RSS
sobota, 31 maja 2014
Sobota z Córkami

Bardzo fajny dzień za nami. Ponieważ P. pojechał dziś do pracy, a Grześ doskonalił jazdę na motorze, to we trójkę wybrałyśmy się rowerami na smoczy piknik, potem na obiad, wystawę Władcy Snów, suflet czekoladowy i lody. Przy okazji spełniło się Trusiowe marzonko i została najszczęśliwszą (przynajmniej chwilowo) posiadaczką paskudnego latającego balonu w kształcie smoka, który powiewał za moim rowerem i wywoływał uśmiech (a czasem pewnie irytację) u współjadących/przechodzących. Jadąc z rudym i blond kucyczkiem serce rosło mi z dumy, radości i  z miłości do moich Dziewczyn :-)

 

??

Z wystawy najbardziej Trusi utkwiło w pamięci nazwisko jednego z malarzy-symbolistów, gdyż brzmiało ono "Kupka" ;-) Mam jednak nadzieję, że parę innych rzeczy też zapamiętała.

A jutro? A jutro Dzień Dziecka- a dzieci z tymi dużymi licząc mamy aż pięcioro. A poza tym jutro Dzień Ciecha, który właśnie Dzień Dziecka wybrał sobie na urodziny- jutro już dziewiętnaste!
Czyli miłych chwil i atrakcji ciąg dalszy :-)))

 

21:17, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
czwartek, 29 maja 2014
Nikt nie jest idealny

Nie da się być matką idealną ani jednocześnie idealnym pracownikiem. W tej chwili moja Córka prezentuje się na przedstawieniu z okazji Dnia Matki i Ojca, a ja przyjmuję pacjentów, myślami od czasu do czasu uciekając do szkoły i do mojej Najmłodszej. Pewnie jej przykro, że mama nie mogła przyjść, ale czwartkowe popołudnie było najgorszym z terminów na taką imprezę, przynajmniej z mojego punktu widzenia. Mam nadzieję, że może chociaż P. zdołał wcześniej wyjść z pracy i zdążył na występy.
Jutro Truś jedzie na wycieczkę szkolną z okazji Dnia Dziecka- mają zapoznać się z Wioskami Świata. Dziecko należy przyprowadzić do szkoły na 8.45- tylko że ja zaczynam pracę o 8.00. Znowu trzeba będzie wykorzystać Ciecha, który z wielkim poświęceniem opiekował się wymiotująca Trusią w poniedziałek i wtorek, a we środę odbierał ją ze szkolnej świetlicy, bo ja nie miałam szansy zdążyć przed jej zamknięciem o 17.00 :(
Zmęczony tym kindersittingiem Ciech w przyszłym tygodniu postanowił odreagować i wybyć w góry. Opiekę dla Trusi na środę (mam dyżur) obiecała zapewnić Bunia, na czwartek jeszcze nie wiadomo, trzeba będzie dogadać się z Pawłem. Brak Pasi zaczynam nam doskwierać :(

Ciech zaś zaczął nam wypominać, że jak on był mały to NIGDY (z jego punktu widzenia) nie przyszliśmy na żadne jego szkolne występy. Wydaje mi się to mało prawdopodobne, na pewno staraliśmy się być, kiedy tylko mogliśmy. Nie da się jednak zaprzeczyć temu, że jesteśmy rodzicami pracującymi, a gdy on był mały, byliśmy jeszcze rodzicami "wielodzietnymi". Truś przynajmniej nie musi się zmagać z wielodzietnością swoich rodziców, jako, że jest jedynaczką w rodzinie czworodzietnej;-) Musi jedynie stawić czoła rodzicielskiej pracy zawodowej.
Czy my naprawdę omijaliśmy imprezy Ciecha????

W Buni pewnie gdzieś w głębokich pokładach psychiki tkwi trauma pozostawienia jej pod opieką dziadków, gdy miała półtora roczku i ja musiałam wrócić na studia. Paweł to w ogóle miał przechlapane- środkowe dziecko w rodzinie- psychoterapia w dorosłym wieku niezbędna.
Truś zatem nie ma wcale najgorzej.

