RSS
piątek, 31 maja 2013
Recepta na poprawę humoru

"Chodź mamusiu, widzę, że jesteś zmęczona i się nie uśmiechasz, popuszczamy sobie bańki mydlane. Ja myślę, że bańki są najlepsze na poprawę humoru i zmęczenie. Zobaczysz, zaraz będziesz szczęśliwsza."

Miała rację- bańki rzeczywiście poprawiają humor, relaksują, wywołują uśmiech na twarzy i cieszą- nie tylko bańkotwórcę, ale też tych, którym nagle taka bańka spłynie z nieba (czyli naszego balkonu). Uwielbiam mydlane bańki, a zwłaszcza te wielkie tworzone przy pomocy magicznej różdżki- pętelki:-)

20:49, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 30 maja 2013
Pytania od Ulli

Ulla (z bloga kuchnianawzgórzu.pl ) zaprosiła mnie do zabawy. Ostatnio nie podejmowałam tego typu wyzwań, za co zapraszających bardzo przepraszam, ale po prostu brakowało mi czasu na wykonanie zadania.Ponieważ dzisiejszy dzień niespodziewanie zaobfitował w ten rzadki luksus, to odpowiadam.

„Nominacje otrzymujemy od innego bloggera. Jest to „nagroda” za nienaganne prowadzenie bloga. Odpowiadasz na 11 pytań otrzymywanych od osoby nominującej, następnie TY masz za zadanie nominować 11 osób i podać nowe pytania”. UWAGA: Nie nominujemy osoby, która Ciebie nominowała !!

1. Podstawowa przyprawa w twojej kuchni

Sól ;-), a poza tym świeża bazylia, mieszanka ziół prowansalskich lub włoska mieszanka do bruschetty przywieziona z Umbrii, którą dodaję też do zupełnie innych dań i która niestety już się kończy,  czosnek, świeżo mielony pieprz.

2.Czego nie podasz ukochanej osobie?

Hmm, zależy której ukochanej;-)
Owoców morza Buni po ucieka na sam widok i P. bo nie przepada. Kaszy gryczanej i sera pleśniowego Ciechowi- bo mu w gardle stają. Wędliny, mięsa innego niż kotleciki, sera żółtego i pleśniowego- Trusi, bo nawet półmisek z w/w odsuwa, żeby nie znalazł się zbyt blisko niej. A jeśli chodzi o Pawła to nie mam pomysłu, bo on jest otwarty na różne smaki.

3.Jaką potrawę chciałabyś się nauczyć gotować ?

Suflet, bo pyszny i gołąbki, bo uwielbiam, ale chyba nigdy nie będę mieć na nie czasu.

4. Jaką restaurację chciałabyś odwiedzić ?

Jak na razie zupełnie prozaicznie, ale bardzo konkretnie Zakładkę i  Pod Norenami w Krakowie

5. Czego nie brakuje w twojej kuchni

Makaronu ;-) Uwielbiam makaron, zachwycam się jego rozmaitymi kształtami i kolorami, więc kupuję, chociaż wiem, że wcale się w domu nie skończył.
Ostatnio też sałaty- rukoli albo roszponki- jemy ją do wszystkiego- no prawie...

6. Podstawowy sprzęt kuchenny to ?

Głęboka patelnia do podsmażania i duszenia mięsa razem z warzywami, które potem można będzie podać z powyższym makaronem albo z ryżem, ewentualnie z kaszą. Tak, żeby było szybko i jak najmniej garów do mycia;-)

7.Ulubione warzywo

Młoda cukinia- nie mogę się powstrzyma, żeby jej nie kupić. Kalarepka. Dynia w sezonie dyniowym. Dojrzałe pomidory. Kapusta- w każdej postaci.

