się z kumplami na pizzę. Jak oni tak, to my na rowerki i do Kompanii Kuflowej- udało nam się, bo wcale nie było ścisku, Truśka pobawiła się w sali zabaw pod opieką pań-opiekunek, myśmy pogadali troszkę i pogapili się na planty i na Wawel między zielonymi listkami. Jedzonko z tych, co Trusie lubią- kotlecik panierwoany i frytki, czyli z Córką problemu nie było.
Później jeszcze krótka wizyta u smoka
"Ale ten smok nie mógł pęc, bo on przecież jest z żelaza."
I powrót nad Wisłą- część terenu między wałami wygląda jak pustynia- szara trawa, polamane drzewa i wyrwane z korzeniami krzaki.
Wody w stawku obok Plazy nadal jest tak dużo, że trzciny stały się calkiem malutkie, a łabędzie gniazdo wraz z wysiadującym ptaszyskiem można sobie do woli podziwiać.
I jeszcze krótka wizyta na placu zabaw w parku AWF-u, pozdrowiene "znajomych" wiewiórek w wiewiórkowym zakątku, jeszcze małe lepionko z plasteliny, cowieczorne czytanie i przytulanie.
"Mamusiu, a ja pamiętam, jak pilam mleczko z mleczuszków moich ukochanych. Tak się przysysalam i pilam i nie chcialam się odessać. Pyszne było to mleczko mleczuszkowe, nie chciałam jeść nic innego. Najpyszniejsze. Szkoda, że już się skończyło." (Przecież nie może tego pamiętać, na pewno nie pamięta.)
"A jak ja będę miała tyle lat, co ty i będę taka duża jak ty, to ile ty będziesz miala lat i co będziesz wtedy lobiła?"
Cóż, Córeczko, mnie może już wtedy na świecie nie będzie. Będę ci kibicowala zza chmurek, mój Skarbie...

21:51, dsmiatek
Link Komentarze (8) »
piątek, 28 maja 2010
Truśka mały kombinator

Wczoraj Trusia planowała dłużej popluskać się pod prysznicem. Niestety, na horyzoncie wciąż pojawiały się przeszkody w postaci rodziców, zaglądających do kabinki, przykręcających wodę i sugerujących zakończenie rychłe mokrej przyjemności. W końcu zniecierpliwiona powiada:
"A może się tloszke pokłocicie? Tylko idźcie do kuchni się kłócić, pamiętajcie. A ja się tu będę spokojnie myła."
Pomysł Truśkowy był całkowicie autorski, miał na celu wywabienie nas z newralgicznego punktu, czyli łazienki i pozostawienie jej wolnej ręki w wylewaniu w kanał kolejnych hektolitrów wody, a może nawet wpuszczaniu do ścieków płynnego mydła i krojenie w spokoju ducha mydła w kostce. Ale dla porządku zapytuję:
A dlaczego mamy się iść kłócić? Wcale tego nie chcemy i ty tego przecież nie lubisz.
"No ale sama mówiłaś, że czasem musicie sobie polozmawiać. To sobie polozmawiajcie w tej kuchni."

Na placu zabaw uskuteczniałyśmy, również autorskiego Trusiowego pomysłu, zabawę w jabłuszka. Polega ona na tym, że obie wisimy na drabinkowych szczebelkach i 
udajemy jabłuszka, a jak już ręce nas utrzymać nie mogą, to stajemy się jabłuszkami dojrzałymi i spadamy. Trusia dojrzewa dłużej i później ode mnie odpada. Cóż, młodość...

Wracając z placu zabaw snuła Trusia projekty nowatorskie:
"A gdyby tak pan Jezus zbudował plac zabaw i na nim by były hustawki z daszkiem, to można by sie na nich hustać w czasie burzy i by się nie zmokło. I wchodziłoby się na ten plac zabaw przez taką dziulkę albo inny otwolek."

