RSS
niedziela, 31 sierpnia 2008
Takie tam zdjęciowe migawki z zoo




Pojechaliśmy po raz kolejny do zoologu, sprawdzić, jak się Dziecko od ostatniego pobytu rozwinęło. Bardzo się rozwinęło- albo sama nazywała oglądane zwierzątka; "małpka", "słoń", "onik" (konik), "ptak", "apuga" (papuga), "kulik" (królik), "kotek" (pantera, żbik, serwal i inne podobne kotokształtne, niezależnie od wielkości), ""lew", "dziów' (żółw), "inka" (świnka), "hipek", "soń" (słoń)... albo się pilnie nowych nazw uczyła: "ep" (sęp), "tygliś", "bizion", "lyś" (ryś), "siop" (szop), "topeź" (nietoperz). Wszystkim była zachwycona, ale najbardziej zafascynowały ją żółwie- trochę to dziwne, ale już w Chorwacji przejawiała żółwiofilstwo, podziwiając lądowe na dziedzińcu klasztoru franciszkanów w Puli i wodne leczone w tamtejszym akwarium. Tygrysa chciała nakarmić ciastkami, mówiła "cieść" małpkom, słoniom, lwom i innym zwierzakom. Popiskiwała na widok pluskających się karłowatych hipków. Wydawała się całkiem szczęśliwa, podróżując przez zoolog to na własnych nogach, to w chuście, to na maminych rękach. Wózek służył jako bagażowy. Ale się zmęczyła, mama też się zmęczyła i mamine ręce wysiadły, migrena podstępnie przypełzła. W drodze powrotnej do samochodu tato zarządził zawózkowanie. Płacz i zawodzenie spacerowicze z Lasku Wolskiego zapamiętają chyba na długo. Jakies panie nawet pospieszyły z interwencją. Po 10 minutach wymiękłam i wzięłam na ręce zasmarkaną kupkę nieszczęścia pochlipująca "mamusia", "mamunia". Kupka po minucie usnęła wtulona w moją szyję. A po powrocie do domu zregenerowana drzemką rozpoczęła sprawdzanie, na ile jeszcze łobuzowania mamina miłość jej pozwoli. Skończyło się wygonieniem Dziecka z domu wraz z tatusiem i psami, a mama zyskała pół godziny na ukojenie skołatanych nerwów, poskładanie ściągniętego z balkonu prania, załadowanie zmywarki, wypisanie rachunków, przygotowanie kąpieli- ileż to można zrobić w trakcie trzydziestu minut bez ukochanej Istotki!

21:50, dsmiatek
Link Komentarze (1) »
sobota, 30 sierpnia 2008
Leń blogowy?

