RSS
środa, 30 lipca 2008
30 lipca 1988 roku

Już dwadzieścia lat minęło? Kiedy? Ależ byliśmy młodzi...

19:01, dsmiatek
Link Komentarze (11) »
wtorek, 29 lipca 2008
Kac moralny

Najpierw wpadła na pomysł, żeby nakarmić psa bitą śmietaną- przy pomocy łyżeczki. Potem tuptała za mrówką wołając "muka, choć choć" albo "muka stój".
W międzyczasie wystawiała na próbę moją cierpliwość i refleks wspinając się na wieżę, uciekając mi do rury-tunelu (radośnie wołając "tunel"), albo próbując rzucić się na główkę ze zjeżdżalni. I zeżarła piasek. I chciała zjeść kamyki, mrucząc pod nosem "mniam mniam".
I było słodko, i miło, i uśmiechnięcie.
A potem dowiedziałam się, że Mąż zapomniał sobie spojrzeć na zegarek i zasiedział się w pracy, w związku z czym opisywanie mammografii przesunie mi się o godzinę- co wobec wczorajszej awarii i braku dostępu do SIMP-a oznacza katastrofę i moje niewywiązanie się z umowy- w odpowiedzi usłyszałam "A ja mam ISO i budżet".

I w końcu oberwało się najmłodszemu- po paru praśnięciach o glebę moją komórką, po zrzuceniu kluczy na parter z naszego piętra, po odmowie umycia rąk po zabawie w piaskownicy i wrzaskach przy ściąganiu butów- też nawrzeszczałam. I głupio mi- bo tak naprawdę, gdyby nie stres mammograficzny i spóźnienie P., to pewnie nie doprowadziłabym Truśka do łez. I do tego mokrego pełnego żalu spojrzenia. I do smutnego i zdziwionego moim zachowaniem "mamusia?" :(

PS. A słowo "mamusia" taką oto ewolucję w ustach Dziecka przechodziło- najpierw było "MAMA", potem "MAMUŚ"- z akcentem na "Ś", potem "MAMUSIA", ale ewoluowało dalej i teraz czasami jest "MAMUSIKA"- z akcentem na "si". Ciekawe, co będzie dalej?

Jeszcze jedno PS. Piekłam  dzis tarty ze szpinakiem. I zamiast fasoli użyłam kamyczków do przyduszenia ciasta, coby się nie pofałdkowało. Zagląda Truś zadziwiony wielce do piekarnika i powiada "tyci tyci?"- a gwoli wyjaśnienia- w Chorwacji znajdowaliśmy czasem małe muszelki albo małe kamyczki i mówiliśmy Trusi, że są "tyci tyci", ona widać doszła do wniosku, że taka jest prawidłowa nazwa tych przedmiotów. I teraz na wszystkie muszelki "tyci" powiada, na kamyki czasem też. Czyżby pomyślała dziś, że piekę ślimaczki??? Ależ wykwintną kuchnię w takim razie prowadzę.

19:12, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 28 lipca 2008
Śliczna Nulka

W sobotę kolejna wirtualna znajomość przeniosła się do rzeczywistości. Spotkaliśmy się w Nulką, jej rodzicami i starszym bratem. Trusia zachowywała się jak mała godzilla i usiłowała wspiąć się do wózka lub krzesełka Nuli, czym chyba troszkę Nulkę przerażała. No i odebrała Nulce jej butelkę z piciem- okropnie niewychowaną mam córkę ;) Na szczęście Nuleczka przeżyła jakoś spotkanie z Trusią i, mam nadzieję, będzie ją dobrze wspominać. Czekamy już na kolejną wizytę Ewy, Roberta, Nuli i Adama w przyszłym roku- mam nadzieję, że uda nam się do niej lepiej przygotować. A tymczasem kilka fotek z sobotniego spotkania.

