RSS
poniedziałek, 30 czerwca 2008
Czyżby już starcza demencja?

Dziś zrobiłam coś, co tylko demencją tłumaczyć można. Mianowicie zapomniałam Dziecku ubrać pampersa. Wychodziłyśmy sobie po południu na plac zabaw pobliski, w ostatniej chwili postanowiłam zmienić Trusi pieluchę- dopadłam wijącego się Dziecia, pozbawiłam go mokrego pampersa. Potem Dzieć gdzies mi umknął, przyszła Tysia do Buni, a potem wyszłyśmy z domu. Trusiek w sukience, więc nie podejrzewałam, że coś z jej strojem jest nie tak. A jak już znalazłyśmy się w piaskownicy i Trusiek ukucnął sobie, coby się piaseczkiem pobawić, zauważyłam, że pod sukienusią wychyna goła pupa. No kompromitacja na całej linii! Pierwsza myśl- kolejny przejaw demencji-cóż, plac zabaw pięć minut od domu, dopóki Dzieć się nie zsika, to jakoś przetrwamy, wystarczy bodzik zapiąć, to może mniej piasku w miejsca intymne się przedostanie. Druga myśl bardziej zdroworozsądkowa- jak się zleje albo co gorsza skupa do tej piaskownicy, to inne mamy wdzięczne mi nie będą. Trzecia myśl- genialna- skoro dom nasz pięć minut drogi, a nawet mniej, to trzeba do domu zadzwonić, coby pampersa przynieśli- i tak też uczyniłam. A na koniec puenta- wracamy już sobie, wyciągam Trusi z plecaczka butelkę z wodą, żeby ją od maniakalnego powracania na huśtawki i do piasku trochę powstrzymać i jej uwagę odwrócić. I co tkwi sobie spokojnie w plecaczku- zapasowy pampers i mokre szmateczki, które przecież zawsze tam są i zawsze z nami z domu wychodzą!

I to była myśl pierwsza na dziś. Myśl druga jest taka, że Dzieć wyczuł zmęczenie matki i postanowił troszkę odpuścić. Był dziś całkiem aniołkowaty i milusi, nawet obiad pozwolił mi spokojnie ugotować i spożyć bez walki o każdy kęs oraz o dostęp do sztućców. I podobno nawet swoje posiłki spożywała bez większych scen. No, no, czyżby szło ku dobremu...

Trzecia myśl złota na dziś jest taka, że Truszonek gada coraz więcej, powtarza nowe słowa, chłonie mowę jak gąbeczka. Jak usłyszy coś nowego, to wpatruje się uważnie w usta mówiącego i stara się powtórzyć- czasem wychodzi z tego coś prześmiesznego, a czasem całkiem poprawnie uda się jej powiedzieć. I z tych nowych słów jest cudnie wypowiadane "dziadziuŚ"- to Ś jest tak szczególnie akcentowane, mięciutkie. Szkoda tylko, że takie śliczne słowo może Dzieć mówić tylko do dziadziusiowych zdjęć. Ale może dziadkowie się i tak cieszą, spoglądając na wnusię z niebiańskich polanek i, mimo szczęśliwości wiecznej, w której istnieją, radują się takim cudnym wołaniem.
Zauważyłam też, że Trusiek tym samym słowem określa rzeczy, które mu się wydają podobne- kiedyś na wszystkie starsze dzieci mówiła tak jak na Wojtka, czyli "Ati". Teraz na Wojtka mówi "Aja" (bo on na jej Ati odpowiadał A ja), a dzieci określa już słówkiem "dzici", mniejsze są "dzidzi". Słowem "dźwi" określa nie tylko drzwi i drzwiczki wszelakie, znaczy ono też "otwórz"- tak więc podaje słoiczek z kremem albo zapakowane ciasteczko-musli (kóre uwielbia) albo co tam otworzyć sobie umyśliła i "dźwi" powiada :)

A na deser- nasze piaskowe wiadereczko posłużyło dziś jako transporterek zdechłego gołębia :( Zostawiłyśmy piaskowe przybory na chwilę na skraju piaskownicy i udałyśmy się w kierunku innych rozrywek placozabawowych. A jak powróciłyśmy, to wiadereczka nie było. Porozglądałam się ja uważnie i zoczyłam wiaderko stojące na chodniku oraz wystające z niego jakieś pióra. A jak się doń zbliżyłam, to okazało się, że chłopczykowie na oko cztero czy pięcioletni, których szajka grasowała na placyku, pożyczyli sobie nasze wiaderko, coby gołębie zwłoki w nim umieścić. Brrrr, teraz muszę wiaderko odgołębić :(

I fotki trzy z Trusiowego domowego grasowania, albowiem blox przydzielił nam łaskawie troszkę bajcików na zdjęcia. Jak z urlopu wrócimy, to będę się uśmiechać o pomoc we wstawianiu zdjęć z innego niż pliki bloga miejsca.

Takie to ćwiczenia z refleksu Trusiek nam w domu funduje.

