RSS
środa, 26 czerwca 2013
Pourlopowy kociokwik

Podczas gdy ja nie wyrabiam na zakrętach i nie wiem, w co ręce włożyć w nadrabianiu zaległości (przede wszystkim zawodowych, domowe muszą jeszcze poczekać), mylą mi się dni i tracę rachubę czasu (właśnie odrabiam drugi dyżur, przede mną jeszcze jeden w tym miesiącu), Truśka imprezuje. Rychłe zakończenie przedszkolnej edukacji i rozstanie z częścią koleżeństwa zaowocowało wybuchem przyjęć urodzinowych. Na razie wciąż jesteśmy jedynymi odważnymi rodzicami, którzy zaprosili dzieciaki do własnego domu, wszyscy pozostali urządzają urodziny swoich pociech poza strefą mieszkalną. Trusia zaliczyła już urodziny koleżanki w poniedziałek, kolegi dziś, w piątek kolejna balanga. Do mojego niewyrabiania na zakrętach dołączyła zatem konieczność zakupu prezentów dla solenizantów pomiędzy kolejnymi wirażami. Hamulce piszczą, maszyneria ledwo dyszy, ale jeszcze daję radę.
Do przyszłej Trusiowej szkoły posłałam Ciecha, żeby zorientował się w sytuacji. Wrócił z wiadomością, że za podręczniki do pierwszej klasy trzeba zapłacić dwie i pół stówki, chwilowo ich zabrakło, mają być jutro. Nie sądziłam, że edukacja już na samym początku tyle kosztuje! Chyba żyję w zaprzeszłych realiach- wydaje mi się niemożliwe, żebym za książki Starszaków płaciła aż tyle!
Uświadomiłam sobie, że powinnam się rozglądnąć już za tornistrem, piórnikiem i podobnymi szkolnymi gadżetami.
Ratunku, co ja zrobiłam! Trzeba było Truśkę zostawić jeszcze rok w przedszkolu i odwlec ten moment i te wydatki! Jak mój sTruś uniesie tornister pełen podręczników za 250PLN!
Nie mam pojęcia, kiedy uda mi się przelać w słowa i obrazy wspomnienia z Francji- mam nadzieję, że zanim wywietrzeją z pamięci.

PS
Korekta- okazuje się, że stówkę Ciech już wydał na książki do angielskiego i religii- wg P. ciężkie, bo drukowane na papierze kredowym, pełne obrazków z disnejowskich bajek W angielskim, chociaż początkowo myślałam, że w religii. W religii podobno na początku jest o tożsamości narodowej (lekcja "jestem Polakiem"), przy temacie o modlitwie za zmarłych miejsce na rysunek- rodzinnego grobowca???, jest też obrazek pociągu- metafora jakaś?- pociąg do wiary? do wieczności?.

22:08, dsmiatek
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 24 czerwca 2013
Pourlopowe szczęście

O godzinie 12.20 zadzwoniła moja przyjaciółka. Po krótkiej relacji z naszych wakacji zapytała, czy jestem szczęśliwa. Spojrzałam na zegarek i stwierdziłam, że pewnie będę jeszcze około 40 minut. Miałam rację. Mój wakacyjny stan szczęśliwości ulotnił się po przekroczeniu progu Zakładu Diagnostyki Obrazowej. I nie jest to bynajmniej spowodowane tym, że nie lubię tego co robię.

Życzę wam, żeby wasze szczęście wakacyjne trwało jeszcze za progiem pracy/domu/okolicy, w której mieszkacie.

Do następnego razu.

23:07, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
niedziela, 23 czerwca 2013
No i wróciliśmy

Wciąż trochę nieprzytomni po nieprzespanej nocy próbujemy ogarnąć rzeczywistość i przygotować się na jutrzejszą przykrość powrotu do pracy. Przykrość tym większą, że współpracownicy urlop mają wciąż przed sobą, a my już tylko tydzień w sierpniu tradycyjnie na Słowacji. No ale to jest minus przedsezonowego wyjazdu. Bo poza tym są już same plusy- pusto na kempingu, mniejsza kolejka do Muzeum Dalego, luzy na wąskich uliczkach w prowansalskich miasteczkach, brak "korka" wokół Wąwozu Verdon i czas na podziwianie potęgi przyrody w ciszy i spokoju. No i niższe o połowę ceny na kempingach.