A dziś Trusiek chodził po domu i śpiewał (wcale nie fałszując) "ach śpiiij kochanie". I jeszcze się okazało, że dorosła już do robienia "babek" w piaskownicy- bo przed wyjazdem na wakacje interesowało ją tylko niszczenie owych babek, wyprodukowanych przez kogoś innego. I woziła swoim autkiem lalkę i zebrę dostaną od Nuli- widać trzeba kupić wózek lalkowy. A jak ją Bogna usypiała i leżały sobie obie na naszym łóżku, Bunia śpiewała jej kołysanki, Trusia zamykała oczki i udawała, że śpi aż tu znienacka ślepki się uchylały, a Trusiek bosą stópką dotykał nogi Starszej Siostry i gadał "gili gili gili". Cudna jest. I kochana. I do schrupania z kosteczkami. Do zacałowania. I szkoda, że mam teraz tyle pracy i nie mogę być z nią więcej :(
Ale dla przeciwwagi- gryzie bez ostrzeżenia. Jak jej coś nie pasuje, to wpada w złość i wrzeszczy. A dziś wracając ze spaceru weszła znienacka do sąsiedniej klatki, w której były niedomknięte drzwi, a potem owe drzwi za sobą zamknęła, a ja nie mogłam jej otworzyć. Już się szykowałam, żeby zadzwonić domofonem do kogoś żeby mnie wpuścił, ale na szczęście pojawił się kóryś z mieszkańców i uwolnił moją córeczkę.

 

21:50, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
czwartek, 24 lipca 2008
Chorwacja po raz pierwszy

I kto wie- może ostatni? Zdjęcia będą osobno- kiedyś. Na razie perspektywy marne- pojawiły się mammografie :(