A jak ją taką Tatuś zobaczył, to za resztki włosów się złapał i zawołał- " Wygląda przecież jak landrynka" (bo róż jest zwalczany przez większość rodziny). Ale czy kto widział pasiatą landrynkę? :-)

21:05, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
niedziela, 29 czerwca 2008
Zmęczenie materiału

Nastąpiło nieuchronnie- matka się wyczerpała. A taki pomysł na piękny wpis wspomnieniowy miała, jako, że właśnie dwa lata temu zaczęła kiełkować w niej nadzieja,  że Mały Ludź powoli rozpoczyna swoją przygodę z życiem- na razie w fazie mocno utajonej i ukrytej bezpiecznie w maminym brzuchu. I miało byc o tym, jak życie odzyskało kolory i pomalutku zaczęło się uśmiechać.
Niestety siły brakuje mi na cokolwiek. Choróbsko wredne nie odpuszcza mimo kolejnego zestawu leków, tym razem od zaprzyjaźnionego internisty. Mammografie NFZ-towe co prawda zwalczone, ale została jeszcze kupa sponsorowanych, z którymi trzeba się uporać do czwartku, bo w piątek wyjeżdżamy.
Szczęśliwie udało się zakończyć parę spraw pomyślnie- Ciech dostał się do wybranego przz siebie "wypasionego" gimnazjum- ciekawe, czy będzie taki wesolutki, jak trzeba będzie utrzymywać ten wysoki poziom, hi hi hi. Odbyło się nawet pierwsze zebranie rodziców w nowym gimnazjum.
Paweł zdążył już wyjechać na pierwszy wakacyjny wypad i z niego powrócić.
Starsza Córka uporała się z sesją- trzy egzaminy ma zdane na dobre i bardzo dobre ocena, na wynik dwóch pozostałych jeszcze czeka.
Młodsza Córka nie została ostatecznie zaszczepiona na maningokoki, bo sie nie wyrobiłam. Może po powrocie z urlopu... Za o Młodsza Córka powinna zostać koniecznie zaszczepiona na wsciekliznę, bo jak się jej coś nie podoba- na przykład umyśli sobie "tiup tiup" w kierunku przeciwnym od właściwego albo "daj daj" coś, czego dostać nie powinna- to gryzie, szczypie albo drapie. I co tu na Gada poradzić....Ostatni tydzień w ogóle był trudny, bo Trusiek marudził, odzwyczajał się od jedzenia i ogólnie był wredny. Mam nadzieję, że niedługo się to odwróci i Trusia dla równowagi troszkę poaniołkuje. Bo jak nie, to ja wysiadam...
A dziś rano powitał mnie wyśpiewany przez Truśka hymn na cześć kupy (albo pupy, albo też pampersa, bo wszystkie te trzy rzeczy określane są tak samo)- siedzi Truś na łóżku i śpiewa "papu papu papu"- całkiem melodyjnie.
Poza tym Trusiek jest niezwykle ambitny i stara się uczyć nowych słów, nawet tak skomplikowanyh, jak "pępuszek"- Dziecko wie już, gdzie ów obiekt się znajduje i bardzo się stara to trudne słowo wypowiedzieć- nie jestem w stanie oddać na piśmie rezultatów owych prób.

I na koniec- zabrakło mi już miejsca na nowe zdjęcia i od paru dni nic się nie dodaje. I to mnie jakoś zniechęca do pisania bloga:( Czas wyjechać na wakacje i trochę odpocząć.

Jeszcze to jedno zdjątko nam się zmieściło w zasobach- tak się ostatnio w chuście-kieszonce nosimy- na krókich dystansach jest to bardzo praktyczny sposób transportowania Dziecia.

 

22:36, dsmiatek
Link Komentarze (3) »
środa, 25 czerwca 2008
Pewna baba była słaba, więc przychodzi do doktora i powiada, że jest chora