8. Ulubiony deser

Krem brulee, tiramisu, suflet czekoladowy.....Mniam, rozmarzyłam się, a tu właśnie staram się unikać słodyczy :(

9. Ulubiona książka kucharska

"Po prostu gotuj" Pascala Brodnickiego. Jak nie gotuję na pamięć, to właśnie z niej korzystam, bo wszystko, co dotąd z Pascala upichciłam okazywało się pyszne, nietrudne do zrobienia i trafiało w gust (czy raczej smak) domowników.

10. Ulubiony napój to

Sok świeżo wyciśnięty z pomarańczy i grapefruitów, czerwona herbata z kawałkami truskawek, lemoniada zrobiona przez Trusię, cappuccino z Karmy i espresso z cukrem, ale tylko we Włoszech.

11. Na śniadanie najchętniej jadasz?

Jajka- w postaci jajecznicy z dodatkami, na miękko, na twardo z pastą tuńczykową albo z suszonych pomidorów. Ciepłe bułeczki albo croissanty z domowym dżemem. Twarożek ze szczypiorkiem i rzodkiewką. W ogóle lubię śniadania- zwłaszcza te sobotnie i niedzielne, kiedy jest czas na ich celebrowanie.

Drugą część zadania na razie pominę. Muszę wymyślić pytania, zastanowić się, kto chciałby być nominowany do odpowiadania na nie. To zdecydowanie trudniejsza część zabawy.

A tymczasem dzisiaj nie byliśmy sypać kwiatków:( Powód podstawowy był taki, że dokładnie w czasie naszej parafialnej procesji nad naszym osiedlem szalała burza, grzmiało, lało i nawet nie wiem, czy procesja w ogóle się odbyła. Poza tym Trusia nie ma stroju krakowianki, a w Krakowie taki właśnie ubiór obowiązuje małe dziewczynki sypiące kwiecie.
Za to w przerwach między deszczami odwiedziliśmy Plac Szczepański, gdzie od dzisiaj odbywa się Festiwal Spowalniania Czasu. Zakupiliśmy wędliny z Litwy, pecorino od Włocha i kozie sery oraz mus z malin z Figi. W niedzielę pewnie jeszcze się skusimy na węgierskie kiszonki i kwas chlebowy. Tylko kiedy my to wszystko zjemy?
Dotarliśmy też wreszcie do Sycylijczyków na lody- dzięki pogodzie nie musieliśmy stać w kolejce. Jednak są jakieś plusy tego deszczowego dnia;-)

Z braku słońca na dworze, urządziła sobie Trusia plażę w pokoju:

A ja w ramach pieczenia brownie zaprąskałam czekoladą całą kuchnię. Właściwie to nie ja, tylko butelka Herbapectu, która samobójczo rzuciła się prosto do miski z roztopioną czekoladą. Klucha miała radochę, ja mniejszą. To tak a propos pierwszej, kulinarnej części wpisu;-)

21:47, dsmiatek
Link Komentarze (3) »
środa, 29 maja 2013
Klony pilnie potrzebne

Ktoś zna sposób na samosklonowanie? Będę wdzięczna za podesłanie recepty. Bo wygląda na to, że w kolejny piątek (7.06.) będą mnie musiały być co najmniej trzy- jedna w normalnej pracy, druga w tym samym czasie na uroczystości w Trusiowym przedszkolu z okazji Dnia Mamy i Taty, a trzecia w przychodni opisująca zdjęcia z dwóch dni. Wystarczą dwa klony i ja na jakieś dwie-trzy godzinki. Jest jeszcze trochę czasu, więc jakby trzeba było dłuższych przygotowań czy innych inwestycji to może zdążę. Na razie z przerażeniem myślę o pierwszym tygodniu czerwca- może się bowiem okazać, że jeden malutki klonik przydałby się już od poniedziałku.

Odpoczywajcie w ten długi weekend.