15:18, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
środa, 26 maja 2010
Na wszelkie rowy najlepsze są dzieci i przyjaciele

Kochani- bardzo Wam wszystkim dziękuję za szybkie rzucenie liny:)

A teraz się pewnie powtórzę- mam nadzieję, że już to nie raz napisałam:

MOJE DZIECIAKI SĄ FANTASTYCZNE:)

Niespodzianki z okazji tegorocznego Dnia Matki były następujące:

1. Truśka zasypała wracającą do domu mamusię trzema laurkami- to nic, że dwie zrobiłyśmy razem w ramach zajęć AAK, a jedną chyba w calości wykonala Pasia. Ważne było, że Truś się cieszył, że ma dla swojej mamusi takie piękne niepodzianki.
2. Obie córki w fartuszkach wstawiały do piekarnika tartę z malinami (wg przepisu z Dwóch Chochelek)- tarta malinowa na ciepło- niobo w gębie. Smakowe przeżycie bezcenne:)
3. Starszy Syn zakupił dla swojej rodzicielki kwiatka. I dal jej buziaka- a uzyskanie buziak od prawie dziewiętnastolatka łatwe wcale nie jest. I jeszcze pozwolił się "poszarpać' za irokeza;)
4. Po obiedzie obaj synowie zostali opiekować się Najmłodszą (łącznie z wieczorną kąpielą i usypianiem!),  a Starsza Córka zabrała mnie na tajemniczą wyprawę do miasta- byłyśmy w Arsie na "Jaśniejszej od gwiazd"- takie leniwe kino, które lubię. Chociaż, przyznać ze wstydem muszę, chwilami troszkę zbyt leniwe i oczki mi się przymykały.
5. Po seansie Córka przekazala mnie mojemu własnemu mężowi, ktory powiózł mnie aż na Ruczaj do knajpki polecanej kiedyś przez p. Nowickiego. Faktycznie- atmosfera, jak we włoskiej trattorii. A okolica dla mnie zdecydowanie mniej od Italii znana ;)
Wracając wysłałam jeszcze ciepłe myśli dla wszystkich Przyjaciół zamieszkałych w okolicy.

A oto te z prezentów, którymi mogę się pochwalić na obrazku:

I jeszcze ostatnia fascynacja- przepiórcze jajeczka:

Malutkie zgrabniutkie paluszki Trusi świetnie się nadają do ich skubania. Ja przeważnie tracę 1/3 białka, a Trusi udaje się obierać je prawie bez strat. Od kilku dni usiłuję ją namówić na spróbowanie przepiórczych jajek w wersji sadzonej- no bo takie minijajeczko usadzone na patelni musi wyglądać rozkosznie. Jeszcze się broni, ale mam nadzieję, że w piątek ją namówię. A jak nie, to sama zjem, chociaż Trusia zapowiedziala, że takie tycie jajka są tylko dla dzieci- zaliczyła do nich siebie, Ciecha i, w drodze szczególnej łaski, Pawła. Myśmy się nie zalapali.

I jeszcze, jak się zakończyła historia H&M-owej akcji 2 T-shirty w cenie jednego. Zakupiłam dwa- dla Tosi i Trusi, takie same, ale w różnych kolorach. W domu się okazalo, że Trusia wpadla w czarną rozpacz, bo ona taki sam musi mieć, jak Tosia. Pojechalam wymienić, ale zabrałam tylko jeden- błąd, trzeba było przynieść dwa, żeby wymienić z nich ten jeden. Kolejna wyprawa i już mamy dwie identyczne bluzeczki z Hello Kitty:

Mamy też Ciecha obsiadniętego przez dwie małe dziewczynki- obie sa jego wielkimi fankami.

A w minioną sobotę byliśmy na spotkaniu pomaturalnym- nie napiszę, która to rocznica, kto czyta dokładnie, ten sobie policzy. Tyle lat minęło, a my wciąz gadamy ze sobą, jak kiedyś, śmiejemy się, jak kiedyś i lubimy się, jak dawniej. Fajną mieliśmy klasę w liceum (jeśli jeszcze nie pisałam- ja i P. chodziliśmy do tej samej klasy, zatem jestem w tej komfortowej sytuacji, że na każde spotkanie pomaturalne przybywam ze swoją "drugą połówką").

