RSS
piątek, 30 lipca 2010
22 lata

Już 22 lata jesteśmy razem. Po prawdzie dłużej, ale 22 lata temu w kościele ojców jezuitów w naszym rodzinnym mieście przysięgaliśmy sobie miłość, wierność i trwanie przy sobie aż do śmierci. Udało nam się już 22 lata- to więcej niż połowa mojego dotychczasowego życia. Obyśmy wytrwali przy sobie kolejne 22 lata, i następne... W zdrowiu, z niewyczerpaną miłością.
Nasz największy sukces- nasze dzieci:) I to, że wciąż się kochamy, mimo potknięć i codziennego pośpiechu. Wciąż mamy mnóstwo tematów do rozmowy. I wciąż na pytanie, z kim chciałabym się wybrać na randkę odpowiadam, że najchętniej z osobistym Mężem. Dziś randki nie będzie, bo czasu chyba zabraknie. Nadrobimy za tydzień, po powrocie ze Słowacji. A wyjeżdżamy już jutro. 

 

09:18, dsmiatek
Link Komentarze (11) »
czwartek, 29 lipca 2010
Dziecko radiologa

"Co będziesz lobić?"
Będę opisywać mammografie.
"A co wiesisz tutaj? Czy to są mleczuszki? A może klatka pielsiowa?"
Nie klatka piersiowa. Mleczuszki.
"A jeden mleczuszek jest zepsuty?"
Dlaczego?
"Bo nie ma swojego dzyndzołka."
??? Aaa, brodawki nie widać. Nie martw się, jest, tylko taka rozpłaszczona.
"A ja też mam lozpłaszczone? Bo ja mam małe mleczuszki. Klótkie takie. Bunia też ma klótkie mleczuszki. I moje mleczuszki są uklyte w bluzeczce. A twoje są uklyte w biustonoszu. No to opisujmy te mammoglafie. Ja ci pomogę."

PS
A w kwestii skrzydełek
Trusia oczywiście się zachwyciła, zwłaszcza, że skrzydełka różowe i mają jeszcze srebrne
"błyskotki". Przywdziała natychmiast, pochyliła się troszkę- i tu nastąpił zawód, albowiem Trusia była przekonana, że skrzydełka zatrzepoczą i uniosą ją pod sufit. A tymczasem skrzydełka nie latają:( Szczęśliwe po krótkim czasie pogodziła się z tym faktem. A nawet zaczęła mnie namawiać na zakup drugiej pary dla Tosi, z którą w sobotę wyruszamy na Słowację. Albowiem mamy teraz dwie różdżki (do skrzydełek była też dołączona), a skrzydełka tylko jedne.
"Wiesz mamusiu, kup dlugie skrzydełka dla Tosi, bo coś mi się wydaje, że o jedne będziemy się oklopnie kłócić."