19:49, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
wtorek, 28 maja 2013
Zabawa w tworzenie

Pogoda nas ostatnio nie rozpieszcza. Wczoraj zaproponowałam Trusi, zamiast wyjścia na rower, zrealizowanie pomysłu, który już jakiś czas temu zakiełkował w naszych głowach, powoli też zbliżała się deadline na jego wcielenie w życie. Chodziło mianowicie o własnoręczne stworzenie prezentu dla pewnej Trusiowej Przyjaciółki, której niebawem też stuknie sześć latek. Nie napiszę o kogo konkretnie chodzi, bo niespodzianka za szybko by się zdekonspirowała;-)

Zasiadła zatem Trusia, naszkicowała, pomalowała- i w ten oto sposób powstała jedyna taka na świecie podkoszulka, egzemplarz absolutnie unikalny :-)

Tak nam się to tworzenie spodobało, że już mamy w planach następne egzemplarze- oczywiście z innym motywem. Może powstanie cała kolekcja. Trusia nawet rozważa produkcję w celach komercyjnych;-)

Z braku dwóch kółek wydmuchała sobie Trusia trochę banieczek nowo zakupionym sprzętem bańkoprodukującym.

Dziś wieczorem wreszcie się wypogodziło i Truś wyciągnął Tatusia na rower. Bo jak wiadomo- dzień bez rowerowej przejażdżki jest dniem straconym. Pokonuje Truś coraz większe dystanse, coraz lepiej panuje nad pojazdem i już się jej nawet nie myli prawa strona z lewą, co na początku w trakcie pedałowania miało jeszcze miejsce (wiadomo, uwaga nie może być podzielna i na pedałowanie i na rozróżnianie stron). Dzielna cyklistka nam się wyhodowała:-) Już planuję (jak to ja, wydaje mi się, że planowanie jest moją drugą naturą, absolutną koniecznością, bez planowania popadam w depresję) przyszłoroczną wizytę w Holandii z rowerami dla całej rodziny. Bo warunki do jazdy są tam idealne, płasko, drogowskazy, szlaki, ścieżki rowerowe wszędzie- no raj prawdziwy. A jeszcze tak niedawno był Trusiek takim zupełnie nieopierzonym rowerowym pisklakiem, co to hamował w panice przed byle dołkiem, krawężnik wywoływał niemalże ataki paniki, że nie wspomnę o trudnych początkach i trochę głośnych, aczkolwiek skutecznych, perswazjach Tatusia, za które nieomal odebrano mu rodzicielskie prawa. No i co by powiedziała teraz owa mamusia, która histerycznie darła się na mojego Męża,  biegnącego za pedałującą Trusią i dobitnie to prawda, ale bez przekleństw i nieparlamentarnych zwrotów oraz bez zastraszania, dopingującego Latorośl do nie poddawania się. A że Latorośl łzy wtedy lała i wyła rozgłośnie to już sprawa Latorośli nie Ojca;-)

Jeśli przed Wami kolejny długi weekend to się cieszcie, zazdroszczę. Ja mam przed sobą dwa dyżury, normalny dzień pracy w dwóch miejscach w piątek i osiemnaste urodziny Ciecha, które oczywiście złośliwie wypadają w dniu mojego dyżuru, zatem świętowanie musiało zostać przełożone na dzień następny.

Wiadomość z ostatniej chwili:  CIECH ZDAŁ EGZAMIN NA PRAWO JAZDY I TO ZA PIERWSZYM RAZEM! :-)))))

20:31, dsmiatek
Link Komentarze (6) »
niedziela, 26 maja 2013
Niedziela 26.05.

Plany były duże, z ich realizacją poszło gorzej, albowiem dzień nijak nie dał się rozciągnąć i zmieszczenie czegoś z Dni Dziedzictwa zupełnie się nie udało:(

Dużą część dnia znowu spędziliśmy w podgrupach. Szkoda trochę tym bardziej, że to nasz ostatni wolny i wspólny weekend w Krakowie na czas dłuższy. Na kolejny szanse są dopiero w lipcu.

