RSS
czwartek, 30 lipca 2009
Znalezione w aparacie

Czyżby śniadanko? Bunia stworzyła takie oto cuda z malinami i jagódkami, Trusia swoje dodatkowo ozdobiła czekoladowymi listeczkami.

Psy wreszcie uczesane- od odkrycia przez Trusię psiej szczotki zdecydowanie mają lepsze fryzurki.

Czyżby uśmiechnięte pranie czekało na powieszenie?

A dziś mija 21 lat od naszego ślubu. Kawał czasu- dotychczasowego pół życia. Świętować będziemy sobie jutro- dziś jestem wykończona pracą-za mną dwa tętniaki aorty- jeden pęknięty, drugi rozwarstwiony, dwie odmy śródpiersia, jeden krwiak płuca, jeden krwiak śródmózgowy, jeden nadtwardówkowy- na jeden dyżur wystarczy. Mozna się wyczerpać intelektualnie.
Za to jutro będzie powtórka z Ancory- tym razem z Mężem. I tym razem może suflet czekoladowy z pleśniowym serem...

22:45, dsmiatek
Link Komentarze (4) »
wtorek, 28 lipca 2009
:)

Pomysłu na tytuł nie mam, więc dziś będzie bez tytułu.

"Będę dominować cili glać w domino" powiada Truśka wysypując na dywan karteczki domina.

"Ziapal światło w łazience."
Teraz nie mogę Trusiu, jestem zajęta.
"To nić, siama ziapalę. A ty mnie tylko podnieś."

Och, mój ty skarbie. Jesteś moim skarbem, wiesz.
"Ale nie mozieś mnie ziamknąć w małej siafie. NIe ziamykaj śkalba. W duziej mozieś."

"Jutlo umalnieś?"
NIe kochanie, mam nadzieję, że nie jutro.
"A wciolaj umalnieś? A po cio umalnieś, nie umielaj."

I tym optymistycznym akcentem zmęczona życiem Matka, umordowana przez Szkraba, który nieustannie czegoś chce, wciąż coś gdzieś rozsypie, napocznie kolejny soczek, nadgryzie następnego biszkopta, kończy na dziś. Jutro dyżur, nieopodal czeka pudło świeżutkich mammografii, ale Matka ogłasza strajk i poogląda sobie "Kochanice króla".

PS
Trusia jednak dopięła swego i udało się jej wytropić w zaprzyjaźnionym sklepie zoologicznym różową smycz- i to wcale nie dla jorka, jak jej wmawiałam, tylko spokojnie nadającą się dla jamnika. Smycz została zatem nabyta i radosna Truśka po powrocie do domu natychmiast powiadomiła o tym szczęsnym fakcie Krokieta. No i teraz mamy czarnego jamnika na pięknej różowej smyczy. A przy okazji Trusia odkryła nowa pasję- jest nią psie fryzjerstwo. Trusia od rana goni jamniki ze szczotką. Niedługo wyczesze im łysinki.

21:10, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
sobota, 25 lipca 2009
Wczoraj miałam wychodne

Dobrze jest mieć od czasu do czasu wolny wieczór na plotki z przyjaciółką. Wczoraj mi się taki przydarzył. Udałyśmy się z Anią do miasta Krakowa, odwiedziłyśmy knajpek kilka, przybyłyśmy ze dwa kilo co najmniej (na wszelki wypadek się nie ważyłam), posłuchałyśmy górali z Jamajczykami na Rynku- fajnie było. Odkryłam takie jedno urokliwe miejsce- Cieplarnię na Brackiej- knajpeczka jak z bajki. Tylko muzyka trochę za głośna i zbyt nachalnie radiowa - przegnała nas stamtąd. Ale dzięki temu, że przegnała dotarłam wreszcie do Ancory na krem brulee z rozmarynem. I sorbet malinowy z czekoladowym likierem i miętą... Jeszcze raz muszę wrócić, bo czekoladowy suflet z serem pleśniowym się już we mnie nie zmieścił. A rodzinie w celach zadośćuczynienia mojej nieobecności przyniosłam cookies z More than a cookie- jak dobrze, że otworzyła się filijka na Sławkowskiej, zawszeć cześciej bywam jednak w  tej okolicy niż na Syrokomli.

