RSS
niedziela, 29 lipca 2012
Bańki, bubble i Agrafkowy debiut

Obudziłam się rano już mokra od potu. Oj, takie klimaty nie są jednak dla mnie. Co innego wakacje, gdy basen w pobliżu, a co innego betonowe osiedle. I ten dzień zaczął się jakby wcześniej niż zwykle niedziela, zostało zatem dużo czasu do zagospodarowania. Co można zrobić w Pięciolatką, gdy na zewnątrz 31 stopni, a zasnute chmurami niebo sugeruje burzę? Wpadłam na pomysł Agrafki- już dawno temu Kasia nam ją polecała, ale dotąd nie zdołałyśmy tam trafić. Porzuciłyśmy zatem P. na pastwę niekończącego się remontu i pojechałyśmy na  11-tą Krowoderską. Na miejscu rozczarowanie- głucho, ciemno, nikogo nie widać, a portier w Pałacu Młodzieży wykazał się totalną niewiedzą w tym temacie (podejrzewam zresztą, że także w wielu innych). Niby plakacik, że są zajęcia o 11.00 wisi, ale na repertuarze kina pisze, że film dopiero o 12-tej. Poczłapałyśmy zatem w stronę Rynku, po drodze zahaczając o Katane. Potem wpadłyśmy do Tubana uzupełnić bańkowe zakupy- Truśka wreszcie dala się zamknąć w mydlanej bańce- do tej pory protestowała, obawiając się, że znajdzie się w bańkowej kuli, która ją wyniesie gdzieś do nieba, a potem pęknie, a biedny Truś spadnie z wysokości. Rzeczywistość okazala się mniej straszna, a zamknięcie w wielkiej mydlanej bani bardzo się Trusi spodobało. Zdjęcia brak, moja komórka we wnętrzach nie daje sobie rady. Są za to fotki z prób złapania banieczek przed sklepem.

Mimo poważnych całych pięciu lat jak zwykle zdziwienie, że rączki łapiące tęczowe kulki pozostają pusty :-)

Potem zabrałam Trusię na bubble tea tuż obok. Spróbowałam kiedyś tego specjału w NY w China Town i chciałam, żeby Córka też posmakowała. A tu na Szczepańskiej mini lokalik serwujący różne smaki herbaty z glutkowatymi kuleczkami. Chyba jednak Truś nie zostanie wielką fanką napoju:

W samo południe dotarłyśmy znowu do Agrafki, gdzie tym razem nie było ciemno i głucho, kłębiła się tam spora grupka dzieciaków o Truśkowej średniej wieku. Był  animowany film o Mikołaju Koperniku, pluszaki i poduchy do siedzenia, dzieciaki robiły rakiety z wyrzutnią z plastikowych kubeczków, a na koniec zostały obdarowane lizakami. Dwie godziny radości i dobrej zabawy za jedyne 5 zyla. Po wyjściu Truśka oświadczyła, że jest to najlepsze kino, w jakim było, chociaż nie ma w nim coli i popcormu. I to jest chyba najlepsza rekomendacja. Myślę, że Agrafkę wpiszemy na stałe do naszego harmonogramu :-)

A wieczorem po deszczu wreszcie zrobiło się chłodniej i jest czym oddychać:

Na jutro po moim powrocie z pracy jesteśmy umówione do Parku Wodnego. Trusiek już się cieszy.

PS
Osobisty bagaż Trusiowy na Słowację już czeka spakowany;-)

16:54, dsmiatek
Link Komentarze (1) »
sobota, 28 lipca 2012
Drugie wakacje już tuż tuż

Wczoraj Trusia ostatni raz była w przedszkolu przed wrześniem. Od poniedziałku będzie siedziała " w domu" z Pasią i zapewne trochę się nudziła, chociaż Pasia na pewno będzie się starała jak najdłużej przebywać na dworze. Za to za tydzień, mam nadzieję, będziemy już siedzieć sobie przed "naszym" domkiem na Słowacji, słuchać pluskania strumyka i szumu drzew i napełniać płuca świeżym powietrzem. Trusia już się nie może doczekać wyjazdu, tym bardziej, że jedzie z nami jej ukochana Tola i jej równie ukochana Starsza Siostra. Lista niezbędnych rzeczy do zabrania zrobiona:

Obrazek ilustrujący miejsce, do którego jedziemy wisi na lodówce (całkiem udany zresztą i dobrze oddający realia):

Pomna na przeszkody zdrowotne przed poprzednimi wyjazdami dba teraz Trusia niezmiernie o swoje zdrowie, nawet Bioaronu C się domaga (bo od miesiąca pokasłuje, a od tygodnia chrypi, chociaż gardło ją nie boli) i upewnia się, czy aby napewno pojedziemy. Ostatnio wygłupiała się, że nie poznaje drogi, którą jechałyśmy samochodem (a którą przejeżdżamy bardzo często). Powiedziała jej, że chyba jakaś nagła amnezja ją dopadła.
"A co to jest amnezja?"
Taka choroba, kiedy się nie pamięta różnicy rzeczy.
"A czy ona jest śmiertelna?"
Hmm, to zależy, czego się zapomni. Bo jakby tak ktoś zapomniał, że ma jeść i poć, to mógłby się na przykład zagłodzić na śmierć i wtedy byłaby śmiertelna.
"Oj, to nie dobrze, ja mam nadzieję, że nie zapomnę. A czy z tą amnezją można jechać na Słowację?"
Na szczęści można.
"Oj to dobrze, bo już się bałam, że mogę nie pojechać."

Chcecie przepis na "domowe waciki"?
Proszę- oto waciki ala Trusia:
"Mamusiu, wiem, jak możesz zrobić sobie waciki, żeby ich nie kupować. Wiesz te mokre, co się nimi smarujesz codziennie, Trzeba wziąć papier toaletowy- tylko nieużywany, pamiętaj! Trzeba go pomydlić i nawodzić i już masz wacik."
Postaram się zapamiętać, że papier ma być nieużywany;-)

Dzisiejsze pół dnia spędziłyśmy w zoologu w babskim gronie- ja, Bunia i Trusia. A dzień zaczął się wcześnie, bo wiadomo, jak jest sobota i do tego wolna i bez planów, to dziecko wstaje o siódmej rześkie jak skowronek i domaga się porannego tosta i kakałka. My załapaliśmy się na jajecznicę z kurkami. A potem zaczęły się rozmyślania, co by zrobić w taki upalny dzień. Truś aktywny od siódmej już o dziewiątej zaczął się nudzić. Ponieważ niczego sensownego znaleźć ni wymyślić się nam nie udało, to zapakowałyśmy się w forda i pojechałyśmy pod Kamedułów, a stamtąd poczłapałyśmy piechotką do ZOO. Widziałyśmy młode sowy śnieżne, małe karakale, fenki, źrebaczka kucyka, małe kózki i wietnamskie świnki, dzieci danieli, które chytrze próbowały wyssać mleko cudzej mamie, maluszki lamy itd No a oprócz tego znajome dorosłe zwierzaki. Po powrocie był jeszcze czas i na obiad (pizzę zrobił Paweł), i na wykąpanie jamników (siedzą teraz bardzo obrażone i przemyśliwują, jak tu przywrócić stan przedąpielowy), i na odebranie zamówienia z Empiku, i na "skonsumowanie" tegoż zamówienia, czyli seans filmowy (trzecia Narnia, które Trusia jest wielką fanką, czytają z Pawłem już piąty tom chyba). I wciąż jeszcze nie ma nocy- to się nazywa naprawdę długi i owocny dzień! :-)

PS
Zdołałam też uporządkować (czytaj zutylizować=wyrzucić) papiery piętrzące się na biurku w dużym pokoju- większość datowana była na 2009 rok! Skutkiem ubocznym tegoż jest mężowski foch :-( Na szczęście P. niegdy nie gniewa się za długo.

20:16, dsmiatek
Link Komentarze (6) »
wtorek, 24 lipca 2012
A jednak żal...