Ponieważ fonia całkiem mi się wyłączyła, koleżeńswo wysłało mnie na ósme pieterko naszego szacownego szpitala do laryngologa. A ów poświecił lampeczką, lustereczko do gardła mi wsadził, pomruczał i stwierdził, że spodziewał się czegoś znacznie gorszego, jak mnie usłyszał, a tu właściwie wielkiej choroby nie zajduje. Nie dostałam zatem antybiotyku tylko jakies czary mary tableteczki zielone i białe (sama je sobie miałam wypisać, a co). I jeszcze gratis inhalację, która pomogła na jakąś chwilę. Tableteczki na razie cudu nie sprawiły i albo szepczę albo nie mówię wcale. Bardzo o utrudnia kontakty z Małą Córką, która jest przyzwyczajona, że wciąż do niej nadaję.
A skoro zdrowam prawie, to zabrałam Małą Córkę, Ciecha oraz spędzającego u nas początek wakacji Piotrka (mężowskiego siostrzeńca) do Ogrodu Doświadczeń. Trusiek począkowo biegał w zachwycie, oglądał różne kręciołki i kolekcjonował żwirek. Pograł na cymbałkach, popodziwiał nieskończoność Trusiek w lustrach. Aż niestety odkrył batut:( Gdzie ja rozum miałam, że ją w tą stronę zaprowadziłam...Ale cóż, widać na chwilę mnie opuścił. Trusiek batut zoczył i skaczących i fikających salta rodzinnych chłopaków i już sam pobiegł w podskokach wołając radośnie "hop hop". Kazał się na batut wsadzić- i  koniec, Córka dla świata stracona. Chłpaki zostały zatrudnione w charakterze wzbudzaczy drgań, Córek rozanielony siedział i się zaśmiewał. Pierwsza próba wydobycia Trusi ze skakalni zakoczyła się wyciem, wiciem i biegiem z powrotem. Druga próba po kolejnych dłuugich minutach rozrywki także była głśna, łzawa i wymagała ode mnie mobilizacji sił fizycznych w celu założenia dziecku bucików i odtaszczenia go na odległość, z której batut juz widoczny nie był. Niestety w tym przypadku zasada "co z oczu o z serca" nie zadziałała i Trusiek pozostał obrażony na świat cały, a zwłaszcza na milczącą rodzicielkę :( Nawet krótkie chwile rozchmurzenia kończyły się przypomnieniem o nieszczęściu, które Dziecko spotkało i kolejnymi łzami i wyrzekaniem.
I jak postępować przewidując takie sytuacje- wcale dziecku fajnej rozrywki nie pokazać, czy też dac się jednak porozrywkować i potem zabrac siłą. Bo raczej nie ma co liczyć na to, że w którymś momencie nastąpi nasycenie i dzieć sam zechce zejść.

Gorączka Trusi chyba się zakończyła- jeszcze wczoraj w nocy miałam wrażenie, że jest jakaś taka cieplejsza, ale juz dziś podejrzeń, że coś jest nie tak raczej nie miałam. Za to pojawiły się na Trusiowych kończynkach czerwone kropeczki, które Truśkę irytują, nie podoba się jej taka nakrapiana skórka. Czyżby winne były poziomki :( A tak jej smakowały....

A wieczorami Truśka ma nową kąpielową rozrywkę. Postanowiła zakończyć kąpanie w wanience i przełazi do dużej wanny (do tej pory napełniona wodą wanienka stała sobie we wnętrzu dużej wanny- bo i wody mniej do małej nalać trzeba i stygnie wolniej). Przelewam więc wodę z małej do dużej i Trusia może trenować pływanie. A dziś w ogóle zrezygnowałam z małej- czyli kolejny etap za nami na drodze do dorosłości :( A wracając do nowej rozrywki- w owej dużej wannie Truśka biega tam i z powrotem, ślizgając się oczywiście i przewracając- i znów mam ćwiczenia z refleksu, bo muszę czuwać coby ją w odpowiednim momencie złapać jak pada, żeby sobie niczego nie potłukła. Tak więc ona myśli sobie, że na super pomysł zabawowy wpadła, lata po ej wannie i się zaśmiewa plaskając na pupę albo czasem na kolanka i brzuszek. I chlapiąc ile wlezie. A ja rozpościeram "parasol ochronny" nad Gadem i staram się zapobiec siniakom. I tak to się rozrywkujemy.

22:47, dsmiatek
Link Komentarze (3) »
wtorek, 24 czerwca 2008
Medicae cura te ipsum !

A medyk nie potrafi :( Trusiek- mam nadzieję- chorowanie zakończyl na epizodzie gorączki wczoraj wieczorem i dziś rano. Po południu była już całkiem ozdrowiała, siły i energia jej powróciły, wraz z nimi pomysły na testowanie maminej cierpliwości i refleksu. Apetyt na poziomki pozostal nadal na wysokim poziomie. Za to medyk, czyli ja od dni paru cierpi na ból gardła. Jak to medyk prawdziwy początkowo na ból ów uwagi nie zwracał i czekał aż samo przejdzie. Nie przeszło, zakupił więc medyk Strepsils czy inne coś w aptece i zaczął ssać. Nie przeszło :( A nawet dzisiejszego popołudnia medyk zaniemówił. Niektórzy domownicy pewnie się z tego cieszą ;) I przemyśliwa teraz medyk niedouczony (albo uczony inaczej), czy by się do lekarza przypadkiem nie udać. Bo jakby to- tfu, tfu- angina była... Ale niczego sobie na razie medyk we własnym gardle anginopodobnego nie wypatrzył, więc może to jednak nie angina.

W uzupełnieniu do weekendowego sprawozdania muszę jeszcze wspomnieć o pewnym ważkim wydarzeniu- Trusia dostała od Babci swoją pierwszą lalkę. Jakoś wcześniej specjalnie się z lalkami nie "kumplowała", wyjąwszy krótki kontakt z lalą Misi w czasie wizyty u Kasi. Jak więc własną laleczkę otrzymała, to się zachwyciła. Przywitała się grzecznie biorąc lalkę za rączkę i cześć mówiąc, a potem nawet lalkę po głowie wycałowała. I tak ją teraz kilka razy dziennie całuje i się z nią wita. Od czasu do czasu spać lalusię kładzie albo na spacer na balkon wyprowadza. I dziwuje się wielce, że lalka butów nie posiada- w końcu to najważniejszy element garderoby ;) Nauczyła się też nowego słowa "lala"- no trudne to ono specjalnie nie jest, ale do tej pory w Trusinym słowniku nie występowało. Niestety, z braku miejsca w zdjęciowym magazynku, zdjęć z lalką nie będzie. Ale uzupełnimy braki, jak tylko dodadzą nam troszkę bajcików.