22:06, dsmiatek
Link Komentarze (3) »
Sprawa Garfielda

Otóż z Garfieldem rzecz ma się następująco- jest on ulubioną kreskówkową postacią Starszej Córki. Niestety, w garfieldowych gadżetach ostatnio posucha i jedyną rzeczą, którą Bunia ma na stanie jest stary, lekko odrapany kubeczek. W drodze powrotnej z wakacji, na jednej ze stacji Total już na terenie Francji, przyuważyłam, że za zatankowanie do pełna i dopłacenie ok. 4 euro można dostać plażowy ręcznik z Garfieldem. Poinformowałam o tym rodzinę i zmusiłam Męża, żeby płacąc za paliwo dopłacił jeszcze do ręcznika- niech Starsza ma pamiątkę z wakacji. Niestety, w sprawę wmieszała się Młodsza, która także zapragnęła ręcznika z kreskówkowym kotem. Zatankować dwa razy na tej samej stacji do pełna niestety się nie da, w samochodzie znalazł się tylko jeden Garfield, a na drugiego jakoś okazji już zabrakło. Truśka ręcznik zawłaszczyła, twierdząc, że jest jej absolutnie ulubionym, wymarzonym itp. Próbowałam ją przekonać, że jak odda Buni ręcznik, to jej w Krakowie kupię książeczkę z Garfieldem- zdała się na to przystać i zaraz po powrocie przypomniała o książeczce. Jak już jednak została ona zakupiona, to Truśka stwierdziła, że książeczkę i owszem przyjmie chętnie, ale ręcznika nie odda. Co najwyżej może go Buni kiedyś pożyczyć- w jakiejś bliżej nieokreślonej przyszłości.
Ręcznik został ostatecznie, po okresie użytkowania go przez Młodszą i wypraniu, cichcem przez Bunię przejęty i wyniesiony do Buniowego domostwa.  Młodsza jednak o siostrzanej "miłości" nie zapomniała. Wczoraj, w czasie wizyty w Leroy Merlin w celu zakupienia podkładek po Buniową sofę, bystrym oczkiem wypatrzyła plastikowe pudełka z podobizną Garfielda. I koniecznie starała się mnie na nie naciągnąć- że niby Bunia tak Garfielda lubi i na pewno bardzo się z owych pudełek ucieszy- czyli jednak myśli o swojej siostrze i chętnie by jej nieba przychyliła;-) Byle to nie był opisany powyżej ręcznik ;-)

A jeśli o bystrym oczku mowa, to w drodze powrotnej z marketu budowlanego przez nasze lokalne centrum handlowe, wypatrzyła Trusia coś jeszcze. W pewnym momencie stanęła i z zachwytem wykrzyknęła
"Patrz mamusiu, plawdziwe szklane pantofelki!"
Obracam się i widzę Truśkę wpatrzoną z uwielbieniem w jakieś okropne klapko-buciska z przezroczystego błyszczącego plastiku. Z trudem ją odciągnęłam, tłumacząc, że są na nią stanowczo za duże (bo były!). Nie miałam serca uświadamiać jej, że nie są to wcale szklane buciki, po co burzyć dziecięce złudzenia.
A tak by pasowały do wróżkowego diademu i różdżki;-) Cóż, z braku szklanych pantofelków dostanie dziś Trusia wróżkowe skrzydełka, które matka niepoprawna zakupiła dla niej w H&M-ie. Już sobie wyobrażam ten zachwyt- bezcenny. Miny osobistego Męża wolę sobie nie wyobrażać- "pomyślę o tym później, w Tarze"- jak mawiała moja ulubiona niegdyś książkowa bohaterka- ktoś jeszcze pamięta, kto to?

16:46, dsmiatek
Link Komentarze (5) »
wtorek, 27 lipca 2010
Czarowanie

Jakże mało trzeba, by na Truśkowej twarzy zagościł uśmiech od ucha do ucha. Ostatnio co prawda, dla równowagi pewnie, niewiele też trzeba, żeby z oczu polały się fontanny łez, żeby zaczęła zawodzić, a nawet "omdlewać" z rozpaczy straszliwej.
Ale dziś o uśmiechu, na przekór smutnej deszczowej aurze (która stanowi kolejny dowód, że wszystkiego mieć nie można- albo słońce, ale za to ukrop, albo chłodniej, ale z jesienną temperaturą i całkiem bez słońca:( ).

Wczoraj zadzwoniła do mnie na dyżur Bunia, w pewnym momencie telefon przechwyciła Trusia:
"Mamo, bo Bunia nie chciała mi kupić plawdziwej lóżdżki!"
Oj, skarżypyta jedna- usłyszałam w tle głos Starszej Córki.
A co to za różdżka kochana?
"Taka plawdziwa, do czalowania."
Aaa, prawdziwa, do czarowania...
W tle Bunia namawia Trusię do zrezygnowania z kupnej różdżki i obiecuje, że jej różdżkę zrobi.
"Nie chce zlobionej, bo ona nie będzie działać. Chcę ze sklepiku."
A gdzie Córciu taką różdżkę można kupić?
"A u nas na dole, w kiosku."

Jak tylko wróciłam do domu następnego dnia, Truśka z przymilnym uśmiechem zapytuje:
"To co, pójdziemy zalaz kupić moją lóżdżkę?"
Zaraz nie, najpierw ugotujemy obiadek.