Pozwalam sobie wstawić zdjęcie- może nikt się nie obrazi za "upublicznianie wizerunku".

23:51, dsmiatek
Link Komentarze (2) »

Nie piszę, bo wpadłam w Rów Mariański. Cóż, czasem się zdarza.

Dziś Dzień Matki- podsłuchalam, ze szykuje się dla mnie niespodzianka. A Trusia zapowiedziala niespodzianki od siebie:
"Nazbielam ci jutlo kwiatuszków na dzień mamy, ale to będzie niespodzianka. A gdzie są te kalteczki dla ciebie, co je zlobiłyśmy u cioci Ani? A, napółeczce leżą. To ich nie bierz, bo to są tez niespodzianki."

No to czekam na swoje dzisiejsze niespodzianki, a najbardziej na bardzo długą drabinę, ktora pozwoli mi się z czeluści wydobyć. Może być winda. Albo chociać lina- postaram się wdrapać...

10:44, dsmiatek
Link Komentarze (7) »
czwartek, 20 maja 2010
Rozmowa z dziedziny parazytologii

Tak sobie wymyśliliśmy, że będziemy jednak Trusię odchudzać. A tymczasem ona, może z tej deszczowej pogody, żerna jest niezwykle. Dziś siedzą sobie z Bunią po południu w domku, Trusia węszy za żywnością.
T-"Chcę coś zjeść."
B-Znowu? Co ty tak jesz ciągle, może masz w brzuszku tasiemca?
T-"Nie mam tasiemca, bo jem kwaśne rzeczy."
B-A skąd ty wiesz, że jak będziesz jadła kwaśne rzeczy, to nie będziesz miala tasiemca w brzuszku?
T-"Wiem. Sama tak sobie wymyśliłam."

Za jakąś chwilkę udaje się Trusi wyżebrać jabłuszko.
"Jak myślisz Buniu, czy mój tasiemiec już sobie zjadł jabłuszko?"

Za kolejną chwilkę Trusia zasiada na kibelku.
T-"Mój tasiemiec już chyba ze mnie wyszedł."
Bunia troszkę zobrzydliwiona, drąży jednak temat:
B-A jak on z ciebie wyszedł?
T-"No chyba wyszedł przez stopę."
B-Przez stopę? To co, masz jakąś dziurę w stopie?
Trusia z niepokojem spoziera na swoje nóżki.
T-"Oj, to ona ma jakąś kłujkę ten tasiemiec?"
B-Hmm, to zależy, czy jest usbrojony czy nie uzbrojony. Jak jest nieuzbrojony to nie ma żadnych kłujek ani ząbków.
Trusia wyraźnie ucieszona:
"O, to on jak żółwik jest ten tasiemiec."

Wracam z pracy do domu, zupełnie nie wprowadzona w temat dzisiejszej Trusiowej fascynacji. Trusia wita mnie takim oto oświadczeniem:
"Wiesz mamusiu, ja nie wiem, czy mam w brzuszku tasiemca. Chyba nie mam, bo nie słyszę jego tupotu."

Sprawę tupotu tasiemca pozostawiam do dokładniejszego zgłębienia specjalistom parazytologom:)

21:45, dsmiatek
Link Komentarze (4) »
O tym, że dzieci potrafią nas pozytywnie zaskoczyć