Odkryłyśmy też nowy sposób noszenia Dziecia- odzyskałysmy naszą chustę-kieszonkę, zakupioną rok temu po niepowodzeniu z bebelulu. Wtedy Trusiek nie zechciał z nią współpracować, chociaż mi się wydawało, że od bebelulu jest lepsza. Ponieważ jednak Trusia protestowała, jak ją do kieszonki wkładałam ( w bebelulu jakoś się układała i nawet zasypiała, tylko mi było niewygodnie ją w tym nosić), to dałyśmy ją mężowej siostrze, żeby spróbowała ponosić Tosię. Tosia chyba w chuście ostatecznie noszona nie była, a ja sobie ostatnio o niej przypomniałam i przywiozłam ją do nas z powrotem. I okazała się całkiem fajnym rozwiązaniem- na krótkie noszenie, bo na dłuższym dystansie kęgosłup jednka daje znać o sobie. Ale jak idziemy tylko na plac zabaw "tiup tiup", a potem trzeba Dziecia z powrotem do domu dotransportować lub o osiedlowy sklpeik zahaczyć, o kieszonka jest idealna. Malutka i leciutka, zmieści się nawet w dużej kieszeni. Założyć ją łatwo, nie trzeba niczego omotywać- co jest nie bez znaczenia na placu zabaw, gdzie Dzieć albo próbuje w czasie, gdy matka się chustą owija zwiać, albo omotuje się konkurencyjnie końcami zamiatającymi podloże i skutecznie przeszkadza. Tak więc kieszonkę jako transporter awaryjny i na króki dystans polecam. Tym bardziej, że nie jest aż tak droga, jak inne chusty. Zdjęcie też za czas jakiś zamieścimy i się pochwalimy.

22:51, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 23 czerwca 2008
Weekendowa szczęśliwość i dzisiejsza nawałnica

Weekendowa szczęśliwość miała miejsce w babcinym ogródku. Świeżutko skoszona trawka, pracowicie przez Babcię pielęgnowana i wyhodowana już do postaci mięciukiego dywaniku- w sam raz dla małych bosych stópeczek. I stópeczki się rozkoszowały, wraz z resztą stópeczkowej Właścicielki. A małe sprytne łapczki pozbawiały płatków róże, wydłubywały z trawy niedojrzałe opadnięte śliweczki, rozgniatały wiśnie. Wreszcie można się było przystroić w wisienkowe kolczyki i spróbować pierwszy raz w życiu, jak takowe kolczyki smakują. W ten weekend poznał też Dziecek smak poziomek i zakochał się w "tyci tyci truskaweczkach". Trzeba było dziś udać się na polowanie na targ, niestety po pracy został już tylko kubeczek ostatni poziomek- a ja też je uwielbiam, nie tylko ja zreszą...
Było też bliskie spotkanie z Basią- wilczurzycą sąsiadów, bardzo przyjacielską i chętną do zabawy- i taką mięciutką- małe łapki były zachwycone.
I było spotkanie z Tosią- przy okazji wyszło szydło z worka- Trusiek owszem, podzieli się zabawką, soczkiem, żywnością, ubraniem- ale za nic nie pozwoli przymierzyć komuś innemu swoich ukochanych butów. A wszystkie butki są ukochane! Założenie Tosi Trusiowych sandałków zakończyło się łzami oraz próbą zszarpania owych sandałków z Tosinych nóżek. Buciana fetyszystka nam wyrosła.

Szczęśliwość z mamą- tego mi właśnie było trzeba- usiąść z Moim Ukochaniem na trawie, powygłupiać się i niegdzie nie spieszyć

Rozkoszek po spożyciu agrestowego ciasta- wciąż szczęśliwy:)

"Buti" zostały zdjęte

Ale fajnie jest biegać po trawie na bosaka:)))

Bliskie spotkanie z ogrodowym wężem

I wygłupy ze Starszym Bratem

Podwieczorek w ogrodzie z Babcią- do takich chwil tęsknię...

Wisienkowa Elegantka

Podziwiajcie loczki- moją dumę i chlubę- co wieczór troskliwie czesane i zawijane:)

Jak na starszą o dwa i pół miesiąca kuzynkę przystało próbuje Trusiek zaopiekować się Tosią i ją pohuśtać

Lubię sałatę:)))

I spotkanie z Basią

Zdziwiona?

Ależ ta trawa jest fajna

A dziś po południu była u nas prawdziwa i groźna burza z gradem- pierwszy raz takie duże gradowe kuleczki widziałam. Co prawda u nas nie osiągały one rozmiarów kurzych jajek, ale niektóre były prawie jak przepiórcze.

