RSS
piątek, 30 czerwca 2017
Kopalnia złota w drodze powrotnej

Szybko minęły wolne dni- teoretycznie były aż cztery, praktycznie w Górach Stołowych spędziliśmy cale dwa i po kawałku z dwóch skrajnych. Mało, jak na taką mnogość atrakcji. Żeby dzień powrotu do domu nie był dniem smutnym, że to już koniec, zaplanowaliśmy odwiedzenie kopalni złota w Złotym Stoku.

Ktoś zgadnie, dlaczego, między innymi, wybraliśmy właśnie TĄ atrakcję?

Oto odpowiedź:

Sztolnia Gertrudy- jakże moglibyśmy jej nie odwiedzić! Co prawda Trusia uporczywie twierdzi, że ma na imię Zosia, ale co ona tam wie...

Kopalnia w Złotym Stoku to bardzo fajne miejsce. Dodatkowo trafiła nam się przewodniczka, która bardzo ciekawie i zabawnie opowiadała o tym, co oglądaliśmy, zatem licznie obecne dzieciaki wcale się nie nudziły.

W kopalni jest dodatkowo muzeum tablic "służbowych"- niektóre są niezwykle zabawne, chociaż chyba nie takie było założenie autorów.

Pod ziemią przebiega też granica państwa- Trusia już w Czechach, bez paszportu;-)

Z powrotem wyjeżdża się takim oto pomarańczowym tramwajem:

Zwiedzanie kopalni to nie jedyna atrakcja. Można też przepłynąć się łódką po zalanej sztolni (niestety, nie załapaliśmy się na bilety, lepiej jest je rezerwować z wyprzedzeniem).
Można szukać "diamentów":

albo płukać "złoto":

Można się napić kawy z drobinkami złota- próbowałam, ale złoto jest bezsmakowe.

Nieopodal jest park linowy oraz niesamowite, długie i wysokie tyrolki w nieczynnym kamieniołomie, jest też zrekonstruowana górnicza osada. Spokojnie da się tu spędzić cały dzionek i zleci on nie wiadomo kiedy. Niestety, my musieliśmy część atrakcji odpuścić, bo czekała nas przecież droga powrotna do Krakowa.

22:15, dsmiatek
Link Komentarze (1) »
wtorek, 27 czerwca 2017
Bładząc w skalnym labiryncie

Wydaje mi się, że kiedyś musiałam być na Szczelińcu (najwyższy szczyt w Górach Stołowych), ale zupełnie tego nie pamiętam. Chociaż nazwa nie jest mi obca. Natomiast Błędne Skały po raz pierwszy- nieświadomie- zobaczyłam w Opowieściach z Narni, zaś kolejny w jakiejś  Mężowskiej gazetce. Zobaczone wtedy zdjęcia natchnęły mnie do wyruszenia w Góry Stołowe i praktycznie od razu zasiadłam przy kompie i zarezerwowałam nam nocleg w Domku Skowronek w Szczytnej.

Obawiałam się, że pogoda uniemożliwi mi zo0baczenie tych miejsc, dla których przybyłam na Dolny Śląsk. Kolorowe Jeziorka z żalem odpuściłam, ale w stosunku do Błędnych Skał się zawzięłam. Zapakowaliśmy przeciwdeszczowe kurtki, założyliśmy bluzy (sobota była nie tylko deszczowa, ale też nie rozpieszczała temperaturą) i ruszyliśmy. Było warto!







Troszkę zmokliśmy, odrobinę zmarzliśmy, zgłodnieliśmy, byli tacy, co w błoto wpadli po uszy (to ci krótkołapni i długousi;-)), a niektórzy nawet pobłądzili- co prawda nie w Skalnym Labiryncie tylko schodząc szlakiem na parking. Ale było warto:-)
A w Kudowej były ciepłe kocyki i grzejniki w knajpie na werandzie ( w środku miejsc nie było) i niezły obiad.

 

 

21:01, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 26 czerwca 2017
O czerwcowej majówce zatem

Tak się jakoś złożyło w tym roku, czego obecnie żałuję niezmiernie, że nie zaplanowaliśmy pierwszego urlopu na czerwiec. Żal mój jest wielki, bo zamiast wylegiwać się gdzieś przed domkiem w miłym śródziemnomorskim kraju lub poznawać nowe miejsca, siedzę w pracy i hoduję stresowe wrzody (od czasu do czasu mój pracodawca funduje mi takie wątpliwe przyjemności, akurat nadszedł moment na kolejne przepychanki i pogróżki).