Nie, to nie blogowy leń sprawił, że tak długo się nie odzywałyśmy. To po prostu tydzień, kiedy wśród pięciu dni roboczych dwa razy spędza się 24 godziny w pracy, a jeden raz pracuje się od 8 do 20-tej. Zostają jeszcze dwa robocze dni na wspólne nacieszenie się sobą, nadrobienie zaległości domowych i ogarnięcie wszystkiego- przy nieobecności Męża w te akurat dni, albowiem wtedy to on właśnie z pracy na noc do domu nie wracał. A jak się ma do pomocy li i jedynie Starszego Syna, którego rano żadna siła z łóżka nie wywlecze, żeby psy wyprowadzić, to dochodzi jeszcze właśnie ten jeden obowiązek- poranne wyprowadzenie dwóch opornych jamników wespół z Córką, która w takich sytuacjach bynajmniej tupać ne zamierza, tylko nosić się każe- a co! A jamniki też zamiast szybko robić, co trzeba i do domu wracać, chodzą, kwiatki wąchają, trawę kontemplują, w niebo patrzą- i nic. Łatwo nie było.
A przy okazji wydawało mi się, że właściwie nic nowego się nie wydarza, więc nie ma też o czym pisać. Ale zrobiłam dziś mały "rachunek sumienia" i okazało się, że parę rzeczy jednak napisać można.
Po pierwsze chyba wykiełkowały wreszcie Truśce nowe zęby- bo do tej pory zębowy dorobek zatrzymał się na sześciu sztukach. A tymczasem podstępne wrażenie dziecku palca do paszczy wykazało małe kiełeczki górnych czwórek i co najmniej jednej dolnej :)
Po drugie dziecku przybyły nowe zwyczaje i nawyki. Do ciekawszych należy nieodparta potrzeba sprzątania świata- nawet wiem, po kim to odziedziczyła (po obojgu rodzicach, hi hi, więc geny sprzątackie ma mocne). Na każdym spacerze zbiera rozmaite śmieci z trawników, w potem rozpaczliwie szukamy najbliższego kosza, coby je tam wyrzucić. W ten sposób posprzątałyśmy już co najmniej dwa przydomowe place zabaw.
Kolejną nowością, przejętą po Starszym Bracie, jest wyciąganie łapki i wołanie "piątka"- czyli przybij piątkę (może tak z kilkanaście razy za jednym zamachem piątkę przybijać). A drugą nieustanne powtarzanie zamiast "tak", "zgoda" ,czy tym podobne- "okej". Trzecim słówkiem zdecydowanie nadużywanym nieustannie jest "widziś?".
Następną, dość uciążliwą niestety przypadłością Trusi, jest droczenie się z nami. Widzi łobuz, że patrzymy, wie, że nie wolno, trzyma nóżkę nad psią miską wypełnioną wodą i bada- uda się tym razem nałobuzować bezkarnie, czy nie. Oczywiście wkłada tą nóżkę do wody, potem niby się dziwi, co też się takiego stało i umyka, robiąc mokre ślady na podłodze. Psia miska z wodą jest zresztą wykorzystywana i do innych łobuzerskich praktyk- do wyczerpywania z niej wody inną miseczką lub łyżeczką, a potem- w zależności od nastroju- wypijania owej wody lub wylewania na podłogę i wołania "o powódź". Można w niej też od czasu do czasu wyprać "papusię lalusi" albo jakiegoś pluszaka, można lalusi umyć "nózie" albo napoić pluszowego kotka.
Podobnie jest z włażeniem na drabinkę- patrzy, czy widzimy (bo jakbyśmy nie widzieli, to nie byłoby tak fajnie) i hyc- nóżka na szczebelku, potem druga- i stoi, że niby o co chodzi, dopiero dwa szczebelki, to jeszcze wcale nie wysoko.

Do odwiedzanych w ramach popołudniowych spacerów lokali użytkowych dołączył jeszcze kiosk z warzywami, który otworzył się po urlopie. Truśka zadziwiła tam we środę panią, wyciągając ze skrzynek różne owoce i warzywa i komentując- "ebula" (cebula), "bokuł" (brokuł), "fasiolki", "abuko" (jabłko), "paplyka", "omidol" (pomidor), "boświnia" (brzoskwinia)- całkiem sporo skubana juz się tych warzyw naumiała :) Dziś pracowicie przerabiałyśmy śliwkę i rezulat osiągnęłyśmy zadowalający- coś podobnego do słowa śliwak Trusia wypowiadała. Wieczorem w ramach droczenia się z rodzicami wskazywała na śliwkę i wołała "ciukinia" (cukinię też już opanowała). A radochy z tego miała coniemiara.
Z innych jeszcze nowin- niania nauczyła Trusię "modlić się"- teraz Truś na widok krzyża woła " o Bozia", łapki składa i powiada "amen"- bardzo przydatna niania nam się trafiła. Co my bez niej przez trzy tygodnie poczniemy, kiedy będzie sił nabierać w sanatorium!