Truśka przy przygotowaniu obiadku niezwykle była pomocna, do teraz pozostaje w przekonaniu, że zapiekankę serową całkiem sama zrobiła.
Ledwie przełknęłam ostatni kęs Córka pobiegła się przyodziać i gotowa stanęła przede mną.
"Idziemy?"
OK, idziemy- szczęśliwie sklepik pod naszym domem, nawet parasola nie trzeba było zabierać.
Po drodze Trusia niepokoiła się trochę, że może ktoś już jej wymarzoną różdżkę kupił. Szczęśliwie nikt się nie połakomił, była. Za cale 7,99 PLN nabyłyśmy dla Trusi kawałeczek "szczęścia".

"Czaly maly Paweł staly"- czaruje machając różdżką, z diademem wróżki na głowie.
Nie taki znowu stary,- oburza się Starszy Syn.
"No dobrze, nie staly. Czaly maly Paweł młody zamienia się księcia."
Jak na razie Paweł zamienił się w woodstokowicza z czerwonym irokezem na głowie. Wyrusza jutro o świcie. Mam nadzieję, że w Kostrzynie nie leje tak, jak u nas.
A Trusi z dużą pomocą czarów zapewne, udało się wyczarować klopsa z fetą i papryką na jutrzejszy obiadek i budyń na dzisiejszy podwieczorek ;)

Czarująca Wróżka w swoim wymarzonym namiocie- bo dziś spełniło się inne Truśkowe marzenie- wreszcie dostała namiocik z Ikei, który pojedzie z nami na Slowację- w razie czego zakwateruje się w nim Najmłodszą, jak się nam zanadto da we znaki;)

No to: "Czaly maly Paweł staly- śpijcie dobrze. I niech jutro obudzi was slonko." :)

A skoro już o Pawle i o słonku mowa:

Etap przejściowy pomiędzy irokezem z kolorze tradycyjnym "włosowym" a czerwonym.

Wersja ostateczna.

21:43, dsmiatek
Link Komentarze (3) »
O nauce chodzenia

Jeszcze jedno  z zabawy Trusi z Nulą mi się przypomniało. Oraz rozmowa, którą przeprowadziłam z Trusią przed tym spotkaniem. Trusia wspominała coś na temat tego, że będą z Nulą biegać na placu zabaw (analogicznie do wizyty Ewuni i Grzesia). Tłumaczyłam jej wtedy, że Nula biegać z nią nie będzie, bo jeszcze nie umie chodzić. Truśka się zdziwiła, więc starałam się jej wytłumaczyć, że Anulka ma jeszcze za słabe nóżki, że muszą one się wzmocnić i wtedy będą mogły razem biegać. Truśka drążyła temat, pytając, dlaczego Nulka ma za słabe nóżki, skoro ma cztery latka. Powiedziałam jej wtedy, że Nulka jest chora. A na to Truśka oburzyła się okrutnie i zaprotestowała, że Nulka wcale chora nie jest.

A co do "biegania" to nie miałam racji. Co prawda nie wyszłam z dziewczynkami na plac zabaw (do czego Truśka próbowała mnie jednak namówić), za to obie panny pomykały po mieszkaniu aż miło:) A Nulka "uczyła" Trusię, jak się chodzi, stawiając stópki na podłodze z głośnym plaśnięciem i poprawiając moją Córeczkę, próbująca ją nieudolnie naśladować.

Oto ilustracja zdjęciowa do nauki chodzenia:

Dzieci to cudowne istotki- nie istnieją dla nich  różnice, potrafią budować "porozumienie bez barier" w tak wspaniale naturalny sposób. Przynajmniej do czasu... Niestety:(

21:16, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 26 lipca 2010
Spotkania