W ramach rekompensaty przynajmniej długi weekend w czerwcu postanowiliśmy spędzić daleko od Krakowa. Ponieważ to tylko cztery dni, zatem rozglądnęliśmy się po rodzimych atrakcjach. Wybór padł na Góry Stołowe i okolicę, gdyż- po pierwsze baaardzo dawno nas tam nie było, a strony są niejako rodzinne i kiedyś (w zamierzchłych czasach podstawówki bywało się w tamtych rejonach); po drugie- bardzo chciałam zobaczyć Błędne Skały i Kolorowe Jeziorka; po trzecie- znaleźliśmy miły domek, przyjazny dla psów i dzieci w Szczytnej, skąd do wszelakich atrakcji tamtego regionu blisko.

Spakowaliśmy zatem Herę i naszą trójkę, zaprosiliśmy do towarzystwa Bunię, Grześka i Łucję i wyruszyliśmy na południowy zachód (czy jakoś tak;-)).

We czwartek pełna sielanka- rozkoszowaliśmy się słońcem, wygodnymi fotelami przed domkiem, ptasim świergotem i widokiem na zalesione górki. A trzeba było uwierzyć prognozom i zamiast siedzieć, skubać leniwie truskawki, oddawać lekturze i się rozkoszować, należało zaufać prognozom i od razu wyruszyć w plener!

W piątek o poranku jeszcze się wydawało, że może uda nam się przez Skalny Labirynt przelecieć, ale nadzieje nasze szybko zostały rozwiane, albowiem fronty atmosferyczne z wichrem i deszczem dotarły w naszą okolicę i zmusiły nas do szukania rozrywek pod dachem. Zatem pojechaliśmy odwiedzić zamek Książ. Ufne z nas są istoty, zatem zawierzyliśmy się całkowicie Aucianej Wróżce (GPS), zatem po drodze poznaliśmy piękną bazylikę w Wambierzycach (z zewnątrz), Walimskie sztolnie (takoż z zewnątrz), Podziemne Miasto Osówka (jw), mogliśmy podziwiać krajobrazy Gór Sowich, wspinać się na górskie przełęcze, a nawet, wciąż wierząc naiwnie podstępnemu GPS-owi, jadąc pod prąd dróżką jednokierunkową (zorientowaliśmy się tak jakoś w 2/3) dotarliśmy do pięknego ośrodka Fregata  w Zagórzu Śląskim nad sztucznym jeziorem- bardzo urokliwe miejsce, brałam je pod uwagę szukając noclegów.*

Chociaż po drodze pogoda jakby się poprawiła, to jak tylko wjechaliśmy na parking pod zamkiem dogoniła nas nawałnica, kurc-galopkiem popędziliśmy zatem do tego, co było bliżej, czyli do zabytkowej stadniny koni.

Powdychaliśmy zapach końskiego nawozu, popieściliśmy konie, posililiśmy się w tamtejszej gospodzie nad podziw dobrym obiadem i wreszcie ruszyliśmy na podbój zamku. Niech was nie zwiodą te pełne słońca zdjęcia- zanim dotarliśmy na zamkowy podwórzec dopadła nas kolejna wichura i ulewa.

Trusia załapała się na dodatkową wystawę kostiumów filmowych.

Zamek Książ jest wielki, zatem bezpieczni pod dachem przetrwaliśmy przejście pogodowego frontu, a jak z powrotem znaleźliśmy się na zewnątrz, to pogoda jakby się uspokoiła.

Niestety, zabrakło już czasu na powłóczenie się po parku i zabytkową Palmiarnię. Ale i tak czas nie był zmarnowany.

Zaś w Błędne Skały postanowiliśmy wybrać się nazajutrz.

* Podróże (czasem także dzięki kapryśnemu GPS-owi) kształcą- wiemy, gdzie wybierzemy się za następnym pobytem na Dolnym Śląsku- bo że kolejny raz nastąpi, tego jestem, pewna:-)

17:34, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
niedziela, 25 czerwca 2017
Pikniki

Jakoś tak się ostatnio rozpiknikowaliśmy. Pamiętam jak parę lat temu Trusia marzyła, żeby się wybrać z kocykiem i koszem w wałówką do parku, rozłożyć gdzieś na trawie w cieniu i po prostu posiedzieć. Kiedyś wciąż brakowało nam na to czasu, ale wreszcie i dla nas przyszła pora na leżakowanie w plenerze. Co prawda brakuje nam prawdziwego kosza piknikowego, który jest moim marzeniem od dawien dawna, a Trusiowym od paru lat, ale może kiedyś i kosz zakupimy. A póki co zabieramy koc i coś do przekąszenia i rozkładamy się- np z Bunią i Łucją w pobliskim Ogrodzie Doświadczeń:

Albo wczoraj na Pikniku Lotniczym- łącząc przyjemność poleniuchowania na trawie z podziwianiem powietrznych akrobacji:

A poza tematem- w sobotni poranek takie oto dwa "ogłoszenia" zastaliśmy na stole:

I tak też było, jak stało napisane;-)

Wkrótce, mam nadzieję, kolejne wpisy, bo trochę się tematów zebrało- choćby relacja z czerwcowej "majówki", którą spędziliśmy w Górach Stołowych.
No i ważna uroczystość- pewien mały Człowiek zwany Łucją, Lulisiem, albo Iju (tak sama o sobie mówi) skończył w międzyczasie 2 lata!

