RSS
piątek, 25 czerwca 2010
Żegnamy się

Na co najmniej dwa i pół tygodnia, a może nawet na trzy mówimy wam pa pa. Wyjazd dziś późnym wieczorem. Jak na razie usiłuję ogarnąć pakowanie i całokształt, Pasia nam dziś zastrajkowala i sama wyjechała na wakacje, wiedząc, że od dziś mam urlop. P. pojechał jednak do pracy, Bunia zdaje o 16-tej ostatni egzamin, a chłopaki pomaszerowały zakończyć oficjalnie rok szkolny.
Trusia z mega katarem- skutki biegania na bosaka, kiedy dookoła zimnica i wilgotność. Przestałam już wierzyć, że u nas w tym roku będzie lato. Co gorsza muszę się sama mocno przekonywać, że 2300km stąd świeci słońce i jest ciepło. Na razie powstrzymuję odruch pakowania swetrów, bluz i długich spodni. A co, jeśli w Hiszpanii też jesień zamiast lata?

A sio pesymistyczne myśli! Będzie lato, będzie wreszcie słońce i ciepło. Truśce katar nie rozwinie się w nic poważniejszego, cały bagaż zmieści siię do samochodu, dojedziemy szczęśliwie i bezpiecznie i tak samo wrócimy do domu w niedzielę 11 lipca.

To czekajcie naszego powrotu. Do zobaczenia.

Skąd się wziął Truśkowy katar:

Własnoręcznie stworzona kanapka:

No to w drogę ;)

Nie zapomnijcie o nas!

10:24, dsmiatek
Link Komentarze (13) »
wtorek, 22 czerwca 2010
I to już koniec

Zakończyliśmy dzisiaj rok akademicki 2009/2010 w Akademii Aktywnych i Kreatywnych. To już nasze trzecie zakończenie roku na Akademii i, przynajmniej na tym rodzaju zajęć, ostatnie. Po wakacjach być może wrócimy na zajęcia dla starszaków, które Ania już planuje.

Bardzo wiernie uczęszczaliśmy na spotkania w AAK, od samego początku jej działalności na naszym osiedlu (bo może wcześniej istniała gdzie indziej...). Trusia wystartowała jako jedenastomiesięczniak. Pamiętam walentynkowe zajęcia a.d.2008, kiedy to, zupełnie przypadkiem, większość dzieci była wystrojona na czerwonow i różowo. A moja Córcia kończyła wtedy pierwszy swój roczek.

Kochana Aniu, wielkie dzięki- za wspaniały pomysł wspólnej zabawy rodzica z dzieckiem, za razem spędzony czas, za twoją niespożytą energię i entuzjazm. Pięknych wakacji ci życzymy, dużo słońca. I do zobaczenia we wrześniu:)

A na koniec proszę wszystkich o piękny uśmiech- Trusia zrobi wam zdjęcie:

PS
Dzisiejsza fryzura Trusia została wykonana na jej specjalne zamówienie i nosi nazwę "nastloszony jeż". Pomysł został zaczerpnięty z książeczki o Zosi.
I co, opłaca się nie chodzić do fryzjera i chodować kędziorki ;)

23:13, dsmiatek
Link Komentarze (1) »
niedziela, 20 czerwca 2010
Złota myśl na zakończenie niedzieli

"Kiedy ma się trzy lata i cztely miesiące, zawsze się jest plawdziwą księżniczką."

Oświadczyła układająca się do snu Trusia.

Odwiedziliśmy dziś Muzeum Przyrodnicze- trauma wiszących zwierzęcych głów jest w Trusi tak wielka, że już przed bramą wdrapała mi się na ręce, zacisnęła szczelnie powieczki i otworzyła je dopiero w sali z akwariami.
"Może niedługo już odwieszą te głowy bawoła i wtedy znowu pójdę do muzeum. A po co właściwie ludzie wieszają na ścianie głowy dzika albo bawoła, albo skóly niedźwiedzia? Nie mogli zjeść tych głów?"

Z muzeum wróciła Trusia bogatsza nie tylko w wrażenia, ale też ze słoniem na policzku, balonowym kwiatkiem w garści i drewnianymi puzzlami z włochatym nosorożcem, które natychmiast po powrocie ułożyła pod czujnym okiem Starszego Brata- domowego specjalistę od ukladania puzzli.