Czas na pourlopowe refleksje, pozbieranie wspomnień i poukładanie ich do odpowiednich szufladeczek pamięci.
Prowansja- w moich wcześniejszych wyobrażeniach fioletowe łany lawendy i sielskie miasteczka. W rzeczywistości nam w udziale przypadły dzikie góry, wstrzymujące serce głębokie przepaście, pionowe skały, rozległe płaskowyże, zielone rwące rzeki i małe biedne miasteczka, które wyglądają tak, jakby za chwilę miały się rozlecieć. Nie czuję się zawiedziona, zwłaszcza, że wiem, że jest i lawenda i sielskie miejscowości i wspaniały Pałac Papieski w Avignon, który mijaliśmy w drodze na drugi kemping. Będzie do czego wracać- koniecznie muszę bliżej poznać region Vaucluse i Luberon.

Roussillon przekonał nas, że zdecydowanie jesteśmy z P. ludźmi gór, a nie morza. Nie dla nas wylegiwanie się na plaży i typowe nadmorskie rozrywki. Ale skoro góry o rzut beretem, a w nich mój osobisty "konik", czyli romańskie opactwa, to bez żalu porzuciliśmy morze (zwłaszcza, że rozkołysane było tak bardzo, że nawet nasze chłopaczyska nie dały rady się popluskać) i pojechaliśmy zgłębić ten temat (rodzina stwierdziła, że urlop bez przynajmniej jednego opactwa nie były prawdziwym urlopem;-)). A przy okazji natrafiliśmy na wspaniałe iglice skalne, które wyglądały jakby były zrobione z mokrego piasku, usypanego przez olbrzymowego dzieciaka. Carcassonne zostało "zaliczone"- dzięki wczesnoletniej porze dało się spokojnie powłóczyć po wąskich uliczkach, przeszkadzał jedynie wściekły wicher.
A skoro Hiszpania była na wyciągniecie ręki, a nieodwiedzone przed trzema laty Figueres kusiło, to grzechem by było nie skorzystać z zaproszenia.
Na koniec nadmorskiego pobytu zaszaleliśmy i odwiedziliśmy zoo z safari parkiem w Sigean. Niedźwiedź zaglądający w okno samochodu, struś rozłożony na jezdni i wdzięcznie mrugający długaśnymi rzęsami, nosorożec czy rogaty bawół spoglądające na nas na poboczu drogi i baraszkujące tuż obok nas lwy- bezcenne.

Ostatni urlopowy dzień przygotował dla nas niespodziankę- zamiast Jeziora Bodeńskiego (chociaż było zaledwie 8 kilometrów od naszego kempingu ostatecznie go nie zobaczyliśmy) wspaniały Rheinfall- ogromny wodospad na ogromnej rzece. No i dodatkowy kraj odwiedzony, bo Rheinfall niespodziewanie okazał się być w Szwajcarii;-)

Moc wrażeń za nami jak widać. Truśka coraz bardziej zaprawiona w podróżach, sama już wybiera to, co chciałaby zobaczyć, bez większych protestów zgadza się na moje opactwa, byleby tylko zdążyć jeszcze na basen (a baseny były z ogrzewaną wodą i bajerami w postaci zjeżdżalni). Bawiła się dobrze, wróciła pełna dobrych wspomnień, teraz siedzi i rysuje portret Salwadora Dalego, który obiecała mi po zwiedzeniu Figueres. I chociaż wakacje się jej bardzo podobały, to już nie może się doczekać jutra i powrotu do przedszkola. Cóż, w tym wieku człowiek jeszcze lubi swoje codzienne obowiązki;-)

