RSS
środa, 30 maja 2012
Dni Dziedzictwa weekend drugi

Będzie niechronologicznie, bo od niedzieli.
W sobotę do Trusi przyjechała ukochana przyjaciółka.

Dziewczyny pewnie wolałyby rozrzucać zabawki w domu, ewentualnie poszaleć na najbliższym placu zabaw, no ostateczne mogłyby się wybrać do parku dinozaurów w Zatorze (Truś miał taki plan niecny). Tymczasem dorośli przejęli dowodzenie i zarządzili kultywowanie dalsze Małopolskich Dni Dziedzictwa. W sobotę był Sącz, ale o nim w kolejnym wpisie. A w niedzielę pojechałyśmy w babskim gronie do Zalipia (P. się wyłamał albowiem tradycyjnie w prezencie na Dzień Ojca (spokojnie to dopiero za miesiąc) dostał pakiet startowy na InterRun i biegał w samo południe  10 kilosków).
A zatem same udałyśmy się opłotkami do wsi pomalowanej w kwiaty. Panienki jak tylko opuściły samochód zasiadły piknikować na placu zabaw przy Domu Malarek i trudno je było ruszyć. Co prawda dzięki dłuższemu postojowi załapałyśmy się na świeżutki, jeszcze ciepłe, drożdżowe ciasto z truskawkami, ale w końcu trzeba było się przecież przemieścić w inne rejony, tym bardziej, że organizatorzy obiecywali samodzielne malowanie domków. I tąże właśnie obietnicą udało się je wywabić i powędrowałyśmy jakieś 4 kiloski do domu prekursorki zalipiańskiego malowania, pani Felicji Curyłowej.

Na miejscu rzeczywiście stały kartonowe domki czekające na ozdobienie, zatem obie Panny rzuciły się w wir malowania.

A Mamy skorzystały z okazji i posłuchały trochę o tym, jak to z malowaniem domów było. Bo okazuje się, że to wcale nie taka stara tradycja, jak myślałam, liczy sobie niecałe 100 lat. A zaczęła się od pewnej dziesięcioletniej dziewczynki, która podczas nieobecności rodziców postanowiła przyozdobić sufit w sieni.

Ponieważ farbek nie miała, to wykorzystała do malowania sadzę i wapno, dlatego pierwsze zalipiańskie kwiaty były czarno-białe. Cóż, rodzice na sztuce się nie poznali i biedna Felicja dostała za swoje "bazgroły" lanie. Ale się nie poddawała i za punkt honoru postawiła sobie pokolorowanie swojego świata. Po czarno-białych wzorkach przyszła kolej na niebieskie.

No a potem nastąpiła epidemia malowania, kobiety chwyciły za brzozowe rozczapierzone na końcach gałązki, obskubały końskie ogony z włosia, powiązały w pędzelki i dawaj malować co popadnie.

I tak szaleństwo malowania kolorowych kwiatów trwa sobie po dziś dzień. A tymczasem sprawczyni całego zamieszania spokojnie spoczywa na zalipiańskim cmentarzu przy kościele (malowanym w kwiaty, a jakże), a na jej grobie przyklejone są zaprojektowane przez nią samą kwiatowe kafelki. I tylko szkoda, że żywe kwiaty na nim nie stoją :(

Całą tą historię opowiedziała nam wnuczka pani Felicji Curyłowej. Opowiedziała też wiele innych ciekawych rzeczy, ale żeby je poznać, to sami musicie do Zalipia pojechać. Jak chcecie zaoszczędzić dwadzieścia parę kilometrów, to możecie jechać drogą na Sandomierz i skorzystać z dodatkowej atrakcji w postaci promu przez Wisłę. Bo ostatni most macie w Koszycach, a potem długo, długo nic, jeno prom ;-)

O Sączu będzie, ale dopiero jak blox łaskawie nowego miejsca na zdjęcia mi użyczy.

PS
A tak na marginesie- czy ktoś wie, gdzie podziała się Mamrotka?