A tymczasem Trusia coraz bardziej dziewczynkowacieje i coraz głębiej wchodzi w okres różowy. Jak tylko przyuważyła po południu, że zaczynam się pięknić, natychmiast się tym zainteresowała. A gdy na swoje pytanie, gdzie idę usłyszała, że na imprezkę z ciocią Anią, postanowiła nam towarzyszyć i prędziutko zaczęła się szykować. Na początek zaordynowała malowanie ręcznych pazurków. Pazurki zostały zatem pomalowane, a wdzięczna Trusia chciała mi się od razu zrewanżować malując moje. Za manicure w wykonaniu Trusiowym podziękowałam i moje ręczne pazurki nadal pozostają saute. Właściwie nie bardzo rozumiem, skąd się jej to malowanie paznokci przyplątało, po mnie tego raczej nie odziedziczyła. Ja miewam paznokcie w kolorze innym niz naturalny tak około dwa razy w roku- i to w porywach. Jakiś kwadrans po uróżowieniu pazurków poszła Trusia je umyć do łazienki i bardzo się dziwowała, że kolorek nie schodzi.
Wracając do okresu różowego. Klusce przeciera się smycz. Uznałyśmy z Trusią, że trzeba będzie kupić nową. Trusia marzy sobie: "mozie lóziową kupimy".
Kończy się też Trusiowa pasta do zębów. Mówię więc, że kupię nową. I tu też słyszę" "lóziową kup, na pewno będzie lóziowa".
Różowe mydło w mydelniczce na umywalce wzbudziło prawdziwy zachwyt. Ręce są myte dwa razy częściej.
Zużycie wody rośnie nam więc lawinowo- bo i rączki, myte co pół godziny pod byle pretekstem, długo i dokładnie. I codzienne kąpiele pod prysznicem.
"Siama będę się myć. Ty siobie usiądź  na kibelku. Mozie siusiu chcieś siobie źlobić? Źlób siobie, źlób. Siedź, nie otwielaj dźwi, ziamknij moćno. Ja się myję mydełkiem. Siama. Jeście tlośkę. Jeście pól godzinki. Nie otwielaj, ciekaj. Jeście będziem płukać paluśki." A woda płynie i płynie, a licznik się kręci...

"Cio to?"
Dzbanek.
"A cio lobi dźbanek?"
?
"Dźbanek dźbankuje."

Dziś rano:
"Kocham cię mamusiu."
Ja też cię kocham.
"A ja cię kocham baldzio ciały dzień."

A starość nie radość i na matyska przyszła wreszcie kryska. Wyślepianie ocząt w poszukiwaniu mikrozwapnień skończyło się wizytą u okulisty i zaordynowaniem pierwszych w życiu okularków. Okularki już obstalowane, we środę będą do odebrania. I tu akurat starość się przydała- jedyne oprawki, w których się sobie podobałam okazały się nietanie. Ale od czego jest zniżka "tyle procent ile ma się lat"- wiek podeszły się przydał i zniżka była całkiem przyzwoita. Ciekawe, co Trusia powie na swoją mamę w niesłonecznych okularach?

22:54, dsmiatek
Link Komentarze (4) »
środa, 22 lipca 2009
Harklowej odcinek ostatni

Bylo już o dniu pierwszym, o wycieczkach. A co robiliśmy w dni pozostałe?
W pozostałe oddawaliśmy się błogiemu lenistwu, przyjemnościom ducha i ciala. Moją ulubioną było siedzenie na tarasie i wpatrywanie się w las, w Tatry, w czorsztyński zalew- mogłabym to robić caly dzień. Truśka miała rozrywek więcej. A Trusiowy Tatuś- pewnie też taras, książka i zimne piwo...

Proszę, Tatry się jednak znalazły.

A z innych zajęc na tarasie:

opróżnianie owocowych sloiczków (posiłkujemy się nimi jeszcze czasami),

rysowanie,

mydlane bańki- rozrywka tania i fajna zarówno dla dziecka jak i rodzica,

spanie.

A na basenie:

wyrzucanie dziecka do góry,

pływanie "na barana",

i bulgotanie w bąbelkach.