Burza się zbliża, Trusiek się kryje

Krajobraz za oknem

Tęcza - już po burzy

I skutki ulewy- wielkie morze wody, samochody jak amfibie, ogólny chaos (niektórzy usiłowali jechać po chodniku, inni "pod prąd", jeszcze inni postanowili przejechać przez trawnik, co skończyło się urwaniem zderzaka po wpadnięciu w dziurę na trawniku. Niektóre auta - chyba te, co stały gdzieś pod drzewami- wyglądały jak zamaskowane listowiem wozy bojowe, ewentualnie jakby wyjechały wprost z dna sadzawki jakiejś i były pokryte wodną zieleniną.
Córzyniec burzy się bał tak troszkę, biegał po domu, okna pomagał zamykać i nowego słowa się uczył- "buzia". Potem zdziwiona oglądała krajobraz poburzowy z balkonu i na krótkim spacerze- bo postanowiłyśmy się ze Starszą Córką w klasycznych gapiów zabawić i pod pretekstem wyprowadzenia na spacer jamników wyszłyśmy pogapić się na chaos komunikacyjny- no, z naszego gapiowskiego punku widzenia śmiesznie było. Z punktu widzenia kierowców utopionych w gigantycznych kałużach, próbujących jakoś przejechać dalej chodnikiem, trawnikiem itp. może było troszkę mniej zabawnie. Na szczęście dzielni strażacy szybko udrożnili zatkane studzienki i morze zostało osuszone.

A wieczorem Trusiek jakiś taki cieplutki sie zrobił i okazało się, że ma gorączkę:( I teraz śpi sobie, a ja walczę z chęcią nieustannego macania jej po łebku, czy aby gorączka nie urosła:( Ale może to tylko taka reakcja na upał... Albo może zęby jakies znów postanowiły się wykluć...Oby, bo na chorowanie za wiele czasu nam nie zostało. Jak dobrze pójdzie, to za dwa tygodnie będziemy już na wakacjach w Chorwacji.

 

22:44, dsmiatek
Link Komentarze (5) »
piątek, 20 czerwca 2008
Znów ledwo dyszę:(

Czuję się jak zagoniony renifer- znowu:( Nie zdążam na czas ze wszystkimi obowiązkami. Wciąż gdzieś pędzę, z jednej pracy do drugiej, na zakupy, z Truśkiem na spacer, po drodze pichcę jakiś obiad, wieczorem zasiadam nad stosem mammografii. Mam wrażenie, że zaczyna brakować mi tchu:(

A Trusiek jakby to wyczuł i łobuzuje za dziesięciu Truśków. Przedwczoraj nalałam wodę do wanienki i poszłam po piżamkę Trusiną. W tym czasie Dzieć zdradziecki pomknął do łazienki tuląc coś do gołego wystającego brzuszka- usłyszałam radosne "plim plim", a jak do łazienki wpadłam, to w wanience pływała sobie i nasiąkała wodą poduszka! Jak Drania odciągnę od pudła z proszkiem na pranie, to próbuje spenetrować kibelek. Podchody z wypraniem hipków, kaczek, termometru kąpielowego, papieru toaletowego i co tam w łapki wpadnie są na porządku dziennym. Jak tylko zbiorę zabawki w jednym miejscu, w drugim na podłogę lądują książeczki. Poza tym Drań postanowił się nauczyć wspinania po drabince, a takowa jest przy piętrowym łóżku Ciecha- no i wspina się i testuje nasz refleks. Drugim miejscem testowania jest kanapa, na którą Potwór włazi, a potem biega po niej ze śmiechem głośnym od krawędzi do krawędzi...

Poza tym nadal walczy z ubieraniem, przewijaniem, wije się w konwulsjach przy próbie umycia zakupanej pupy czy założenia pampersa. Pluje też jedzeniem- ostatnio nawet ćwiczy plucie na odległość! A w chwilach złości (czasem nie tylko wtedy)- gryzie! Czasem wymiękam, nie wytrzymuję i wrzasnę- wtedy Truś zachowuje się jak niektóre robaczki- zamiera i udaje, że jej nie ma. Albo- jak na przykład wczoraj- szybko mnie obłapia i cmok- daje buziaka na zgodę (wczoraj była to akurat moja noga, przy której Łobuz stał). I jak tu się gniewać...