23:09, dsmiatek
Link Komentarze (3) »
czwartek, 24 maja 2012
Otoja

Chodźcie zobaczyć, oto ja!- taki okrzyk dobiegł nas parę dni temu z łazienki. Pospieszyliśmy zatem z Pawłem, by podziwnąć tytułową "Otoję". Siedziała na pralce bardzo z siebie zadowolona:

"A teraz zatańczę wam balet. Tylko puśc mi Paweł jakąś baletowa muzykę."
I przez kolejnych dwadzieścia chyba minut oglądaliśmy pląsającą i wyginająca śmiało ciało  "Otoję". W tle rozbrzmiewała muzyka Wagnera ;-)

A druga "otoja" ukazała mi się w lustrze w przymierzalni i niestety to ja nią byłam. Mierzyłam majtki do dwuczęściowego kostiumu (górę tankini już posiadam). I ujrzałam całą prawdę. Chyba rozglądnę się za pianką z nogawkami do kostek albo zmienię wakacyjne plany i pojadę gdzies do zimnych krajów. Bo moja "otoja" bynajmniej mnie nie zachwyciła.
Mąż skomentował moje żale na powyższy temat z właściwym sobie "poczuciem humoru"
"Widzisz kochanie, Pan Bóg jednak wiedział co robi pogarszając nam z wiekiem wzrok."
Oj wiedział, wiedział. Bo gdybym ja siebie usprzętowionym okiem w tymże lustrze ujrzała, to juz ani pianka ani wakacje na Alasce nie byłyby moim problemem ;-)

Jutro przedszkolny Dzień Matki. Przed chwilą Paweł zadzwonił z pytaniem, czy mam świadomość, że Trusia oprócz stroju królewny Wandy, co nie chciała Niemca powinna miec też strój krakowianki. Nie miałam tej świadomości, a to, że ją własnie osiągnęłam nieczego nie zmieni. Strój Wandy czeka gotowy w siatce, stroju krakowskiego nie będzie, bo znikąd go dziś wieczorem nie wytrzasnę, a własnym sumptem też nie stworzę. I trudno! Mam tylko nadzieję, że moja Królewna zniesie braki ustrojenia z godnością.

17:14, dsmiatek
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 21 maja 2012
W tym sęk, czyli Małopolskie Dni Dziedzictwa Kulturowego 2012

Tegoroczna edycja naszej ulubionej imprezy ciągnie się przez dwa weekendy, a jej tematem wiodącym jest architektura drewniana. Pierwszy weekend już za nami- do wyboru było Zakopane, Nadwiślański Park Etnograficzny w Wygiełzowie i Orawski Park Etnograficzny w Zubrzycy Górnej. My udaliśmy się do Wygiełzowa- kierunek dla nas całkiem nowy, o tutejszym skansenie nigdy nie słyszeliśmy.
Na miejscu- jak to skansenie- fajnie było. Uważni czytelnicy "Gertrusi" pewnie wiedzą, że skanseny odwiedzamy chętnie, bo to fajne miejsca na wycieczkę z przedszkolakiem. Słoneczko świeciło pięknie, wiaterek lekki zawiewał, trawa się zieleniła, ptaszęta świergoliły, pachniało sianem i ciepłym drewnem- czegóż chcieć więcej. Kilka godzin minęło nie wiadomo kiedy.

W skansenie szczególnej uwadze organizatorzy imprezy polecali zagrodę okołową ze Staniątek, gdzie Trusia mogła spróbować swoich sił na kole garncarskim (powstała całkiem zgrabna doniczuszka na kaktusika, z której Truśka jest niezwykle dumna) oraz Dwór Bzowskich z Drogini. W jednej z sal Dworu właścicielka sieci "Pożegnanie z Afryką"  pani Zofia Drohomirecka opowiadała o tym "Jak to z kawą  dawniej w Polszcze bywało", a prelekcja połączona była z pokazem palenia i parzenia kawy- którą naturalnie można było zdegustować.