Pani Akiko ma też kącik zabaw dla maluchów- niepotrzebnie więc targaliśmy ze sobą Trusiowe zabawki.

Oto Trusia zajęta zabawą.

Integrował się tez Trusiek z naturą i zwierzyną domową:

karmiła kurki- zwykle na ten cel przeznaczała swoje kromeczki, ktore robiłam jej na drugie śniadanie, a ona wyjadała z nich tylko ogórki. Wieczorem Trusia chodziła z jednym z pomocników pani Akiko zbierać jajka w kurniku, a jak już wszystkie pozbierała, niosła je dumnie do kuchni do pani Marii. A dla pani Akiko były jajeczka niezwykłe- pierwsze jajka znoszone przez młode kurki, malutkie, niekształtne- wyjątkowo panią Akiko cieszyły.

Były też próby nakarmienia chlebkiem owieczki, ale była średnio zainteresowana.

I bliskie spotkania z kózką Jancią (oprócz Janci jest też druga, czarna kózka, ale się nie załapała na zdjęcie).

Z innych napotkanych zwierzaków:

był taki wąsaty chrząszcz, odpoczywający na winorośli na naszym tarasie

i żaba (a może ropucha?) cudnej urody- nie sprawdziliśmy, czy przypadkiem nie jest to zaklęty książę/księżniczka- wśród obecnych nie bylo jeszcze/już kandydata na ew. małżonka owej zaklętej koronowanej głowy.

Było też obżarstwo- japońskie obiadokolacje, obfite, przepyszne i podane przepięknie:

Trusia dzielnie próbowała jedzenia pałeczkami- ale w przypadku królewskich krewetek ta metoda raczej się nie sprawdza.

Była też nasza ukochana chusta- Trusia wciąż pamięta, jak jej w niej dobrze i od czasu do czasu prosi, żeby ją do chusty włożyć, nie tylko w ramach wyjścia na wycieczkę. Spróbowałam starego sposobu- na krótkie dystanse jeszcze można go zastosować:

Widać, jaka Trusia szczęśliwa?

I oczywiście były poziomki i jagody- w ilościach hurtowych, pyszne, na wyciągniecie ręki. Wcale nie trzeba się było naszukać, nachodzić- wystarczyło wyjść przed dom, zrobić parę kroczków do lasu- i już były, wabiły, uśmiechały się do człowieka. Aż grzech było zostawić.

Szkoda też było nie uwiecznić na zdjęciu.
W ramach prezentów z wakacji przywieźliśmy Starszemy Synowi świeżo nazbierane poziomeczki i jagodki- każdego pełną butlę po wodzie mineralnej (ścięliśmy tylko ten zwężony koniec, żeby łatwiej się zbierało).

A w sobotę przyszedł czas pożegnania z Akiko, z jej gościnnym i pięknym domem, z polaną, którą dwadzieścia lat temu postanowiła zamienić na swoje miejsce na ziemi.

Ostatnie zdjęcie z naszą wspaniałą Gospodynią- cudowną kobietą, dla której nie ma rzeczy niemożliwych, nieustannie uśmiechnięta i kłaniającą się po japońsku na powitanie.
Akiko kochana- dziękujemy za piękny czas w Twoim domu :)

A dla chętnych: www.akiko.pl
I tylko jedna malutka wada jest w tym wszystkim- pobyt w willi Akiko nie jest tani. Ale można ponegocjować, można liczyć na zniżki, dla dwóch osób wystarczy jedna obiadokolacja. Więc jesli ktoś jest chętny, to niech się nie zraża początkowym szacunkowym rachunkiem.

A dziś- dziś Truśka próbowała zapamiętać nowy zawód. Wracałyśmy z rytualnych już lodów- Trusia codziennie testuje nowy smak, a jak juz spożyje wybraną na dany dzień gałeczkę, to staje przed lodówka i wybiera smak na dzień następny. Dziś były lody truskawkowe, na jutro zaplanowane sa jagodowe. Wracamy zatem, skończyłam już opiweść o zmarzniętym pasikoniku, a uwagę Trusi przykuł zakład fotograficzny. Zapytała, co jest w tym miejscu, więc jej odpowiedziałam, ze tu pracuje pan fotograf. Trusia powtórzyła to sobie, coby zapamiętać. A jak zapamiętała? Za czas jakiś postanowiła sobie utrwalić nowo zdobytą wiedzę, więc spytała:
"Jaki pan placował tam koło Ziabki?"
I sama sobie odpowiedziała:
"Pan apalat placuje tam."