A dziś pojechałyśmy tradycyjnie we dwójkę na weekendowe zakupy do Plazy (bo jak się coś zrobiło raz, to w Trusinym mniemaniu już staje się tradycją). Nie poszło nam jednak tak dobrze, jak tydzień temu, bo stęskniona za mamą Córka nie chciała siedzieć w zakupowym wózku, zdecydowanie wybrała nieustanne tulenie się (całe szczęście, że przezornie zabrałyśmy chustę). Potem oczywiście trzeba było się tradycyjnie przejechać ruchomymi schodami i popodziwiać fontanny i kamyki. Na obiad była rytualna sobotnia pizza- odpowiadając na pytanie Taluli- i owszem, Trusia bardzo pizzę lubi. Po południu udałyśmy się na Rakowice, gdzie Truśka zapoznała się ze swoim pierwszym dojrzałym kasztankiem ("o, jajooo!" zawołała), pozbierała wszystkie śpiące ślimaki, patrzyła jak listki spadają z drzew (musiałam takiego listka z kilkanaście razy z ziemi podnosić i z góry na Trusię "spadać"- bardzo ją to cieszyło), dumnie niosła siatkę ze swoim zapasowym pampersem, ciągnąc ją po ziemi. Niestety, był też zdecydowanie niemiły akcent- jakaś szuja ukradła Ciszkowi dwa białe wrzosy, które mu kupiłam tydzien temu- zabolało, że ktoś potrafi zabrać malutkiemu dziecku tą jedyną rzecz, którą mogę mu ofiarować. Mam nadzieję, że kiedyś się z tego będzie musiał rozliczyć.
A wieczorem ugotowałyśmy budyń- Truśka zaśmiewała się obserwując jak bulgocze- mało brakowało, a by się nam przypalił, bo szkoda było zdejmować go z gorącej płytki i pozbawiać Trusię radości patrzenia na bąbelki "bul bul".

W międzyczasie jeszcze wpadłam do H&M-a ze Starszym Synem w celu zakupienia mu dżinsów i kapelusza- i tu po raz pierwszy uświadomiłam sobie dziwny nieco przelicznik euro na złote. W H&M-ie na metce ceny są w euro, złotówkach, koronach i czymś tam jeszcze. Do tej pory specjalnie nie zwracałam uwagi na inne waluty, bo w końcu interesowały mnie tylko złotówki. Dziś przypadkowo spojrzałam na euro, a to dlatego, że na Pawłowych dżinsach tylko w  euro była cena- wynosiła ona 29,90. A zgadnijcie, jaka była równowartośc w złotych- 149,90! W garści miałam też fioletowe spodenki dla Trusi i fioletową dzianinową sukienkę, w której się zakochałam i po prostu MUSIAŁAM ją zakupić- przelicznik euro na zlote był ten sam- 1EUR to ok.5PLN! Cóż, człowiek dziwi się i uczy całe życie! A Paweł zoczywszy, co ja też w garści dzierżę przry okazji zakupów dla niego zrobił dokładnie taką samą minę, jaką robi Bogna w analogicznych sytuacjach (idziemy kupić coś dla niej i przy okazji kupujemy coś dla Truśki). Ale co mi tam- trochę radości też mi się należy;)

20:58, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 25 sierpnia 2008
Strach
Nienormalna zupełnie jestem. Nie mogę usypiać mojego Malucha. Już dawno, jak jeszcze była malutka, podejrzewałam, że coś jest tu ze mną nie tak. Patrzyłam jak zasypia i łzy stały mi w oczach, a czasem nawet kapały na łysą główkę. Odkąd usypia ją P. rzadko mi się zdarzają takie chwile. Ale czasem P. nie ma i wtedy do snu układam Trusię ja. Tak jak dziś. Za nami by fajny dzień, łobuzowanie Łobuziaka, który na przykład złapał moją nową kopmórkę, świeżutko przyniesioną przez kuriera i widać doszedł do wniosku, że skoro wszyscy domownicy już swoje telefony mają, to ten zapewne jest dla niej. Popędziła więc ukryć go dzieś w bezpiecznym i sobie tylko znanym miejscu. Bardzo była zawiedziona, jak jej odebrałam zdobych, łzy jak groszki popłynęły strumieniem. Szybko jednak wpadła na nowy pomysł i postanowiła wysikać pluszowego kotka w toalecie- oczywiście, że go tam utopiła. A potem płakała, że kotek trafił na ten tychmiast do pralki i musiał się wyprać. Za to w porze kąpieli przypomniała sobie o kotku zamkniętym w pralce i zażądała wydobycia. A wydobytego z pralkowych czeluścu, czyściutkiego pluszaka natychmiast wrzuciła do wanny z wodą kąpielową. I gdzieś porwała i ukryła mój kremik do stóp Scholla- na razie go nie odnalazłam. No i fajny był ten dzień, byłyśmy w koronkowo-hafciarsko-patchworkowym sklepiku, postresowałyśmy się (ja) na placu zabaw (Trusiek goniący w nieprzewidzianych kierunkach po drabinkowo-zjeżdżalniowej wieży), razem nawet się wykąpałyśmy, co sprawiło jej wyjątkową frajdę. A potem kaszka- z pogardą odrzucona przez Trusię, bo skoro są mamine "mleki" w pobliżu, to co jej jakąś głupią kaszkę wciskają. Wspólne czytanie książeczek o Maksie (czarna dziura domowa wreszcie wypluła tą pierwszą, drugą dostałyśmy w piątek od Kasi). Kołysanki Turnaua i Umer wspólnie nucone. I wreszcie oczki się zaklapły. A mi łzy jak groszki kapu kap. I serce ścisnęło przerażenie, że coś mogłoby się jej złego przytrafić, że mogłaby zachorować, ktoś mógłby ją skrzywdzić. Co zrobić, żeby ją uchronić od nieszczęścia? Takie głupie myśli- a sio!
A swoją drogą przyśnilo mi się ostatnio, że mi się zgubiła. Że zostawiłam ją przed sklepem, w którym był Ciech, ale nie powiedziałam mu, że musi na Nią zerknąć. A sama popędziłam troszkę dalej, bo przyuważyłam Madzię Talulową. Jak wróciłam, Truśka nie było. Może to już stres przedwylotowy do NY i żal, że przez całe dwa tygodnie nie będziemy razem. Może to nie był dobry pomysł, żeby wyjechać... Zatęsknię się na śmierć. Ale co tam ja- gorzej będzie, jeśli Ona będzie tęsknić :(
22:22, dsmiatek
Link Komentarze (7) »
niedziela, 24 sierpnia 2008
Zaskoczyła mnie