Wyjechaliśmy sprytnie o 21-szej, wykąpawszy Trusię uprzednio i napasłszy kaszką- żeby się jej wydawało, że idzie sobie spać w nietypowym łóżeczku. Do kierowcowania jako pierwsza zgłosiłam się ja. Deszczyk sobie padał, Trusiek ćwierkał i spać nie zamierzał- potem zaczął zawodzić, a na zakopiance- korek tradycyjny- dla mnie była to niespodzianka, bo o tej porze korka się nie spodziewałam. Po dłuższym czasie Trusiek jednak zasnął, korek się skończył, deszczyk padał dalej. Z ulgą opuściłam zakopiankę w Rabce i udałam się w stronę Chyżnego, myśląc naiwnie, że teraz raz dwa i znajdziemy się na Słowacji- a figę, droga bowiem jest w toalnym remoncie, są przejazdy wahadłowe na mostkach, są jakieś zasieki, kompletnie brak namalowanych pasów- no koszmar, zwłaszcza w nocy. A w Chyżnym Trusiek się obudził z wrzaskiem i trzeba się było z mężem w kierowcowaniu zamienić. Słowację jakoś tam obie z Trusią przespałyśmy- do kolejnej stacji benzynowej, kiedy to Truś niezawodny paszczę otworzył i wrzaski rozpoczął. Jakoś am się udało ją znów udobruchać, zamieniliśmy się za kolejną granicą i znowu zostałam kierowcą, a P. spał. I ak do kolejnej granicy ze Słowenią, kiedy to Trusiek obudził się już na dobre, bo dzionek nastał i zaczęły się zawody, komu się uda dłużej Trusię w foteliku zatrzymać. Na kolejnym postoju, gdzie Dziecek wreszcie "tiup tiup" mógł zrobić oraz wymienić sobi pieluchę, moje podejrzliwe oczki dostrzegły dwie czerwone i wysoce podejrzane plamki, jako żywo przypominające ten obrzydły liszajec z początków maja.  Szczęśliwie maści udało się wydobyć i od tej pory plamki były chyba co godzinę oględzane i smarowane- udało się liszajca wypędzić. Już w trakcie pobytu w Chorwacji truśka co i rusz raczyła nas kolejnymi skórnymi zmianami- a to uczuliła się na metalowe zarzaski w piżamce i dostała wysypki, a to pożarły ją jakieś komary czy inne meszki, a to wyskoczyło jej coś, co nie malało tylko rosło i wyglądało jak czerwona plama złożona z malutkich plameczek- na obrzeżach pojawiały się plamki potomne i całość przypominała kolonię bakterii rosnącą sobie na pożywce agarowej- brrr. Wsmarowałam w paskudę wszystkie posiadane maści - w końcu zadziałało, nie wiem tylko, która z nich była właściwa...
Na miejsce dotarliśmy ok. 14-tej, zleczka zmęczeni. Ale lazurowe morze z lekkimi falkami, wietrzyk , skały na brzegu, wygładzone przez wodę kamyczki pozwoliły o zmęczeniu zapomnieć.
Mieszkanko okazało się bardzo sympatyczne- trzy pokoje, aneks kuchenno-jadalny, dwie łazienki i taras. A mieściło się w wakacyjnej wiosce nad brzegiem morza, w której było też kilka knajpek, basen, jakies boiska i inne podobne.
Po trzech dniach, w czasie których wydawało mi się, że moje najmłodsze dziecko w ogóle w dzień spać nie będzie i odzwyczaja się od jedzenia ustalił się jednak plan dnia zaakceptowany i ściśle przestrzegany przez Truśka. Rano śniadanko na tarasie, potem ubieramy wodną pieluchę, zielony T-shircik, "papusię" i wodne butki i  w tym to stroju Dziecko udawało się z tatusiem na basen, w którym unosiła się na powierzchni jak wielka żaba, wydymając policzki i pięknie wydmuchując powietrze buzią. Skakała sobie też z brzegu basenu, pływała na tatusiu, nurkowali- no różne takie rozwrywki, które podglądałam zza węgła, albowiem na mój widok sielanka się przerywała i Dziecko natentychmiast pragnęło się znaleźć przy Rodzicielce. A reszta rodziny mogła sobie w tym czasie korzystać z dobrodziejstw morza i kawałka cienia na plaży- bo my tacy jacyś niespecjalnie plackujący jesteśmy i po godzince "lachonienia" w słońcu dezerterujemy w cieniuszek. A morze cudne- cieplutkie, nawe ja wchodziłam prawie bez obrzydzenia, przeźroczyste, z rybkami kolorowymi jak w akwarium, żółtymi gąbkami, jeżowcami- dwa, które zabłąkały się trochę za blisko Paweł przeprowadził na głębsze miejsca. Na początku nie obyło się bez nieprzyjemności- najpierw Mąż poślizgnął się w swoich wodnych butkach (które na mokro okazały się początkowo bardzo śliskie)- usiłował uratować Truśkę przed wbiegnięciem do wody- i uszkodził sobie nadgarstek- szczęśliwie chyba nieszkodliwie. A potem Ciech wdepnął jednak w jeżowca i wbił sobie jego igiełki w pięty- mimo plastikowych butów- ale i ta przygoda skończyła się dobrze. A potem było już OK- widać na początku wyczerpał się przeznaczony dla nas zapas nieprzyjemności.
Po basenie Truś powracał z tatusiem do "domu", brał prysznic, przebierał się, spozywał drugie śniadanie i- o dziwo- zasypiał w łóżku! A po obudzeniu było coś w rodzaju lunchu i można było udać się do któregoś z polecanych w Pascalu miasteczek. Na pierwszy ogień padła Pula- bo była najbliżej. Potem był Porec, Rovinj, Vrsar, Hum i Roc, Gronżnjan, a nawet Triest- żeby choć na chwilkę stanąć na italskiej ziemi. Odwiedziła też Truśka akwarium w Puli w poaustriackim starym forcie i pozachwycała się rybami, krabami, krewetkami, wielkimi homarami,a  przede wszystkim żółwiami morskimi- bo prowadzi się tam program rehabilitacji dla znalezionych w pobliżu chorych lub osłabionych żółwi- potem są one wypuszczane z powrotem do morza. Bez Truśki (została w domu z tatusiem) pojechaliśmy do Parku Narodowego Brjuni. O miasteczkach będzie razem ze zdjęciami- kiedyś. Teraz tylko powiem, że są takie, jak lubię najbardziej- małe, na wzgórzach, ciche, z wąskimi uliczkami, zabytkowymi domkami, pięknym widokiem na morze i małe przybrzeżne wysepki.
Szkoda było wyjeżdżać, ale cóż- praca wzywa :( W drodze powrotnej znowu wystaliśmy się w korku- tym razem na pograniczu chorwacko-słoweńskim, jako, że nie tylko my jedni w tym dniu musieliśmy wracać z wakacji, a droga w tym miejscu bynajmniej nie jest autrostradą. Żeby dać Truśce dłużej potuptać zatrzymaliśmy się na parę godzin w Ljubljanie, w które się zakochałam i mam nadzieję, że jeszcze kiedyś tam wrócę, żeby dłużej powłóczyć się po starówce i wejść na zamkowe wzgórze.
Do domku dojechaliśmy po 22 godzinach podróży- jamniki czekały ze śniadaniem oraz leczem i naleśnikami na obiad:)

