RSS
niedziela, 31 lipca 2016
ŚDM

Od poniedziałku tłukły mi się w głowie słowa wpisu o tym, jak wygląda ŚDM z subiektywnej perspektywy tubylca, czyli mojej. To był całkiem inny obraz niż ten, który pokazywały media, na pewno całkiem inna perspektywa od perspektywy młodych osób aktywnie uczestniczących w wydarzeniach tych dni. Bo mi się wydawało, że to nie czas dla mnie, bo pracodawca skutecznie zadbał o to, żeby zapewnić mi zajęcie, bo bycie młodzieżą już dawno za mną, bo tłumy, których nie lubię, bo upał, za którym nie przepadam..

Tak było do piątku, kiedy coś we mnie się przełamało. Bo jakże tak- tyle ludzi tu przybyło, z drugiego i trzeciego końca świata, wcale nie wszyscy są tak bardzo młodzi, nie narzekają na upadł, tłum, nieznajomość miasta i języka. A ja w spokojnej, opustoszałej (przynajmniej z tubylców) Hucie, jeżdżę sobie pustymi ulicami rowerem, wracam do siebie i nawet telewizora nie mam, żeby choć tak śledzić wydarzenia- co najwyżej przez  radio i internet "wyglądam na miasto. Bo taki czas, takie wydarzenie już mi się pewnie w życiu nie trafią...
W piątek wsiedliśmy więc na rowery i pojechaliśmy na Drogę Krzyżową na Błonia, dziś rano popedałowaliśmy do Brzegów. I ogromnie się cieszę, że tam byłam. 

Więcej słów o tym nie będzie- śledzę ostatnie chwile Papieża w Krakowie w radiu i wiem, że nie bez powodu czułam wewnątrz siebie, że to jest bardzo fajny Papież i wielki Człowiek.

W taki oto nietypowy sposób uczciliśmy naszą kolejną rocznicę ślubu. 

Od jutra na blogu, mam nadzieję, dalsza relacja z Danii.  A w Stanach Truśka uśmiechnięta i radosna tuli w ramionach nowego pluszaka, który wygląda jak skrzyżowanie nietoperza z kotem i yeti, a na imię ma Dorotka- na wiadomą cześć ;-)

18:17, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
środa, 27 lipca 2016

Trusia już nad Wielkimi Jeziorami, jeszcze chwilkę i wylądują. A ja zaczynam tęsknić- właśnie sama sobie uświadomiłam, jak bardzo daleko jest ode mnie:-(

17:30, dsmiatek
Link Komentarze (1) »
Urlop z drugiego bieguna

Alternatywna część urlopu też już za nami. Alternatywna dlatego, że nietypowa w stosunku do tego, do czego normalnie jesteśmy przyzwyczajeni, a w porównaniu do wakacji pod Wenecją zupełnie z drugiego bieguna. Inny biegun bo po pierwsze odwrotny kierunek- zamiast na południe to na północ. Zupełnie też różne warunki na miejscu- kemping taki bardziej kempingowo naturalny, mniej w stylu wioski wakacyjnej, chociaż ze wszystkimi potrzebnymi udogodnieniami. Ludzie też inni, bo przede wszystkim miejscowi, czyli Duńczycy, trochę Holendrów, Niemców i Anglików. Z Polski byliśmy tylko my. Z racji tego, że głównie na kempingu byli miejscowi z dziećmi, psami, kotami itp, to spędzali czas raczej na miejscu, nie byli nastawieni na zwiedzanie. Jasnowłose, bose i rozczochrane dzieciaki biegały po trawie, szalały na hulajnogach i rowerkach, pluskały się w basenie i uganiały za królikami. Trochę nam się z tej atmosfery udzieliło, chociaż jako osoby z daleka trochę pozwiedzać jednak musieliśmy.

Bardzo mi się Zelandia i w ogóle Skandynawia spodobała- czuję, że będzie to nasz nowy wakacyjny kierunek. Jest tu to, co lubię i co pozwala mi odpocząć- dużo przestrzeni, zieleni, rowerowe ścieżki, małe schludne kolorowe domeczki i , co jest absolutnie cudowne, dzień niemal nieskończenie długi- zachód słońca po godzinie 22-giej odgania wszelkie smutki. Na pewno wrócę w te strony jeszcze nie raz. A ponieważ Dania i promy zostały już oswojone, to Bornholm przestał być taki obcy i "straszny".

Czekamy na prom- nie dało się tego ominąć, chociaż bardzo byłam nieszczęśliwa, gdy uświadomiłam sobie, że przeprawa promem jest raczej niezbędna- jazda przez Jutlandię i most na Wielkim Bełcie była zdecydowanie za długa. Co prawda w Rostocku przez moment mina nam zrzedła, kiedy po przyjeździe do portu okazało się, że biletów na prom  w kasie nie ma, bo przecież wakacje i weekend. Ale bez problemu zmieściliśmy się " z rezerwy".