20:53, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
wtorek, 27 maja 2014
Dzień Matki pod znakiem pawia ;-)

Zaczął się już w nocy, tak między drugą a trzecią. Młodsza Córka, której podobne sensacje zdarzyły się może ze dwa razy w życiu, postanowiła uczcić tegoroczny Dzień Matki pawiem. I tak sobie pawiowała nocką i o poranku, co uniemożliwiło jej skutecznie pójście do szkoły. Całe szczęście, że do domu powrócił Ciech, który mógł zająć się Siostrą, bo Pasia przecież w sanatorium. Zatem Najmłodsza poniedziałek spędziła w charakterze zombie, snując się pomiędzy kanapą i fotelem, polegując, odmawiając pożywienia i popijając ziołową herbatkę. Ciech po moim powrocie z pracy uściskał mnie świątecznie, deklarując, że właściwie to on chciał mi zrobić śniadanie do łóżka, ale wstałam za wcześnie, bo on był gotowy dopiero około dziesiątej;-) Usiłował zrehabilitować się bukietem tulipanów:-) Buniś przysłał SMS-a, Paweł przybył z uściskami. Kocham ich bardzo :-) Nakarmiłam zdrowe towarzystwo dniomatkowym obiadem i truskawkami. Po południu Truś zaserwował mi w "prezencie" czerwoną wysypeczkę na odnóżach, za to już więcej nie pawiował, co uznałam za sukces. Zatem zapewne w upominku na Dzień Matki dostałam jakiegoś wirusa. A co tam, mały wirus nie jest zły;-) Dobrze, że teraz, a nie za trzy tygodnie, kiedy to będziemy wdychać zapach lawendy u samych jej źródeł.

09:22, dsmiatek
Link Komentarze (3) »
niedziela, 25 maja 2014
Są i w Krakowie:))))

A co takiego zawitało do Krakowa, że wzbudziło moją radość? Ano Targi Śniadaniowe:-) Ideę poznałam w Warszawie i bardzo mi się spodobała. No i marzysz masz- od tego weekendu wystartowały krakowskie Targi Śniadaniowe. W soboty w Parku Krakowskim, a w niedziele w Parku Ratuszowym. Ponieważ w sobotę pracowałam, rozmyślałam, gdzie też w Krakowie jest Park Ratuszowy (stawiałam na Podgórze). A przy okazji wyraziłam żal, że w Nowej Hucie nic tak fajnego się nie dzieje, że jest przecież idealne miejsce na taką imprezę, park w samym sercu Huty obok Alei Róż. I co się okazało? To jest właśnie Park Ratuszowy, chociaż żadnego ratusza w okolicy nie uświadczysz. Ale w dawnych planach podobno miał tu stanąć nowohucki ratusz- ratusz nie powstał, został park, który go upamiętnił. Zatem dzisiejszy lunch spożyliśmy na świeżym powietrzu, w cieniu drzew, na zielonej trawie. Myślę, że nie raz jeszcze przed końcem września tu zawitamy, a targom życzę, żeby się rozrastały i trwały:-)

Jeszcze te targi nie takie bogate jak w Warszawie, ale też nie tak tłumne. Pyszną kawę wypiliśmy i orzeźwiające smoothies, zjedliśmy oscypki z żurawiną, pyszne naleśniki (chociaż były one najwolniejszym slow foodem jaki do tej pory udało mi się zjeść;-)), babeczkę z bazylią, chińską kapustę karmelizowaną z ryżem i ostrym sosem. Oj wrócę tu jeszcze, może już za tydzień:-)

Weekend w ogóle obfitował w wydarzenia- sobotę Truś spędził ze Starszą Siostrą na Festiwalu Nauki, płukał złoto, mieszał barwniki, robił eksperymenty, a wracając stawiał dzielnie czoła groźnie spoglądającej pszczole, która wylądowała na rowerowym koszyku i nawałnicy łamiącej gałęzie, a nawet przewracającej drzewa (i to wszystko na oczach i prawie przed nosem moich pedałujących Dziewczyn).

Zaś dzisiejsze popołudnie upłynęło na imprezowaniu w wodzie, czyli przeżyliśmy Truskowe imieniny w Aqua Parku. Impreza udała się doskonale, wszystkie dziewięć dziewczynek powróciło w nieuszczuplonym składzie;-) Zaś fotorelacja w wodnych igraszek może jutro.