Wczoraj też odkryłam, co tracę co wieczór przy usypianiu- zwykle jest to czas Trusi i Taty, wczoraj P. wrócił później i za usypianie zabrałam się ja, a dawno już tego nie robiłam. A Trusiek- rozkosz w najczystszej postaci- pojadał kaszkę z butelki, pogadywał, bajeczki wszystkie z półeczki czytał, w stópeczki się całować kazał, albo też sama się w paluchy u nóg cmokała. No po prosttu miodzio. Tylko, że na mnie czekała górka mammografii i rozkoszować się owymi chwilami czasu nie miałam. Wrócił P. i przejął Dziecia:(

18:00, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
środa, 18 czerwca 2008
Spacer z Helenką

A dziś wreszcie udałyśmy się na wiosenny spacer z Helenką i jej Mamą. Już ostatnia chwila na ów spacer była, bo lato tuż tuż ;) Umówiłyśmy się w Parku Jordana, w którym już wieki całe nie byłam (cóż, jak się ma  taki matuzalemowy wiek, to i wieki mogą upłynąć od pewnych dawnych wydarzeń;)). Dziewczynki jeszcze nie potrafiły się razem bawić, ale przynajmniej raczej przyjaźnie były do siebie nastawione. Trusia wylała Helence chyba połowę wody mineralnej z butelki, zeżarła oraz wysypała dla gołąbka 3/4 talarków, podjęła nieudaną na szczęście próbę pozbawienia Helenki "warkoczyka" (to był ten moment mniej przyjacielski). A poza tym dobrze się bawiła na placu zabaw. I wreszcie zobaczyła wiewiórki- bo w naszym pobliskim Parku AWF-u wiewiórki co prawda też są, ale zdecydowanie bardziej dzikie i Trusiek jeszcze nigdy nie zdążył żadnej zauważyć. A te były przyjacielskie i nie zwiewały tak szybko, mogła się więc Trusia napatrzyć. Nagadała się też Trusia za wszystkie czasy- cały czas właściwie nawijała. A ja- jako uprzejma osoba- prowadziłam z nią ową konwersację, przez co Mama Heleny mogła sobie wytworzyć obraz mojej osoby jako niezwykłej gaduły...Hmm, normalnie chyba tak nie gadam przez cały czas. Natomiast rozmowa z Mamą Heleny była nieco urudniona, bo dziewczynki rozpełzały się przeważnie w różnych kierunkach. Może następnym razem....Nie udała się też próba "zdemoralizowania" Trusi przy pomocy autka na monety, bo jak tylko owo autko-huśtawka z Trusią w środku zaczęło się huśtać, o jednocześnie ryknęło jakąś przeraźliwą muzyką i Trusiek nawet nie wiem jak i kiedy znalazł się u mnie na rękach. Może wytworzy się w niej awersja do tego typu "rozrywek"- nie byłoby to wcale takie złe...


Dziewczynki na karuzeli


I już nie razem na huśtawce- wreszcie Trusia miała się z kim pohuśtać na tego typu huśtawce i wypróbowała, jak działa takie urządzenie. Niestety zrobienie zdjęcia, jak obie na owym ustrojstwie siedziały była niemożliwa, bo każdą trzeba było trzymać.


Siedzą i chrupią talarki


Najulubieńsze miejsce Trusi na placach zabaw


Próba współpracy?

23:24, dsmiatek
Link Komentarze (7) »
Pierwsza tegoroczna Absolwentka;)

Wczoraj Trusia zakończyła rok szkolny na Akademi Aktywnych i Kreatywnych. Dostała dyplom ukończenia szacownej uczelni i od dziś ma wakacje- tak więc wtorki mamy po południu wolne- czekamy na propozycje;)


Jeszcze ostatnie zajęcia- było o budowaniu z różnych materiałów- mogą być pudła, fragmeny rurek...Były tez różności pochowane w pudełkach i pojemnikach.
U Trusi etap budowania jeszcze nie nasąpił, wciąż jest na etapie niszczenia wszystkiego, co zbudowane zostało.


Uroczyste wręczenie dyplomu ;)


Może by tak pamiątkowy podpis złożyć....


Absolwenci z trudem zgromadzeni razem w celu wykonania pamiątkowego wspólnego zdjęcia


Na dywanikach magicznych


Banieczki mydlane na pożegnanie


I jeszcze banieczki


I jeszcze ostatnia praca plastyczna- słonko już zrobione, teraz pora na księżyc- Trusia wykazywała wielki zapał w smarowaniu klejem- wszystkiego dookoła.


I Absolwentka-Zwinka w całej okazałości :) Łapki pracowicie osobiście pisaczkiem pomalowała. Mnie też próbowała ozdobić.

Drugim moim wczorajszym zajęciem była wyprawa "trzech przeciwko Tebom"- czyli pojechałyśmy z koleżankami dwiema przeprowadzić negocjacje finansowe. O dziwo wyprawa zakończyła się sukcesem- może nie takim, jaki sobie zakładałyśmy, ale jednak. Ale początki były niełatwe- jak się zna tylko nazwę miejscowości i numer domu- a domy w owej niedużej miejscowości bynajmniej nie w kolejności są ustawione- to można wrócić nie znajdując celu...Jeździłam tym moim wielkim autem tam i z powrotem, po dróżkach na jedno auto, namachałam się kierownicą zawracając i napociłam, usiłując nie wjechać do rowu. Juz się obawiałam, że nigdy do domu nie wrócimy- bo na posiadanej przez nas mapie może z 50% owych dróg było wyrysowane. W końcu zadzqoniłyśmy po posiłki i przy pomocy owych posiłków dotarłyśmy na miejsce. A tam byłyśmy twarde i niezłomne- i utargowałyśmy podwyżkę :)  Przy okazji moja niewiność i naiwność znów wylazła na światło dzienne i zadziwiła się, że świat bynajmniej taki niewinny nie jest... No i wyszło też szydło z worka, że do gatunku gentlemen'ów  należę (czy też gentlewomen'ów)- a ci, jak wiadomo o pieniądzach nie rozmawiają... A jak nie rozmawiają, to tez nikt im ich nie da- i sami są sobie winni.
No, ale w końcu się udało:)