A od poniedziałku zaczęła się pourlopowa depresja :( I mrówcza praca. I kolejne wyjazdy- wczoraj Ciech udał się do Niemiec- całkiem sam autobusem- dotarł cało, wróci za 17 dni. Jutro Starszy Syn jedzie do Ustrzyk na koncert KSU, wróci w niedzielę, a we środę chyba znów wybywa- tym razem na Woodstock. A w następną niedzielę opuści nas moja ostoja i opoka, czyli Starsza Córka- leci do Londynu, niby do pracy, ale nie ma nic załatwionego. Plan jest taki, że wraca pod koniec września, ale ko wie...Może wcześniej przyleci....I wtedy rozwiąże się wrześniowy problem, albowiem nasza niania dostała sanatorium od 4-go września i musimy znależć jakieś zastępstwo. jest ktoś chętny na tydzien pobytu z Trusią?- bo potem ja lecę do NY, a Trusiowy tatuś bierze urlop i będzie się integrował ze swoją najmłodszą Córeczką. I co ja zrobię, jak przeciągnie ją na swoją stronę i po powrocie nie będę już miała mojego ukochanego Przytulaska :( Może lepiej nie lecieć?

I to by było na tyle jeśli chodzi o chorwacką relację. A reszta- chyba ciekawsza- będzie ze zdjęciami- wkrótce....

23:08, dsmiatek
Link Komentarze (5) »
wtorek, 22 lipca 2008
Podyżurowo

Stęskniona powróciłam dziś do domu po ciężkiej pracy dziennej i nocnej- w sumie 24 godziny w robocie- brrr! Oprócz duszy i serca stęsknionego stęsknione też miałam biusty oba- takie pełne mleka, że musiałam już natychmiast swojego ssaczka dopaść i przymontować. Na szczęście się nie opierał ;)  Też był stęskniony.
Jak widać z ambitnych planów odstawienia Trusi od biusta w czasie urlopu nic nie wyszło. I jak tak dalej pójdzie, to we wrześniu w NY będę musiała sobie cichaczem Bratanka pożyczać :) Ale do wylotu jeszcze półtora miesiąca, więc może się uda ssaka odessać. A tak na marginesie po słoweńsku ( a może po chorwacku?) niemowlak to "dojliczek" (oczywiście nie przez "cz" tylko takie"c" z ptaszkiem).  Bardzo mi się spodobało.

Wpis chorwacki kiedyś zapewne powstanie. I zdjęcia też będą- pewnie na osobnym blogu. Marzy mi się nawet blog o zeszłorocznej Toskanii...Tylko, że to wymaga czasu w większej ilości. Ale wygospodaruję, obiecuję.
A na razie odpiszę Monstermamie- Chorwacja do Włoch jest porównywalna. Przynajmniej Istria. Nawet cudownej melodii włoskiego języka nie brakuje, bo i Włochów sporo tu przyjeżdża i napisy są dwujęzyczne, i Chorwatów sporo po włosku mówi- na przykład we Vsarze znienacka okazało się, że kupujemy ze Starszą Córką figi po włosku- tak jakoś wyszło... Są też moje ulubione miasteczka na wzgórzach, malutkie, z praniem rozwieszonym między domami, z wąskimi uliczkami i starszymi ludźmi siedzącymi na ławeczkach przed wejściem. Z kafejkami, z których pięknie pachnie kawą, z przydrożnymi knajpkami z makaronem i szynką istryjską, która całkiem tą z Parmy przypomina. Są oliwki - moje ulubione drzewa, i ser żółty owczy podobny do pecorino... I są figi- a na te we Woszech nie zawsze udawało nam się natrafić. Uwielbiam świeże figi- mniam. I są koty w tych małych miasteczkach- bardzo fotogeniczne i bardzo Tusię zachwycające. I morze cudne- czyste, ciepłe, z kolorowymi rybkami. Można się zakochać tak jak w Italii. I zakochałam się- chociaż "testemant" nadal jest aktualny i prochy moje proszę w Toskanii rozsypać, bo w żadnym innym miejscu na ziemi nie jest mi tak dobrze jak tam.
No, to trochę może odpowiedziałam. A na osłodę- zamiast zdjęć z Chorwacji, zdjęcia z dziś :)

To zdjęcie specjalnie dla Kasi- Truśka wreszcie zajarzyła, o co chodzi z tym plecakiem i kazała go sobie założyć. (Bidonik rozpracowała już wcześniej, a piaskowe sprzęty są w codziennym użyciu)  :)

A taka oto rozrywkę wynalazła sobie Trusia od momentu powrotu do Krakowa. Może wreszcie będzie ten Ktoś w domu, kto bez namawiania i z uśmiechem na paszczy będzie wyprowadzał jamniki na spacer ;)