Po południu wystroiła się jak "plawdziwa księżniczka" i pomaszerowala z nami na wybory- myląc je ze spowiedzią zresztą- "No idźmy już wleszcie do tego spowiedzia." Prawdziwe księżniczki, jak wiadomo, nie wychodzą z domu bez biżuterii i spryskania się perfumami. A że na nogach mają do tego kalosze... No cóż, jeśli cały dzień pada...


Po wypełnieniu obywatelskiego obowiązku przebiegała przez kałuże, rozchlapując wodę i błoto dookoła. Wróciła z mokrymi spodniami i majtkami, wodą chlupoczącą w kaloszach- stan zupełnie obcy "plawdziwym księżniczkom". Ale cóż, nawet arystokratom należy się chwila zapomnienia.

Przed snem prawdziwe księżniczki pożywiają się mleczną pianką- koniecznie w taki sposób, żeby zrobić sobie wokół dzioba jak najwięsze mleczne wąsiska.

Jeszcze refleksje przytulankowe- od jakiegoś czasu Truśka przed zaśnięciem kombinuje, przegląda rozliczne pluszaki (jak każde pewnie dziecko posiada ich stanowczo zbyt wiele, mnożą się nie wiadomo kiedy, ja sama z trudem powstrzymalam się dziś przed nabyciem w muzealnym sklepiku pluszowego ślimaka lub ośmiornicy- takie były słodkie, a przy okazji jakże nietypowe jak na pluszakowy asortyment). W końcu zasypia ściskając w łapce jedną lub dwie misiowe szlafmycki.

22:09, dsmiatek
Link Komentarze (5) »
sobota, 19 czerwca 2010
Fikołki na drabince

Trzymałam na czarną godzinę, jak głowę ogarnie mi totalna pustka. Czarna godzina nadeszła, czas zatem sięgnąć do zdjęć Truśiowych wyczynów na drabinkach.

Dzisiejszego popołudnia Trusia zrealizowała swoje pragnienie sprzed dwóch tygodni i wpakowana została do wnętrza dmuchanej przezroczystej kuli- kula nie toczyla się co prawda po wodzie, lecz po trawniku w Ogrodzie Doświadczeń, dokąd trafiłam z obiema Córkami, zrezygnowawsze z jazdy na Błonia na koncert Arki Noego. Obie Córki zostały wpakowane do środka takowej kuli ("impreza" zowie się ponoć zorbing) i miały z tego wielką frajdę. Zdjęć z wydarzenia niestety brak:(

Dziś mam taki nastrój, że miałabym ochotę napisać, że to już koniec, żegnamy się, może do końca naszego urlopu, a może całkiem. Nie napiszę, bo mam nadzieję, że to tylko dziś, że jutro Trusia zrobi lub powie coś takie, że koniecznie będę się musiała tym z wami podzielić. Że zrobię jeszcze parę zdjęć na ostatnich zajęciach Akademii- z którą, przynajmniej z tą formą zajęć, żegnamy się w najbliższy wtorek. Że jeszcze poskarżę się, na powoli opanowującą mnie Reisefieber- panikowanie, że się  nie zmieścimy, że podróż tak daleka nas przerośnie, że zapomnę czegoś ważnego, że na miejscu coś okaże się nie tak, że nie dam rady wyprodukować prowiantu na dwa dni etc, etc, etc już się zaczęło. Zatem- pięknie proszę o wsparcie- za to obiecuję osobny blog z naszymi hiszpańskimi wrażeniami.

PS
A Krakowski Rynek i okolica najfajniejsze są rano- mogłam się otym naocznie przekonać w ostatnich dnaich, kiedy to rankiem podążałam na wykłady X Zjazdu PTU. Pusto, cicho, jak się zadrze głowę, to nawet fasady części kamienic (te nieprzykryte banerami) podziwiać można nie narażając się na to, że zaraz wejdzie się komuś na plecy. Knajpy jeszcze zamknięte (poza McDonaldem of course, ten czynny nieustannie). Tak, zdecydowanie o wczesnej porze polecam zwiedzanie głównego placu w mieście. Jedyny minus, to fruwające śmieci- w dużej części z McDonalda właśnie.