Dziś parę razy sprawiła, że dosłownie opadła mi szczęka (żuchwa właściwie, bo szczęka opaść jednakowoż nie może). Najpierw w czasie naszej dopołudniowej wizyty na Rakowicach. Już dośc dawno nie byłam tam z nieśpiącą Trusią. Poszłyśmy razem odwiedzić Misię- Trusia nigdy wcześniej ze mną u Misi nie była, zwykle chodziłam sama, a Trusiek spacerował z P. Tym razem poszłyśmy sobie obie. Na miejscu Trusiek się uśmiechnął radośnie i paluchem pokazał na zdjęcie Misi i "Ooo Misia" zawołał- zapamiętała Misię ze zdjęć w domu Kasi, widziała je w piątek. A jak odchodziłyśmy pomachała Misi łapką i zawołała "papa Misia"- tak po prostu, sama z siebie. Szczęka opadła mi do ziemi.
Potem byłyśmy razem u Ciszka- Trusia radośnie dotuptała do białego Ciszkowego krzyżyka i złożyła na nim dwa głośne całusy- opad szczęki po raz drugi.

Na obiadku byliśmy we trójkę w brazylijskiej knajpce na św. Tomasza. Wracamy sobie, nagle Trusiek paluch wyciąga, wskazuje na lokal telepizzy i woła "O pićća"- jakichś szczególnie wyraźnych obrazków z pizzą tam nie zauważyłam, jedyny plakacik z kawałkiem pizzy częściowo zasłaniały duże litery. Czyżby nauczyła się czytać???? A trochę dalej stały sobie trzy meleksy- Truś radośnie woła- "ato małe tci" (czyli trzy małe auta)- znaczy się, że i liczyć do trzech już potrafi ;) A jak juz przy motoryzacji jesteśmy, to Truś mówi "ato"- na auta osobowe, "abuś" na autobus, "tamjaj" na tramwaj, "lowel" na rower, "motol", "pociąg" i wypatruje na niebie nieustannie samolotów- ale na samolot mówi tylko "buuu", a potem dodaje komentarz "Bunia buuu z Tysią"- co znaczy, że Bunia z Tysią samolotem odleciały. Ostatnio uczyła się mówić cieżarówa, pewnie zapamiętała, tylko dziś na żadną nie natrafiłyśmy po drodze. Acha, jest jeszcze "tlaktol".