Wczorajszy wieczór spędzałyśmy bez Trusiowego Taty, który zupełnie znienacka udał się na spotkanie z kolegami. Starszy Syn był tym faktem niezmiernie zaskoczony- skomentował owo niezcodzienne wydarzenie "A ja myślałem, że tato zupełnie już zatracił życie towarzyskie."
Brak Trusiowego Taty oznacza, że wszystkie wieczorne rytuały spadają na moje barki, a tu mammografie wyrosły jak grzyby po deszczu (mokro, więc nie dziwota, grzyby rosną). A ponieważ zwykle rytuały owe przeciagają się w niestkończoność, od kąpieli począwszy na czytaniu skończywszy, odczuwałam pewien niepokój o swoją pracę chałupniczą. Córka ów niepokój wyczuła i postanoiła stanąc na wysokości zadania. Zamknęła się w kabince prysznicowej i wychynęła z niej już po 10 minutach, oświadczając, że jest umyta. Na wszelki wypadek przepowiedziała sobie, co tez umyła:
"Pupa była- była, bo pupa czysta jest bardzo ważna. Brzuszek umyty- tak umyty. Nóżki i lączki czyste- czyste (tu nastąpiło spojrzenie sprawdzające czystość każdej z czterech kończyn. Główki dziś nie myłam, ale codziennie nie trzeba. No to jestem czysta. Mogę się wycierać i ładnić."
Jak czysta, to OK- powycierałam, pomogłam założyć piżamkę, umyłyśmy zęby i krótko się Trusia "poładniła"- zauważyła, że ja wieczorem zmywam twarz tonikiem, wsmarowuję w siebie kremy, uznała więc, że i jej się takie zabiegu należą. Przeciera się wacikiem, na który udaję, że nakropiłam tonik (jeszcze się w oszustwie nie zorientowała), wklepuje energicznie krem w policzki (szczęśliwie zrezygnowała lub nie zauważyła, że mam jeszcze specjalny pod oczy), smaruje łapki kremem do rąk.
Uładniona pomaszerowala do pokoju, przeczytałyśmy jedną książeczkę o Basi, po czym Trusia zdecydowala, że może już tylko w towarzystwie miśka słuchać płyty.
I tak, dzięki mojej mądrej Córeczce nie mam dziś pracowych tyłów:)

Dzisiaj zakończyliśmy maturę (przynajmniej taką mam nadzieję). Paweł ustne egzaminy zdał śpiewająco, angielski na obu poziomach na maks punktów:), prezentacja z polskiego też mu bardzo dobrze poszła, a troche się o nią obawiałam, bo ani razu nie chciał nam jej przedstawić, nie syszałam też, żeby wygłaszał ją sam do siebie, ani nie zauważyłam innych oznak wielkiej pracy twórczej.
Oby wyniki pisemnych równie miło nas zaskoczyły. (Paweł też potrafi mnie zaskoczyć, mimo że znamy się już prawie 19 lat.)

I prawie już nie pada:)- no chyba, że mam nieaktualne wiadomości, albowiem większość dnia spędzam w pomieszczeniu o oknach szczelnie zasłoniętych, w chwili obecnej nawet bez jakiegokolwiek okna.

16:51, dsmiatek
Link Komentarze (4) »
środa, 19 maja 2010
Zwierzyniec przydomowy

Victoria! Przestało padać- bo małej mżawki do deszczu zaliczać nie wypada wobec poprzednich opadów. Udalo się nam wyjść na kaloszowy spacer przydomowy. Idziemy, idziemy, rozglądamy się po trawnikach zamienionych w bagniska, aż tu nagle- niespodzianka. Na jednym z trawników powstało małe jeziorko. A jak jeziorki, to muszą być i jeziorkowe zwierzątka. I oto są- dwie kaczuszki, chłopczyk i dziewczynka, pluskają się radośnie, wystawiają kuperki, zanurzając łepki w wodzie i pokwakują. Truśka osłupiała, w trawnik ją wmurowało (a może wessało, bo grząski on ci był). Stałyśmy dłuższą chwilę i zapoznawałyśmy się z nowymi mieszkańcami osiedla. A potem pomaszerowałyśmy do domku po chlebek- Truśka wróciła je potem pokarmić razem z Ciechem. Grzeczne kaczki, zjadły wszystko:)

A ja pojechalam na most w Mogile popatrzyć na Wisłę- oj, większa jest niż w 1997roku. A Mąż szanowny, dojeżdżający do pracy do sąsiedniego miasta, kluczyć musiał po drodze jeszcze bardziej niż zwykle. I zdarzyło mu się przejechać przez most, przez który górą przelewala się rzeka. Najmądrzejsze to to nie było. Ale z facetami tak już jest- trochę adrenaliny koniecznie muszą sobie dostarczyć, a przy okazji podniosą ją swoim żonom, chwaląc się kaskaderstwem!