19:33, dsmiatek
Link Komentarze (5) »
środa, 19 czerwca 2013
Truśki obcowanie z surrealizmem

Zaskoczyła mnie. Zazwyczaj unikamy muzeów, żeby Dziecka nie nudzić. No ale są takie absolutnie konieczne i w tej okolicy niewątpliwie Museu-Teatre Dali do nich należy. Truśka była zachwycona, wpatrywała się w iluzjonistyczne obrazy próbując zobaczyć w nich obie treści, tłumaczyła mi to, co sama zrozumiała. Jej interpretacja dzieł Dalego była naprawdę świetna. A jaka była zaangażowana, jaka zainteresowana. Jestem z niej dumna. A przy okazji okazało się, że czytanie z nią SZTUKI  i DESIGNU zaprocentowało.

I tylko zdjęcia jakieś takie kiepskie mamy- P. chyba nie został fanem Dalego, a poza tym zepsuł nam się obiektyw :( Ciekawe, czy jest naprawialny. Poprzedni zepsuty musieliśmy spisać na straty.

A jeśli chodzi o pogodę, to podobno w Polsce upały, a tu pochmurno i do 24 stopni. I to pod samą Hiszpańską granicą! Ale ja tam nie narzekam, basen ma podgrzewaną wodę, a nadmiaru słońca nie lubię.

A w nagrodę za obcowanie ze sztuką mięsna uczta dla mięsożerców:

08:51, dsmiatek
Link Komentarze (1) »
wtorek, 18 czerwca 2013
Kilka tapas na przystawkę

My mieliśmy dzisiaj smażony ser, grzanki, sałatę i bakłażana w knajpce w Figueres, dla was parę zdjęć.

Z Kanionu Verdon:

 

Z tego, co po drodze:

Z płaskowyżu Valensole z polami lawendy:

I lawendy wszechobecnej:

Z miasteczek w Prowansji:

Z cysterskich klasztorów:

Z Carcassonne:

Z rozrywek kempingowych:

Ciąg dalszy nastąpi :-)

PS 1

Nietypowo po przystawkach deser- lawendowe lody. Musicie mi uwierzyć, że były fioletowe i smakowały lawendą. I były naprawdę przepyszne.

PS 2

Jedliśmy też różane i fiołkowe. Niebo i sama poezja w gębie :-)

18:37, dsmiatek
Link Komentarze (3) »
Na półmetku

Zawsze ogarnie mnie melancholia, gdy wakacje dobiegają do połowy. Za nami Prowansja, wokół nas niemalże Hiszpania, bo do granicy mniej niż 100km, a dziś czekają nas odwiedziny u Dalego w Figueres. Prowansja to moje kolejne zakochanie, następne miejsce na liście "odwiedzić koniecznie jeszcze  nie raz". Poznaliśmy zaledwie skraweczek, czyli Prowansalskie Alpy, zapierający dech przełom rzeki Verdon., małe miasteczka na wzgórzach, cysterskie klasztory romańskie. A tyle jeszcze zostało. Pola lawendy zawiodły- były zielone, lawenda jeszcze nie zakwitła. Ale potrafię sobie wyobrazić płaskowyż Valensole za miesiąc.

Wczoraj konfrontacja naszej ulubionej gry z rzeczywistością, czyli piękne Carcassone. Dzisiaj Dali. Jutro poszukamy kolejnych romańskich klasztorów w górach.

Do usłyszenia.

08:14, dsmiatek
Link Komentarze (3) »
sobota, 08 czerwca 2013
Ostatni przedszkolny występ

Mimo, że zżera nas już przedwyjazdowy stres i czas najwyższy zacząć się pakować, wrzucam jeszcze kilka zdjęć z wczorajszego przedszkolnego występu z okazji Dnia Rodziny. To już ostatnia taka impreza przedszkolna, więc łezka zakręciła się w oku. Przed Trusią co prawda jeszcze tydzień przedszkola w czerwcu i cały lipiec, ale oficjalnie zerówkowicze zostali już wczoraj pożegnani, dostali pamiątkowe książki, słoniki na szczęście i pamiątkowe zdjęcia.