Buniowy ogródek stanowi dla Trusi wciąż miejsce uciech wszelakich. Dobrze, że upał i slońce, ziemia szybko wysycha- inaczej Buniowe roślinki utonęłyby w nadmiarze wylewanej na nie przez Truśkę wody. Już dawniej to zauważyłam- dzieci powinny mieć kawałek własnego ogródka, jak są małe. Szkoda, że nam się osobiście to nie udało. I mam nadzieję, że Bunia będzie cierpliwie użyczać Trusi swojego ogródka.

23:07, dsmiatek
Link Komentarze (4) »
wtorek, 21 lipca 2009
Prawdziwa Gertruda

Pieścimy się, tulimy- przy współudziale Ciecha. Mówię:
"Truszonku, ty jesteś taką naszą zabaweczką-maskoteczką kochaną."
Trusia lekko oburzona:
"Nie jeśtem ziabawećka. Jeśtem plawdziwa Ziosia-Geltlusia."

Poznajemy literki. Trusia zafascynowana znajduje te już znajome.
"O D jak Dolotka moja kochana. W jak Wojtuś. Oblaciamy- pać, jeśt M jak mamusia.
A to Zi jak Ziosia.
A to cio zia literka?"
To C.
"Ć jak ćma?"
Nie C jak całuski. Ćma jest na Ć. Patrz, tu jest Ć.
"Ć - ćma jeśt na Ć. I ćmiel (trzmiel) teź jeśt na Ć?"

A na zdjęciu na wstępie- prawdziwa Gertrusia- letnia choinka- udaje, że też robi zdjęcie :)

Jutro Harklowej odcinek ostatni.

22:17, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
niedziela, 19 lipca 2009
Dialogi dzisiejsze

Rano próbuję jeszcze spać, zwłaszcza, że słyszę szum ulewy za oknem, nie  ma się więc co spieszyć ze wstawaniem. Drzemiąc czuję moszczenie na środku naszego łózka, coś tam się kokosi i układa wygodniej. Za chwilę Trusiek rozmawia sam ze sobą:
"Cio to jeśt?
Ach, mleciuśki moje ukochane.
Gdzie mają mlećko?
Nie mają juź.
A po cio nie mają?
Bo wypiłam."
(Gwoli uspokojenia tych bardziej pruderyjnych- bynajmniej nie sypiam nago, tylko z racji upałów zamieniłam bardziej zabudowaną piżamke na całkiem niezabudowaną koszulkę na ramiączkach i z dużym dekoltem.)

Przed śniadaniem:
"Trusiu, co chcesz na śniadanko? Może jajeczko ci posadzić?"
"Tak posiadzimy jajećko. A w jakiej doniczce? Ziółtej?"

Truśka oblała się cytrynową nałęczowianką. Minkę ma trochę nieszczęśliwą, ale próbije się sama pocieszyć:
"Oblałam się wodą. Nie śkodzi, minelalną. Ź ciuklem jeśt tlochę. Będziem się lepić. I podloga będzie się lepić. A gdzie jeśt ta zieć do zatkowania wody?"

Idziemy na cmentarz. Trusia chce się załapać na mamine rączki. Niespecjalnie mam ochotę. Truśka sięga po naprawdę mocne argumenty.
"Na ląćki plosię. Śtęśkniłam się baldzio."

Truśka dumna z usadowionej na głowie spinki- usmiech na dziś :)

A ciąg dalszy Harklowej nastąpi jak przybędzie miejsca na zdjęcia- nie wszystkie mi się zmieściły i czekają na lepsze czasy.