Złośliwe jamniki ostatnio wprost pożerają na spacerach trawę. I dziś Truska, dzierżąca w każdej łapie po smyczy, z uwiązanym na końu pasącym się jamnikiem, sama postanowiła owej jamniczej rozrywki spróbować. Patrzymy sobie z P. zachwyceni na naszego dzielnego Dojliczka, aż tu Ów zatrzymuje się przy jamnikach-jaroszach, do trawy paszczę otwartą szeroko zbliża i usiłuje źdźbło ową paszczą uchwycić. Niestety- moment ten na zdjęciu nie został uchwycony, albowiem pierwszym odruchem było zawrzasnąć- "Trusia nie"- i diabli wzięli zdjęcie pasącej się Truśki :(

Jak juz pisałam- "papusia" to obowiązkowy ostatnio element stroju Truśkowego. Na dzisiejszy wieczór pożyczyła sobie "papusię" od Ciecha.

I wracamy- do zobaczenia pewnie jutro :)

21:28, dsmiatek
Link Komentarze (5) »
niedziela, 20 lipca 2008
Jesteśmy z powrotem

Wróciliśmy- ale na bloga tak na dobre to pewnie powrócimy dopiero za dni parę, jak wykopię się już spod góry prania (na razie wystaje mi z niej czubek głowy i o jak stanę na palcach;) ). I jak oddyzuruj swój pierwszy po półorarocznej przerwie dyżur (matko, to już tyle czasu minęło! ), który to nieszczęsny fakt mieć będzie miejsce jutro. A potem podobne fakty wydarzą się jeszcze trzy razy w ym miesiącu, cztery w kolejnym i tak już zostanie da capo al fine :( Ale nie martwicie się, postaramy się nadrobić zaległości i opowiedzieć, co też w Chorwacji porabialiśmy. W każdym razie Truśce urosły stópki, bo przed wyjazdem mieściła się w buciki, a już w trakcie jednych jej włożyć nie zdołałam, a w sandałkach potyka się o wystające paluszki :( Tak więc zostały nam dwie pary bucików wodnych ;)

Zaczynamy więc etap pourlopowej depresji i pracowego szaleństwa- albowiem teraz urlopują się inni, kórzy przez minione dwa tygodnie pracowali jak te mróweczki. No i smuteczek :(

A tu parę chorwackich Trusiowych fotek- żeby wam o nas przypomnieć:

Trusia w dostanej od Wujka i Cioci "papusi"- ostatnio ten element stroju stał się bardzo ważny i bez "papusi" (czapusi) Dziecko z domu wyjść nie chce.

Ser owczy w knajpce w "najmniejszym mieście świata" (tak się przynajmniej Hum reklamuje) wcina- smakował, ten z truflami takoż- nie tylko jej zresztą.

Mrówek wypatruje i chyba znalazła, bo się cieszy. W Chorwacji odkryła Trusia fascynujący świat owadów i morskich stworzonek. Co wzbogaciło jej słownictwo o takie wyrazy jak "krab", "dziów", "dzidzia" (nie wiedzieć czemu tak nazywa ośmiornicę i cieszy się przy tym okrutnie, sama siebie też zreszta "dzidzią" nazywa, ale to już jest zupełnie inny wyraz i inna dzidzia), "muka" (mrówka właśnie).

No i proszę- szczęśliwi młodzi-starzy rodzice z najmłodszą pociechą wcinającą pizzę. Tylko czemu matka ma taką głupią minę? No nie wiem- a może zawsze ma taką, tylko szczęśliwie lustra ze sobą nie nosi ;)

A na wstawienie większej ilości zdjęć muszę wymyslić coś innego, bo zasoby blogowe jakoś nie urosły przez czas naszego urlopowania.

22:52, dsmiatek
Link Komentarze (8) »
piątek, 04 lipca 2008
Pa pa :-)

To jeszcze ny- w szale pakowania:

Spakowani:

Do zobaczenia :-)

16:20, dsmiatek
Link Komentarze (3) »
czwartek, 03 lipca 2008
Do zobaczenia

No to cóż, do zobaczenia za dwa tygodnie. Trzymajcie się wszyscy i zaglądnijcie do nas po 20 lipca. Trzymajcie kciuki za podróż i jutrzejsze Reisefieber.