A teraz, spełniwszy kronikarski obowiązek, wracam do domowego chaosu, czyli do pakowania i ogarniania całości w celu pozostawienia jej Pawłowi na najbliższe dwa tygodnie. Żegnam się z Wami, mam nadzieję, że jeszcze się spotkamy w blogowej przestrzeni. Zawsze przed długą podróżą opadają mnie obawy, czy cało dojedziemy na miejsce i wrócimy do domu, zwłaszcza, że znowu droga tam wypadnie nam w nocy, ale inaczej się nie da. Trzymajcie kciuki, myślcie o nas ciepło i wyglądajcie naszego powrotu.

11:27, dsmiatek
Link Komentarze (5) »
czwartek, 06 czerwca 2013
Japonki wersja robocza i inne fotki

Wersja robocza Trusi jako Japonki prezentuje się tak oto:

Zważywszy na matczyny marazm i brak pomysłów źle chyba nie jest.

A teraz inna wersja robocza- obrazek z cyklu "Jak nie wiesz w co ręce włożyć przed urlopem, to zafunduj sobie jeszcze malowanie", a Córkę Młodszą zasadź przy malowaniu precyzyjnym:

A na koniec- chociaż powinien być na początku i to dni temu sześć- Ciech:

W Dzień Dziecka skończył 18 lat. Sto lat Synu raz jeszcze. Obyś pozostał zawsze taki fajny jak jesteś- no ewentualnie możesz być jeszcze fajnieszy;-)

22:25, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
Przedletnia depresja

Sama nie wiem- czy to ta deszczowa pogoda jest winna, czy podświadomy stres przedurlopowy (wyjeżdżamy już w sobotę), czy więdnące hormony czy też przedletnia depresja (skoro może być zimowa, to przedletnia też), ale mam wrażenie, że nie ogarniam swojego życia, jestem przewrażliwona, rozdrażniona i wszędzie wietrzę nieszczęście. No bo czy normalna jest reakcja, gdy na słowa dziecka najmłodszego, że boli ją główka i jest jej niedobrze oraz że rączka ją boli (przy czym dziecko wygląda kwitnąco, ma apetyt i, w przeciwieństwie do Matki, energię oraz chęć do życia), dopada mnie atak paniki i pokusa natychmiastowego przetransportowania Latorośli do szpitala, w celu wykonania na cito tomografii głowy, usg brzucha oraz kompleksowych badań krwi?
Czy normalny jest spadek entuzjazmu wraz ze zbliżaniem się do własnego domu- z każdym schodkiem ubywa mi energii, a narasta irytacja, która osiąga kulminację z otwarciem drzwi wejściowych do mieszkania.
Czy normalne jest wzruszanie się do łez w trakcie oglądania (na dyżurze, więc szczęśliwie rzadko) Perfekcyjnej Pani Domu i przekładanie sytuacji tam przedstawionych na własne życie i własny porządek w domu i w głowie?
Nie wspomnę już o swoich schizach związanych z ekologią życia, żywienia, ubierania itp, bo o tym pisałam wielokrotnie. Ekologiczne i żywieniowe (zwłaszcza w kontekście Latorośli Najmłodszej) wyrzuty sumienia są nieodłącznymi towarzyszami mojej codzienności, a od czasu do czasu następuje ich spiętrzenie i dodatkowe pogłębienie depresji (aktualnie, jak to zostało ustalone, przedletniej).
No bo jak ja mam zrealizować zalecenia dotyczące zdrowego odżywiania, skąd mam wytrzasnąć zaprzyjaźnionego rolnika, któremu w dodatku będę mogła zaufać, że nie dosypuje niczego niewłaściwego, a jego pole nie sąsiaduje z zakładami chemicznymi ani autostradą. Wkurza mnie twierdzenie, że ekologia jest taka łatwa i przyjemna! 
Jak ja mam namówić dziecko na zdrowe odzywianie, skoro od lat próbuję i jak dotąd zonk! To wcale nie jest prawda, że dzieci chętnie jedzą to, co same przygotują, nie jest prawdą, że z pewnością zjedzą kanapeczkę o pięknym designie. W przypadku Trusi to jedna wielka bzdura!
Depresja kulinarna skutkuje atakiem furii na widok kolejnego opakowania Mamby, zakupionej Trusi przez Pasię oraz Dziecięcia ciamkającego ową Mambę z lubością, a chwilę później narzekającego na bolenie ząbka. Przed oczami stają mi puste kalorie usadawiające się w postaci tłuszczyku na Trusiowym brzuszku i bioderkach oraz bakterie atakujące ze zdwojoną energią Truśkowe uzębienie.
Wkurza mnie medialna dezinformacja- z niepokojem obserwuję przyrost ilości pieprzyków na Trusi (czerniak to moja prywatna nieustanna schiza uwarunkowana wykonywanym zawodem- najgorsze przerzuty, jakie w życiu widziałam, były właśnie wynikiem melanomy). A tu w jednej gazecie czytam, że przy jasnej karnacji tylko filtry 50, w innej, że 50 jedynie w przypadku alergii na słońce, albowiem całkowicie blokują promienie UV i nie pozwalają na synetezę witaminy D (a nie tylko niemowlaki jej potrzebują), zatem najwyżej 30.