18:58, dsmiatek
Link Komentarze (5) »
sobota, 18 lipca 2009
Harklowa odcinek trzeci- wyprawa do trzech kościółków

Jeszcze tylko jednego dnia w czasie naszego tygodniowego urlopu w Harklowej opuściliśmy leśną głuszę- tym razem udaliśmy się do Łopusznej i Dębna oraz na oględziny harklowskiego kościółka, którego nie udało nam się odwiedzić w niedzielę.

Najpierw trzeba było w miarę szybko zejść na dół do zaparkowanego we wsi samochodu.

Przytroczyłam więc sobie Córkę na plecy i ruszyliśmy

Z górki nie było wcale tak ciężko, a Trusia była przeszczęśliwa.

W Łopusznej najpierw natrafiliśmy na zabytkowy dwór- Trusia podchodziła do niego "jak do jeża", albowiem obawiała się, że i tam może się skrywać groźna niedźwiedzia skóra. Szczęśliwe żadnej skóry nie było, kilka sal-pokoi, urządzonych "pod dawnemu". Bardzo urokliwy dwór, wewnątrz pachniało rozgrzanym drewnem, na ganeczku czekała miseczka z mlekiem dla kota i leżała kocia piłeczka. Posiedziałysmy sobie chwilkę z Trusią na ławeczce, dopóki bardzo miła pani-pracownica muzeum nie postanowiła nas oprowadzić po obejściu- pokazała nam kuchnię (miala osobne wejście niż główna częśc dworku) i domek chłopski położony w "dworskim" obejściu. Popodziwiałyśmy też biegające po trawie konie, także źrebaczki- przed dworkiem miały swój wybieg.
Zwiedzanie miało dla Trusi pewien bardzo ważny aspekt- wreszcie zobaczyła, co to takiego kolebusia. No bo "Ta Dorotka ta malusia teraz śpi w kolebusi na różowej swej podusi", ale co to takiego ta kolebusia? W chacie chłopskiej stała sobie własnie kolebusia, pani pozwoliła ją nawet Trusi pokolebać.

Przed chłopską chata rósł, kwitł sobie i pachniał piękny jaśmin- nie mozna było się w nim nie sfotografować.

Anioły z kościółka w Łopusznej

i tryptyk z ołtarze

Jak Łopuszna to Tischner- zwiedziliśmy niewielką izbę poświęconą Jego pamięci

i zapaliliśmy świeczkę na Jego grobie.

A potem pojechaliśmy do Dębna.

W tej małej wsi (liczy niecałe 600 mieszkańców) stoi sobie drewniany kościółek z XV wieku- zgraniutki, otoczony drewnianym ogrodzeniem, przy którym stoją ławeczki. Mieliśmy szczęście i wraz z wycieczką niemieckich rowerzystów mogliśmy zwiedzić wnętrze kościółka. Jest przepiekny- cały ozdobiony kolorową polichromią, a w środku kryją się jeszcze dalsze skarby- jak chocby drewniane piętnastowieczne cymbałki, używane w czasie mszy zamiast dzwonków. Niestety, obowiązuje całkowity zakaz filmowania i fotografowania wewnątrz, więc zdjęc nie ma :( Musicie się sami wybrać- warto. Kościółek jest wpisany na listę zabytków UNESCO.

Ostatnie miejsce, ktore odwiedziliśmy w czasie naszej wycieczki to kościółek w Harklowej- niewiele młodszy od tego w Dębnie, został zbudowany w 1500 roku. I równie urokliwy, chociaż skryty wśród drzew.

A w środku też polichromie- to mała próbka. Te w Dębnie sa jeszcze piękniejsze. I chyba na każdym paseczku jest coś innego.

Ołtarz kościoła w Harklowej.

I my w jednej z dwóch bram wejściowych na teren przykościelny.

A potem przyszedł czas na Trusiowe rozrywki. Pogadałyśmy więc z "Koziołkiem-Matołkiem", czyli koźlą mamą bialutką jak śnieg i jej równie bialutkim koźlątkiem.
Posiedziałyśmy nad strumykiem:

Zaczęło się od moczenia rączek

a skończyło na moczeniu nóżek.

A potem była żmudna trzyipółkilometrowa wspinaczka w górę do domu Akiko. Trusia została zniewolona w "sidle"- niespecjalnie ją to uszczęliwiło, ale była juz tak zmęczona, że wkrótce zasnęła. A żeby było jej mniej smutno w tym "siedle" i trochę wygodniej towarzyszyła jej nasza ukochana chusta.