Wciąż mam problem z odnalezieniem się na placach zabaw. Dookoła tuptają maluszki, młode mamy wymieniają się doświadczeniami, młodzi tatusiowie kopią z synkami piłkę. Co ja, ponadczterdziestolatka robię w takim miejscu? A moja, do niedawna jeszcze malutka córeczka, z grona tuptających niezgrabnie roczniaczków, wymagających nieustannego pilnowania na drabinkach dwulatków, usadzających piaskowe babki trzylatków przeszła do grupy śmigających po sznurkowo-metalowych konstrukcjach, wdrapujących się na same szczyty "pajęczyn", zwisających i skaczących z drabinek. Już nie wymaga ciągłej opieki, pomocy, wspólnej zabawy. Znika w drewnianym domku z przyjaciółeczką też Zosią, biega na bosaka po trawie z jednego miejsca do drugiego, samodzielnie potrafi rozbujać huśtawkę. Niby fajnie, mogę wreszcie usiąść z książką i trochę poczytać, albo zrobić listę zakupów czy zastanowić się nad planem na kolejny dzień. 
No właśnie, niby fajnie... A jednak troszkę żal, że czas minął tak szybko.

 

Zapraszam do miejsca, gdzie czas płynie wolniej i spokojniej- na blogu z tegorocznych wakacji http://trusialiguriajeziora.blox.pl/html

PS
Siedząc na tym nieszczęsnym placu zabaw kątem ucha słyszę rozmowę na gorący ostatnio temat dwuletniej dziewczynki pozostawionej przez rodziców na lotnisku. I mam wrażenie, że chyba czegoś nie rozumiem, może niedzisiejsza jestem, za mało we mnie egoizmu (a może asertywności czy czegoś podobnego). No bo mamusie, zapewne z pokolenia  opisywanych w mediach rodziców dwulatki, nie rozumieją o co cała afera. Przecież po dziecko miał przyjechać ktoś z rodziny, a wczasy drogie opłacone, przecież nie porzucili dziecka samego w hali odlotów tylko oddali pod opiekę personelu. No o co właściwie chodzi, wakacje im się należały. Oglądam film z kamery lotniskowej i serce mi się ściska, gdy wyobrażam sobie, co musiało czuć dwuletnie dziecko, gdy rodzice, będący przecież prawie całym światem i ostoją dla takiego malucha, w pośpiechu porzucają je w obcym i nieprzyjaznym miejscu i szybko biegną na samolot. Dwulatkowi nie da się wytłumaczyć, że zaraz przyjedzie babcia czy dziadek.
Ja wiem, że mieli na pewno ogromny dylemat- nagle się okazuje, że dziecko ma nieważny paszport, a tu wymarzone drogie wakacje mogą przeleć koło nosa. Tylko kto powienien był dopilnować ważności tego paszportu? Ja mam zapisane i powieszone w widocznym miejscu, że paszport Trusi kończy się w styczniu, zatem w listopadzie muszę wystąpić o nowy, żeby spokojnie zdążyć przed zimowym wyjazdem na narty. Nie wyobrażam sobie, że mogłabym w ten sposób zostawić swoją Córeczkę i pojechać sobie na wakcje.
Ale widocznie młodsze ode mnie mamy biorą taką ewentualność pod uwagę.

23:09, dsmiatek
Link Komentarze (9) »
niedziela, 22 lipca 2012
Migawki z weekendu

 

Coraz gorzej znoszę domowy rozgardiasz. Zawsze byłam perfekcjonistką, nigdy nie umiałam się odnaleźć w bałaganie i chaosie. Co prawda wiem, że obecny stan usprawiedliwiony jest remontem, ale mimo, że to rozumiem, nie potrafię zmusić się do polubienia. Do domu, który przestał być właściwie domem, stał się jedynie mieszkaniem, wracam z najwyższą niechęcią, a nie odpoczywam w nim wcale. Postanowiłam się zatem chociaż na weekend ewakuować z Trusią do piękniejszej, uporządkowanej rzeczywistości. Porzuciłyśmy zatem chłopaków samym sobie na pastwę bałaganu (im ten stan rzeczt zdaje się specjalnie nie przeszkadzać), a same wsiadłyśmy w sobotę rano w kochanego Galaxy i po dwóch godzinkach z haczykiem znalazłyśmy się w lepszym świecie. A tam takie oto czekały na nas przyjemoności:

Spędziłyśmy 4 godziny wśód naszych ulubionych dinozaurów z Krasiejowa w towarzystwie ukochanej kuzynki Toli i jej Mamy. Dinozaury mają się dobrze, a nawet coraz lepiej, bo przybyło im wspaniałe prehistoryczne Oceanarium- ubierając specjalne okulary (nie te, co na zdjęciu, te były do Tunelu Czasu, do Oceanarium są lepsze) mozna podziwać ogromne akwaria, w których pływają gigantyczne morskie stwory, a na koniec przeżyć nawet mrożącą krew w żyłach przygodę. Tola wymiękła juz na początku i chciała się ewakuować z ciemnego pomieszczenia, Trusia dzielnie ją pocieszała, powtarzając, że co prawda i ona trochę się boi, ale to przecież tylko film. Momentami jednak dawało się zapomnieć, że morskie giganty są jedynie wirtualne. Ja tam byłam zachwycona i bardzo proszę o jeszcze!