Zatem wybaczcie brak wpisów. Może jutro powstanie ostatni przedwyjazdowy, bo jutro w Trusiowym przedszkolu występy z okazji Dnia Rodziny. Moja Córeczka, jak na niebieskooką blondyneczkę przystało, ma być przebrana za Japonkę. Na szczęście udało mi się zakupić w ciucholandzie różowy szlafroczek-kimono. Napotkałam co prawda piękne, japońskie, czarne w kwiaty kimona w TKMAXX, ale ich cena zdecydowanie zdyskwalifikowała je w kategorii zakupu li i jedynie jako przebrania. Będzie zatem Truśka różową Japonką-blondynką.

Do jutra zatem. Trzymajcie się. Może są w Polsce miejsca, gdzie nie pada i świeci słońce? Ja mam nadzieję, że tam, gdzie jedziemy (najpierw śladami Ciumków do Prowansji, potem do Langwedocji zobaczyć na własne oczy prawdziwe Carcassone), słońca nam nie zabraknie.

PS
I jak zwykle Targi Dziecięcej Książki wypadają na czas naszego pakowania i wyjazdu. Ale może to i lepiej- i tak zalega nam wciąż kilka nieprzeczytanych jeszcze pozycji, a wczoraj zakupiłam w Matrasie "Jak zakochałem Kaśkę Kwiatek" Beręsewicza i "Jeż Jerzy został tatą" Doroty Sumińskiej. Chociaż chętnie nawiedziłabym stoisko Zakamarków...

09:17, dsmiatek
Link Komentarze (4) »
sobota, 01 czerwca 2013
Niebezpieczne skutki kontuzji

Siedzę na dyżurze. Dzwonię przed chwilą do Trusi, żeby się dowiedzieć, jak minął jej dzień, spytać, jak było w teatrze. Tymczasem rozmowę zdominowały Trusiowe żale na potłuczoną pupę. Narzeka, że upadła i teraz wciąż ją boli. Zaniepokojona pyta:
"Mamusiu, czy można sobie złamać pupę?"
Pupy to nie, ale kość ogonową można sobie złamać. Ale nie martw się, nie wkłada się jej do gipsu.
"Uff, całe szczęście. Bo jakby się miało pupę w gipsie, to by nie można na nią przecież zakładać majtek!"
No tak, to byłby prawdziwy problem. Bo jak to tak chodzić bez majtek!

20:05, dsmiatek
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2
Archiwum