Nie wiem, jak u was, ale u nas upał był dziś sakramencki. Rano wybrałam się rowerem na targ i niebacznie zostawiłam mój pojazd na słońcu- miałam potem problemy, żeby go dosiąść z powrotem, bo siodełko parzyło mnie w pupę. Wyprawa zaowocowała garem lecza i babeczkami z jagodami i malinami.
A Truszonda pławiła się w tym czasie w basenie z Tatusiem na cosobotnich zajęciach.
Po południu Trusia uśpiła Mamusię w czasie gdy Mamusia starała się uspić Trusię. Uśpiona Mamusia obudziła się w pewnym momencie przerażona, że pozostawione bez nadzoru Dziecko grasuje gdzieś w mieszkaniu- szczęśliwie Trusia spała słodko tuż obok- czyli po uspieniu Mamusi uśpiła się sama.
Wieczorem tradycyjnie udałyśmy się na lody- które tym razem musiałam jednak zjeść ja, albowiem Trusia oświadczyła, że "jeśtem źmęciona i nie mogę jeść lodów". Potem przyszedł czas na Buniowy ogródek, gdzie Truśka natychmiast zdjęła sandałki i skarpetki i hasała po trawie. Bardzo też marzyła o pomocy Tatusiowi przy malowaniu- miała nawet własna koncepcję- małe łapeczki w kontrastowym kolorze odbite na żółciutkiej ścianie.
Z ogródka wygonił nas wicher i zbliżająca się burza- pędziłyśmy do własnego domu, który porzuciłyśmy z otwartymi na oścież oknami, a na jamniki raczej nie mozna bylo liczyć. No a potem podziwiałyśmy sine chmurzystka pędzące po niebie, słuchałyśmy grzmotów i śpiewałyśmy sobie kołysanki, siedząc na naszym balkonie. Fajnie było.

23:19, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
piątek, 17 lipca 2009
Odwiedziny w dwóch zamkach- z burzą pomiędzy

Dnia pewnego postanowiliśmy opuścić nasza leśną głuszę i troszkę pozwiedzać. Pojechaliśmy zatem do Czorsztyna, pomyszkować troszkę w ruinach tamtejszego zamku.

Tam to Trusia odkryła dyby- stoją w tej ciemnej czeluści, specjalnie imponująco się nie przedstawiają, ale Trusia do dziś je z sentymentem wspomina, jako przyrząd kary dla niegrzecznych dzieci (widać niegrzeczni dorośli nie mieszczą się w jej wyobrażeniach).

Panienki z okienka 1

Panienki z okienka 2

I burzowe chmury- też z okienka czorsztyńskiego zamku

Burza straszyła nas pomrukami i błyskami przez cały czas pobytu na zamku i w końcu dopadła deszczem w drodze na przystań gondolek, którą mieliśmy popłynąć do zamku w Niedzicy. Trusia została zapakowana do nosidła- tym razem obyło się bez głośnych protestów, ale mina Córki mówi sama za siebie

nie jest ci ona szczęśliwa w tym "sidle"
Naturalnie podróż wodna, gdy dookoła szalała ulewa, błyskało się i grzmiało nie była możliwa. Przeczekiwaliśmy więc nawałnicę, podskakując od czasu do czasu przy co głośniejszym grzmocie i kojąc nerwy frytkami.
A jak wreszcie przestało padać popłynęliśmy

podziwiając czorsztyńskie ruiny od strony Zalewu.
Trusi podróż gondolką bardzo przypadła do gustu.

Wieża zegarowa w NIedzicy.
Zamek w Czorsztynie należał do Polski, niedzicki był własnością Węgier- czyżby to tłumaczyło różnice w wyglądzie i stanie obu? (Ten w Niedzicy jest zdecydowanie lepiej zachowany i wydaje się trochę wygodniejszy i bardziej "luksusowy".)