A oto co zdziałaliśmy.
Rano ja i Truś pomknęłyśmy na lotnisko, by choć przez chwilkę zobaczyć się z powracającą zza Wielkiej Wody Babcią i uściskać ją z okazji Dnia Matki. Potem wróciłyśmy do miasta i dłuugo oraz klnąc w myślach (ja, Truś chyba brzydkich wyrazów nie używał) szukałyśmy miejsca do zaparkowania naszej limuzyny. Już miałam się poddać (nawet pobliski płatny parking były pełny), gdy ktoś zdecydował się opuścić cenny skrawek chodnika i mogłyśmy szybkim skokiem zaanektować opuszczone miejsce. Tymczasem P. rejestrował na swoją doroczną biegową rozrywkę, czyli Interrun. Jak zwykle nie byłyśmy mu kibicować, albowiem miałyśmy, zamówione dużo wcześniej, zanim jeszcze zorientowaliśmy się w imprezach sportowych, bilety na Czerwonego Kapturka. Zatem P. sobie biegał i spalał kalorie oraz pobijał życiowe rekordy, a my dobrze bawiłyśmy się w teatrze.
Rodzinniej zrobiło się koło trzeciej, kiedy to już we trójkę udaliśmy się na obiad do włoskiej knajpki. Tam, o zgrozo, nie mieli frytek, a pierogi tylko z gęsiną. Trusia zatem zapytała przemiłą kelnerkę, czy serwują przynajmniej makaron. Pani się rozpromieniła, że i owszem i to w wielu kształtach oraz z rozlicznymi sosami.
"A bez sosu jest?"- spytała z nadzieją Trusia.
Pani się trochę zdziwiła, ale stwierdziła, że może być. Zatem Trusia delektowała się w ramach obiadu gołym spagetti popijanym spritem. Cóż, de gustibus...

Później jeszcze udało nam się odebrać w Słowackim bilety na ostatni już przed wakacyjną przerwą spektakl, na który Truś wybiera się w męskim gronie i wreszcie można było powrócić do domu. Jeszcze mała spontaniczna imprezka z okazji Dnia Matki (dobrze, że upiekłam wczoraj tą sypaną szarlotkę i fasolowe ciasto czekoladowe- są i na nie amatorzy) i można się było zająć zwyczajową pracą chałupniczą, od której nie ma odpoczynku nawet w dzień święty.

Zostałam zasypana kwieciem, nowym kryminałem (ponieważ stanowi pierwszą część serii, to jak mi się spodoba, mam szansę mieć co czytać przez wakacje;)), cudnymi serwetkami w sowy (i co ja teraz z nimi zrobię, przecież tak zwyczajnie brudnych paluchów i paszcz nie dam w nie wycierać pospólstwu! będę się chyba musiała decupage'm zająć;-)). Trusia podarowała mi bukiet koniczyny zebranej na trawniku przed domem i domek:

A tak na marginesie- czy sześciolatki wszystkie tak mają, że muszą się bez przerwy na coś wspinać, na czymś dyndać lub z czegoś zjeżdżać?

23:18, dsmiatek
Link Komentarze (5) »
sobota, 25 maja 2013
"Dziś był mój dzień!"

Tak to Trusia przed chwilą pochwaliła mijającą sobotę. A cóż ją tak ukontentowało?

Rano cztery sadzone przepiórcze jajeczka w foremce w kształcie serduszka.

Przed południem udało jej się- po długich namowach i perswazjach i przy pomocy fachowej naszego rodzinnego psychologa- przełamać strach i przedziurkować drugie uszko. Obyło się bez łez, za to druga dziureczka z powodu (zupełnie odruchowego) wsuwania uszka za kołnierz bluzki, umiejscowiła się wyżej niż pierwsza- dumnej z siebie Trusi zupełnie to jednak nie przeszkadza.

Po obiedzie partyjka Carcassone z Pawłem, Bunią i Grześkiem.