22:29, dsmiatek
Link Komentarze (8) »
wtorek, 15 czerwca 2010
Pogawędki na "dwóch" kółkach

Trusia pedałuje, ja maszeruję bok i od czasu do czasu popycham lub przeciągam przez nierówności.
Uważaj Skarbie, bo tu jest nierówno.
"Uważam, ja już nadjechuję do tego nielówna."

"A dlaczego ja nie mam hulajnogi? Ja tak baldzo marzę o hulajnodze."
Bo Tatuś się nie zgodził na kupienie ci hulajnogi.
"To ja powiem temu tatowi, że to jest brzydko nie kupować dziecku hulajnogi."

"Mamusiu, a panowie to mają blódki włosate, a panie to mają bezwłosate. A wiesz, Wojtuś to ma nawet włosate paszki. Widziałaś?"

Truśka zostala dziś beze mnie na zajęciach AAK. Zupełnie bezproblemowo- nie byłam jej w tym czasie niezbędna. Cóż, dorośleje- :( ?. a może jednak :) ?

20:20, dsmiatek
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 14 czerwca 2010
Nowe zjawiska pogodowe i nowe słowa

Zachwyca mnie to, jak Truśka zwraca uwagę na usłyszane nowe słowa, jak stara się poznać ich znaczenie i jak powtarza wielokrotnie nowe słówko, żeby je zapamiętać.  Tak było niedawno ze słowem "zakałapućkać", ktorego użyłam w obecności Trusi rozmawiając z P. Stara się też poprawnie wymawiać wyrazy- ostatnio tak długo trenowała "jelenia" aż wychodził bezbłędnie, a nie "lejeń" czy podobne.

Dziś poznala nowe zjawisko pogodowe, czyli grad. Jakoś się wcześniej na burzę z gradem nie załapała, chyba też nie zwróciła uwagi na wyraz "grad". Dziś taka burza w ciągu dnia podobno się zdarzyła- nie wiem, albowiem przez dużą część dnia pracowałam w pomieszczeniu bez okien. Po powrocie do domu podeksytowana Trusia informuje mnie:
"Wiesz, była dziś burza i był taki śnieżny kuleczkowy GLAT."
Nie wiem, nie widziałam, bo pracowałam w pokoju, w którym nie ma okna.
"No tak, jak nie miałaś okna, to nie widziałaś GLATA."

"Mamusiu, a ty wiesz, co to jest biżutelia."
Wiem, a ty wiesz, co to takiego?
"Wiem. Biżutelia to takie wiesidełka na szyjkę, na przykład kolale mogą być."

Truśka szczęśliwie wciąż lubi truskawki. Wyciąga sobie z kobiałki dorodną, czerwoną, pracowicie i bardzo dokładnie pozbawią ją szypułki i wszelkich śladów po niej (nie może się ostać nawet mikroskopijny kawalek ogonka), a potem idzie do małej łazienki umyć truskawę. Właśnie odkryłam, że po umyciu dokładnie ją każdą wyciera- rzadko korzystam z małej łazienki, wolę dużą, dziś weszłam i zobaczyłam krwawe truskawkowe ślady na ręczniku. Trochę czasu mi zajęło skojarzenie faktów.

Za moimi plecami Ciech słucha Kaczmarskiego (słucha już tak od paru dni, nie wiem skąd ta fascynacja, bo to jakby nie Ciechowe klimaty), a mnie ogarnia fala wspomnień. Miałam tyle lat, co on teraz, gdy słuchałam "Naszej klasy"- inne czasy, nawet hasło "nasza klasa" kojarzy się dziś z czymś zupełnie innym. A jednak żal- "już nie chłopcy, lecz mężczyźni, już kobiety, nie dziewczyny, młodość szybko się zabliźni, nie ma w tym niczyjej winy"- kiedy to minęło... I czy faktycznie szybko się zabliźni?

A to tak, żeby nie skończyć zbyt smutno.