Tuż obok skansenu, na wzgórzu porośniętym bukowym lasem, stoją ruiny Zamku Lipowiec, zbudowanego w średniowieczu przez biskupów krakowskich. Zamczysko dość ponure- nic dziwnego, służyło ono za więzienie dla zwolenników reformacji i poprawczak dla niesfornych księży.

Za to z wieży roztaczał się rozległy widok na okolicę, między innymi na Beskid Mały.

Od wczoraj zamek zyska jeszcze nową legendę, o złotowłosej i błękitnookiej Pannie udręczonej przez złych Rodziców, odmawiających spełnienia jej największego marzenia, czyli zakupu bagnetu ze sklejki;-) Nieszczęśliwe dziewczę zmuszone było wyć na całą okolicę (głos nieszczęsnej dotarł nawet w góry majączącego w oddali Beskidu), zasmarkiwać odzież swoją i rodziców, bulgotać, szlochać i słaniać się w drodze powrotnej.

W drodze powrotnej czekała za to jeszcze malutka przyjemność- niecodzienny dla nas widok jednego z naszych ukochanych miejsc. Ktoś zgadnie co to?

W międzyczasie nieszczęsna Złotowłosa już się odnieszczęśliwiła i zapomniała o swym "największym marzeniu". Nie będziemy jej o nim przypominać, oj nie;-)

Tak było wczoraj.

Dzisiaj było zaś całkiem zwyczajne, rowerowe. Kapucyni- Córczyny foch na zwróconą przez Rodzicielkę uwagę, że mogłaby w kościele nieco mniej fryżyć- Rakowice- dom- zupa szparagowa i łosoś na obiad- wesołe miasteczko pod M1 (matczyna miłość jednak nie zna granic i posuwa się nawet do towarzyszenia Córce na czymś w rodzaju rollercastera)- lody- Córczyny zalew łzami, że po tylu atrakcjach wyrodna Matka odmawia jej ukochanych frytek lub chociaż jednej malutkiej zabaweczki!- dom- kąpiel- spanie- komp ;-)

Przy okazji wciąż popsutej zmywarki okazało się, że wycieranie naczyń można zamienić w zabawę- Truśka dzielnie osuszała je ściereczką i układała z nich na blacie "naczyniowe miasto".

00:05, dsmiatek
Link Komentarze (3) »
czwartek, 17 maja 2012
Impreza- fotorelacja

Jak wspominałam- prezent został wypróbowany wcześniej- bez pomocy i cierpliwości Starszego Brata pewnie do dziś leżałby w drobnych kawałeczkach:

Potem też Starszy Brat starał się zająć czymś Najmłodszą, żeby skrócić jej czekanie. I tak się sobą zajmowali, że aż wytatuowali wspólnie banana:

Każde z nich nawiązało do swojego hobby. Nietrudno zgadnąć, że gad był Trusiowego autorstwa;-)

30 minut przed godziną zero dom przystrajały baloniki:

stół czekał nakryty cupcake'ami i puffami, czyli tym, co Trusia lubi najbardziej:

a ustrojona własnoręcznie Solenizantka tkwiła w oknie wypatrując gości:

W końcu przybyli i się zaczęło:

Co mnie podkusiło, żeby im te gwizdki zakupić! Pewnie myślałam, że szybko się zepsują- niestety, trwale były bestie!

Były momenty, kiedy udało ich się wszystkich utrzymać w jednym miejscu:

Ale przeważnie rozpełzali się po całym domu. Okazało się, że nie mam talentu "cioci z przedszkola" i nie potrafię sama nad nimi zapanować i zająć ich czymś wspólnym. Starsza Córka, która wcześniej deklarowała pomoc i swoją obecność tuż przed imprezą zdezerterowała i zostawiła mnie samiutką na placu boju! 
Pojawiały się niewielkie "światełka w tunelu"- zajęli się na chwilkę rysowaniem:

Kiedy szczęśliwie przybyły już posiłki w postaci Głowy Rodziny malowaniem zajęłam się ja:

I z ładnej księżniczki powstał nietoperzowy potwór:

A tak na marginesie- wiecie, co wykrzyknął Paweł na widok ustrojonej imieninowo Siostrzyczki.
"O matko!" (myślałam, że z zachwytu) Jak będę miał kiedyś córkę, to muszę pamiętać, żeby jej nigdy niczego różowego nie kupować. I że z małych dziewczynek wyrastają takie straszne różowe księżniczki! To może jednak nie będę miał córki.."
Słowo "straszne" pasuje może do obrazka powyżej, bo wcześniej Trusia wyglądała słodko.