Zaraz po naszym powrocie z Hiszpanii mieliśmy okazję spotkać się z Kają i Jej Rodziną. Zwykle nie mam śmiałości zapraszać gości spoza ścisłej rodziny do naszego domu- wiele w nim mankamentow i niedostatków. Rodzina wybaczy (innego wyjścia nie ma), ale czy wybaczą i zrozumieją ludzie niespokrewnieni. Trochę mi głupio za niewykończoną od wprowadzenia się szafę (czyli od lat około trzynastu), za rozpadającą się już powoli kabinkę prysznicową, za wołającą o remont kuchnię. Tym razem postanowiłam zaryzykować- upał był tak obezwładniający, że doszłam do wniosku, iż spotkanie w domu będzie opcją optymalną. Mam nadzieję, że Goście wybaczyli nam (lub nie zwrócili wcale uwagi) na mieszkaniowe niedociągnięcia. A nam było niezwykle miło ich gościć. Ogromnie się cieszę ze spotkania  w realu Ludzi, z którymi internetowo czuję się mocno związana:)

Spotkanie w domu ma te zalety, że dzieci mogą się spokojnie pobawić, a dorośli pogadać. Dzieci jednakowoż niekoniecznie chciały siedzieć przez cały czas w czterech ścianach i jak tylko cień pobliskiego wieżowca przykrył nasz najbliższy plac zabaw, wyciągnęły nas na dwór.

Tu Trusia z Ewunią, która umyka ze "zdobyczną" z czyjegoś wózka lalką.

A tu Trusia z Grzesiem na karuzeli

Powoli wracamy do domu- Trusia z Grzesiem maszerują "w parach"

I cała trójka grzecznie oczekująca na wpuszczenie na klatkę schodową.

W miniony piątek "odważyłam" się na wpuszczenie do mego niedoskonałego domostwa Nuli. Z Nulą było prościej- wiadomo, dzieci nie dostrzegają niedokończonych szaf i mankamentów kuchennych mebli i nie przejmują się nieumytymi oknami, przez które już mało co widać ;)
Pomysł zaproszenia Nulki okazał się "strzałem w dziesiątkę"- obie panienki bawiły się świetnie, wyjąwszy jeden krótki incydent, kiedy to Trusia zamachnęła się na Nulkę plastikową łyżeczką. Rękoczyn ów wynikł prawdopodobnie z niezrozumienia idei Nulkowej. Otóż Ania zaproponowała zabawę w złodziei, których Trusia opacznie wzięła za rycerzy, uzbroiła zatem siebie w plastikową łyżeczkę (Nula takową posiadała już wcześniej) i postanowiła stoczyć z Anią pojedynek na owe łyżeczki. Szczęśliwie łyżeczki, zwłaszcza zabawkowe, nie są groźną bronią, Nula dała się szybko przeprosić i przez resztę czasu dziewczyny bawiły się doskonale. Tak dobrze i zgodznie, że ja zdołałam w tym czasie upichcić obiadek, skonsumować go wraz z dwójką Starszaków, a potem  nawet opisać porcyjkę mammografii, dzięki czemu zyskała wieczorkiem trochę wolnego czasu na posiedzenie i pospacerowanie po Rynku z Nulkowymi Rodzicami.

Najpierw obie panny śpiewały lalkom kołysanki.

Potem robiły bałagan poszukując owoców, jarzynek i lodów do krojenia i przyczepiania.

Jak już owe lody i inne elementy znalazły, to postanowiły je "skonsumować".

Znalazły też chwilkę na realniejszą konsumpcję.

No i jak na prawdziwe księżniczki przystało był też moment "ustrajania"- tu zdecydowanie bardziej zachłanna na precjoza okazała się Trusia, obwieszając się czym popadło. Nula wybrała jeden naszyjnik, oświadczając, że pasuje kolorem do jej oczu. Na propozycje Truśki, żeby powiesiła na sobie coś jeszcze oznajmiła stanowczo, że nie potrzebuje już nic więcej wieszać, bo jest prawdziwą i piękną księżniczką bez wieszania:)

Kto następny chętny na odwiedziny? Zapraszamy:)
Pod warunkiem oczywiście, że przymknie oko na opisane (i nie opisane) powyżej mieszkaniowe mankamenty;-)

 

20:04, dsmiatek
Link Komentarze (10) »
niedziela, 25 lipca 2010
O tym, że nie można mieć wszystkiego

Nie można spotykać się do późna z przyjaciółmi i jeszcze napisać coś nowego na blogu.
Nie da się opisać cowieczornej porcji mammografii i wpaść tu na chwilę, żeby skrobnąć nową notkę.
Nie starcza czasu na wyjazd do O. z babcią i spotkanie z rodziną i opisanie kolejnych Trusiowych dziejów.
A co najgorsze- nie można żyć w ciągłym biegu i w tym biegu wyłapywać perełki do Trusiowej kolekcji.