Drewniany anioł, który zgubił skrzydła- w zamkowej kaplicy

Spojrzenie w zamkową studnię- głęboką ponoć na 60 metrów

 Panienki z okienka 3- tylko lokal juz inny

A z okienka- widok na zaporę

Dwa zamki widziane z zapory- bliższy niedzicki, w oddali czorsztyński

Trusia całująca :)

A z aktualności- chyba wytworzyła sie nam nowa świecka tradycja- popołudniowo-wieczorne lody gałkowe z Mamą w lodziarni na Dywizjonu. Trusia testuje kolejne smaki- ma już za sobą niebieskie lody smerfowe (o smaku karmelowym), zielone lody pistacjowe i, także zielone, lody miętowe. Na jutro zaplanowała kolor różowy.
Kupujemy jedną gałkę, zasiadamy w lodziarnianym ogródku i prowadzimy inteligentną konwersację na temat zycia, drobimy wafelka półoswojonym wróbelkom- czasem udaje się je przywabić na nasz stolik. A po spozyciu loda i doprowadzeniu rączek do stanu uzywalności poszukujemy w najbliższej okolicy samochodu w kolorze zjedzonych właśnie lodów (nie pytajcie dlaczego, bo nie wiem, ale Tryśka pewnie wie). Potem podążamy w stronę naszego osiedla ścieżką przecinającą dziki trawnik przy pasie startowym, a pasikoniki cykaja jak oszalałe. One cykają, a ja kolejny raz opowiadam bajkę o świerszczu i mrówce- to kolejna nowa tradycja. Następnym razem zacznę chyba coś do tej opowiastki dodawać, jakieś piknatniejsze szczególiki na przykład.
Pożywiona lodami udaje się Trusia do mieszkania Starszej Siostry, w którym Tatuś wyżywa się malarsko. Truśka zaś kontempluje uroki Buniowego ogródeczka, podlewa roślinki, wącha miętę.
Namawiam ją, żebysmy poszły już do siebie, bo czas na kąpiel, na to Córeczka powiada:
"Jeście odpoćniemy, posiedzimy na ławećce, poziciem ci moją wodę citlinową. I jeście będziemy goło chodzić."- Ten ostatni punkt programu nie do końca był dla mnie jasny, ale wkrótce się wyjaśniło- Truś zdjął sandałki i skarpetki i podreptał "goło" po trawie.
W domu dramatycznie wzrośnie nam chyba zużycie wody- już wzrosło odkąd starsze dzieci zamieniły wanne na prysznic. W ramach nowej tradycji Truśka też zamieniła i już drugi dzien pod rząd każe się zamknąć w kabince prysznicowej sam na sam z mydłem w płynie i lejącą się wodą. I siedzi tam dłuuugo- odezwały się te same geny, co u rodzeństwa. Tylko dlaczego już w tak młodym wieku???
A z Trusiowych "marzeń"- "Ciem juź mieć ci latka." Codziennie się upewnia, czy szczęsny ów moment juz nie nastąpił. Ale jeszcze pół roku do tego wyczekiwanego wydarzenia.
Dleczego akurat trzy latka? Bo od trzech lat można zostawić dziecko w bawialni dla dzieci w M1. Trusia marzy, by się tam znaleźć. A ostatnio odmówiono jej tej "przyjemności" własnie z powodu wieku- jest jeszcze za młoda :(
A czy ja marzę o tym, żeby Trusia miała juz trzy latka? Niekoniecznie- trwaj chwilo jak najdłużej, dwóipółletnia Trusia jest taka słodka.

 

23:24, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
czwartek, 16 lipca 2009
Pierwszy i drugi dzień w Harklowej

Wreszcie mi się udało przeprowadzić zdjęcia z aparatu do kompa, wykonać tytaniczną pracę ich zmniejszania i przetransferowania do blogowych zasobów. Siedem się nie zmieściło- poczekamy, aż blox łaskawie udzieli nam kolejnych megabajtów miejsca i wtedy i te siedem się w zasobach umieści.
A poniewaz pora późna, to będzie tylko dzień pierwszy- dzień przyjazdu, zapoznawania się z nowym miejscem, oswajania nowej przestrzeni.