I zalało Ogród Doświadczeń, niższa jego część, przy wejściu, to jedno wielkie jezioro :( W okolicy nie wytrzymały studzienki, zalało cały parking pod M1 i pod Plazą, wylała Białucha, woda w naszym stawku ze znajomą parą łabędzi podniosła się do takiego poziomu, jakiego nie pamiętam. Szczęśliwie łabędzie gniazdo unosi się na wodzie i jedno z rodziców  ze stoicki spokojem nadal wysiaduje jajka. Czyli szansa na łabędziątka jest:)

A teraz powinny być zdjęcia, ale ich nie ma, bo dysponowałam li i jedynie komórką, kaczki nawet pstryknęłam trzy razy dla pewności, ale nie wiem, gdzie się podziewa kabelek, który pozwoliłby mi te kaczki na kompa wrzucić :(

21:36, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 18 maja 2010
Choroba dwubiegunowa

Taka była nomenklatura obowiązująca w moich czasach dla depresji i manii. Nie wiem jak jest teraz, ale tych właśnie skrajności doświadczam od nadmiaru wody w otoczeniu. Mam wrażenie, że niedługo wykiełkują mi skrzela, a między palcami pojawi się błona pławna. Truśka też przeżywa dwubiegunowość. Są momenty, kiedy znudzona płoży się po podłodze, czołga się, zbierając na swój przyodziewek wszystkie kurze i psią sierść, wypina krągłe (zbyt krągłe) cztery literki na sufit, kłębi się na rozsypanych klockach, z których bynajmniej nie stara się zbudować niczego sensownego, rozkrusza i rozsiewa po dywanach grudki ciastoliny. Bywają chwile, gdy popada w stan manii, lata jak opętana dookoła i wrzeszczy. Rozumiem, że jej energia musi znaleźć jakieś ujście, ale rozumiem tylko teoretycznie. Bo w praktyce wkurza mnie to na maksa- jak traci czas na zajęciach Akademii wydzierając się jak opętana i biegając jak szalona, pociągając w dodatku za sobą inne dzieci, zamiast zająć się czymś, czego w domu nie robi. Wrrr! Już jej zapowiedziałam, że jak się będzie tak zachowywać, to przestaniemy chodzić do cioci Ani- bo powrzeszczeć to sobie może gdzie indziej- na dworze na przykład. Bo może kiedyś w końcu niebo przestanie przeciekać i da się wyjść na plac zabaw.

Już nie pomagają zakupione kalosze- pada tak, że nawet na kaloszowo-parasolowy spacer trudno wyjść. Zwłaszcza, że zrobiło się zimno. Nowoposadzone drzewka przewracają się w błocie, na trawniku mamy bagienko. Dziś pod przychodnią w ciągu półtorej godziny wielgachna kałuża, w ktorą nie zdecydowalam się wjechać i szczęśliwa, że znalazłam miejsce kawałek od jej brzegów pomaszerowałam do pracy, urosła tak, że jak wyszłam z roboty moje auto stało już w kałużowym oceanie.

Dobrze chociaż, że do Wisły i innych cieków wodnych mamy daleko. Nawet nie pojechalam popatrzeć na wielką wodę. Pamiętam, jak parę lat temu w czasie przechodzenia przez Wisłę fali powodziowej stalam unieruchomiona przez kroek na moście na Nowohuckiej. Most aż drżał pod naporem wody, która huczala i przelewała się całkiem niedaleko. Miło nie było...

I nawet pisać mi się nie chce, wenę wypłukał deszcz.

A w robocie zapowiedzi rewolucji, remonty, nowy sprzęt, szkolenia równocześnie z normalną pracą- chaos kompletny. A naczelny szpitalny epidemiolog wydał zarządzenie, żeby we wszystkich toaletach w widocznym miejscu zawisł napis treści "Po skorzystaniu z toalety koniecznie umyj ręce"- jak takowy w naszej zobaczyła, to myślałam, że ktoś sobie żarty stroi (w ramach fazy maniakalnej). A to całkiem serio było...