Potem był wspaniały plac zabaw (tamże), gdzie również czekały nas miłe niespodzianki- dobudowano nowe atrakcje i wszystko było w cenie biletu wstępu (wydaje mi się, że rok temu częśc placu zabaw była bezpłatna, zaś za niektóre przyjemności, jak trampoliny, dmuchane zjeżdżalnie, karuzelki itp trzeba było ekstra zapłacić). Wybawiły się Dziewczyny do upadłego, a Truś znów okazał się odważniejszy od Toli, która do drucianej rury rozpiętej nad "przepaścią" odmówiła wejścia, zaś do pionowych metalowych rur- zjeżdżalni długo musiała się przekonywać i dopiero, jak stwierdziła, że Trusia po kilku przejazdach ma się dobrze i jest cała i zdrowa, postanowiła spróbowac sama.

Dzisiaj zaś poćwiczyłyśmy z Babcią na siłowni nad Odrą i też było super:

Zwyczajny plac zabaw też się znalazł:

Kocham moje rodzinne miasto i uwielbiam do niego wracać. I chociaż w Krakowie mieszkam już chyba więcej lat niż w O., to wciąż TAM jestem u siebie, a TU jakby tylko na chwilę...

No a Jura Park w Krasiejowie w dlaszym ciągu gorąco polecam.

Niestety weekend minął i trzeba było wrócić do ponurej domowej rzeczywistości :-(

 

 

23:11, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
wtorek, 17 lipca 2012
Wbrew aurze

Chociaż chłodniej i na niebie przesuwają się szare i fioletowe chmurzyska, staramy się łapać słoneczne promyki pomiędzy kolejnymi przelatującymi deszczami:

Dzisiejszy dzień przejdzie do historii, albowiem był to dzień Pierwszej sTrusiowej wizyty u Fryzjera- włoskom rosnącym sobie od urodzenia koniecznie należało podciąć zniszczone końcówki, grzywkę też lepiej żeby skrócił fachowiec niż niewprawna mama, zwłaszcza, że do Buniowego ślubu już nie tak długo i lepiej się Trusia będzie prezentować z grzyweczką równiutką niż na skosik lub w zygzaczek. Truś przejęty był bardzo, ja też.

W domu chaos rozwija się pięknie, sTrusiowy pokój wciąż w trakcie tworzenia, podłogi zazdroszczą jej wszyscy (bo to pierwsza taka prawdziwa podłoga u nas w mieszkaniu, więc niezwyczajni jesteśmy podobnego luksusu). Trusiowy Tatuś cyzeluje i przycina boczne listewki, napawając się przy okazji nabytą pod pretekstem powyższym machiną. Jak ją ujrzałam, to pomyślalam sobie, że ani chybi tartak w domu otwieramy.

Pewna mała Żmija, wyhodowana na "mem łonie" rzuciła mi wczoraj insynuacją. Stoję ja sobie w łazience, wsmarowuję w siebie specyfiki, co to mnie mają ujędrnić, wyszczuplić i upodobnić do Anji Rubik, wzdycham nad sobą, że tyle przecież ćwiczę (właśnie wróciłam byłam ze spinningu, na którym chyba z tysiąc kalorii spalić musiałam), słodyczy sobie odmawiam, mazidła wmasowuję, powinnami być już jak patyczek chuda, a tu nic. Na co Żmija (podbierająca mi ukradkiem moje upiękniające balsamy) słodkim głosikiem:
"Chcesz być chuda i nie jesz słodyczy? A to dlaczego całą paczkę tych pysznych ciasteczek zjadłaś?"
Ja??? Jakie ciasteczka??? To insynuacja jakś podła i tyle!
W ogóle takiego faktu nie pomnę (pomijając te ciasteczka na dyżurze, no ale dyżur jest usprawiedliwiony, po prostu stres muszę czymś zagłuszyć. A stres jak wiadomo spala kalorie.)