Potworów i innych stworów powstało oczywiście więcej. Opanowały one nasza kanapę i koniecznie chciały obrócić ją w perzynę. Na szczęście zabrzmiał pierwszy dzwonek i w drzwiach stanął pierwszy rodzic przybyły po swą pociechę;-)

Truśka kładła się wczoraj spać naprawdę szczęśliwa :-)

22:50, dsmiatek
Link Komentarze (9) »
wtorek, 15 maja 2012
Imieninowo

Trzy tygodnie temu nasze plany usiłowała pokrzyżować choroba Truśki. A dziś na włosku wisi jutrzejsza impreza imieninowa- rano dzisiejsza Solenizantka obudziła się kaszląca i chrypiąca. I nie mam pojęcia, czy do jutra wydobrzeje wystarczająco, żeby impreza się odbyła. A tymczasem dzieci zaproszone, cieszą się na zabawę, gadżety imprezowe zakupione, cupcake'i ma jutro zakupić Bunia, ja nastawiona mentalnie na dwie godziny z ósemką przedszkolaków. A najważniejsze- Truśka oczekująca z niecierpliowścią na to ważne wydarzenie, jej pierwszy kinderbal. I co ja zrobię, jak jutro Córka nie będzie wystarczająco zdrowa? Przeciez nie mam nawet numerów telefonów do rodziców wszystkich dzieci, żeby całą akcję odwołać!

A z innej, choć też imieninowej beczki- nauczylam się, że wspólne kupowanie prezentu imieninowego z Pięciolatką oraz, na jej usilną prośbę, wręczanie go jej przed godziną zero oraz pozwolenie na rozpakowanie i wypróbowanie (Lego-Friends  gabinet weterynarza już zbudowany!) jest pomysłem nienajlepszym. Bo wczoraj wieczorem trusia upomniała się o prezent w dniu imienin.
"Taki malutki chociaż mamusiu, proszęęęę."
Malutki? A co bys chciała dostać? Bo niedługo powinny przyjść pocztą książeczki dla ciebie.
"E nie, książeczki i tak mi kupisz. Ja bym chciała dostać swoją komórkę."
No i skończyło sie łez laniem, bo oczywiście zrozumienie moich argumentów, dlaczego taki "malutki" prezent nie jest realny, było niemożliwe!

21:55, dsmiatek
Link Komentarze (7) »
niedziela, 13 maja 2012
Dwa tygodnie temu, czyli droga powrotna

Tydzień wiosennych wakacji minął nie wiadomo kiedy. Żeby przyjemność sobie troszkę przedłużyć i nie myśleć ze smutnkiem o dniu powrotu, planujemy zwykle jakies atrakcje po drodze. Tym razem zabawiliśmy się w Guliwerów w Krainie Liliputów, czyli pojechaliśmy odwiedzić Park Miniatur Madurodam.
Pierwsze wrażenie po wejściu- rozczarowanie. Matko kochana, tyle kasy, a taki mały placyk! Potem było już tylko lepiej. Na tym małym placyku, zabudowanym miniaturowymi domkami, kanałami, polami tulipanowymi, mostami itp. spędzuliśmy ponad trzy godziny. I wszyscy świetnie się bawiliśmy. Bo Madurodam to nie tylko budowle do poglądania, to wspaniała rozrywka- można przepłynąć łódką po nakałach, otwierając i zamykając śluzy, mozna gasić pożar na statku, pompując wodę i nakierowując ją na prawidzwy ogień, można załadowywać ciężary na barkę, starając się, żeby rozmieścić go równomiernie i nie przechylić barki, można zostać operatorem dźwigu w porcie przeładunkowym, "wyprodukować" sobie mini chodaczki, uratować wioskę przed zatopieniem, porównać swoją wagę do ciężaru serowego koła (Trusia ważyła na przykład pół sera) itd. A jakby tego było mało, to dzieciaki mają jeszcze do dyspozycji wspaniały plac zabaw, a rodzice kawiarnkę z niezła kawą i ciachami albo ciepłymi bułami.