20:24, dsmiatek
Link Komentarze (1) »
czwartek, 22 maja 2014
Znowu poranne problemy ubraniowe, a poza tym nie dzieje się nic

No właśnie, teoretycznie nie dzieje się nic, a przynajmniej nic takiego, o czym warto by wspominać. Weekend zdominowały ulewy, które skutecznie uniemożliwiły nam uczestniczenie w tegorocznej edycji Dni Dziedzictwa. Co prawda w tym roku, a przynajmniej w pierwszej części Dni (bo druga w najbliższy weekend) do większości atrakcji wymagana była wcześniejsza rezerwacja, ale coś tam bez rezerwacji też dałoby się znaleźć. Niestety ulewny deszcz zatrzymał nas pod dachem, zatem rozrywkowaliśmy się trzypokoleniowo w kinie (Moja Mama, Bunia i ja), na "dyskotece" urodzinowej u koleżanki (wiadomo Truś), grając rodzinnie w Carcassone ze świeżo nabytymi dodatkami oraz kolejny raz odwiedzając Operę Krakowską- tym razem ja i Truś na "Napoju Miłosnym". Jestem naprawdę zachwycona reakcją Truśka  na operę i mile zaskoczona tym, że pozytywnie odbiera ten nie dla każdego łatwy i akceptowalny rodzaj sztuki- tym bardziej, że w Napoju Miłosnym akcja nie jest specjalnie wartka i można się zacząć nudzić. Ale Truś dał radę i wyszedł zadowolony:-)

We wtorek nastąpiła kolejna rodzinna tragedia z naszymi "mniejszymi braćmi" w roli głównej- tragicznie zakończył życie Pumeks, jeden z kotów Buni i Grzesia. I chociaż z Buniowym kocim zwierzyńcem specjalnie nie jestem związana- koty bardzo lubię i zachwycam się nimi nieustannie, ale od pewnego czasu mam na nie alergię, zatem osobistych kontaktów staram się unikać- to jednak myśl o biednym Pumeksie zakleszczonym w uchylonym oknie i szarpiącym się w bezskutecznych próbach uratowania kociego żywota jest dla mnie straszna i wywołuje łzy w oczach. Biedny kot, widać nie miał dziewięciu żyć- a może już wcześniej wykorzystał wszystkie zapasowe...

Odkąd nastały upały, co rano przeżywamy ubraniowe konflikty na linii Truś- reszta świata. Otóż jedynymi jak na razie posiadanymi przez Trusia sandałkami są czerwone lakierowane z Hello Kitty, które sama sobie wybrała- ja tam wolałabym pewnie inne, ale zdanie Córki trzeba jednak od czasu do czasu uwzględnić. Same sandałki wielkim problemem nie są, ale w umyśle Trusiowym zakodowało się, że należy się ubierać w podobnej kolorystycznie gamie, zatem co rano wstany lewą nogą Truś (do skowronków on nie należy) krzywi się i marudzi, że przygotowana odzież nie pasuje do obuwia, bo czerwona nie jest. Muszę przeprowadzać coporanną intensywną psychoterapię, przekonującą Córkę, że niekoniecznie musimy wymienić cały letni asortyment ubrań na czerwony, że sandałki da się założyć także do innych rzeczy i całość prezentuje się całkiem dobrze. Jakoś daję radę, chociaż łatwo nie jest. Ale aż boję się myśleć, co będzie dalej. I zaczynam intensywne poszukiwania letniego obuwia w kolorze cielistym, który powienien pasować do wszystkiego;-)

W najbliższą niedzielę czeka nas spore wyzwanie, a mianowicie imieninowa impreza Truśki w Parku Wodnym-oj, będzie się działo- 10 długowłosych dziewczynek do opanowania! Jak już przeżyjemy, to "spokojnie" możemy rozpocząć oczekiwanie na urlop, który już za trzy tygodnie. I na razie nie będę wcale myślała o tym, że urlop z powodu P. się sypie, że przed Ciechem jeszcze ważna decyzja wyboru dalszej życiowej drogi (w poniedziałek zakończył zmagania maturalne), że wciąż nie wiem, co mnie czeka w pracy po powrocie z Francji ani że te trzy tygodnie musimy sobie dać radę bez Pasi, która w najbliższą niedzielę wybywa do sanatorium. Wzorem Scarlett z Przeminęło z Wiatrem pomyślę o tym później...

