RSS
sobota, 27 czerwca 2009
Przed wyjazdem

Deszcz leje. droga do pani Akiko rozmaka. Ciekawe, czy jej terenówka jest przy okazji amfibią?
Truśka osiąga apogeum przedwyjazdowego marudzenia.
Ja osiągam apogeum  przedurlopowej wścieklicy.

Trusia odkryła nowe coś do jedzenia. Nazywa to "świndelek ". Ktos ma pomysł?
Rozwiązanie zagadki po powrocie- lub w trakcie, jeśli będzie zasięg.

Do poczytania za tydzień.

09:31, dsmiatek
Link Komentarze (3) »
piątek, 26 czerwca 2009
Przerwa urlopowa

Wyjeżdżamy jutro. Jeszcze tylko pakowanie, Truśkowy basen, którego ani ona ani Tatuś odpuścić sobie nie chcą, chociaż tam, gdzie jedziemy jakiś basen ponoć jest- ale dla mnie to nawet lepiej, że wybędą na trochę z domu, zdołam może ogarnąć jakoś chaos i zebrać do kupy najpotrzebniejsze rzeczy. Jeszcze tylko parę niezbędnych sprawek do załatwienia...
A potem tydzień laby w leśnej głuszy w pensjonacie pani Akiko w Harklowej. Dojechać można ponoć tylko terenówką. Obiady polsko-japońskie. Z pensjonatu widok na Tatry. Dookoła las, na miejscu zaprzyjaźnione zwierzaki i kryty basen (basenik?). Dla Trusi powinno wystarczyć.
A my na wieczory zabieramy scrable, coś do czytania, laptopa i nieobejrzane filmy na DVD.

Tymczasem za oknami rozszalała się kolejna burza. Droga do pensjonatu pani Akiko rozmięka i rozpływa się. Jak się tam już dostaniemy, to się nie wygrzebiemy do pierwszych przymrozków ;) No chyba, że wcześniej spadnie śnieg- wtedy przyjdzie nam czekać do wiosny;)

Będzie trochę nietypowo- jedziemy tylko ja, P. i Trusia- mało nas, nawet jamniki się nie załapują. Starsza Córka skończyła dziś sesję, imprezuje właśnie gdzieś poza Krakowem, Starszy Syn żyje własnym życiem- spanie do południa, potem niespieszne ablucje południowe, śniadanie- czy lunch może (?), troszkę kompa, a po południu wybywa z domostwa. Ciech tak się w NY chyba rozkochał, że nawet małego mailika nie napisze...
No to została nam tylko jedna latorośl na wspólne wywczasy- trochę pusto będzie z tak małą ilością dzieci, ale damy radę;)

A Latorośl owa takie oto wypowiedzi w dniu dzisiejszym poczyniła:

Kichnęła- ja jej uprzejmie "sto lat" pożyczyłam. Kichnęła po raz drugi i czeka- ponieważ tym razem nie zareagowałam, sama sobie powinszowała: "Dwa śto latki".

Niosłam ją przez chwilę na rękach. Podstępny wampir wykorzystał okazję i użarł mnie lekko w szyję. Ale zaraz zaczęła się tłumaczyć:
"Malutko uglyźłam. Dilikatnie gliziem, tlosiećkę tylko. Nie boli. Boli? Pociałujem." I tu nastąpiło kilkukrotne cmok cmok. Wciąż wierzy w cudowną moc pocałunków. Coś w tym jest...

Upał i duchota, Truśka spożywa więc truskawkowy sorbet usadzona własnopupnie na ściągniętych z kanapy poduszkach

pisze pożegnalną notkę przed wyjazdem na wakacje

a tymczasem loczki się wiją

:)

 PS.
A w uzupełnieniu do poprzedniej notki- Lucjanek- ekspert od chustowiązania:

 

Dzięki Lucjanku :)

I tak, przesyłając wam całusy na dowidzenia, żegnamy sią na tydzionek z haczykiem :-***

22:41, dsmiatek
Link Komentarze (1) »
czwartek, 25 czerwca 2009
Ułowiona i zamotana

Udało się dziś Truśka ułowić i w chustę zamotać. Oto efekty:

Te ćwiczenia z wiązania dziecka w plecaczek nie są bynajmniej podyktowane niechęcią Trusi do samodzielnego tuptania (ani też pragnieniem Matki do powrotu do owych cudownych chwil wzajamnej chustowej bliskości;)). W sobotę jedziemy na tydzień w górki i konieczne może się czasem okazać ułowienie Córki w coś i przymocowanie jej tym czymś do siebie. Mamy pożyczone bardzo profesjonalne nosidło na stelażu, ale jak na razie Córek doń wsadzić się nie dał, wrzeszcząc "Nie ciem do sidełka, ciem do chuśty."
Przeszłyśmy zatem przyspieszony kurs u Kasi, z Lucjankiem jako pomocą dydaktyczną (Truśka odmówiła współpracy, Lucek zaś zachowywał się jako pomoc bardzo profesjonalna). Za to dziś wieczorkiem Trusia łaskawie sama zaproponowała przetestowanie tego, co nam z wczorajszej lekcji w pamięci pozostało. Moim zdaniem nie było tak źle.

A wczoraj w drodze powrotnej od Lucjanka w pewnym momencie usłyszałam poważny głosik z tylnego siedzenia:
Ocia, Sina, Ducha. Amen. Do ciebie Boziu ląćki podnosię i plosię o źdlowie Tlusi. I Lucianka."
A miała prosić, coby deszcz przestał wreszcie padać. Chociaż i tak jakby przestał- przynajmniej ja dziś nie zauważyłam. Fakt, spędziłam sporo godzin w pomieszczeniach albo z oknami szczelnie zasłoniętymi roletami, albo wręcz bez okien, ale na chodnikach nie zarejestrowałam nowych kałuż. Za to Truśkowe włoski od wilgoci w powietrzu zakręcają się aż miło patrzeć. A Truśka jakies tajemnicze manewry z grzebieniem nad nimi wyczynia mrucząc: "Ciesiem kędziolki, ciesiem kołtunki, ciesiem walkocika."

Dostała wczoraj Trusia od Kasi "Małą Czarownicę". Wieczorem kombinuje, co by tu też wybrać do czytania i czuje się trochę, jak osiołek z wierszyka- nowa książeczka przygód Paddingtona nęci, "Czarownica" też wydaje się ciekawa. A Tatusiowe preferencje są jeszcze inne. W końcu zapytana, co będziemy czytać odpowiada "Pocitamy dzisiaj o Cialownici Elłopie"- ktoś potrafi rozszyfrować?

I jeszcze z samochodowych rozmówek. Przejeżdżamy koło japońskiej knajpki, którą swego czasu polecał w Wyborczej pan Nowicki i do której planuję zabrać Starszego Syna- wielbiciela sushi. tylko wciąz się nam jakoś nie udaje ta "randka". Pokazuję knajpkę Trusi i mówię jej, że pójdę tam kiedyś z Pawłem na sushi. Truśka na to
"Teź pójdziem na siusi ź Pawełkiem. Lubim siusi?" No nie wiem, czy lubi. Ostatnio bardzo wybredna się stała i niewiele lubi. A na dodatek zapachy jej przeszkadzają lodówkowe. Na kiełbaskę nosek zatyka. Taki francuski pieseczek.
A wracając do sushi, to kto wie- może w tych naszych górkach pani Akiko zaserwuje nam jakąś podhalańską wersję sushi z pstrągiem. Albo z oscypkiem...

 

22:49, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
środa, 24 czerwca 2009
Powinnam coś napisać

Powinnam, bo za chwilkę znów dłuższa przerwa- udajemy się w sobotę na tydzień w górki. No więc obowiązek pisarski wzywa mnie do napisania notki, a tymczasem wena gdzieś w Łagowie została w jeziorze utopiona. W Lubiskie dotarłam, poligon mammograficzny odbyłam i powróciłam- cała, choć ledwie żywa. Wciąz jeszcze dochodzę do siebie po tej traumie. Ale w przyszłym roku znów pojadę...