Piękną Holandię pożegnaliśmy wpadając jeszcze na chwilkę do najstarszego holenderskiego miasta, założonego przez Rzymian, położonego nad rzeką Waal Nijmegen. Co prawda zostało ono mocno zniszczone podczas II wojny światowej, ale i to, co pozostało warto zobaczyć.

"Zmuszając" Trusię do zwiedzania wraz z nami rozmaitych zabytków, musimy jej wynaleźć coś ciekawego. W kościele w Nijmegen przy wejściu znaleźliśmy małą podpowiedź- otóż na plakacie sfotografowano niewielkie detale z wystroju wnętrza z propozycję ich odszukania. Nie było łatwo, ale się udało. Odnaleźlismy kolumnę z zaznaczonym wzrostem najniższego i najwyższego mieszkańca miasta- najniższy podobno mierzył ok. 80cm, a najwyższy (w co trudno mi uwierzyć) 2,60cm, czającego się gdzieś u góry "kota ze złą miną": 

Najtrudniej było wyszukać ślimaka, ale daliśmy radę;

 

Powłóczyliśmy się trochę po uliczkach, zbierając siły do kilkunastogodzinnego zamknięcia w samochodzie

Wypiliśmy pyszną kawę i spałaszowaliśmy wielką szarlotkę w jednej z kafejek.

Na koniec pooglądaliśmy jeszcze to, co pozostało z pałacu Karola Wielkiego:

I tak pożegnaliśmy piękną Holandię. Z mnóstwem dobrych wspomnień i pozotywnych, mimo wszystko, wrażeń. I z nadzijeą, że może za rok wiosną uda nam się tu wrócić. Ja mam już nawet swój chytry plan ;-)
Bo chociaż nie było PLAŻYŚCIE (takim to nowym słowem okresliła ostatnio Trusia warunki, jakie panowały w lecie w czasie wizyty u Marysi w Czatachowej- było rzeczywiście gorąco i "plażyście", bo i na plaży wtedy byliśmy), chociaż nie uadło nam (mi) się zobaczyć wszystkiego, co zobaczyć chciałam, to najważniejsze- tulipany i wiatraki spisały się na medal, a całokształt przerósł na plus moje wyobrażenia.
A tak na marginesie- w Holandii nastapiło pewne historyczne i warte upamiętnienia wydarzenie- mianowicie Trusia policzyła po raz pierwszy od jednego do dwustu- przy okazji oczekiwania na otwarcie zwierzątkowej farmy!

No to cóż- wracamy do rzeczywistości, do pracy, pośpiechu, pietrzących się jak wielka góra spraw do załatwienia, niekończących się domowych porządków, wciąż niezrealizowanego remontu itp itd.
Ale i do miłych chwil- za parę dni będziemy świętować imieniny Gertrusi- przed nami pierwsza domowa impreza z udziałem przedszkolnych koleżanek, niebawem Małopolskie Dni Dziedzictwa Kulturowego, których jestem wielką fanką, odwiedziny Przyjaciół z Warszawy, obchody Dnia Matki w przedszkolu (niestety nie wiem jeszcze kiedy i boję się, żeby nie w dniu, kiedy nie będę mogła przyjść) i WAKACJE- bo za miesiąc będziemy już w kraju, gdzie będzie, mam nadzieję,  zdecydowanie "plażyście" :) 