PS
Ewa, mama Nuli zadbała, żebym w kompletny deszczowy marazm nie popadła i wyznaczyła mi zadanie w ramach blogowej zabawy- miałam wyszukać 10 najstarsze zdjęcie w swoim komputerze. Zabawa mogłaby się tu w moim przypadku zakończyć, albowiem nie mam zdjęć na swoim notebooku- w ramach odwirusowywania i formatowania kompusia od nowa wszystkie zdjęcia z niego zniknęły, zniknął też programik do ich obróbki. Ponieważ Mąż nie wgral mi nowego programiku, za karę zdjęcia lądują na mężowskim laptopie. Ale nie chciałam tak od razu odpuścić, pogrzebaliśmy u P. i proszę- oto rezultat poszukiwań:

Zdjęcie z 30.11.2004r.- ależ Ciech był wtedy "młodziutki" ;-)

A teraz powinnam zaprosić do zabawy kolejną "ofiarę"- no to na kogo wypadnie na tego bęc- może Mamie Zochulka chce się pogrzebać w komputerowych archiwach?

21:42, dsmiatek
Link Komentarze (4) »
niedziela, 16 maja 2010
XII Małopolskie Dni Dziedzictwa Kulturowego

W sobotę pogoda potraktowala nas łaskawie- deszcz na chwilę się zawiesił i można było skorzystać z atrakcji, które oferował nam weekend (dużo tego było- bo i będący już w trakcie Festiwal Etnodizajnu, i Festiwal Muzyki Filmowej, i Noc Muzeów, i Małopolskie Dni Dziedzictwa, i Festiwal Nauki, o którym corocznie zapominam i orientuję się dopiero po fakcie). Wybraliśmy Dni Dziedzictwa, w ktorych czynnie staramy się brać udział od urodzenia Trusi (jakoś wcześniej nie zwracaliśmy na nie uwagi, dopiero trzy lata temu wielki bilboard ze zdjęciem klasztoru Norbertanów tuż przed naszymi oknami skłonił nas do wyjazdu w teren i odkrywania skarbów Małopolski). Wcześniej był imienionowy obiadek i prezent dla solenizantki w postaci wymarzonego wózeczka spacerowego dla lalek. Oczekiwałam okrzyków zachwytu, jako że wózeczek jest wściekle różowy, trzykółkowy, posiada budkę i "koszyczek" na zakupy- no powinna być pełnia szczęścia. Wózeczek co najmniej tak piękny jak koleżanki placowozabawowej Julki, o ile nie piękniejszy. Pełnia szczęścia to nawet była, ale co z tego, skoro lalunie Trusiowe ponoć wózeczka nie zaakceptowały i jeszcze nie wiedzą, czy będą nim jeździć na spacerki:( Na razie zresztą i tak nie będą, chyba, że do wózeczka zamontujemy łódeczkę i wiosełka...
A wracając do Dni Dziedzictwa- pojechaliśmy do Jakubowic i Goszyc, czyli na trasę północno-wschodnią. W Jakubowicach czekał na nas renesansowy dwór obronny. Po zabytku oprowadzała sama właścicielka i jej rodzina, opowiadając bardzo ciekawie o historii dworu i znajdujących się w nim pamiątkach. 3/5 naszej "wycieczki" miało okazję wysłuchać opowieści, 1/5 zaś została zmuszoną przez drugą 1/5 do spacerowania po trawniku pod dworkiem, oglądania koników, baranów, czerwono-czarnych żuczków, psów, tudzież kosztowania wypieków lokalnego koła gospodyń. Ktoś już odgadł, kto był ową 1/5 uprawiającą turystykę kulinarną?
Ale co tam, nie narzekam. Dwór sobie obejrzałam, posłuchalam śpiewających ptaszków, a piernik z powidłem śliwkowym smakował wybornie. Tylko komary dawały się we znaki.