23:28, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
sobota, 14 lipca 2012
Tyle z weekendu

Wiem, to jest TA fontanna- ale pozwoliłam zamoczyć stopy, nie miałam serca odmówić. W końcu stopy biegają po trawie (na którą ....), plaży, podłodze itp.
Była jeszcze cyrkowa parada na cześć zbliżającej się premiery 3 części Madagaskaru, wielkie bańki mydlane na balkonie i domowa roz......., której plusem jest, że Truś w swoim pokoju ma prawdziwą podłogę- pierwsza taka podłoga w naszym mieszkaniu!

I tyle. Jutro na całą dobę do pracy, podobnie jak wczoraj. Miłej niedzieli.

21:48, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
środa, 11 lipca 2012
Co ja robię tu? Co ja tutaj robię?

Tak mi właśnie w myślach śpiewa, a nie jest to bynajmniej śpiew radosny. Nie odnajduję się w otaczającej mnie rzeczywistości- w domu, na zakupach- tych w Ikei, które zawsze lubiłam, tych ubraniowych o tematyce przedślubnej i tych zwyczajnych codziennych. Zastanawiam się, co ja tu właściwie robię i po co się tak męczę, wyciskając z siebie ostatnie poty na fitnesie. Tak mi w głowie gra, gdy przyprowadzam Trusię do przedszkola i po południu, gdy jestem z nią na placu zabaw, gdzie większość rodziców to zupełnie nie moja bajka. Nie odnajduję się jako matka przyszłej panny młodej i młodej żony. Także tu, w blogowym świecie, wydaje mi się, że jestem nie na miejscu. Dlatego wybaczcie mi, że na jakiś czas zniknę. Wrócę, jak się odnajdę, albo jak będę Wam miała coś fajnego do opowiedzenia.
P. miał coś napisać, ale wiadomo, jak u facetów jest z pisaniem- dłuugo muszą się do tego zbierać, czasem tak długo, że temat przestaje być aktualny i wpis nigdy nie powstaje.

Ale zaglądajcie, może P. napisze. Albo może ja się wreszcie sprężę w sobie.
A tymczasem skupię się na blogu wakacyjnym.

21:34, dsmiatek
Link Komentarze (5) »
piątek, 06 lipca 2012
Upał to tylko czy starość?

Widzę to po Klusce- w dzień leży i ciężko dyszy, na spacery wychodzi niechętnie i już po dotarciu do pierwszego trawnika zaczyna zwalniać i tęsknie spogląda w stronę domu, bezradnie staje na dole schodów i wyraźnie czeka na pomoc. Nie wiem, czy to tylko upał tak ją męczy, czy jednak starość daje się we znaki.
Czuję się trochę tak, jak ona. Nie znoszę upałów w mieście, gdy co rano muszę się zebrać do pracy, wsiąść do rozgrzanego jak piec auta lub, gdy wybiorę opcję teoretycznie "chłodniejszą" zsiąść z roweru i czuć, jak ciepło usiłuje się ze mnie wydostać każdą komórką, jak pot spływa mi po plecach, kapie z włosów, a ja w tym stanie muszę się udać na wysuniętą placówkę i po szybkim doprowadzeniu siebie do stanu używalności z promiennym uśmiechem przyjmować pacjentów. Miałabym ochotę zalec na podłodze i nigdzie się nie ruszać. 
Staram się, mobilizuję wszystkie siły i jadę z Trusią na poszukiwania weselnej sukienki, towarzyszę Pawłowi w zakupach niezbędnej garderoby, wymyślam dowcipne riposty na sms-y Ciecha, miksuję na obiad chłodniki i owocowe koktaile, zamrażam bananowo-mleczne lody bez cukru, z trudem tworzę listę weekendowych zakupów.
Wspieram Najmłodszą jak mogę na szczepieniu- pamiętałam nawet o Emli, żeby ukłucie ją mniej bolało. Nie do końca się udało, bo posmarowałam tylko jedną rączkę, a tu polio też było w zastrzyku, a nie doustnie (bo upał nie sprzyja doustnej szczepionce). Ale dzielna Trusia była. A wieczorem tak mi dziękowała, że z nią poszłam na to szczepienie, że ją tuliłam, że posmarowałam łapkę kremikiem przeciwbólowym- nawet wierszyk jej dziękczynny z tego wyszedł, ale, niestety, zdążyłam go już zapomnieć.