Jestem trochę załamana tym, że nie potrafię się rozdwoić, że nie umiem zapamiętać, że wydaje mi się, że nic fajnego Córka nie powiedziała, nie zrobiła. A przecież mówi i robi- tylko mi to z dziurawej pamięci ucieka.

Może czas blogowy w naszym życiu już się kończy...

A tymczasem dookoła nas przychodzą na świat nowe dzieci- i to tak trochę w moim pokoleniu- po synku B. urodziła się wyczekiwana przez nas moja Mała Brataniczka. A dzisiaj dowiedzieliśmy się, że w dalekiej (a może nie aż tak dalekiej) Kolonii pod koniec czerwca na świat zawitała córeczka Mężowskiej ciotecznej siostry- jako siódme dziecię w tej rodzinie.
Wczoraj miałam okazję uczyć sąsiadkę mojej Mamy wiązania chusty- i przez chwilkę miałam w chuście trzyipółmiesięcznego Chłopczyka- ach, jakie to wspaniałe uczucie- dzidziuś w chuście...

Jak czas i Trusia pozwolą, to spróbuję wyłowić z morza zdjęć kilka z ostatniego spotkania z Kają i jej Rodzinką oraz z zabawy Trusi z Nulą w naszym mieszkaniu. Jeśli pozwolą...

Uff, zdjęcia ze spotkań udało się wrzucić w kompa, więc może jutro pojawią się na blogu. A na razie Trusia-czytelniczka:

21:24, dsmiatek
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 19 lipca 2010
Uogólnianie

Truśka, jak co tydzień w soboty/niedziele oraz jak co tydzień w czasie dyżurów Mamy pomagała w dziełach kuchennych. Lubi to robić, nabywa jakichś sprawności a przy tym jej konwersacje to czysta przyjemność. Tym razem było tak:

Truśka radośnie przystąpiła do pomocy, a właściwie zaordynowała wykonanie cotygodniowej pizzy.

Dopilnowała drożdży (łącznie ze słuchaniem, czy rosną - włosy wystarczy lekko wytrzeć, a drożdże na pewno na coś pomagają). Potem zarabianie:

Wyrabianie ciasta:

Łącznie z pełnym zaangażowaniem:

A teraz wałkowanie:

A przy wałkowaniu trzeba podsypywać mąką - i tutaj właśnie tytułowe uogólnienia. Nagle PUFF wszystko białe. Córka zagaja:

- Tato, czy wiesz że niektóle mąki są złośliwe?

- ?

- Tak, tak jak cukly-pudly!

- ?! ;)

A na koniec:

Świat nie zrozumiał zaangażowania kulinarnego. Dla pocieszenia poszliśmy poplaskać w kałużach - właśnie przyszedł front z deszczem po upałach. (Plaskanie w kałużach jest też jedną z ulubionych zabaw Truśki. Jak już kalosze były całkiem mokre w środku to przeszliśmy do plaskania na bosaka - chodniki były jeszcze ciepłe, a zachwyt Gertrusi wielki).

Pozdrawiam,

nie dsmiatek.