Taki widok- w różnej "kolorystyce"- czasem skąpanej w słońcu, czasem przesłonięty mgłą, czasem z błyskawicą w tle- podziwialiśmy z naszego tarasu. Widok na wschód, czyli Zalew Czorsztyński. Na południu były Tatry- tylko jakoś zdjęcia z nimi znaleźć nie mogę. Czyżbyśmy je pominęli? Nie wierzę, muszą się gdzieś tam ukrywać.

Truśka w jagodach- pierwszego dnia bardzo jej smakowały. A samodzielne ich zrywanie było super rozrywką. Potem trochę się znudziła, chociaż piosenkę o "czarnych jagódkach" musiałam śpiewać kilka razy dziennie.

Zmęczona dniem pełnym wrażeń usnęła Panienka na miękkim Tatusiowym brzuchu.
Tego pierwszego dnia była przecież jeszcze pierwsza w życiu Trusiowym jazda trzęsącą terenówką, pianie koguta- dźwięk całkiem nowy, spotkanie z żuczkiem-gnojarzem i chrząszczem jelonkiem (czy jakimś podobnym- miałam sprawdzić w odpowiedzniej literaturze, alem zapomniała), wizyta u kózek i owieczki, pluskanie w basenie i wylegiwanie się w jacuzzi i nowe smaki japońskiej kuchni na kolację. I to wszystko w jedno popołudnie- dużo jak na Małego Człowieka.

I krótko dzień drugi:

Mali Ludzie mają to do siebie, że szybko się regenerują i o poranku wstają radośni i chętni do kolejnych działań- tu świeżo obudzona Truśka chasa po świeżo zlanym poranną (a wcześniej też nocną) burzą tarasie.

Dzień drugi to była niedziela, optymistycznie wyruszyliśmy więc do wsi piechotką, chcąc zdążyć na mszę o jedenastej. Trzy kilometry leśnej drogi z górki pokonaliśmy nad wyraz sprawnie, zważywszy, że Dziecię pragnęło iść samodzielnie. I już "witaliśmy się z gąską", już prawie widzieliśmy wieżyczkę harklowskiego kościółka, już się nam wydawało, że jesteśmy na miejscu... Niestety, Dunajec spłatał nam figla i zalał drogę- "kałuża" była za duża i za głęboka, żeby się przez nią przeprawić, a "objazdu" jeszcze nie znaliśmy.

Trzeba było wrócić- a powrót na krótkich nózkach pod górkę zajął dużo więcej czasu niż droga z górki. Poza tym przy drodze rosły stada poziomek- aż grzech było nie pozjadać... A potem można było pobiegać na bosaka po trawniku przed domem Akiko. Nóżki małe są jednak mieciutkie i delikatne, trawka je trochę uwierała- wlazły więc na mamine nożyska i poczuły się całkiem kontete.

A weiczorem, jak już właścicielka małych stópeczek usnęła snem sprawiedliwych, przyszedł czas na rozrywki rodziców- pani Akiko zaprosiła nas na lekcję japońskiej kaligrafii.

CDN

23:21, dsmiatek
Link Komentarze (1) »
wtorek, 14 lipca 2009
Odrabiam zaległości- spotkanie z Nulką

To bylo już drugie spotkanie z Nulką i jej Rodzicami. W sobotę na Szerokiej w czasie koncertu finalowego Festiwalu Kultury Żydowskiej-  warunki może niezbyt sprzyjające do rozmowy- musiała byc bardzo głośna- ale miło było się znowu zobaczyć:

W niedzielę wspólny obiad- także na Kazimierzu, ale w hinduskiej knajpce. A potem kawa u Antonia.

Trusi się chyba wydawało, że Nula jest od niej mlodsza, bo przejawiała wyjątkowa opiekunczość. Usiłowała Nulkę nakarmić bułką i bardzo się o nią troszczyła. Było wspólne czytanie książeczki o śwince Pepie. Na bardziej zaawansowane zabawy nie było okazji- może innym razem...

Kochani, mam nadzieję, że pozostaną Wam z Krakowa dobre wspomnienia i szybko zapomniecie o niedogodnościach, które napotkaliście. Trusia codziennie chce oglądać Nulkę na zdjęciach i czeka na kolejne spotkanie.

21:17, dsmiatek
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2
Archiwum