Powoli realizuje się wizja Trusiowego pokoju. Ciechowy dobytek już z nieo wyjechał, Trusia wybrała farbę- po długich negocjacjach udało się zejść ze "Zroszonej trawy" do "Pistacji". Jutro będą malować, a ja tymczasem na dyżur. Najbliższy wolny weekend za dwa tygodnie!

P. powiedział, że powinnam zrobić jakiś wpis na blogu, co niniejszym nieudolnie uczyniłam. Może jak upały ustaną dowcip mi się z powrotem wyostrzy, umysł stanie się bystrzejszy i uda mi się stworzyć coś bardziej błyskotliwego. Wtedy okaże się, czy przyczyną mojej twórczej (i nie tylko) niemocy upał był, czy też niemoc pozostanie i wtedy trzeba będzie się pogodzić ze starością.

22:33, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
niedziela, 01 lipca 2012
Nudny upalny weekend

Tak troszkę przewrotnie i złośliwe;-) spieszę donieść, że za nami zwyczajny weekend w domu. Moja sobota na dyżurze, P. z Trusią wyskoczyli na półtorej godzinki do Parku Wodnego, gdzie się ponoć świetnie bawili. Dziś rowerowy "spacer" do Miasta i na lody do Sycylijczyków, a potem obiad nad Zalewem Nowohuckim z przyszłymi teściami Buni- trzeba się integrować i oswajać;-) Przy okazji testowaliśmy miejsce, gdzie już za dwa i pół miesiąca odbędzie się wesele. Było smacznie i chłodno- ach, ta cudowna klimatyzacja! :-)
Wieczorem moja próba mordu na Klusce, która gdy przeciąg zamknął z hukiem drzwi na balkon wylała z siebie wielką rzekę, od drzwi balkonowych, w poprzek przez duży pokój i wzdłuż przez przedpokój aż pod drzwi łazienki. Jasne, mogło być gorzej, na przykład wzdłuż dużego pokoju. Ale jakoś nie dostrzegłam (swoim zwyczajem zresztą, gdyż, jak już niejednokrotnie pisałam, widzę zawsze tą pustą część szklanki) pozytywów w całej tej sytuacji i zwymyślałam Kluchę, obiecując jej natychmiastową wyprowadzkę na ulicę. Ku memu zdziwieniu spotkało się to z  zalewem Trusiowych łez i jej oświadczeniem, że jak wyrzucę Kluchę, to ona pójdzie razem z nią na ową ulicę, bo nie może przecież zostawić swojego ukochanego pieska. Potem Trusia długo klarowała ukrywającej się pod wanną Klusce (Trusia właśnie w owej wannie odmakała), jak to brzydko się zachowała i jak nie należy się bać przeciągów i wiatru.

A nad Zalewem spotkaliśmy spacerującego żółwia czerwonolicego- podobno się  tam zadomowiły. Obawiam się, że to te, które, jak Klucha, naraziły się swoim właścicielom;-)

Posilając się i spacerując nad wodą prawie przegapiliśmy, wyrodni rodzice, wyjazd Ciecha na obóz do Ustki. Wracając spostrzegliśmy Syna człapiącego na tramwaj i uginającego się pod ciężarem torby podróżnej. Szczęśliwie usłyszał nasze rozpaczliwe nawoływania i udało nam się z nim pożegnać oraz choć w części zrehabilitować (Bunia i Grzesiek podrzucili go na dworzec). Ale wyrzuty sumienia jednak trochę mnie dręczą.

Żeby nie było tak całkiem nudno donoszę uprzejmie, że pierwsze dwa wpisy na blogu o naszych tegorocznych wakacjach już są- zapraszam do odkrywania wraz z nami uroków Ligurii i Włoskich Jezior:-)

Link do Trusia- Liguria i Lago Maggiore w zakładkach.

23:12, dsmiatek
Link Komentarze (1) »
Archiwum