Powróciłam, a w domu małe zmiany. Trusia pożegnała się z nocną pieluchą. Co prawda przedwczoraj skończyło się to grząskim łóżeczkiem, ale co tam- większośc nocy Truś przesypia na sucho.
Poza tym udało się Córkę przekonać do rezygnacji z soczkowej buteleczki- odkąd wóciłam jakby rzadziej się "śioćku w butelećce" domaga.
Z innych nowości- dom ma nowego mieszkańca- po powrocie czekał na mnie malutki laptopik. Bardzo symaptyczne stworzonko, ale z braku czasu nie zaprzyjaźniłam się z nim dostatecznie.

W Krakowie narasta grząskość, burza goni burzę, nawet przy bezchmurnym niebie coś tam grzmi i pomrukuje. Wszystko pachnie wilgocią, mokrym tynkiem, mokrym praniem- fuj. Kiedy się wreszcie skończy ta zwariowana pogoda? Postuluję o małą suszkę- chociaż kilka dni bez opadów.

Trusia przemyka się pomiędyz deszczykami, plaskając kaloszami i myjąc rączki w kałużach. A potem relacjonuje:
"Idłam z Pasią na spacielek."

Dziś pojechałyśmy z wizytą do Trusiowego ulubionego Lucjanka. Trusiek juz od wczoraj się szykował, w samochodzie siedziała grzecznie, nawijając bez przerwy i napominając mnie : "Ziapnij pasi. Nie śtuknij w dlugie autko. Nie maltw się, jeśtem beźpiećna, dźwi autka siom ziamknięte, nić się nie śtanie źłego."
Na Grzegórzeckiej utkwiłyśmy w korku, co Truśka bardzo zmartwiło. "Do Lucianka ciem jechać. Maltwię się. Nie jedziem, kolek jeśt. Nie jedziem do Lucianka :("
Szczęśliwie dojechalim, a Truśkę spotkała dodatkowa atrakcja w postaci wyprawy do kulkolandii- radości było co niemiara. A Córka- mimo że neofitka w tego typu rozrywkach- radziła sobie świetnie.
Wracając z kulkolandii oparzyła się Trusia, także pierwszy raz w życiu, pokrzywą. Bardzo to przeżywała i opowiadał potem wszystkim, "Opaziłam ląćkę nieziwą. Pieciła ląćka Tlusię. Pociałowac cieba."

No bo całusy są lekarstwem na wszystko. Nawet na maminy ból głowy. "Boli cię główka mamusiu. Daj, pociałuję. Juź nie boli? Boli jeście? Pociałuję dlugi laz. Nie boli."

Po kąpieli biega Trusia w bodziku po balkonie. Starsza Siostra woła za nią- "Trusia, chodź, ubierz chociaż gatki."
Trusia zaintrygowana wraca, patrzy krytycznie na piżamkę, rozgląda się dookoła. "Gdzie siom gatki? Nie ma gatków."

I co jeszcze? Nowa burza nadciągnęła. Trzeba kończyć, bo jeszcze mi notkę zepsuje jakiś piorun.
To do jutra- może...No bo jutro czwartek...

 Ktoś wie, co to jest "wielocilapatol" ?

22:32, dsmiatek
Link Komentarze (4) »
środa, 17 czerwca 2009
Jednak coś tam skrobnę

Rano Truśka bystrym oczkiem zauważyła, że skończył się papier toaletowy na zapasowym stojaku. A uzupełnianie rolek na stojaku należy do trusi właśnie.
"Ciźby ziapomnieliśmy papiel toletowy ziałozić?"

Wczoraj pożyczyłam dla Trusi nosidło na plecy- na poczet naszego wyjazdu w górki za tydzień. Truśka najpierw się zaciekawiła, co to za nowe ustrojstwo do domu przywlokłam. Potem opowiada:
"Pojedziemy w gólki, będziem chodzić beź wóźka, weźmiem sidło. Nie ciem w sidełku siedzieć, w chuście ciem."
Mam nadzieję, że w najbliższym czasie Kasia udzieli nam korepetycji w kwestii wiązania chusty na plecach.

Uświadamia Truśka Starszą Siostrę, jakie to kwiatki mamy na balkonie:
"Blatki mamy, pelgonie siom. A iwonki? Mamy iwonki?" Iwonki to przekręcone piwonie.