Oto dwór od frontu- kiedyś zwieńczony był attyką i pewnie wyglądał ciekawiej, ale w ramach remontów i ulepszeń nakryto go spadzistym dachem, który (wg właścicielki) zaszkodził budynkowi).

Jedno z okien z elewacji wschodniej, z pięknym obramowaniem.

W salach na piętrze zorganizowano niewielką wystawę staropolskich strojów, można też było zobaczyć kilka ciekawych mebli- wśród nich XVI-wieczna drewniana wbudowana w ścianę szafka.

Oto właśnie rzeczona wewnątrzścienna szafeczka- podobne były ponoć bardzo popularne w Toskanii w analogicznym czasie.

Belka stropowa w jednej z sal na piętrze, z wyrzeźbioną datą odnowienia dworu- 1663r.

Renesansowy kominek w sali reprezentacyjnej na parterze- ponoć umieszczenie sali reprezentacyjnej na parterze dworu było dla tej epoki niezwykłe, przeważnie mieściła się ona na piętrze budynku.

Kolebkowy strop w sali reprezentacyjnej, z XVII-wieczną dekoracją stiukową.

I mebelek, który niezwykle zainteresował Trusię, czyli przewoźna szkatułeczka-kosmetyczka.

No cóż, z Jakubowic tyle. Dwór ma obecnie prywatnych wlaścicieli, którzy mają nadzieję na jego odrestaurowanie. Na razie jest kiepsko, ale wierzę, że znajdą się pieniądze i ten piękny zabytek nie popadnie w całkowitą ruinę.

Następnie udaliśmy się do Goszyc, mijając po drodze taki piękny słup graniczny:

Hostoria dworu w Goszycach, mimo, że sam dwór młodszy jest od Jakubowickiego o całe stulecie, jest chyba bogotsza i ciekawsza od Jakubowickiego. Cóż, kiedy i w tym miejscu halaśliwa 1/5 wycieczki zmusiła inną 1/5 (tąże samą, co w poprzednim miejscu) do porzucenia wnętrz i opowieści właścicielki (bo i ten dwór jest własnością prywatną) i hasania po przydwrokowym trawniku. Tu konie już odjechały, był za to domek na drzewie, huśtawki, "koleżanki", piaskownica (albowiem dworek jest zamieszkały, a właściciele to młodzi ludzie z niedużymi dziećmi). Dało się też kontynuować turystykę kulinarną, i popróbować specjałów- już nie koła wiejskich gospodyń, a restauracji Chimera. Załapałam się na szparagi, wybór mazurków i przepyszną tartę rabarbarową. Dla chętnych były soki- z pokrzywy, melisy i mięty. Trusia na wieść o pokrzywowym soki zmartwiła się, że pijący mają zapewne poparzone języczki i gardełka.

Wejście frontowe do Goszyckiego dworu- bynajmniej jednak nie tego XVII-wiecznego, albowiem na skutek rozmaitych rodzinnych perypetii obok pierwszego, modrzewiowego budynku w XIX wieku powstał drugi, murowany. Ciekawostką jest, że dwór ten należał do rodziny Anny Turowiczowej (żony Jerzego), a jego obecnym właścicielem jest wnuk państwa Turowiczów. W jednym z pokoi na parterze znajduje się nawet archiwum Jerzego Turowicza.

I dwór od strony parku- w czasie gdy Trusiowy Tatuś z Bunią i Grzesiem poznawali dzieje goszyckiego dworu,  słuchałyśmy sobie z Truśką ptasich treli i kukułczego kukania, zaśledzałyśmy dzięcioła, Trusia namawiala napotkaną imienniczkę do rozpalenia ogniska przy pomocy pocieranych o siebie patyczków.

No i oczywiście bawiła się w domku na drzewie- tak jak jej ulubiony książkowy bohater, czyli Franklin.

A tymczasem bardziej zabytkowy modrzewiowy dwór ukrywał się nieopodal za drzewami- nie jest on niestety dostępny dla zwiedzających, również ma prywatnych właścicieli, którzy go zamieszkują. Szczęśliwie jest pięknie wyremontowany i prezentuję się pięknie.