A po południu nagroda za dzielność czyli wesołe miasteczko. Pojechałyśmy rowerami, a jakże! Inna opcja chyba już nie wchodzi w grę i o ile tylko obiekt, który mamy osiągnąć, znajduje się w odległości "rowerowej", to jazda na dwóch kółkach jest absolutnie obowiązkowa. Miała Truśka swój moment strachu rano u kosmetyczki, miała i ja swoje własne parę minut "grozy" na rollercasterze. Cóż z tego, że machina w wersji dla dzieci, kiedy obiadek w moim żołądku wyraźnie się buntował i chciał się wydostać na świeże powietrze. Siłą woli tylko udało mi się go jednak utrzymać na miejscu. Szczęśliwie pozostałe rozrywki uskuteczniała Trusia już bez mojego aktywnego udziału.
Jak szaleć to szaleć- był jeszcze popcorn i kandyzowane kiwi i bana w gorzkiej czekoladzie.A potem wizyta u zaprzyjaźnionej od Truśkowego niemowlęctwa łabędziej pary, której w tym roku udało się wysiedzieć trzy łabędziątka (w zeszłym roku niestety małych łabędzi nie było). Przy okazji popodziwiałyśmy i inne maluchy- kaczuszki i łyseczki.

W drodze powrotnej skusiły Trusię maki- wcale jej się nie dziwię, bo sama nie mogę się im oprzeć.

Na ostatniej prostej do domu Truśka "rekordowała", czyli ścigała się ze mną i wygrywała (ja wiozłam bukiet kwiecia i starałam się go zanadto nie wytrząsnąć, pomna na niezwykłą delikatność makowych płatków).

Na deser i zakończenie dnia zasiadła Trusia przed kompem, na którym właśnie leci "Mniam". I już zapowiedziała, że tym razem łaskawie zezwala Tatusiowi siedzieć za jej plecami (zwykle bardzo się przed tym buntuje i nie lubi, jak P. ogląda film razem z nią), ale dopiero od momentu, w którym pojawi się rekin. Spryciula;-) A na kolację zamówiła mizerię i truskawki- ot, takie fanaberie kulinarne.

Zanotowałam jeszcze pewną złotą myśl, czy też może bardziej alegorię, wypowiedzianą przz Trusię w czasie wspólnej jazdy:
"Bo wiesz mamusiu, tak sobie myślę, że słońce można trochę porównać do pieniędzy. Ja akurat nie  świeci, albo jest zima, pada deszcz lub śnieg, to tak jest, jakbyśmy wydali wszystkie pieniądze. Jak świeci i jest ciepło, to jest tak, jakbyśmy je znowu zarobili i mieli. A jak jest wielki upał, to można by powiedzieć, że jest tak, jakbyśmy byli okropnie bogaci!"
I tu pojawia się moja refleksja- nadmiar pieniędzy wcale nie jest taki fajny, jeśli by go do upału porównać. Bo ja upałów wcale nie lubię. Dziś co prawda wyglądało na to, że dzień był raczej w kasę niezbyt zasobny, ale chyba zupełnie pusto w portfelu nie było, skoro parę rozrywek udało nam się sfinansować;-)

I chociaż dzień ten zupełnie nie zgadzał się z moimi planami, chociaż zakładałam zwiedzanie zabytkowych dworków lub drewnianych kościołów z listy UNESCO w ramach kolejnego weekendu Dni Dziedzictwa, chociaż planowałam, że wreszcie cały wolny wspólny weekend spędzimy wspólnie i rodzinnie, a tymczasem P. musiał wyjechać,  to dzień Trusi okazał się całkiem fajnym czasem, spędzonym może bez Męża, ale w towarzystwie Najmłodszej, Najstarszej, Grześka i Pawła (który nota bene znienacka zmuszony był powrócić na łono rodziny). I już nie żałuję straconych dworków i kościółków (no może jutro uda się coś jeszcze zobaczyć, chociaż plany na jutro są bardzo bogate), bo fajnie było :-)