21:10, dsmiatek
Link Komentarze (1) »
niedziela, 13 czerwca 2010
Lista rzeczy do spakowania do Hiszpanii i inne teksty

Za dwa tygodnie pewnie już będziemy na miejscu. Truśka robi listę rzeczy do spakowania. Oto wyjątki z owej listy:
"Latalka- do lasu na polowanie będzie potrzebna
Lóżne ładninki do ładnienia
Maść cynkowa, żebym mogła smalować sobie pupę (?)
Piżamka z majtkami
Aniołki do przestawiania w hiszpańskim domku
Jeszcze oblazy
A komólka nam się przyda? No to jeszcze komólka też.
Pałeczka do glania tak specjalnie w piłkę (pałeczka do jedzenia sushi-przyp. mój)
Miednicę do plań."

Truśka była dziś na urodzinach- z Bunią i jej chłopakiem. Po powrocie opowiada:
"Budowaliśmy pułapkę na głowę. Pułapka składa się z dwóch ćwielćłapek. A ćwielćłapka to jest ćwielćłapka.
Był tolt i dmuchłam trzy świeczki. (Solenizant kończył lat dziesięć, świeczki były specjalnie dla Trusi.)"


"Mam dziś piękny kucyk na głowie, któly dynda."
Oto rzeczony kucyk dyndający i, przy okazji, fragment Trusiowego nowego  łóżeczka:

Truśka do odnalezionej w koszu z zabawkami książeczki:
"A więc się odnalazłaś gadzino. O, jeszcze odnalazlam sklapety (Ze zdziwieniem odkryłam, że są to MOJE skarpetki.) O, pasują na mnie, da się je włożyć. Wiesz co, może to być twoja skalpetka, ale w mojej szafce. Możesz je nawet sobie czasem włożyć i poszympansić szympansem (???- szympanosowanie wzięło się stąd, że kolejną rzeczą wydobytą z kosza był mały plastikowy szympansik). Twoje skalpety znalazłam i one służą telaz mi."

Wieczorem czytamy wierszyki z owej odnalezionej szczęśliwie książeczki  pt."Polscy poeci dzieciom". Dochodzimy do lokomotywy:
..w dziewiątym- same tuczone świnie..
"Oj, a nie umalły te świnie?"
Dlaczego  miały umrzeć?
"Bo jak one są TŁUCZONE?"
A nie, one nie są tłuczone jak kotlety, tylko tuczone.
"UCZONE one są te świnie? Mądle takie?"
Niee, tuczone, czyli grubiutkie.
"A to ja też jestem glubiutka tloszkę, to ja też jestem tuczona."
Ty to jesteś taka słodka, że chyba cię zjem.
"Nie możesz mnie zjeść. Ty sobie lepiej ulodź dzidziusia swojego małego i jego sobie zjedz."

A ja cię jednak chyba zjem, moja słodka "tuczona" Trusiu ;-)

20:13, dsmiatek
Link Komentarze (6) »
piątek, 11 czerwca 2010
Wieści z tropików

Upał taki, że mózg mi się ściął i zapomina wszystkie fajniejsze Truśkowe wypowiedzi. A Trusi, mimo gorąca, rozumek się nie zważył i kombinuje. Udało mi się jednak zapisać parę co złotszych myśli, to się nimi z wami podzielę.

Wczoraj wieczorem na placu zabaw ja marzę już o powrocie do domu, chłodnym prysznicu i szklance czegoś zimnego do picia. Trusia wciąż pełna energii (skąd ona ją bierze?) negocjuje, a potem wymusza kolejne minuty. W końcu zaczynam się niecierpliwić i odmawiam wieszania "jabłuszka" na drabince i łapania go w locie ku glebie. Truśka zawiedziona:
"Byłaś fajna, a telaz jesteś złośliwa. No tludno, może jak ci pomogę w domu myć podłogę (uwielbia to robić), to znów się zafajnisz."