 

 

 

23:43, dsmiatek
Link Komentarze (11) »
niedziela, 18 lipca 2010
O dziwo całkiem sympatyczna upalna sobota

Spodziewałam się, że dzien będzie trzeba spisać na straty- rekordowy upał, w domu niestety też gorąco i duszno- przelezymy cały dzień jak krokodyle, dysząc ciężko i nie ruszając się zanadto. A tymczasem- niespodzianka.
Rano Trusia z Tatusiem na basen- zbuntowana, że pływać nie będzie, że nie chce i nie pójdzie. Szczęśliwie odwidziało się jej i zaprezentowała "cioci Rybce", jak pieknie potrafi sama nurkować. A tymczasem ja ze Starszą Córką rowerkiem na stretching. Potem jedyny możliwy w tej temperaturze obiad, czyli chłodnik truskawkowy i sałatka owocowa i kino z Mężem, młodszym z synów i Trusiem. Byliśmy na Shreku- Truska niezachwycona, stwierdziła, że film jest smutny- i trochę racji w tym miała. Za to pożarła tonę popcornu (A jeszcze do niedawna nie miała pojęcia o istnieniu tego "słonego styropianu". Niestety, została zdemoralizowana, czyli uświadomiona przez kolegę z taekwonodo:( I zasmakowała.) Po kinie krótki wypad do miasta na zimną czekoladę- w końcu po lekkim obiedzie trzeba było uzupełnić kalorie. Odwiedziliśmy nowy cukierkowy sklepik na Gołębiej, o którym pisała niedawno Mama Małego Rycerza. Załapała się Trusia na pokaz produkcji karmelków- stała na krzesełku, wpatrując się w to, co robią miłe panie za szybką i komentowała najgłośniej ze wszystkich dzieci. Krakowianom i przyjezdnym polecam wizytę na Gołębiej, bodajże 3 (długa nie jest, trafić łatwo).  Potem jeszcze obowiązkowo fontanna na Placu Szczepańskim- straszna nagonka się ostatnio zrobiła na nieodpowiedzialnych rodziców, pozwalających się dzieciom pluskać w nieuzdatnionej do pływania wodzie. Oszpecili nawet fontannę dwiema stosownymi tabliczkami. A dzieci i tak się pluszczą i radochy z tego mają co niemiara. Może więc zamiast grozić warto by było pomyśleć, co zrobić, żeby dzieciom ta radocha pozostała.
W każdym razie- pozwoliłam Truśce na moczenie nóg  i rąk i dalej będę jej na to pozwalać- no chyba, że na straży stanie Pan Miejski Strażnik, albo, że ogrodzą fontannę kolczastym drutem! Spotykaliśmy już podobne wodotryski pryskające wodą wprost z chodnika w różnych miejscach, m.in. we Włoszech. I nigdy nie było tam zakazu zabawy i pluskania- przecież po to je stworzono- ku uciesze dzieci i dorosłych.

A z humorystycznych trochę wczorajszych momentów- pewna pani koniecznie chciała sprawdzić, czy złote loczki wystające spod Trusinego kapelutka sa prawdziwe, czy też może doszyte;-)

Na koniec dnia tosty ze smażonymi kurkami i rozmowa na skypie z Bratem.
Całkiem miły dzień- pozwolił naładować akumulatory na dzisiejszy niedzielny dyżur, który juz na wstępie zapowiada się pracowicie:(

09:45, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
piątek, 16 lipca 2010
Wpis dyżurowy

Wiem, czekacie na wpis powakacyjny, na wrażenia z Barcelony i na kolejne Truśkowe słowne "perełki". Tymczasem Główna Kronikarka Truśkowa od powrotu do domu nie ma czasu na nic. Po poniedziałkowym ogranięciu domostwa, które pozostawione pod opieką dziewiętnastolatka nie prezentowało się najgorzej na pierwszy rzut oka, jednak rzuty kolejne uwidaczniają grube dywany kurzu, nieprzejrzyste zupełnie okna (nawet lepiej, mniej słońca wpada), pochlapane lustra (też lepiej, czlowiek ma lepsze samopoczucie co do swojego wyglądu). Lodówka płacze o rozmrożenie, góry prania nie znikają, chociaż pralka pracuje na 200 procent mocy przerobowej. A ja albo w pracy albo w chwilce wolnej wiczorkiem, jak cienie się wydłużą, na placu zabaw z Córką Młodszą. Od upału mózg mi się już zsiadł na kwaśne mleko albo ugotował na twardo (co kto woli) i kolejne "perełki" wyparowują z pamięci. Jeszcze dziś rano miałam coś na bloga, ale do tej pory  zniknęło bez śladu i nie mogę sobie zupełnie przypomnieć. Dziś oddyżurowuję drugi już po powrocie dyżur, kolejny w niedzielę, następny we środę. Odrabiam zaległości w mammografiach (chwilowo SIMP ma awarię, korzystam więc z okazji i się usprawiedliwiam), ganiam do przychodni. Wyhamuję pewnie dopiero przed wyjazdem na Słowację :(