15:52, dsmiatek
Link Komentarze (4) »
piątek, 11 maja 2012
Zamiast Amsterdamu

Z powodu późniejszego wyjazdu na urlop oraz jednego dnia poświęconego Kubie nie udało się zrealizować wszystkich planów. Wypadł niestety Amsterdam. Właściwie może by się i zmieścił, ale w sobotę obudził nas deszcz bębniący wściekle o dach. Pomyśleliśmy, że zwiedzanie sporego miasta w zacinającym deszczu z Pięciolatką to może nie jest najlepszy pomysł, wybraliśmy zatem opcję, która wydała nam się łatwiejsza i pojechaliśmy do Haarlem. I byłoby pięknie, bo to kolejne holenderskie miasto, gdzie życie płynie jakby wolniej, a na dodatek był to dzień targowy i na głównej ulicy wystawiono smakowite różności oraz pęki kolorowego kwiecia, na rynku zaś rozłożyło się wesołe miasteczko z okazji zbliżającego się świętowania urodzin królowej (miasteczko po prawdzie mnie nie zachwyciło, bo zasłoniło cudne gotyckie i renesansowe domki i nawet ratusz), ale temperatura w okolicy 9 stopni, wiatr i deszcz sprawiły, że przemykaliśmy się jedynie pod murami urokliwych kamieniczek, od czasu do czasu rzucając uważniej okiem spod kaptura na te odrobinę urokliwsze. 
Co mi zatem w pamięci z Haarlem zostało? Wielkie rozczarowanie dworcem, który miał być secesyjną perełką ( a ja secesję kocham namiętnie), tymczasem ja tej perełkowatości w nim nie odkryłam. Może od złej strony nań weszliśmy, ale zimno zniechęciło nas do dalszych poszukiwań śladów secesji. Poza tym- najpyszniejsze pączki, jakie jadłam w życiu- nie wiem, czy to głód czy też zimno sprawiły, że zakupione na festynie pączusie tak mi smakowały- ciepłe, nie ociekające wcale tłuszczem, jeden z rodzynkami, drugi z bananem, obficie posypane cukrem pudrem- pyszności. Miałam nadzieję, że w drodze powrotnej do samochodu załapię się na jeszcze jednego z wielkich górek pączkowych piętrzących się na straganie, ale jakoś niestety się ominęły :(

Takie energetyczne pomarańczowe wystawy były w wielu sklepach i chyba też wiązały się z urodzinami królowej- w końcu kolor pomarańczowy przynależy do panującej obecnie dynastii orańskiej.

Ponieważ wycieczka do Haarlem była krótka, tego samego dnia poszliśmy jeszcze pożegnać się z pięknym Delft, posłuchać melodyjek wygrywanych przez karylion na dzwonnicy Nieuwe Kerk, pogapić się na niebieską porcelanę, pospacerować po uliczkach nad kanałami.

I tak sobie łazikowaliśmy, aż doszliśmy do sklepu z akcesoriami rowerowymi. Czemuż ja go wcześniej nie odkryłam! W sobotnie popołudnie był już oczywiście zamknięty. A na wystawie dumnie w rządku leżały najpiękniejsze dzwonki do rowerów i kolorowe pokrowce na siodełka! Gdybym tu wcześniej zabłądziła, to teraz dzwoniłabym sobie cudnym dzwonkiem w motyle i woziłabym swoje 4 litery na ukwieconym siodełku. A tak kicha- trzeba pojechać drugi raz!

23:43, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
środa, 09 maja 2012
O holenderskiej faunie słów kilka

W ramach przerywnika pomiędzy kolejnymi dniami zwiedzania będzie o zwierzętach (w tym o gatunkach całkiem nowych i przed nami nieodkrytych) i innych rozrywkach.