 

23:09, dsmiatek
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 16 czerwca 2008
Wizyta

Dzisiaj odwiedziła nas Fajerwerka z Jagódką i Grzesiem. Bardzo było miło, tylko krótko. Cóż, przy małych dzieciach trudno jest się nagadać, mam wrażenie, że na żadne pytanie nie udało mi się do końca odpowiedzieć...
Trusia, mam nadzieję, dobrze odegrała rolę grzecznej pani domu. Jagódka na jej własnym terytorium wyraźnie Trusiaka zachwyciła. Co prawda parę razy mniejszej dziewczynce groziło staranowanie przez Truśka, ale obyło się bez powazniejszych obrażeń. A Trusiek jeszcze długo przeżywał odwiedziny i opowiadał tatusiowi, że "dzidzi" było u nas. Nawet obeszła wszystkie domowe kątki, sprawdzając, czy aby dzidzi gdzieś się tam nie ukryło ;)

W ogóle Trusia bardzo przyjaźnie traktuje dzieci w analogicznym, młodszym i nieco starszym wieku. Te większe nazywała tak jak Ciecha, czyli "Ati"- teraz na Ciecha mówi "Aja"- wzięło się to stąd, że jak Truś wołał "Ati", to Ciech odpowiadał "Aja"- doszła więc do wniosku, że widać tak ma Ciech na imię. A pozostałe duże dzieci nadal są "ati". Małe dzieci to "dzidzi"- jak śpią w wózkach, to Trusiek dzióbek robi, paluszek do dzióbka przykłada i "ciiii" syczy. A jak nie śpią, to Truś koniecznie chce się z nimi kumplować, grzecznie łapcię wyciąga i "cieść" zagaduje. Czasem owe dzieci wydają się być trochę zaskoczone taką wylewnością... Zdaje się, że na początku dzisiejszej wizyty Trusia chciała się też z Jagódką przywitać w ten sposób i może nawet gdzieś z nią za rączkę poczłapać. Nie przewidziała jednak, że Jagoda jeszcze niespionizowana:)

Dziś musieliśmy się obejść bez naszej niani, kóra miała pogrzeb w rodzinie. Do opieki nad Trusią oddelegowany został Ciech, bo Bunia co prawda zajęć nie ma, ale schizuje przed jutrzejszym egzaminem. Ciech sobie dzielnie poradził, niestety Trusiek nie zamierzał w dzień spać ani jeść. Co tam będzie Brata słuchać- nie ma niani, to hulanka i swawola na placu zabaw. Na jedzenie też czasu szkoda. Dobrze, że jutro wraca niania i normalność.

Działalność domowa czarnej dziury nadal kwitnie- bajka o Maksiu i misce zapadła się jak kamień w wodę, żółte kółeczko od Trusiowej wieżyczki takoż jest nieznajdowalne. Ale żeby tak Truśkową bluzeczkę zieloną z H&M wessać- to już szczyt wszystkiego! Piesek z puzzli i skarpetki Starszej Córki to przy tym pikuś...

21:46, dsmiatek
Link Komentarze (4) »
sobota, 14 czerwca 2008
16 i 8 oraz konie edycja druga

16- dzisiaj Trusiek tyle miesięcy kończy. Przy okazji kolejnej okrągłej miesięcznicy byłby czas dobry na pewne podsumowanie. Ale nie będzie podsumowania, bo się sama gubię w tym, co Trusiek już potrafi. Tak tego jest dużo. Codziennie pojawiają się w jej "zasobach" nowe słowa- dziś na przykład- przy okazji wizyty Buniowej Przyjaciółki u nas- zawitało słówko Tysia- w Trusinych usteczkach brzmiało ono "Tatyś". Od pewnego czasu jest też specjalne określenie na kąpiel i pływanie "plim plim". A oprócz słówek nowych pokazały się wreszcie nowe ząbki. Do dotychczasowych 4 jedyneczek dołączyły wreszcie dwie górne dwójeczki- tyciusie jeszcze, ledwie wykiełkowane, ale rosną i będą gryźć:)

8- tyle miesięcy pisania bloga już upłynęło. Czyli dokładnie połowa dotychczasowego Trusiowego życia:) Tu też wypadałoby jakieś podsumowanko zamieścić. Korzyści- oprócz skrupulatnego wynotowywania Trusiowych postępów i kolejnych "milowych" kroczków- nowi przyjaciele. A właściwie przede wszystkim nowi przyjaciele:) Niektórzy już poznani w realu (mam nadzieję Kasiu i Weroniko, że te przyjaźnie przetrwają długie jeszcze miesiące i lata:)), niektórzy wkrótce poznani będą- w najbliższym tygodniu (Mama Heleny), za miesiąc z haczykiem (Ewa i Nulka)... A innych też mam nadzieję kiedyś do nas przywabić;)