A tak przy okazji- marzenie o domku zostało potraktowane "z buta". Dziś Mąż sprowadził kolegę, znającego się na rzeczy i rozwiał on nasze złudzenia- dom wymaga znacznie większych nakładów i remontów niż początkowo zakładaliśmy. A ponieważ tani nie jest i po wzięciu kredytu na jego zakup wielkich pieniędzy na remonty nie uzyskamy, to chyba trzeba zapomnieć o przeprowadzce. Ciekawe, do którego roku życia Trusia będzie spała w małym łóżeczku z nami w pokoju, a Ciech jak długo jeszcze wytrzyma w pokoju wspólnym? Szlag by o trafił!

I tym pesymistycznym akcentem żegnamy się z Wami na czas jakiś. Cześć.

21:15, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
środa, 02 lipca 2008
Plac zabaw

Na placu zabaw spędzamy ostatnio każde popołudnie. Trusiek już calkiem sam dotuptuje na miejsce- nie jest to specjalnie daleko- jeden jakieś 200m drugi może 300m od domu. Nawet zna juz drogę i obiera właściwy kierunek. A na miejscu najpierw parkuje w piaskownicy. O tak:

Potem eksploruje placozabawowe urządzenia i przyprawia mnie o stan przedzawałowy, balansując na brzegu zjeżdżalni albo próbując wbiec na zjeżdżalnię z dołu na dwóch nogach. Ale jeszcze dajemy radę ;)

Ha- tego jeszcze nie opanowała, udaje jej się wleźć na jeden wystający element- ale do czasu...

A w rurze zaparkowała- swoim zwyczajem- tym razem z Ciechem, bo dziś zawędrował niechcący na plac zabaw, na który i my przyszłyśmy.

Ciech z kumplami wyleźli za wysoko, żeby Truś się tam wspiął. A ona przecież też chce, w końcu kumple Ciecha są i jej kumplami ;)

I tyle na dziś, a jutro jak się uda pożegnamy się z naszymi blogowymi gośćmi- na ponad dwa tygodnie.

23:11, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
wtorek, 01 lipca 2008
Ufff

Pomalutku wychodzimy na prostą przedurlopową. W piątek zakończyłam na czas jakiś swoją działalność ultrasonograficzną w firmie M. Wrócę w sierpniu, ale tylko na czwartki. Dziś ostatnia dniówka na tomografii i udało mi się opisać prawie wszystkie badania- z powodu jednej stacji diagnostycznej jest problem z opisaniem badań, których nie zdąży się opisać w swoim dniu. Koledzy zwykle opisują je na dyżurach, ja- z racji chwilowego jeszcze (niedługiego, pierwszy dyżur zaraz po urlopie :( ) ich braku muszę przyjść w tym celu wcześniej do pracy albo wyżebrywać dosęp do Vitrei w dniu kogoś innego. Dziś zostały zakupione kolejne wodne butki- dla Starszego Syna. Powoli posuwa się też do przodu sprawa ewentualnego zakupu domu. Zakupiłam też mapę Chorwacji, skompletowałam przewodniki. Pomalutku czas się zbierać. Co prawda skóra mi cierpnie na myśl o wielogodzinnej jeździe z trusią, ale może jakoś przeżyjemy. Niestety, musimy jechać nocą, bo wtedy jest szansa na więcej godzin spokoju Trusiowego. A nocne jazdy wspominam jak najgorzej. Zwykle trudno się jakoś wyspać na zapas przed podróżą... Ale damy radę.

Trusiek dalej udaje aniołeczka- psotnego co prawda, ale słodkiego, uśmiechniętego i cudnego. Aż się chce z nią być:) Dziś postanowiła zadzwonić do babci- po prostu powiedziała "babcia alo", a potem zabrała słuchawkę i uśmiechała się do mówiącej do niej babci. Sama jednak niespecjalnie się nagadała.  Pomagała też Starszemu Brau wybrać krókie spodnie w Croppie- żałowałam, że nie mam aparatu, bo wyglądała przefajnie cała ukryta za dżinsami, z których tylko uśmiechniętą buźkę wystawiała. Mam nadzieję, że personel Croppa wybaczył nam oblizane lustro ze śladami małych łapek...

Takie oto "chodaczki" dosał Paweł od Samanty-Holenderki, a Trusia posanowiła je sobie przymierzyć. W końcu to butowa fetyszystka ;)

A na takie wyżyny wspina się Truś- w tempie błyskawicznym, bo opanowała włażenie po drabinie do perfekcji. Szkoda, że tylko tej domowej, jakoś na zjeżdżalnie na placach zabaw nadal muszę ją wtaszczać.

Patrz Babciu, dzwonię do Ciebie :)

23:11, dsmiatek
Link Komentarze (3) »
Archiwum