PS
Czy ja wam już pisałam, że Truśka postanowiła zostać muzykiem rockowym? Nie wiem, czy zainspirowala się Mamuśką Tsatsikiego, czy tez grającym na basie Starszym Bratem, w każdym razie zamierza wraz z koleżanką założyć zespół rockowy. Truś ma grać na gitarze. Pierwsze piosenki do repertuaru już mają wybrane- wygląda na to, że początkowo będą to covery- z disco polo (Ona tu jest i tańczy ze mną na ten przykład!) na heavy metal.

09:06, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
piątek, 16 maja 2014
Struś odławiacz

Bardzo się zaangażowała w poławianie rybek. I nawet jej się udało kilka odłowić bez uszczerbku dla ich życia i zdrowia. Tylko po co jej był ten czepek? Nurkować w akwarium planowała?

20:20, dsmiatek
Link Komentarze (3) »
czwartek, 15 maja 2014
Usprawiedliwienie dla czerwonej tutu

Z czerwoną tiulową spódnica Trusi już się zapoznaliście, ale mimo że mieszka ona już w Córczynej szafie od jakiegoś czasu, to wciąż szukam usprawiedliwienia dla jej zakupu;-) Cóz, to była spódnica- spełnienie moich fantazji, natomiast Córczynych już niekoniecznie, tym bardziej, że jest jej dużo i w związku z tym jest całkiem ciężka. Na codzienne wyjścia średnio się nadaje, zaś okazji odpowiednio galowych wcale aż tyle nie ma. Ale od czasu do czasu wychodzi nasza tutu na świat i wtedy czaruje- bo przeciez jest piękna. Ostatnio okazja do jej przewietrzenia nadarzyła się, gdyż szkoła zorganizowała dzień Żywiołów, a Truśkowa klasa wylosowała ogień, zatem dzieciaki miały się ubrać na czerwono, rodzice zaś mieli je zaopatrzyć w opaski ze stosownym emblematem (dobrze, że nie w prawdziwe pochodnie;)). I tak oto Truś przeistoczył się w ogień:

A na dowód na to, że spódnica aż tak bardzo niepraktyczna nie jest i spokojnie do pewnych zadań codziennych się nadaje, drogę do szkoły tradycyjnie pokonał Truś rowerem. Czyli nie jest tak źle z "moją" wymarzoną tutu- może jednak Truś w niej ździebko więcej jeszcze pochodzi;-)

17:21, dsmiatek
Link Komentarze (3) »
sobota, 10 maja 2014
Spontaniczny wypad w Jurę, czyli odkrywamy Ogrodzieniec

Zamek w Ogrodzieńcu kusił nas już od dawna. Małe kilkanaście lat temu byliśmy tam z dzieciakami na pokazie sztucznych ogni i obiecaliśmy sobie tu wrócić. Potem, już w czasach Truśki, parę razy mijaliśmy to miejsce jadąc do Czatachowej. Aż wreszcie dziś nadeszła właściwa chwila. Spakowaliśmy do plecaczka truskawki, kanapki i w drogę. Czekały na nas cudowne, niezwykle fotogeniczne ruiny, trawa kusząca by na niej posiedzieć, albo sturlać się w dół pagórka, białe ostańce, Park Miniatur z rekonstrukcjami jurajskich zamków, odtworzony przedsłowiański gród na Górze Birów. Był też Ogród Doświadczeń w miniaturze, ale skoro mamy go w makroskali prawie pod domem, to tą atrakcję mogliśmy śmiało pominąć. Nie udało się jednak przejść obojętnie obok letniego toru saneczkowego ani kramów w pamiątkami- cóż, taka dola rodziców;-)

W sumie spędziliśmy piękny dzień, bez napinki i pośpiechu. Ptaszęta darły dzionki, las szumiał, słońce od czasu do czasu wyglądało zza pędzonych wiatrem cumullusów, pola rzepaku porażały jaskrawą żółcią. szczęśliwy Truś rozkoszował się wolnością i czasem obojga rodziców. Byłoby idealnie, gdyby nie migrena, która podstępnie mnie dopadła i w drugiej połowie dnia wyłączyła z użytkowania. Ale bilans i tak jest na plus. 

No to co, następnym  razem Ojców? Skoro już tak ładnie zapoczątkowaliśmy zwiedzanie zamków na Jurze...