Jak już pisałam kiedyś Trusia przeżywa okres fascynacji wszelkimi jadowitymi, duszącymi i drapieżnymi stworzeniami, dopytując się co rusz, czy jakiś zwierz może zadusić, zajadzić lub pożreć człowieka. Przed wyjazdem musiałam ją wiele razy zapewniać, że w Holandii nie żyje nic niebezpiecznego ani jadowitego. Nie do końca mi uwierzyła i na miejscu wypatrywała czujnie, czy za krzaczkiem nie czai się drapieżca. W końcu wymiękliśmy - skoro nam i tak nie wierzy, to niech sobie ma swoje drapieżniki. Przy kolejnym zapytaniu, czy aby w okolicy nie żyją jakieś lwy, tygrysy czy chociaż niedźwiedzie P. oświadczył, że i owszem, żyją. Ponieważ wokół dużo jest polanek, to żyje na nich specjalny gatunek niedźwiedzia polankowego. Doszliśmy też do wniosku, że Holandia byłaby prawdziwym rajem dla krokodyli, a skoro byłaby, to może w kanałach czają się kanałowe krokodyle. I już do końca pobytu Trusia bacznie wypatrywała, zachowując czujność antydrapieżniczą;-) Ale wyraźnie uspokoiła ją świadomość, że jakieś drapieżniki niebezpieczne Holandię jednak zasiedlają ;-)

Niestety polankowe niedźwiadki i kanałowe krokodylki holenderskie są zwierzątkami płochliwymi wielce, nie udało się nam ich napotkać. Musiała nam wystarczyć kacza rodzinka, przychodząca co rano pod nasz domek na śniadanko

i zwierzęca farma za płotem, gdzie Truśka mogła pooglądać kury i koguty różnych ras, pawie, rasowe gołębie, jajka grzejące się w inkubatorze i świeżo wyklute kurczaczki, owce i kozy z przychówkiem, prawdziwą różową śwnię oraz innych naszych braci mniejszych. Miejsce genialne i na dodatek całkiem za darmo!

 

Tuż obok farmy, a także na naszym kempingu znajdowały się dwa genialne place zabaw. Na naszym grałyśmy codziennie w kółko i krzyżyk, Truśka wspinała się po "pajęczynie" na wielką zjeżdżalnię oraz próbowała jak najmniejszym wysiłkiem

wprawić w ruch karuzelę. Ale prawdziwym hitem była machina pompująca wodę na drugim z placów i kiwające się łodzie.

A jak już jesteśmy przy placach zabaw, to kolejny świetny zaliczyła Trusia przy okazji wizyty w Madurodam (o której w innym wpisie będzie). Był też w ogrodach Keukenhof, ale deszcz uniemożliwił Trusi zabawę. A wiecie, co było w tym "najdziwniejsze"? Wszystkie urządzenia były sprawne i nadające się do użytku. A na placu zabaw obok farmy był nawet specjalny kibelek dla maluchów!
Czyż można nie kochać Holandii?

22:26, dsmiatek
Link Komentarze (4) »
wtorek, 08 maja 2012
Skansen w Zaanse Schans

Cóż, jak się człowiek wybiera z pięcioletnim szkrabem za granicę i planuje zwiedzanie, to musi to do tego zwiedzania wybrać miejsca, które Szkraba zainteresują. Skanseny są fajne i dzieci zwykle dobrze się w nich czują, zatem pojechaliśmy do Zaanse Schans. Nasz GPS nie do końca potrafił nas doprowadzić na miejsce (dane w przewodniku były chyba dla niego za mało precyzyjne), ale dzielnie powiódł nas w okolicę naszego celu, a tam doskonałe oznakowanie pozwoliło trafić na miejsce. 
Zaskoczenie pierwsze- nie ma biletów! No jak to, nic nie płacimy, niemożliwe? Mieliśmy rację, niemożliwe ;-) Każdy wiatrak życzył sobie osobnego haraczu, a wiatraków, do których dało się wejść odpłatnie było trzy. Truśka- świeżo upieczona fanka wiatraków koniecznie chciała nawiedzić każdy. Po prawdzie każdy z nich był inny- jeden produkował pigmenty, drugi deski, a trzeci wytłaczał olej i pachniał roztopioną czekoladą. Był jeszcze czwarty pracujący wiatrak, a właściwie wiatraczek, stojący sobie na dachu budyneczku- ten był po prostu takim większym młynkiem do przypraw i tez pachniał pięknie. Ale dało się do niego wejść za darmo, bo na dole mieścił się sklepik z przyprawami.