Taka mądra dziewczynka mi się trafiła :))))

20:47, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
sobota, 23 sierpnia 2008
Sobota

O poranku-czyli gdzieś tak po ósmej, o do tej pory Trusia łaskwaie pozwoliła nam spać- głód zajrzał nam w oczy. Po otwarciu lodówki okazało się, że na śniadanko jest tylko melon, szynka parmeńska (właściwie jej litewska odpowiedniczka- tańsza, a też dobra), kawałek cheddara i chleb tostowy. No i wczorajasza zupa z cukinii, co jej Mąż nie znalazł, jak powrócił z pracy do domu. Tak więc wyprawa na polowanie, czyli zakupy aprowizacyjne, okazała się absolutnie konieczna. Padło na mnie i Trusię, albowiem Mąż ma nóż na gardle i absolutnie musiał popracować przy kompie. No to pojechałyśmy- ale byłyśmy sprytne i wybrałyśmy małego Carrefoura w Plazie, a nie tego koło nas. Wybór był jak najbardziej trafiony (ha, taki Zagłoba ze mnie)- w Plazie nikt nie robi dużych weekendowych zakupów, bo Real w M1 tuż obok. I przy kasach pusteczki, między półkami nie trzeba się było przepychać. Poszło nam więc bardzo sprawnie, Córka pomagała jak mogła- wyglądało to tak: siedziała w sidzonku w wózku marketowym, ja brałam cos z półki, podawal Trusi, ona oględzała i wrzucała za siebie do koszyka. A następnie biła sobie brawo, że taka jest dzielna i tak ślicznie mamusi pomaga. Nie obyło się oczywiście bez małych różnic poglądów w kwestii tego na przykład, czy buteleczki z soczkiem Trusiowym tez w ten sposób mają w koszyku wylądować. Z losem pogodziła ją kostka bulionu warzywnego (ponieważ obmaćkała już wszystkie i w domu żadnej znaleźć nie mogłam, to trzeba było i  tu uzupełnić braki). Dzięki temu w spokoju udało się nam dotrzeć do kasy i Trusia wytrwała w wózku prawie do końca kasowania- niestety widok maminego portfela spowodował natychmiastową ewakuację i próby głośne oraz ruchliwe przejęcia tego przedmiotu mrocznego Truśkowego pożądania. Jakoś się jednak tym razem obeszło bez wyrzucenia zawartości owego portfela na glebę w celu obdarowania przechodniów resztką matczynej gotówki oraz kartą płatniczą, tudzież dokumentami matki i aucianymi itp. W nagrodę, że Córka taka dzielna była i bez wrzasków na zakupach wytrwała pojeździłyśmy sobie ruchomymi schodami- "brrmbrrm" powiadała Trusia i jechałyśmy w górę, potem w dół, znowu w górę- i tak parę razy, pogapiłyśmy się na fontanny (zupełnie nie rozumiałam, co ją powstrzymuje przed próbą kąpieli, albo chociaż pochlapaniem się w wodzie), zakupiłyśmy jeszcze bodziaków sztuk trzy w KappAhlu (bo mają do 92cm i jeden za darmo) i rajtuzki w brązowo-zielono-beżowe paseczki w Smyku, a następnie powróciłyśmy do domu i Tatusia markującego prace przy laptopie.
W ramach dalszego odciążania Tatusia wybrałyśmy się na popołudniowy spacer z psami, a potem obie zabrałyśmy się za porządki domowe. Wcześniej udało mi się zrealizować część amitnych weekendowych planów, czyli umyłam resztę okien (tak żeśmy się z Pawłem umówili- on połowę, a ja drugą- żeby wyzysku nieletnich w domu nie było;)). Najpierw sprzątałyśmy szczurom, a Trusia-pedantka wygładzała łapką kolejne warstwy ściółki w ich klatce próbowała, czy świeżo nalana do poidełka woda jest wystarczająco smaczna i czy szczurze chrupki nie nadają się przypadkiem do konsumpcji. Szczury w tym czasie korzystały z wolności, udało nam się je złapać dopiero parę godzin później- Trusia dzielnie je wraz ze mną w pokoju Buniowym tropiła, zaglądała pod szafę, biurko, aż w końcu odnalazła je za łóżkiem. Odmówiła za to stanowczo jakiejkolwiek współpracy przy odkurzaniu- Trusiek boi się odkurzacza i jak tylko go włączyłam, to się bidulka rozpłakała i schowała w kąciku. Ale już mycie podłóg bardzo jej odpowiadało- moczyła w wiadrze ściereczkę i taką ociekającą z zapałem niosła na drugi koniec pokoju i następnie wcierała wodę w podłogi. I w przeciwieństwie do Braci, którz niezwykle rzadko płuczą ścierkę w trakcie mycia podłogi, Trusia robiła to bardzo często. W pewnym momencie powiedziałam jej, że mamy w domuy małą powódź i niedługo będziemy mogli pływać w pokoju. "Powóć"- oświadczyła, położyła się na mokrej podłodze na brzuchu i radośnie popełzła przed siebie podśpiewując "plim plim" :)
Taka to pomocnica z mojego Mowlaczka się zrobiła:)