21:29, dsmiatek
Link Komentarze (7) »
czwartek, 08 maja 2014
A jednak róż

Miało być o ciuchach, to będzie. Wiem, przyziemne to sprawy, ale kompletnie weny nie mam do pisania czegokolwiek, do zakupów zresztą też mi ostatnio brakuje entuzjazmu. Sprawy pracowe wciąż nie rozwiązane, zagrożone wakacje i "doniesienia"na temat niewłaściwego zachowania Trusi w szkolnej świetlicy oraz kolejne jej sukcesy na polu gubienia (tym razem książek, kolejnych piór, zdjęć z cyrku itp) zdominowały moje myśli i odebrały wiosenną radość. Obiecuję się pozbierać, tylko jeszcze nie wiem kiedy.
Oprócz braku weny brakuje mi jeszcze umiejętności fotografowania. Pomijam już fakt, że z Truśki modelka nienajlepsza, bo na widok obiektywu robi miny, oczy przymyka lub wytrzeszcza, a ciało układa w nienaturalne figury, to jeszcze w duzym aparacie obiektyw wciąż ma awarię, Truśkowy zdjęcia robi takie sobie, a komórka- wiadomo. Zatem niczego porywającego wam nie pokażę. Ale przynajmniej dam znak, że żyję.

No to wracając do różu- trafił do nas w postaci bluzeczki od Poli i Franka. Dodam, że jest to ciuch, który sama chętnie mogłabym założyć, bo zachwyca mnie zarówno kolorem, wzorem, jak i fasonem. Truś też się w nim dobrze czuje.
Oto proszę- skrzydlata bluzka botaniczna:

Skrzydlata, bo na pleckach ma falbanki-skrzydełka. I jest taka, jak lubię- z miękkiego trykotu, luźna, wygodna, z niebanalnym wzorem i w dyskretnym kolorze.

A co poza tym? Poza tym przed nami widmo imprezy imienionowej Trusiowej- cóz, skoro urodziny wypadły w czasie ferii i iprezki udalo nam sie uniknąć, musiało nas dopaść to fatum przy okazji "zimnej Zośki". A urządzanie kinderbalu w domu nie mam siły, zresztą Główna Zainteresowana już dawno zaordynowała zabawę poza własną chałupą. Jej wybór padł na Park Wodny i wodne igraszki pt. Mali Zdobywcy. Może nie jest to taki zły pomysł? Wstępną rezerwację już mamy, ale dopiero na niedzielę 25-go. Tylko jak ja ogarnę 10 sztuk dziewczynek w mokrych strojach i z mokrymi włosami? !

15:12, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
sobota, 03 maja 2014
Stylowa ewolucja

Miało być o ciuchach no to będzie. Dziś o tym, że Truśkowy styl ewoluuje i dorasta, tak jak i jego Twórczyni. Zawsze Truś preferował spódniczki i sukienki od spodni i tak jak na razie zostało, ale powoli zwiewne tiule i falbanki zastępowane są przez elementy bardziej zawadiackie oraz przez miękkie niewykończone trykotowe dzianiny (niech żyje Czesiociuch dla ReKids- mogłybyśmy "łyknąć" każdą rzecz z tej kolekcji;-)). Róż już dawno stał się passe, chociaż nigdy nie był u nas kolorem dominującym. Zaś ulubionym zwieńczeniem stylizacji stał się kaszkiet z Cirque du Soleil, który dostał co prawda ktoś inny, ale który Truś wielce sobie upodobał i dla siebie zaanektował. Zatem kaszkiet rządzi:

Tu ze spódniczką Kids on The Moon, bluzką Pola i Frank z ich najnowszej kolekcji i ukochaną dżinsową kurtką z Zary.

A tu ze spódnicą Fawless, dzikimi kotami z H&M i ukochanym rowerem- już nowym, bo ze starego Truś wyrósł. Różowy kolor  wehikułu był niestety narzucony przez przemysł- nie udało nam się znaleźć pojazdu z dziewczęcą ramą w innym kolorze.

I kaszkietu odsłona trzecia- ze wspomnianą spódnicą z rękawami (rękawy są doszyte z boku, mają mankiety na guziki i można je zawiązać z przodu spódnicy):

A tymczasem za oknem zimno i kapie deszcz, jak to w majowy długi weekend bywa. Dziś zatem czas poświęciliśmy na pichcenie (ja) i rozrywki wodne w Aqua Parku (Truś i P.), konsumowanie tego co upichciłam, rodzinne Carcassone i wieczór z Krainą Lodu. Może jutro będzie lepiej i uda nam się wykraść trochę czasu na spacer.

20:12, dsmiatek
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2
Archiwum