A z wyjazdowo-wakacyjnej beczki- Młodsza Córka genialnie zniosła długą podróż. Wyjechaliśmy o 22.30, Truśka wyczekała ze spaniem do zapięcia w foteliku, pogadała jeszcze parę chwil i usnęła. Obudziła się o świcie, troszkę jeszcze podrzemała, a potem zabawiała nas rozmowa już do końca pierwszego etapu podróży, czyli do około 20-tej (byłoby troszkę mniej, ale Vacans Soleil podał tak nieprecyzyjne namiary na kemping w Trept, że bez GPS-a w mężowskiej komórce-innego wciąz nie mamy, a i ten zdobyliśmy w ostatniej chwili- błądzilibyśmy pewnie do północy). Drugi etap był krótszy, jechaliśmy 9 godzin, za to w dzień- ale i tu Truśka stanęła na wysokości zadania. Jak na trzylatka naprawdę była bardzo grzeczna. Nie pytała co chwilę "Daleko jeszcze?", nie jęczała, że gorąco i niewygodnie. Jedynym zgrzytem okazały się toalety. Nie przypuszczałam, że moga one wzbudzić w moim Dziecku tak wielkie emocje i stać się koszmarem na resztę wakacji. Zaczęło się w Niemczech, gdzie w toalecie był system automatycznej dezynfekcji deski sedesowej- Truska zobaczyła obracającą się deskę i dziwny pojemnik, który się nad nią wysunął i opuszczała kibelek niemalże z gatkami w garści. W kolejnym przybytku woda spuszczała się automatycznie- i widać kibelek Truśki nie zauważył i spuścił sobie wodę, kiedy biedulka była w trakcie. Przerażony Truś uciekał z rykiem i postanowił od tej chwili z publiczych toalet nie korzystać. Trudno, trzeba było wydobyć z czeluści dachowego bagażnika nocnik i upchnąć go gdzieś pod nogami. Potem za każdym wejściem do toalety Trusia wielokrotnie upewniała się, że nie są w niej zainstalowane żadne pułapki i czujnie sprawdzała, czy nad deską nie czai się tajemniczy pojemnik, czy w odpowiednim miejscu znajduje się guziczek do spuszczania wody, nadsłuchiwała i tłumaczyła sobie, że szum pochodzi od suszarki do rąk, z której przecież korzystać nie trzeba (rączki świetnie się wycierają o maminy przyodziewek).

Tyle refleksji "toaletowych". A z pozostałych?
Ano, Truśkowi Barcelona do szczęścia niepotrzebna wcale- wystarczy basen w dowolnym miejscu, najlepiej w odległości bliższej niż 2400km, fajny plac zabaw w pobliżu, frytki i pizzuszka do jedzenia (może być jeszcze nieco melona i świeżego ananaska). Morze? Niekoniecznie, ewentualnie w charakterze dużej piaskownicy ze stałym dostępem do mokrego piasku, muszelek i kamyczków. Trusie w morzu nie pływają, zwłaszcza, jak dojrzą w nim meduzy lub rybki. Pamiętam to z dawniejszych czasów- Ciech przyuważył małe rybeczki pluskające przy brzegu, przeraził się i więcej do wody nie wlazł. A z uroków Barcelony dla Trzylatki w zupełności wystarczy wizyta w Akwarium m.in. z rekinami- które zresztą wielkiego wrażenia na dziecku nie wywarły- ale wcześniej wielokrotnie upewniła się, że rekiny i inne morskie stworzenia będą za szybką. Największy hit Truśkowy w Akwarium- ściana z lodem koło pingwinów i drewniany domek nad "wysepką". OK, niech będzie jeszcze wielki morski konik skrzyżowany ze smokiem na tarasie.
Co jeszcze do szczęścia jest niezbędne- stała obecność rodziców, ukochanej Starszej Siostry, jej przyjaciółki Tysi i kuzynki obu moich córek Ani. No i, jak na taką ilość przedstawicielek płci pieknej przystało, jeszcze kolekcja lakierów do paznokci (każda z nas jakiś zabrała, niektóre miały po dwa), dzięki czemu Truśka mogła dowolnie często się upiększać;)