Po powrocie zalegamy obie na kanapie z książką, w pozach dalekich od eleganckich. Truśka patrzy krytycznie na swój sterczący brzuszek:
"Ale ja to chyba mam mało gluby brzuszek?"- pyta zaniepokojona.
No nie tak bardzo gruby, nie martw się.
Łypie okiem na mnie:
"A ty to chyba masz brzuszek dużo gluby."
Ooo, wypraszam sobie, wcale nie mam grubego brzuszka. Chodzę na ćwiczenia i mam piękny, prawie płaski brzuch. A jak będziesz tak mnie szkalować, to się przestaniemy kolegować.
"Kolegować? Co ty mówisz. My się nie możemy kolegować, bo jesteśmy dziwczynkami, a dziewczynki się nie kolegują. Dziewczynki się paniują albo dziewczynkują. To się możemy dziewczynkować."

Maszerujemy dziś na zakupy. Truśka niezaczysta, bo w pewnym momencie wpadła na genialny pomysł pomalowania się pisakami. Potem usiłowała to zmyć, ale niecalkiem się udało.
"NIe maltw się, jak się będę kąpać, to się zmyją te pisaczki. Wszystko sobie pięknie umyję. Nawt biodelka sobie wyszoluję, bo czyste biodelka są baldzo ważne."
Po chwili zastanowienie:
"A właściwie to gdzie są te biodelka?"

Wracajamy z zakupów, Trusia nudzi o wizytę na placu zabaw, mój entuzjazm dla tego pomysłu jest nawet nie zerowy, plasuje się wyraźnie w skali minusowej.
Już nie idziemy na plac zabaw, patrz, słoneczko już zachodzi.
"O, to będą lóżowe chmulki dla mnie? A gdzie one są te chmulki?"
Jeszcze ich nie ma, jeszcze słonko jest za wysoko. Pokażą się, jak słonko trochę niżej zejdzie.
"Niżej? A to ono w ziemi śpi to słonko?"
Nie, chowa się za horyzont i idzie poświecić Zenusiowi (Trusiowy kuzyn w NY).
"Tak, poświeci Zenusiowi żeby mógł pójść na spacelek i nawet na plac zabaw, a ja będę sobie spała. Ale nie maltwię się, że ono idzie do Zenusia, bo wiem, że włoci. Jak się obudzę, to znów będzie."
W kąpieli z pianką przypomina sobie naszą rozmowę o słońcu.
"Wiesz mamusiu, ja sobie oglądam to słoneczko u Zenusia w bańce pianowej kąpielowej. Bo to są takie zaczalowane bańki i one pokazują słoneczko zawsze."

Usłyszała Truśka słowo geny i koniecznie chciała wiedzieć, co ono znaczy. Jakoś starałam się jej ten niełatwy, nawet dla niektórych dużych ludzi, wytłumaczyć. Oto, co zapamiętała:
"Geny to taka książka jakby jest, co siedzi w moim brzuszku i wszędzie we mnie siedzi, Bo ja jestem jak puzzle albo klocki, z takich klocuszków albo pucelków jestem zbudowana (pojawił się przy okazji genów drugi nieznany termin, czyli komórka). I w tej książce, co jest w kształcie splężynki jest napisane, jakie mam włoski i oczka. I nawet, że mam loczki też jest napisane. A moje loczki też są jak te geny chyba." (Pojawiło się bowiem kolejne nowe słowo, czyli spiralka i trzeba było dziecku opowiedzieć, jak ta spiralka wygląda- Paweł był za makaronem-świderkiem, ja wymyśliłam Trusiowe loczki, które na spoconej głowinie zupełnie małe spiralki przypominają. Nawet na grzywce ostatnio się kręcą.)

22:57, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
środa, 09 czerwca 2010
Truśka cyklistka

Ten tytuł powinien być w zasadzie ilustrowany odpowiednimi fotkami, ale fotki Trusi na własnym rowerze jeszcze nie zaistniały. Powód? Osobą towarzyszącą Trusi w jej rowerowych eskapadkach jestem zwykle ja sama, z torbiszonem na ramieniu gonię za pedałująca Córką, asekuruję, jak potrzeba, zawaracam z trwanika na chodnik, popycham nierzadko. Truska szczęśliwa jedzie i peroruje bez przerwy, ja zadyszana zleczka w duchu klnę pomysł zakupu własnych dwóch/czterech kółek dla Najmłodszej. A było tak dobrze, jeździłyśmy sobie razem na moim rowerze- szybciutko, bezwypadkowo, pełen luzik.