Truśka w czasie przeprawy promem na dłużej przepadła w perfumerii-  nawąchałyśmy się okrutnie...

Ale na pogapienie się na morze trochę czasu też zostało- z Rostoku do Gedser płynie się ponad półtorej godziny.

Na miejscu początkowo było raczej zimno, zatem Truś, któremu matka w amoku pakowania wrzuciła do walizki tylko jedną cienką bluzę, zaanektował kurtkę Taty.

Kemping Feddet jest prawdziwym rajem dla dzieciaków- co kawałek placyk zabaw ze sprzętem zarówno dla małych jak i dla większych,  ścianka wspinaczkowa, trampoliny do skakania, domki z króliczkami i zagroda z kózkami, bardzo fajne pole do wcale-nie-takiego-mini-golfa, ogrzewany basen pod dachem, jacuzzi na zewnątrz i sauna (hmm, to może rozrywki ulubione dla nieco starszych) i ulubiony przez Truśkę park linowy.

Pierwsza wycieczka zaczęła się dopiero po południu, jako że Truś koniecznie musiał wszystko już pierwszego dnia wypróbować. Sama zaś wyprawa też przez Truśkę została określona- byliśmy w oceanarium z widokiem na most do Szwecji.

Spacer nad morzem skrócił nam deszcz, który w pierwszych dniach wiernie nam towarzyszył- szczęśliwie przelotnie.

Ciąg dalszy duńskiej relacji wkrótce.

A Truśka z Babcią tymczasem już przeleciały nad Grenlandią.

14:58, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
Poleciała- będę tęsknić

Wstawię sobie chociaż ostatnie zdjęcie i będę od czasu do czasu popatrywać, jak mnie większa tęsknota najdzie:-(

Herci też smutno, ale przynajmniej my jej na pocieszenie zostaliśmy.

Truśka starała się psicę na zapas przed wylotem napieścić.

Na razie w Berlinie czekają na samolot do Chicago- po dziewiątej odlatują w dalszą podróż. Wczoraj Trusię na chwilę opuściła dzielność, bo zdała sobie sprawę, że leci daleko i wrócić może dopiero 11 sierpnia, nawet jak zatęskni bardzo, to co najwyżej może spróbować zadzwonić. Oczywiście wiemy, że istnieje skype, ale z nim jest u mnie tak jak z dynamem do roweru- niby prosto się korzysta, ale defekt wewnętrzny powoduje, że za każdym razem jak muszę, to mam problem. Będziemy się jednak usilnie starać...

A już za chwilę relacja z Danii.

08:29, dsmiatek
Link Komentarze (1) »
środa, 13 lipca 2016
Torcello

Ostatnie wysepka, na której byliśmy bardzo różni się od pozostałych miejsc. Domki są tu pojedyncze, dużo (jak na małą wyspę) zieleni, o którą w Wenecji, na Murano czy Burano raczej trudno, sklepiki pojedyncze, parę niezatłoczonych knajpek, tłumu turystów też nie ma (może dlatego, że byliśmy przed południem?). Ci co tu przypływają (w tym i my) odwiedzają dwa stare kościoły- katedrę Santa Maria Assunta ozdobioną przepięknymi mozaikami i Santa Fosca. Oba z XI/XII wieku, zachowały urok surowych, nie przeładowanych zbędnymi ozdobami świątyń. O takie perełki w Wenecji trudno. Jest jeszcze muzeum ze znaleziskami archeologicznymi usytuowane obok kościołów w XIV-wiecznym pałacyku, a na placu przed nim "Tron Atylli"- kto na nim zasiądzie, w ciągu roku zmieni stan cywilny. Truśka oczywiście zasiadła, zatem niebawem uprzejmie doniosę o zaręczynach;-)

Mieliśmy dodatkowo szczęście, że Torcello zwiedzaliśmy prawie sami, a dodatkowym bonusem na koniec był statek, który przywiózł młodą parę i ich gości na uroczystość zaślubin. Bonusem między innymi dlatego, że zarówno młoda para jak i ich goście różnili się dość znacznie od standardu obowiązującego u nas. Panna młoda na bosych stopach miała płaskie skórzane brązowe sandały, sukienkę bardzo prostą, ale za to z koronki z Burano, w krótkie i nieufryzowane włosy wpięty biały kwiatek, a pan młody lekko wygniecioną biała lnianą koszulę i szare spodnie. Podobne nieformalne stroje miała też większość gości. Bardzo mnie ten ich niezobowiązujący styl zachwycił. Żałowałam, że nie pstryknęłam im fotki, ale jakoś tak głupio było fotografować obcych ludzi....
A zatem- Torcello:

Jeśli śledzicie nasze wakacyjne blogi, to pewnie domyślacie się, że Torcello to jedno z miejsc, które "tygrysy lubią najbardziej" ;-)

I tyle z weneckich wakacji na "Gertrusi". Mocno trzymam kciuki, żeby udało mi się stworzyć dla nich specjalnego bloga, albowiem P. zrobił dużo pięknych zdjęć, którymi warto się podzielić.
A póki co ostatni dyżur przed kolejnym wyjazdem- Dania czeka:-) W mym zabieganiu, pewnej niefrasobliwości w planowaniu oraz, nie da się niestety tego ukryć, ignorancji, dopiero niedawno uświadomiłam sobie, że w Danii nie płaci się euro tylko koronami, zaś na miejsce musimy częściowo odbyć drogę promem, bo lądem jest bardzo okrężnie. Cóż, człowiek uczy się całe życie...

17:05, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 10 lipca 2016
Murano

To chyba najbardziej znana wysepka na Weneckiej Lagunie, bo mało kto nie słyszał o słynnym szkle z Murano. Szklane cudeńka są rzeczywiście przepiękne. Bywają też kiczowate, ale w większości są śliczne i już samo gapienie się na nie jest przyjemne i wywołuje uśmiech na twarzy- przynajmniej mojej. A jeśli jeszcze człowieka stać na małą pamiąteczkę, to uśmiech robi się całkiem od ucha do ucha;-)
Spacer po wysepce to też duża przyjemność, po drodze można podpatrzeć szklarzy wytwarzających te wszystkie cuda. Trzeba jednak pamiętać, że jeśli chce się oczy nacieszyć pracą artystów, to lepiej na Murano popłynąć rano- po południu nie wszystkie szklarskie pracownie są otwarte, a i sklepiki, co dziwne we Włoszech (mam na myśli oczywiście te popularne turystycznie Włochy), zamykają się w większości przed 19-tą.

Moja ulubiona technika "tysiąca kwiatuszków"- niestety najmniejszy talerzyk w taką cudowną łączkę kosztuje ok. 30 euro :-( Ale przynajmniej mogłam się napodziwiać.

Z Murano tyle na razie. Zostało nam jeszcze Torcello- miejsce zupełnie inne niż te, które odwiedziliśmy wcześniej. Zostawię je sobie na przyszły tydzień, żeby chociaż jeden wpis w nim się znalazł.
W międzyczasie Truśka wróciła z obozu w Koninkach bardzo zadowolona. Niestety, zdjęć z Koninek nie mamy własnych, bo zarówno w dniu przyjazdu, jak i wczoraj, gdy ją odbieraliśmy, padało.  Ale pomiędzy duuużo się działo- może namówię Trusię, żeby sama wszystko ku pamięci opisała.
A już za tydzień obudzimy się w namiocie na kempingu pod Kopenhagą- strasznie szybko się wszystko dzieje. Dlaczego ten czas aż tak galopuje? Czy nie wystarczyłby mu spokojniejszy kłus...

09:46, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
piątek, 08 lipca 2016
A może morze?

Tiaa, morze oczywiście było, codziennie po nim pomykaliśmy wodną komunikacją miejską. Co wieczór Trusia i Tola wyciągały nas na plażę w celu skakania przez fale i zbierania muszelek. Teoretycznie było to bardzo przyjazne morze- plaża czyściutka (codziennie była "odkurzana"), piaseczek, woda ciepła (nie cierpię zimnej wody do jakiejkolwiek kąpieli!), na dnie mięciutki piasek, żadnych kolczastych jeżowców, a na dodatek dość długo całkiem płytko. Nic tylko się pluskać. No to ja popluskałam się raz, za to spektakularnie. Skończyło się to tak oto (uwaga, będzie drastycznie!):

Nadmieniam iż jest to ta "lepsza" noga, druga wyglądała gorzej. Skaleczenia miałam też na stopach, dłoniach i przedramieniu. Jak się wynurzyłam, to wyglądałam jak po ataku rekina! Tak się kończy lekceważenie fal i niedocenianie płytkiego Adriatyku! Ponieważ cała przygoda miała miejsce już w pierwszym dniu pobytu, kąpiele morskie dla mnie się zakończyły, bo moczenie ranek w soli do przyjemności raczej nie należy, gojeniu też nie sprzyja. Wciąż preferuję długie spódnice i spodnie- na szczęście nie ma upałów.

Szczęśliwie reszta wodne rozrywki mogła spokojnie codziennie kultywować. Mi pozostało spacerowanie po piasku (w klapkach) i zbieranie muszelek.

Ewentualnie mogłam podziwiać, wzorem Małego Księcia, zachody słońca;-)

Jak się trochę ranki zabliźniły, to na otarcie łez miałam basen, w którym Trusia pluskała się każdego przedpołudnia.