Co się Truśce jeszcze podobało? Niewątpliwie wizyta w Montserrat, jazda linowym wagonikiem i obserwowanie przerażonej Rodzicielki usiłującej ulokować siebie w pobliżu podlogi i zdecydowanie odmawiającej podziwiania widoków. I kurczowo ściskającej małą tłustą łapeczkę- jako szczęśliwy amulet;)
Co zapamiętała Trusia z pierwszej wizyty w górskim sanktuarium- hmm, "świętego Jeża, co zabijał smoka".

Podsumowując refleksje dzisiejsze- Truśka od wczesnej "młodości" wywożona w dalekie kraje (pierwszą podróż odbyła w wieku siedmiu miesięcy do Toskanii, dwa miesiące wcześniej była na Słowacji, ale to nie jest kraj daleki) i targana przez okrutnych rodziców w rozmaite warte zobaczenia miejsca (w dorosłym mniemaniu oczywiście) połknęła bakcyla i sama domaga się wyjazdu na wycieczkę. Chętnie zwiedza z nami i znajduje zwykle coś dla siebie. Czy jej tak już zostanie, nie wiem. Ale na razie jest świetnym kompanem:)

I jeszcze Truśka pływająca- po załamce brakiem postępów Truśkowych na basenie, po jej buntach, niechęci do skakania, zanurzania głowy, biernym unoszeniu się na "makaronie" na basenie w Krakowie,  już w pierwszym dniu w Hiszpanii nastapił zwrot o 180 stopni. Trusia znowu wprawiała w osłupienie wylegujących się nad basem, wskakując z rozbiegu do wody, nurkując, pływając między nami. I to bez skrzydełek czy innych wspomagaczy. Widok uśmiechniętej Trusi przebierającej łapkami pod wodą jak mały hipek chciałabym wyryć sobie pod powiekami- żebym mogła się nim cieszyć w ponure listopadowe i grudniowe dni. Truśka nurkująca- bezcenne, choć nigdy nie sfotografowane.

Dobra, to by było na tyle dziś, bo trzeba wrócić do rzeczywistości i sprawdzić, co tam SIMP- może juz się odawariował i da się pisać mammografie. Postaram się niebawem zacząć trworzyć hiszpańskiego bloga, bo za chwilę wspomnienia zamkną się gdzieś głęboko w pamięci i trudno je będzie wydobyć. Będą też zdjęcia- stworzyliśmy ich całe mnóstwo (jak to z cyfrowymi zdjęciami bywa). To czekajcie cierpliwie, cdn.

PS
Dziś koleżanka pracowa, czterdziestolatka, urodziła ślicznego synka:) Byłam ich przed chwilką odwiedzić. Pamiętam B. sprzed ośmiu miesięcy- załamaną, nieszczęśliwą z powodu nieplanowanej ciąży. Co powiedzą ludzie, jak zareagują prawie dorosłe dzieci. Chyba mi się udało ją wtedy przekonać, że późne macierzyństwo, to wspaniała przygoda, cudowny czas, który ma przed sobą. Dziś widziałam szczęśliwą matkę, starszą siostrę czekającą na to, aż braciszek otworzy ślepki i dumnego tatę wpatrującego się w posapujące zawiniątko. zazdroszczę im trochę tych wszystkich pieknych chwil, które są przed nimi...

19:13, dsmiatek
Link Komentarze (4) »
 
1 , 2
Archiwum