Trusi wydaje się oczywiście, że jeżdzi świetnie i bardzo szybko. Od czasu do czasu traci jednak panowanie nad rowerem, a ja nie zdążam w porę jej ucapić i Truś ląduje na ziemi przygnieciony rowerem. Już się nauczyła nie zalewać natychmiast łzami, a w domu z dumą prezentuje rany zdobyte w walce-drobne siniaczki i otarcia.
Ostatnio wpadła na pomysł jedzenia w czasie jazdy, a ponieważ rąk jej zabrakło, to zsiadła z rumaka i usiłowała go prowadzić (nawet się jej wydawało, że robi to samodzielnie). W pewnym momencie boczne kółeczko dogoniło zapóźnioną nóżkę i wjechało na piętę.
Trusia natychmiast mnie uspokoiła:
"Nie maltw się, ciągle żyję jeszcze, nic mi sie nie stało."
No pewnie, że żyjesz, bardzo się z tego cieszę. I jeszcze długo będziesz sobie żyła.
Truśka poważnym tonem:
"No ale wiesz, kiedys umalnę. Wszyscy przecież umalniemy. Ale pielwszy umalnie Tatuś, bo jest najstalszy."
Nie, ja sobie wypraszam. Nie zgadzam się na to. Ja mam inne plany!
"No dobrze, to powiemy Tatusiowi, żeby się nie wygłupiał z tym umalciem."

Tak, powiemy, żeby się nie wygłupiał!

19:33, dsmiatek
Link Komentarze (5) »
wtorek, 08 czerwca 2010
Sobotnie rozrywki Trusi i jej Tatusia

Podczas gdy Mamusia spędzała czas w nieprzyjaznym szpitalu na dyżurze, Tatuś z Trusią podziwiali smoki, które w sobotę wyległy tłumnie na Rynek (wraz z tłumem oglądających i towarzyszących).

Trusia twierdziła, że nie bała się smków nic a nic. Nawet swój tekturowy mieczyk własnej roboty i takąż samą tarczę zostawiła w domu- chociaż wcześniej się odgrażała, że ze smokiem tymże mieczykiem walczyć będzie. No ale co innego jeden smok, a co innego cala ich parada.

Jak się już pościskali w tłumie i napatrzyli na smoki, udali się do Galerii Krakowskiej, gdzie oddali się miłej Trusi rozrywce, a mianowicie budowaniu z klocków lego. Budowali wóz strażacki.

Tatusiowi udało się nawet utworzyć na Trusiowej głowie dwa cudnej urody kucyczki. Bo na wszelkie moje propozycje stworzenia fryzury innej niż nieład Trusia reaguje propozycją udania się do fryzjera. Coraz częściej o tym fryzjerze wspomina, a na me gwałtowne protesty uspokaja:
"Ja tylko tloszeczkę włoski podetnę. Ociupineczkę. Nie maltw się, loczki twoje ulubione zostaną."
Ale ja tam się nabrać nie dam. Nie po to trzy latka z okładem loczki hodowalam, żeby je teraz jakiś nawiedzony fryzjer obcinał. Takie loczki to skarb i dalej je hodować zamierzam. Nawet za cenę nieładu na Córczynej głowie!

A od niewpadania włosków do oczy i buzi są właśnie gumeczki i spineczki w wielkim wyborze. I tego będę się niewzruszenie trzymac!

Jednego jeszcze, zagubionego potwora spotkałyśmy następnego dnia na bulwarach pod Wawelem. Ten nie wzbudził Trusinego entuzjazmu- wydało jej się, że ryczy starszliwie. Ale to nie ryczał błękitny jednorożec, to produkujący się na scenie zespół wydawał te ogłuszające dźwięki.  A Trusia hałasu nie lubi.

Ewakuowala się więc z hałaśliwego miejsca czym prędzej. Zastygła dopiero przed.... hmmm- smoczymi jajami?

Baaardzo chciala się też załapać do wnętrza takiego mega-bąbla. Niestety wygrali okrutni rodzice, nie znoszący stania w kolejkach, do tego w upale i hałasie.
Biedna Trusia, trzeba było lepiej rodziców wybrać ;)

22:37, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2
Archiwum