Wycieczka miała się zakończyć w kościele w Raciborowicach, ufundowanym przez Jana Długosza. Niestety opowieści dworkowe przeciągnęły się tak bardzo, że na Raciborowice zabrakło już czasu :(

Na niedzielę planowaliśmy Alwernię z klasztorem Bernardynów, rynkiem oraz osiedle górniczych domów w Brzszczach (trasa zachodnia), a przy okazji chcieliśmy zahaczyć o dinozaury w Zatorze. Rankiem jednak obudziło nas stukanie deszczowych kropel o parapet, zaokienny termometr pokazał plus 5 stopni i nic nie wskazywało na to, że będzie lepiej. Uzbrojeni w kalosze (tak, zamiast w sandalki zainwestowalam całe 25 złotych w fioletowe kalosze w żółte kwiatki i zamierzam w nich jutro udać się do pracy!), parasole i przecideszczowe kurtki pojechaliśmy, a potem powędrowaliśmy na mszę do kapucynów, a od kapucynów do Ikei, gdzie wreszcie udało nam się zakupić "doroślejsze" łóżko dla Trusi i biurko dla jej Tatusia. Pobyt w Ikei można skwitować jednym tylko słowem- masakra! Krakowska Ikea i jej okolice znajdują się obecnie w przebudowie i gdybym wiedziala, że będzie aż tak koszmarnie, to odpuściłabym to łóżeczko- w końcu Trusia w swoim szczebelkowym jeszcze się mieści- jak śpi zwinieta w kłębuszek, to ma nawet trochę luzu, jak się wyciągnie na pleckach, to sięga od ścianki do ścianki- ale częściej śpi w kłębuszku. Jedynym promyczkiem w deszczowej, chaotycznej i tłumnej Ikei było spotkanie Fajerwerki- wreszcie poznalam Wojtusia:)

A po południu udaliśmy się z Trusią i Ciechem do kina na "Jak wytresować smoka"- Truśka byłą niezykle entuzjastycznie nastawiona, podskawiwała szczęśliwa, że idzie do kina z bratem, że dostala specjalne okularki. Minka jej zrzedła w czasie reklam- przez pewein czas siedziala z zatkanymi uszkami, nieszczęśliwa, szepczącą: "A miało być tak fajowsko. Myślałam, że fajowsko będzie." (Cóż, hałas w polskich kinach faktycznie jest trudny do wytrzymania.) Potem jednak było już lepiej. Smoki Truśkę zachwyciły, przeżywała każdą scenę, głośno komentowała film, a na koniec oświadczyła:"Było fajowsko!"

No i super, że jej się podobało:)

Czy ktoś wie, kiedy wreszcie wróci słońce? Mam wrażenie, że niedługo cała z tej wilgoci pleśnią porosnę, a wraz ze mną całe otoczenie. Na trawniczku w ogródku Buni wyrastają całe stada paskudnych grzybków. A nam zaczął przeciekać balkon :(

 

23:37, dsmiatek
Link Komentarze (5) »
sobota, 15 maja 2010
Dziś święto Zoś

Zatem wszystkim zaprzyjaźnionym Zosiom odwiedzającym naszego bloga, najlepsze życzenia składamy. Niech Wam zawsze świeci słonko i śmieją się oczy. Tak jak Bohaterce bloga- w końcu też Zofii, chociaż zwanej Gertrudą :)

Tort imieninowy z wcześniejszych obchodów święta Zofii, zrealizowanych dwa tygodnie temu u Babci, ozdobiony łączką własnoręcznie przez Trusię. Smacznego.

Pora deszczowa zmieniła nasze plany- dziś miala być wycieczka z klasą Ciecha na Turbacz, ale została odwołana. Realizujemy się zatem na Małopolskich Dniach Dziedzictwa- w życiu Trusi to już czwarte takie Dni. Jak czasu zostanie, to będzie relacja dzisiaj z dworów w Jakubowicach i Goszycach. A jak nie starczy czasu, to będzie jutro.

19:56, dsmiatek
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2
Archiwum