Miłej niedzieli. Jutro Dzień Matki- wszystkim zaprzyjaźnionym Mamom życzę wszystkiego najlepszego:-) Niech Wam ten dzień pięknie upłynie:-) No i słońca- jak lubicie upały, to niech tam, może być i upał;-)

20:42, dsmiatek
Link Komentarze (3) »
czwartek, 23 maja 2013
Charakter pupy a może pupa z charakterem

To będzie wpis, z powodu którego przez dłuższy czas nie będę mogła zerknąć na swojego bloga w pracy, albowiem będzie on zawierał "nieodpowiednie słowa lub frazy";-) Ale co mi tam, juz się i tak naraziłam pracowej polityce poprawności i moralności wpisem o Amsterdamie, który zawierał zupełnie nieodpowiednie dwa słowa "haszysz" i "marihuana"!

Ale przejdźmy do meritum, czyli wczorajszej kąpieli. Trusia z racji duże wrażliwości i skłonności do podrażnień od paru lat używa płynu do higieny intymnej dla dziewczynek (AA Intymnapro G). Na imprezie imieninowej dostała wielką butlę mydla dla dzieci Hello Kitty o zapachu malinowym (zażartowałam, że będzie je chyba do końca życia miała, tyle tego, ale oczywiści- słusznie zresztą- zaprotestowala, że zamierza żyć znacznie dłużej). No i wiadomo- różowe mydełko, malinowy zapach, mała dziewczynka- musi się równać wielka przyjaźń. Będąc w szale mydleniowym, zapomniała Trusia, że do "tych" miejsc stosuje preparat specjalny i umyła się Hello Kitty w całości. Po krótkiej chwili zorientowała się, na chwilkę skupiła na swoich odczuciach, po czym ze zdziwieniem zauważyła:
"Wiesz mamusiu. Umyłam pupę niechcący medełkiem Hello Kitty. I nic mnie nie piecze, ani troszeczkę. A nawet przedtem mnie trochę piekło, a tu policzyłam do jednego i już nic. Widocznie to mydełko jest odpowiednie do CHARAKTERU PUPY. MOJEJ PUPY OCZYWIŚCIE."

:-)

15:42, dsmiatek
Link Komentarze (7) »
wtorek, 21 maja 2013
Sobota pod znakiem XV Małopolskich Dni Dziedzictwa Kulturowego

Jak ktoś śledzi uważnie nasz blog, to pewnie już wie, że jest to jedna z naszych ulubionych imprez kulturalnych, w której od lat sześciu staramy się systematycznie uczestniczyć. Dzięki niej poznaliśmy wiele wspaniałych miejsc w Małopolsce, do których pewnie nigdy byśmy sami nie trafili.
Tegoroczne Dni, podobnie jak w roku ubiegłym i trwają przez dwa weekendy- jeden już za nami, kolejny jeszcze przed.

Z programu ubiegłoweekendowego wybraliśmy szlak romańskich kościołów, albowiem styl ten jest moim ulubionym, a w Polsce nie tak wiele się z niego zachowało.  Zdołaliśmy odwiedzić dwa z trzech- kościółek świętego Wojciecha w Kościelcu i bazylikę Narodzenia NMP w Wiślicy. Trochę się zawiodłam, bo jednak żadna z tych budowli tak naprawdę romańska już nie jest, ale poza tym wyprawa była super.

Kościółek w Kościelcu ufundował biskup krakowski Wisław w XIII wieku.

Jego osobliwością są spore jak na małą wieś i ówczesne czasy rozmiary. Ale szczegółem najbardziej niezwykłym są empory, czyli rodzaj pięterka, których otwory na główną nawę podparte są kolumienkami, a każda z nich ma inny ozdobny kapitel.