"Nie skacz Trusia z kanapy. Nie masz skrzydełek, żeby polecieć." "Mam śksidełka na głowie."- Cóż mały Hermes nam się trafił.

"Co dziś chcesz ubrać? Mogą byc spodnie?"
"Nie ciem śpodni."
"No to co chcesz? Sukienkę czy spódniczkę?"
"Ciem siuknićkę."

A teraz odmeldowuję się na parę dni- jadę się szkolić w Lubuskiem. 500km samochodem, ja jako kierowca- jakoś mnie to nie zachwyca :(

 

22:20, dsmiatek
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 15 czerwca 2009
Co Słonko w weekend widziało

Ano, Słonko pojechało do Babć i dużo spacerowało po rodzinnym mieście swoich rodziców. A oto, co zobaczyło swoimi niebieskimi ślepkami:

"Duzie małpki takie siom. Nie boim się małpek. Jeśtem juź duzia. Dzielna jeśtem."

"A to zwierzątko Trusiu jest twoim przyjacielem- zjada mrówki, których ty nie lubisz."

Widziło też rozstawione wszędzie i czające się na niewinne ofiary plastikowe bujaki. Szczęśliwie Trusia bardzo nie chce, żeby je uruchamiać. "Nie wziuciaj mamuisu pieniąźka. Nie wziuciś? Pamiętaś?" Bardzo pamiętam.

"Kotek taki jeśt, uśki ma. A po cio nie lobi miau?"

Słonko pod opieką młodszego ze starszych braci biegało, wspinało się, głaskało kózki w mini-zoo.

Słonko wpatrywało się, chociaż czasem wydawało się troszkę zafrasowane tym "nie baniem się".

Załapało się na karmienie fok, a przy okazji na pokaz różnych foczych umiejętności. (Dla zainteresowanych- foki są karmione o 14.45. Warto się na nie załapać.)

A jak już się nabiegało, napatrzyła i naniebało, to poczuło się Słonko troszkę tym nadmiarem wrażeń zmęczone.

A dnia drugiego Słonko podziwało ze swoimi rodzicami piękne miejsca w rodzinnym mieście rodziców. Zapraszam na spacer- ze szczególną dedykacją dla Mojego Brata ;)

"A to pani hrabina Trusiu." "Pani dlabina? A po cio dlabina?"

Słonko miało też troszkę czasu na rozrywki:

Dmuchanie baniek mydlanych wciąż jest jedną z rozrywek preferowanych. A dmuchanie na trawie w babcinym ogródku...Czy może być coś fajniejszego.

Można też zaprzyjaźnić się z różami. Róże są fajne i ładnie pachną.

A na balkonie drugiej Babci znalazło Słonko poziomki. I wyskubało przy okazji trochę rozchodnika.

Podręczyło troszkę Brata- tu akurat Słonko robi z Brata pizzę.

A jak już tą pizzę zrobiło, to musiało jej spróbować.

Dało się pohuśtać w kocu. Wołało w trakcie "Tylko nie w kółećko!". Wolę nie wiedzieć, co to oznacza, bo ciarki mnie przechodzą. Ponoć nieodpowiedzialny Tatuś z równie nieodpowiedzialnym Bratem takie praktyki uprawiają.

Poukrywało się razem z Bratem i Kuzynem pod kocowym namiotem.

A na koniec przewrotnie się uśmiechnęło do swoich sympatyków. Albowiem wpis ten długi, choć malo treściwy musi wystarczyć na jakiś tydzień. No chyba, że jeszcze jutro Słonko zabłyśnie jakąś "złotą myślą", którą zdołam zapamiętać lub zapisać.

PS.
A na koniec jeszcze mały gratisik- Truśka myjąca uzębienie. Ale nie o fakt mycia tu chodzi, tylko o spódniczkę, w którą Trusia jest przyodziana- bo to taka sama, którą sobie Córka w secondhandzie wybrała i osobiście zakupiła. Nie jest tak źle z jej gustem ;) Ale już przy kupowaniu basenowych klapek było gorzej. Ja wyciągnęłam do przymierzenia sliczne niebieskie, ale Trusia zakrzyczała "Te lóziowe ciem kupić!" Ostatecznie poszłyśmy na kompromis i kupiłyśmy fioletowe. Cóż, widać w życiu każdej dziewczynki nadchodzi okres umiłowania różowego. i u nas się pewnie zaczyna :(

23:17, dsmiatek
Link Komentarze (4) »
środa, 10 czerwca 2009
Idąc za ciosem

napiszę jeszcze jedną notkę w tym tygodniu. I wrzucę kilka fotek, które mi zostały niezagospodarowane.