Oprócz wiatraków były sobie domeczki, co poniektóre zamieszkałe, piekarenka w zielonym domku z 1658r. z mini muzeum piekarnictwa, muzeum zegarów, hotelik- jak najbardziej działający, widok na statki pływające po sporym całkiem kanale (a może to rzeka była tym razem), mleczarnia, gdzie dało się zdegustować i, oczywiście, zakupić holenderskie sery, wielki sklep z chodakami, gdzie można było zobaczyć, jak się owe chodaki produkowało kiedyś, a jak się to robi teraz. Jak widać miejsce jak najbardziej ciekawe dla Pięciolatki.

A oto i obrazki: 

Chodaczki kabaretowe;-)

\

I saboty ślubne- w sam raz dla Buni ;-)

Taka sztuczna krowa stała sobie obok mleczarni, a chętni mogli spróbować ją wydoić- niestety nie dawała ona mleka a wodę. Trusia oczywiście nie omieszkała spróbować.

Piekarnia była w domku pierwszym po lewej

Oczywiście wiatraki- każdy z nich miał swoje imię- był Kot, Kolorowa Kura, Czterolistna Koniczynka- te nazwy udało nam się przetłumaczyć.

Ten spełniał tylko funkcję całorocznej choinki, , trudno by mu było kręcić skrzydłami z tymi wszystkim ozdóbkami.

Udało nam się zobaczyć, jak poluje czapla- wpatrywała się badawczo w wodę, a w pewnym momencie nagle w nią cała plasnęła. Po chwili wynurzyła się i wdrapała na brzeg z rybką w dziobie.

Były też takie całkiem malutkie wiatraczki- chyba pełniły rolę pomp ?

Jeszcze serki z mleczarni.

Oszczędzę wam zdjęć ze środka wiatraków, "kół zębiastych"- jak mawiała Trusia, sfotografowanych en face i z profilu, od góry i od dołu, tych beczek z pigmentami już wytworzonymi oraz tego dymu, który unosił się w górnej strefie wiatraka olejowego i który mój drogi Małżonek koniecznie pragnął uwiecznić. Niestety nie udało się zachować tego cudownego zapachu topionej czekolady...

A na koniec zwiedzania były jeszcze naleśniki- pyszne, chociaż najdroższe, jakie przyszło mi jeść. No bo żeby jeden (duży i "nadziany" serem i salami, ale jeden tylko) naleśnior kosztował 11 euro!!!
Truśka opuściła skansen dumnie dzierżąc w rączkach siatkę z sabotami, w których koniecznie chce się udać do przedszkola. A ja przemyśliwuję, na co praktycznego da się je przerobić, jak je już Córka odrzuci zapomniane w kąt. 

23:15, dsmiatek
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 07 maja 2012
Tulipany do potęgi n-tej

Ogrody Keukenhof- jeden z wcześniej założonych celów wyjazdowych, specjalnie dla nich wybrana właśnie TA pora roku. A jak tam było? Kolorowo, pachnąco- po prostu przepięknie. Po drodze jeszcze słynne Cebulowe Pola- kolorowe dywany kwiatów, które niestety tak trudno sfotografować z poziomu gruntu- bo grunt przecież płaski jak patelnia.

No to popatrzcie sobie.

Zielone znaleźliśmy dwa- ten miał na imię Evergreen, był jeszcze Green Star.

Każdy kolor, każdy rodzaj płatków- dopracowane do perfekcji. Hodowla tulipanów, które u nas wydają się być zupełnie zwyczajnymi ogrodowymi wiosennymi kwiatkami, tu sprowadzona do rangi sztuki przez duże S. O estymie wielkiej, jaką są te kwiaty tu obdarzone niech świadczy fakt, że w Keukenhof tulipanowych cebulek nie można sobie ot tak po prostu zakupić. Sklepiki są, i owszem, można w nich nabyć dalie, mieczyki, hiacynty, szafirki, był też pawilon z przepięknymi storczykami, które także można było sobie zakupić. Ale tulipanów nie. Tulipany należało sobie wybrać z katalogów i zamówić.

09:27, dsmiatek
Link Komentarze (8) »
 
1 , 2
Archiwum