17:21, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
W Wenecji

Wenecja okazała się całkiem przyjazna. Jeszcze nie było tłumów, chociaż oczywiście na Placu św. Marka czy w okolicach Rialto na samotne kontemplowanie widoków nie było co liczyć. Ale jak już opanowaliśmy trochę poruszanie się po labiryncie wąskich uliczek, z których część niespodziewanie kończyła się kanałem, to spacerowanie było całkiem przyjemne. P. okazał się mistrzem czytania mapy i bezbłędnie doprowadzał nas do obranego celu.
Dodatkowo można było oczy paść sklepowymi wystawami i dziwować cenami z kosmosu.

No to co- krótki spacerek po romantycznej Wenecji?

Tego miejsca szukałam specjalnie. Zapamiętałam je z wizyty sprzed nastu lat i koniecznie chciałam trafić na te cudowne "ślimacze" schody raz jeszcze. Udało się, chociaż wcale łatwo nie było:-)
Wakacyjny wyjazd w okolice Wenecji wybraliśmy ze względu na Trusię, która bardzo chciała ją zobaczyć (teraz planuje Paryż- może w przyszłym roku...). Truś zaplanował też przyjemności inne niż zwiedzanie czy chlapanie się w morzu. Otóż Truś zawczasu zrobił sobie listę pamiątkowych zakupów- z Wenecji koniecznie chciała przywieźć maskę.

Szczęśliwie nie miała aż tak dużych (i drogich) maskowych ambicji;-)

No i jak- ładnie? Niebawem na dodatkowym blogu jeszcze więcej zdjęć. Może się skusicie na romantyczną wyprawę do miasta na lagunie- to wcale nie jest daleko, przynajmniej z południa Polski;-)

15:51, dsmiatek
Link Komentarze (3) »
czwartek, 07 lipca 2016
A może jednak chociaż jedna wysepka dzisiaj...

Taka najbardziej fotogeniczna, pocztówkowa. Truśka co prawda łażąc po uliczkach Wenecji twierdziła, że prawie każde miejsce nadawałoby się tam do sfotografowania i umieszczenia na kartce pocztowej, ale moim zdaniem najbardziej do tego celu odpowiednie jest Burano. Odwiedziliśmy je jako pierwsze, w poniedziałkowe popołudnie.
Zapraszam:-)

Ładnie, prawda?

Z Burano przyjechała z nami taka oto długonoga i rudowłosa pannica;-)

Siedzi sobie trochę zbuntowana obok butelki z domowym lambrusco. Ale jest całkiem sympatyczna. Jakoś koronki, z których słynie wyspa, mniej nam się podobały.

Więcej zdjęć z Burano mam nadzieję niedługo na osobnym blogu. A jutro ciąg dalszy- może Wenecja... 

22:02, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
"Młodość to stan ducha"

Tak głoszą całkiem fajne reklamy z Ojcem Leonem Knabitem (chyba?).
Mój duch jednak najwyraźniej osłabł chwilowo, czuje się stary, brzydki i gruby, a ja także samo wraz ze swym duchem:( Ale spoko, na pewno to stan przejściowy, po dzisiejszym marudzeniu mam nadzieję jutro zaserwować wam porcję pięknych zdjęć i wspomnień z pięknych miejsc, które odwiedziliśmy w ubiegłym tygodniu. A dziś jeszcze siedzę sobie w dołku głębokości średniej, przywalona zaległościami w pracy spowodowanym urlopem (ale to przecież tylko tydzień był!), wskazaniami wagi łazienkowej (nie żeby były wyższe, ale też nic a nic nie spadły, a i tak są zdecydowanie za wysokie), tym, co widzę w lustrze (a chciałabym zobaczyć odrobinkę inne odbicie) oraz, może najbardziej, aktualnościami polityczno-gospodarczymi, od których szczęśliwie przez tydzień byłam odcięta. I chociaż po powrocie wcale tak ochoczo nie uzupełniam braków wiedzy w powyższym temacie, to jednak dopada mnie ona wbrew mej woli i chwilami sprawia, że chciałabym uciec gdzie pieprz rośnie. I jeszcze to agresywnie zabudowujące się najbliższe otoczenie, prawie na każdym wolnym skraweczku wyrasta jakieś betonowe bloczysko. Niedługo trudno będzie oddychać, już mam wrażenie, że się duszę na swoim osiedlu:-(

No tom sobie pomarudziła ździebeczko. Ale obiecuję, jutro będzie lepiej. A w sobotę Truś wraca z Leśnej Przygody- z powodu braku zasięgu nie mamy z nią od niedzieli kontaktu- tęsknię zatem sobie :-(

15:24, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
Archiwum