Wczoraj przechodziłyśmy z Trusią obok zaprzyjaźnionego ciucholandu, w którym się ostatnio jednak nie udzielamy, ale panią właścicielkę znamy i Truśka wita się z nią zawsze bardzo wylewnie. Tym razem Córka zatrzymała się przy dziecięcych ciuszkach wiszących na wieszaczkach przed sklepem. Wskazała na sukienusię i zapytała "Kupimy Tlusi?" "Nie kupimy, bo jest za mała. Rok temu była dobra." Niezrażona wyszukała dżinsową spódniczkę w paseczki, z naszytymi trzema serduszkami "Kupimy spódnićkę? Dobla jeśt? Mozie być?" "Nie, ta jest za duża." "Zia duzia? Zia lok będzie dobla?" Raczej jeszcze nie za rok, ale nie chciałam Dziecka "dobijać". Trusia była jednak zdecydowana cos kupić, wynalazła więc kolejną spódniczkę w paseczki, tym razem żółto-różowo-turkusowe. "A ta śpódnićka jeśt dobla na Tlusię? Kupimy?" Ciucholandowa pani rozpromieniła się- tak, ta spódniczka była dobra. A ponieważ także całkiem ładna, Truśka dumnie pomaszerowała z wieszaczkiem i pieniędzmi do wnętrza sklepu, a po chwili wyszła z niego dzierżąc w rączkach siateczkę ze swoim pierwszym samodzielnym ciuchowym zakupem. Czyżby moje geny się w niej uaktywniły?

Dziś po południu.
Truśka bawi się ze Starszą Siostrą, która "starszy" ją różnymi groźnymi zwierzętami, które czyhają, żeby Truśkę pożreć. Trusia się zaśmiewa i chce jeszcze. Chwilowo Starszej Siostrze zabrakło pomysłu, pyta więc Truśkę: "Jakie jeszcze znamy groźne zwierzę?" Trusia po chwili namysłu wykrzykuje "Wiewiólkę! Bo ziemby ma!" Dobra, może być i zębiasta niebezpieczna wiewiórka. Po wyczerpaniu wiewiórkowego wątku, Bogna pyta znowu "I jakie jeszcze znamy niebezpieczne zwierzęta?" "Lewy źnamy niebeźpiećne. Bo lobią łaaaa!"
Tygrysy okazały się w Trusiowym mniemaniu całkiem łagodne i przyjacielskie.

A teraz zdjęcia z zasobów- nie mają co prawda nic wspólnego z powyższą notką, ale co mają biedne sierotki siedzieć nieopublikowane.

Trusia ustrojona.

Truśka jest tak bardzo dumna ze swojego stroju kąpielowego, że ustaraja się w niego nie tylko na basen, ale też do wieczornej kąpieli. A po stołeczku samodzielna Trusia zupełnie sama włazi do wanny. Wyłazi też przy pomocy stołeczka, odpadło mi więc robienie za dźwig- przynajmniej ten kąpielowy ;)

Trusia i jej przyjaciel winniczek. Miłość do ślimaków przetrwała od jesieni. Córka tropi je po każdym deszczu, przemawia do nich czule i przenosi z chodnika na trawkę. A tu na cmentarzu buduje ślimakowi szałas z trawy.

A na koniec moja balkonowa Ogrodniczka- zapał do podlewania zagraża egzystencji moich kwiatków. Część nawet przeniosła się już do kwiatkowego nieba. Ale jak jej zabronić podlewania, skoro tyle ma z niego radości.