Niestety kościół został przebudowany w stylu barokowym. Poza emporami o jego romańskim pięknie przypomina jeszcze piękny portal nad głównym wejściem.

W Kościelcu nie zabawiliśmy długo, godzinkę może. Godzinka ta zakłócona została jękami Najmłodszej, która na sobotnie popołudnie miała widać inne plany i głośno oprotestowywała zwiedzanie kościołów. Cóż, czasem jednak należy się coś Rodzicom...

Humor się Truśce poprawił w Wiślicy, zwłaszcza po zwiedzeniu podziemi bazyliki.
W Wiślicy trafił nam się świetny przewodnik, widać, że zapaleniec, który bardzo ciekawie opowiadał o historii tego miasteczka i jego osobliwościach.
Na pierwszy ogień poszedł pawilon archeologiczny, w którym poza ruinami pierwszego XI-wiecznego kościółka św. Mikołaja, znajduje się być może pierwsza misa chrzcielna, w której święty Metody sto lat przed Mieszkiem I ochrzcić miał pogańskiego księcia Wiślan, co oznaczałoby, że tu odbył się pierwszy na polskich ziemiach chrzest.

Potem zwiedzaliśmy podziemia obecnego kościoła, które kryją zabytek klasy światowej, czyli romańską płytę Orantów

a także szczątki dwóch kościołów romańskich.

No i jeśli o romański styl chodzi, to by było na tyle, albowiem pozostałe zabytki są już zdecydowanie gotyckie- zarówno bazylika, jak i Dom Długosza. Bo Jan Długosz przez dwadzieścia lat był kustoszem tutejszego kościoła. A ufundował go  król Kazimierz Wielki, jako pokutę za swe rozwiązłe postępki. W ołtarzu głównym  stoi kamienna rzeźba Madonny z Dzieciątkiem, podarowana Wiślicy przez Władysława Łokietka w podziękowaniu za pomoc, której udzielili mu tutejsi mieszkańcy w czasie jego wygnania.

Kawał porządnej historii spotkał nas w minioną sobotę.
Właściwie powinnam była o Wiślicy napisać przed niedzielę, może ktoś z was by się wybrał, ale się niestety nie wyrobiłam. Na najbliższy weekend przewidziane są już inne miejsca do zwiedzenia. No ale Wiślica stoi wciąż na swoim miejscu, zatem zawsze można pojechać, niekoniecznie w ramach zorganizowanej imprezy.

A jakie plany miała Trusia? Cóż, chciała oddawać się swojej ulubionej ostatnio rozrywce, czyli jeździe na ukochanym dwukołowcu.

Czasem nachodzi mnie myśl wredna, że chyba na własną zgubę nauczyliśmy ją jeździć na dwóch kółkach. Trzeba było odpuścić i nie wywierać presji (przez tą presję P. został nawet poważnie okrzyczany przez pewną nadwrażliwą spacerującą ze swoim dzieckiem mamę, która była zdania, że dziecko jazdy na rowerze należy uczyć działając łagodną perswazją i nie zmuszać, jak nie chce). A tak rozmiłowana w kolarstwie Truśka domaga się codziennych wyjść na rower i mam wrażenia, że jakby mogła, to nawet by ze swym wehikułem spała;-)

PS
Jeśli chodzi o drugą dziurkę w uchu to presji nie wywieram, łagodna perswazja ani wsmarowana w uszko Emla nie przyniosły efektów i chociaż Truś w sobotni poranek sam z własnej nieprzymuszonej woli i osobistej inicjatywy wybrał się do pani Asi, to jak przyszło co do czego zdezerterował i na razie trwa w stanie jednousznego zakolczykowania. Wersja na dziś jest taka, że pójdzie w kolejną sobotę. Zobaczymy...

 

23:13, dsmiatek
Link Komentarze (4) »
sobota, 18 maja 2013
Pożegnanie z Holandią

Nadeszła sobota i trzeba się było pożegnać z Holandią. Mam nadzieję, że nie na długo...