A co dziś? Bardzo aktywnie było. Szczęśliwie nie spełniły się katastroficzne przepowiednie pogodynek sprzed paru dni (miało być zimno i mokro), słoneczko w zasadzie świeciło, upał nie dokuczał. Udaliśmy się więc we czwórkę na koniki: ja, Tato Trusi, Trusia i jej Starsza Siostra. A wyglądało to tak: 

Starsza Siostra poszła się przebrać w stosowny ubiorek do konnej jazdy, a ja próbowałam zapodać Młodszej cokolwiek na śniadanko (Trusiek ostatnio się odchudza i niewiele jada- poza truskawkami naturalnie). Futrowanie nie bardzo się powiodło, obiekt futrowany bowiem przemieszczał się zbyt szybko i łyżeczka nie nadążała, a jak już nadążyła o napotykała na zaciśnięte usteczka.

No dobra, można ubrać toczko-kask i jedziemy;)

Duża i Mała Siostra- idą konia jakiegoś upolować...

Duża upolowała i jeździ- przez drążki,

galopuje (?- nie jestem pewna, czy ten koński krok to akurat jest galop czy kłus na przykład, a Starszej Córki w pobliżu nie ma, coby się upewnić),

stępuje.

A Młodsza co w tym czasie porabia?

Z Mamą ogląda świat i okolicę, a okolica piękna o tej porze roku,

w okolicy stawki, a w stawkach kaczuszki pływają (tu kaczek nie widać, ewakuowały się ze swoimi kaczymi dziećmi na bezpieczną odległość, bo Trusia na ich widok zamiast "kwa kwa" to "mniam mniam" wołać zaczęła),

przytula się do tabliczki z napisem "Prosimy nie karmić koni", przełazi przez sznurki, pasące się koniki podziwia,

dziwi się śpiącemu (lub raczej relaksującemu się i kontemplującemu ptasie trele) Tatusiowi,

kombinuje, czy by tak się z uprzężą wspinaczkową bliżej nie zaprzyjaźnić i troszkę po drzewach nie połazić (bo tuż obok koników Park Linowy się mieści- następnym razem musimy zabrać naszych chłopaków, bo rozrywka z takiego drzewołażenia przednia, na Słowacji mieli już okazję ją wypróbować),

i co jeszcze? kto zgadnie?- oczywiście oddaje się swojemu ulubionemu zajęciu;)

A potem nastąpiło bliskie spotkanie z koniem:

Pierwsza była próba posadzenia Trusi samej na koniku białym- nieudana, Trusia nie chciała sama na koniu siedzieć. Potem próba usadowienia i przejechania się Trusi na koniku brązowym- niestety jakoś tak głupio wyszło, że to nie Bunia owym koniem powoziła, Bunia miała konia prowadzić. Taki układ Trusi też nie odpowiadał :(

Pozostało więc "mojanie" konia z bezpiecznyh maminych rąk- to się dziecku zdecydowanie podobało, konik okazał się cieplutki, mięciutki, z aksamitnym nosem, kórym się, jak kotek (lub jamnik) ocierał o swoją właścicielkę. Głaskanie konia było fajne :)

Po konikach był jeszcze cosobotni basen. Potem wyjadanie makaronowych rurek z sitka (taki obiadek dziecko sobie wybrało). A po południu udział w domkowych "negocjacjach"- hmm, coraz bardziej się nam domkowa przeprowadzka urealnia. I związana z tym nieuchronnie perspektywa kredytu, wielkich rat spłacanych do końca zawodowej kariery (no, może zmaleją, jak się nam nasze własne mieszkanie uda sprzedać), remontu owego domku... Ale też czegoś nowego i większej nieco przestrzeni "życiowej" i możliwość zaproszenia przyjaciół- to tak w nawiązaniu do zdać z początkowej części dziesiejszego wpisu;)
Po "negocjacjach" jeszcze musiał być koniecznie osiedlowy plac zabaw i zadbanie o maminą kondycję, czyli wtaszczanie Córki na zjeżdżalnię, huśtanie na huśtawce oraz odpiaszczanie w piaskownicy. Nie zabrałyśmy ze sobą naszych "piaskowych" zabawek, Trusia postanowiła więc pożyczyć od tkwiącego w piaskownicy chłopczyka nieco od niej starszego. I tu natrafiła na zdecydowany opór, sprzeciw i łzy straszliwe owego chłopczyka. Biedna była tak zaskoczona, że aż jej samej usteczka w podkóweczkę zaczęły się układać. Na szczęście dom niedaleko i Tatuś wiadereczko i pozostałe niezbędne akcesoria szybko dostarczył.

I tak nam minął Trusiowej przygody z życiem dzień kolejny:)

 

23:34, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2
Archiwum