22:31, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
wtorek, 09 czerwca 2009
Zakończenie roku akademickiego

Dziś Truśka zakończyła kolejny rok akademicki w Akademii Kreatywnych. Ostatnie zajęcia wypadało upamiętnić, co też uczyniłam i z Wami się dzielę:

Temate, "przewodnim" dzisiejszych zajęc była koparka- na zdjęciu powyżej Truśka z zapałem koloruje swoją. A na dwóch wczesniejszych zdjęciach wspaniała kopara stworzona wspólnymi siłami rodzicielsko-dziecięcymi z pudełek przytarganych przez ciocię Anię. Widać, jak świetnie dziala?;)

Wielka niebieska piła- przedmiot pożądania każdego małego "studenta" Akademii.

"Spadochron"- źródło Truśkowej wielkiej uciechy- zadowolenie na Trusiowym pysiu widać z daleka

Bańki mydlane- obowiązkowy punkt zajęć. Bez baniek chyba by się nie liczyło...

I Truśkowy certyfikat :)

A, jeszcze było krojenie drewnianych jedzonek na "sałatkę"- dla mnie Truśka zrobiła z dodatkiem muchomorków i potem starała się mnie zmusić do spróbowania. Czyżby się jej "stara" mamusia znudziła?

A po uroczystości rozdania certyfikatów koniecznie trzeba było zaprosić absolwentkę na lody. Na zadane pytanie- "Jakie chcesz lody Trusiu?" padła natychmiastowa odpowiedź "Niebieskie ciem, zie śmelfów. Śmelfy to małe klaśniludki takie siom. Ciem lody ź klaśnoludków." A fuj, kanibal mi pod bokiem wyrósł!

Lot ku wakacjom- Trusia w pogoni za swoim cieniem

A propos "lotów" - Truśka trochę rozrabia siedząc na kuchennym blacie w trakcie gdy ja usiłuję stworzyć obiad na jutro. Ostrzegam ją więc "Uważaj Truszon, bo zaraz stąd odlecisz." "A gdzie mam śksidła?" pyta rezolutne Dziecko.

A o wakacjach- Spędziłam dziś chwilę w Empiku, między innymi w dziale przewodnikowym. Rozmarzyłam się, przegladając te o Włoszech. Jeszcze tylko dwa miesiące i będziemy sobie siedzieć nad Jeziorem Trasimeno, włóczyć się po sennych umbryjskich miasteczkach i ładować akumulatorki w moim ukochanym miejscu na ziemi :)
A za dwa tygodnie tydzień na Podhalu- Kasiu, zarezerwowaliśmy sobie noclegi u pani Akiko.
A za tydzień i troszkę Ciech odlatuje do NY- oboje z Pawłem mu tego zazdrościmy. Ale i na nas przyjdzie znowu kolej. A zaraz po powrocie Ciech (znowu on!) podąży szkolić angielski w  Londynie- i tego to ja mu też zazdroszczę. Ale pojadę sobie kiedyś ze Starszą Córką na potrójnie czekoladowe muffinki i i drożdżówki z wiśniami na Charing Cross. Może jesienią...
Jakoś trudno mi uwierzyć, że to już prawie wakacje- przecież dopiero co zaczynaliśmy rok szkolny, Sylwester był zaledwie wczoraj... Kiedy to zleciało?

22:42, dsmiatek
Link Komentarze (7) »
niedziela, 07 czerwca 2009
Niemoc nie przełamana :(

Zupełnie weny mi brak, stąd wpisów niewiele i bardziej zdjęciowe. Nie żeby się nic nie działo, nie żeby Trusiek zamilkł nagle i niczego fajnego nie mówił. Po prostu praca mnie zabija. Żyję jednak nadzieją na rychłe tygodniowe wakacje- a to już za trzy tygodnie.

Plany na dziś zakładały, po cotygodniowej wizycie u Ciszka i Misi, wyprawę na Rynek i do Ancory- na opisany przez Ullę czekoladowy suflet z pleśniowym serem i krem brulee z rozmarynem. Ale po drodze na wspomniane pyszności napotkaliśmy "pana na ścidłach", czyli pana na szczudłach, który zaprosił nas do Moliera na teatrzyk. No to poszliśmy. Trusiek początkowo przekonany nie był, ale jak się zaczęło, to objawił się u niej prawdziwie aktorski talent. Albowiem przedstawienie zakladało czynny udział dzieci. Nasze Dziecko nie miało żadnych oporów przed wdrapaniem się na scenę, klaskaniu, tańczeniu, tupaniu, śpiewaniu itp. A na koniec Trusia dostała dyplom uczestnictwa w warsztatach teatralnych, który dumnie zaprezentowala starszemu rodzeństwu.