Jak zwykle zaplanowaliśmy jeszcze atrakcje do zobaczenia w drodze powrotnej, żeby pożegnanie trochę sobie osłodzić.

Najpierw wpadliśmy go Katwijk, żeby zobaczyć morze. Bo chociaż znajdowało się zaledwie kilka kilometrów od naszego kempingu, to nie znaleźliśmy czasu (ani też powodu:)), żeby wcześniej nad nie zawitać. Nad morzem wiało, szumiało i chociaż słońce mocno świeciło, to zapinaliśmy polary po szyję. Ale przecież nie można być nad morzem i nie zamoczyć w nim chociaż palca u nogi. Góra zatem została zakutana, stopy oswobodzone, a woda dotknięta.

Przy okazji Katwijk okazało się bardzo sympatyczną miejscowością, z rzędami białych rybackich domków i wielkimi rybami na chodniku, które można było potraktować jako fotelik;-)

Drugi przystanek wypadł w zachwycającym Naarden.
Naarden to urocze ciche miasteczko, ale jednocześnie mocno ufortyfikowana twierdza, z jedynym w Europie podwójnym pierścieniem wałów obronnych i fos. Z lotu ptaka wygląda mniej więcej tak:

Prawda, że niesamowicie?

A z pozycji piechura tez prezentuje się ładnie- zadbane domki, wąskie spokojne uliczki, rynek z renesansowym ratuszem i późnogotyckim Grote Kerk.

Ratusz

Widok z kościelnej dzwonnicy.

Wiało, oj wiało

Wały obronne

To tyle z tegorocznego wyjazdu do Holandii. Pięknie było, tym razem słonecznie, chociaż wietrznie i chłodno. Myślę, że jeszcze wrócimy- tyle jest jeszcze do zobaczenia. No i ten Amsterdam...

 

21:38, dsmiatek
Link Komentarze (3) »
piątek, 17 maja 2013
Przeżyliśmy najazd Hunów ;-)

No cóż, raz w roku trzeba zacisnąć zęby i jakoś to przeżyć- kinderbal z okazji imienin Najmłodszej Córki- albowiem dwa dni temu było- nie, nie Gertrudy, tylko Zofii, bo tak przecież na imię ma Pociecha, która nie omieszkuje raz na czas przypomnieć o tym Rodzicom i zaprotestować przeciwko nazywaniu jej Gertrusią.

Było koleżanek sześć i kolegów dwóch. Hałas i chaos przeprawiał o ból głowy, czereda była trudna do opanowania i naprawdę podziwiam przedszkolne ciocie, że udaje im się jednak towarzystwo uciszyć, usadzić w jednym miejscu i zmusić do wspólnej zabawy czy pracy. P. próbował, zdołał zorganizować zabawę w mumie i wspólne składanie i kolorowanie kolorowanek 3D, ale i tak nie wszystkich zebrał do kupy.

Mumie niezupełnie wyszły, albowiem papier toaletowy "porcjowany" rozrywa się przy owijaniu "mumii" przez "balsamistę", za to zabawy przy pozbywaniu się go jest sporo. Sprzątania też niemało;-)

Kolorowanie na chwilę unieruchomiło towarzystwo, a przestrzenne kolorowanki wyszły nawet całkiem fajne.

Na szczęście to tylko dwie godziny w roku;-)

Tort był odpowiedni do okazji- z Dzwoneczkiem:

A  świeczuszka jeszcze okropniejsza, wybrana osobiście przez Solenizantkę. Świeczka owa grała, tańcowała i tryskała fontanną iskier. Jak się już dziecięta nacieszyły, to P. wyniósł ją na balkon i dopiero tam udało mu się sprzęt uciszyć i zatrzymać, dokonując aktu dekapitacji.

Jednak Rodzic dla uszczęśliwienia dziecka wiele potrafi;-)

23:11, dsmiatek
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2
Archiwum