20:01, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
środa, 14 czerwca 2017
Kapelusz jest dobry na wszystko

Zmieniają się ubraniowe upodobania mojej najmłodszej Córki. Od jakiegoś czasu na topie są spodnie, najchętniej luźne i kolorowe. Na sukienki i spódnice muszę ją specjalnie namawiać. Jedno wciąż jednak pozostaje niezmienne- miłość do nakryć głowy- w lecie kapeluszy. Zazdroszczę Truśce tego, że nosi kapelusze z taką łatwością. Mnie tego typu nakrycia głowy zachwycały od dawna, ale z noszeniem ich mam problem. A ona lata w nich na co dzień i od święta. Stylizacja bez nakrycia głowy jest po prostu niekompletna.

Ten akurat egzemplarz był przygotowany na szkolny Dzień Żonkila i został w szkole na wystawie (nadmienię, iż był to jedyny MÓJ własny, osobisty kapelusz, który czasem nosiłam na plażę!- oczywiście bez żółtych kwiatków i frędzli)

Ostatnio najukochańszy Truśkowy kapelusz, pasujący według niej do każdej stylizacji.
Na hulajnogę:

Na zakupy w galerii handlowej:

Na rower:

Piękny, prawda? ;-)

11:05, dsmiatek
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 12 czerwca 2017
Zaległości

Gdybym ten wpis pisała wczoraj, zgodnie z planem, to miałby ob tytuł "Motyle w brzuchu". Wracałam z Truśka i P. rowerem do domu, słońce świeciło, ale upału nie było, czułam się lekko i szczęśliwie, miałam wrażenie, że w brzuchy łaskoczą mnie motyle skrzydełka.

Dziś jest poniedziałek, chmury za oknem (właściwie nie przeszkadzają mi specjalnie), przede mną perspektywa spędzenia w pracy popołudnia i nocy. Pewne problemy zawodowe znowu o sobie przypomniały, a w dodatku coś mi się stało w mięśnie przykręgosłupowe i cały ich pas na wysokości lędźwi/krzyży boli mnie tak, że mam problem z poruszaniem się. Oczywiście nafaszerowałam się odpowiednimi lekami, wsmarowałam przeciwbólowe i przeciwzapalne maści, nakleiłam plaster rozgrzewający i jest lepiej niż rano, ale do ideału wciąż daleko. Zatem motyle chwilowo się wyprowadziły i nie łaskoczą. Ale wrócą, mocno w to wierzę!

A co u nas poza brakiem motyli i bólami w krzyżu? Ano Ciech od 12 dni ma już 22 lata!

W dmuchaniu świeczek dzielnie pomagała mu Profesjonalna Dmuchaczka;-)

Świeczki-dwójeczki  już niebawem posłużą za świeczki na urodzinowym torciku samej Dmuchaczki- już za 4 dni stukną jej dwa latka!

Za nami kolejny leniwy weekend- bardzo wypoczynkowy- moje boleści nie mogą więc wynikać z przepracowania.

W niedzielę tradycyjne lody na Placu Szczepańskim:

Potem obiecany piknik w Parku Jordana:

Już kolejną niedzielę fontanna na Placu Szczepańskim była wyłączona- czyżby po to, by pozbawić dzieciaki pokusy kąpieli? Na szczęście w Parku Jprdana zamontowano fontanny, w których nikt nie zabrania pluskania:

A jak widać, z pluskania i moczenia się do suchej nitki, tak łatwo się nie wyrasta;-)

Widziałam szlochającego kilkuletniego chłopca, któremu rodzice kazali stać na trawniku w słońcu, bo zamoczył w fontannie spodenki- miał tam czekać aż wyschną. Ja nauczona doświadczeniem byłam przygotowana, zabrałam ręcznik, który pełnił też rolę piknikowego kocyka i pełny zestaw do przebrania dla truśki.

Ciocia i Siostrzeniczka w identycznych sukienkach z paszczą:

I tak sobie myślę, że pewnie z powodu nicnierobienia tak mnie postrzyknęło;-)

15:01, dsmiatek
Link Komentarze (1) »
Archiwum