Cóż, rozkosze podniebienia zastąpiliśmy strawą "duchową". Suflet i krem brulee zostały odłożone na inną okazję. Po powrocie do domu Trusia dzielnie pomagała w utworzeniu obiadu:

Jak widać na załączonych obrazkach znowu była to tradycyjna pizza.

Truśka potrafi ostatnio być zupełnie skrajna- czasem męcząca, jękliwa, marudna, niecierpliwa. Dziś rano za to, o ósmej, więc o porze całkiem przyzwoitej, obudziły mnie całuski w oczy, czoło i policzki. Po południu, kiedy ścięłam się ze Starszą Córką i było mi na tyle przykro, że się troszkę popłakałam (tak bywa w kontaktach z dorosłymi dziećmi) przyszedł mały Skrzat, popatrzył i powiada "Nie płać mamusiu. Po cio płacieś? Wycij oćka, uśmiechnij się. Bądź ziadowolona.". Późniejszym popołudniem, kiedy na chwilkę położyłam się na kanapie w dużym pokoju Skrzacik usadowił się koło mnie, wtulił we mnie, wpasował jak łyżeczka do łyżeczki i zamruczał "Tlusia będzie śpała ź mamusią kochaną"- a w błękitnych ślepkach zobaczyłam całe morze miłości :) W kąpieli, kiedy wyszłam na chwilkę z łazienki: "Gdzie mamusia moja kochana jeśt? Gdzie uciekła moja mamusia od Tlusi ź łazienki? Gdzie się źgubiła? Wlaciaj mamusiu moja do Tlusi, Ja ciekam na ciebie."
I jeszcze wieczorem przed zaśnięciem: "Ciźby to była kaśka z zilafą nowa?"- gdzie ona tą żyrafę na opakowaniu wypatrzyła? Muszę sprawdzić.

Jutro znowu dyżur- może lepszy niż ten piątkowy. Kolejny w Boże Ciało. Za to po czwartkowym dyżurze jedziemy do babci na całe trzy dni i może uda nam się odwiedzić żyrafy i goryle w tamtejszym zoologu w sobotę- oby pogoda była ładna. Bo już mam dość tej nieprzewidywalnej aktualnej aury.

22:17, dsmiatek
Link Komentarze (5) »
czwartek, 04 czerwca 2009
Żeby przełamać czwartkową niemoc

wstawię zdjęcia trzy:

Miałam jeszcze napisać o mobbingu, jaki Trusia Truśka na mnie praktykuje. Ale nie napiszę, bo dzisiejszego wieczora swoją słodkością sprawiła, że zupełnie o nim zapomniałam. Potrafi spryciara tak się przymilić, tak się uśmiechnąć, tak się uprzytulnić, umięknić, upuszyścić, że człowiek rozpływa się w zachwytach, serce mu mięknie, a wszystkie przykrości zostają wymazane z pamięci. Skąd to się w niej bierze?
Więc już nie pamiętam jęków i zawodzenia, szarpania za bluzkę, zapuszczania zlośliwego łap za dekolt, zapominam o "sioćku do butelećki". Odkreślam mowlaczy mobbing grubą kreska i zaczynam na czystej kartce zapisywać od nowa moje zachwycenia i matczyne wzruszenia.
Bo czyż te stópeczki nie są zachwycające :)

A dwadzieścia lat temu, z miesięczną Bunią, poszliśmy na pierwsze w naszym życiu wybory. Pierwsze i od razu takie historyczne. Szkoda, że nie mamy żadnej dokumentacji zdjęciowej z tego dnia :(
A mała Bunieczka zdążyła jeszcze dostać kartkę na mięso, na jakieś pół kilo chyba- kartki tej nie zdołaliśmy zrealizować, albowiem zaraz zostały one zniesione. P. przechowywał tą historyczną kartkę, ale zagięła niestety w czasie rozlicznych przeprowadzek. Może kiedyś wychynie ...

21:40, dsmiatek
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2
Archiwum