Jeszcze kilka zdjęć z ostatniego tygodnia:

Pożera winogrona

Jak ona je lubi- dogląda w czasie nieobecności Starszej Siostry

A że jest jeszcze za niska, to na klęcznik włazi, żeby do klatki dosięgnąć

Zupa wiśnowa bardzo jej smakowała. Ale co tam zupa- spójrzcie na loczki cudnej urody. Już prawie prawie kucyczek się uhodował.

A na koniec seria- dlaczego tak trudno zrobić jej ostatnio dobre zdjęcie: 

Widzi wycelowany w siebie obiektyw i pędzi

jest już coraz bliżej

dopadła. A przy okazji- "papusię" całkiem oryginalną sobie wynalazła ;) (Bo jeszcze w ramach dzisiejszego pomagania pranie razem z suszarki balkonowej ściągałyśmy).

22:49, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
piątek, 22 sierpnia 2008
Zdecydowanie lepiej

Nic tak chyba nie pomaga na depresyjne nastroje jak spotkanie z przyjaciółmi i perspektywa wolnego weekendu. No więc pojechałyśmy dziś z Trusią poprawić sobie humor do Kasi, Rafała i Lucka. Głupie myśli się rozpierzchły i sloneczko znowu zaświeciło. Trusia oczywiście niczgo sobie poprawiać nie musiała, zwykle humor jej dopisuje. No chyba że postanowi akurat wydobyc ostatnią czekoladkę z pudełka, które przechwyciła od zupełnie nieznajomej starszej pani, a wyrodna matka nie zamierza jej wcale pomóc w tym procederze. No to wtedy zwalniają się sprężynki, różki wyskakują, a dziecko daje popis wrzasków. szczęśliwie nie jest to jeszcze bunt dwulatka z rzucianiem się na podłogę i "tańcem św. Wita" czy innymi konwulsjami. Ale spokojnie, wszytko przed nami. Skoro nie zdołała wydobyć czekoladki (A swoją drogą skąd ona wiedziała, że ona tam jest, siedziała sobie na dnie w sreberko zawinięta i obie  z Kasią wmawiałyśmy jej, że w pudełku niczego już nie ma- jakoś nie uwierzyła.), przechwyciła przynajmniej buteleczkę jupika z resztką soczku (od tej samej starszej pani, która była na placu zabaw z wnukami) i bezczelnie go wypiła. Dobrze, że chociaż grzecznie się z ową panią pożegnała, zrobiła "papa" i posłała całuski. No a w drodze powrotnej z placu zabaw do domu Lucka odstawiła scenę z łopatką, którą koniecznie miał od niej odebrać Lucek, a nie ja albo Kasia- cóż, Lucek dzierżył już w łapie autko, także mu przez Truśkę wlulone.I dzięki temu Kasia mogła poznać ukrytą mroczną stronę słodkiej i uśmiechniętej Trusi. Ale, jak sama powiedziała, długo się na Gada gniewać nie można.
I z tak poprawionym humorem możemy z optymizmem większym spoglądać w przyszłość- na najbliższą, czyli weeken, planowalam wizytę w zoo, małą wyprawkę rowerową, dokończenie umycia okien i doprowadzenie mieszkania do stanu nielepkości i niezafutrzenia (stan taki ma szansę się utrzymac jakąś dobę lub nawet krócej). tymczasem pogodynka za moimi plecami właśnie przekreśliła moje ambitne plany :( No to co, powracamy do stanu jesiennej melancholii?

20:19, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
środa, 20 sierpnia 2008
Jesienna melancholia?

Ktoś chyba wyjął zatyczkę i wypuścił ze mnie powietrze/energię/siły... A może to tylko głupie rozmowy w pracy, perspektywa obowiązkowego szkolenia w ochrony radiologicznej w trzy weekendy października (sobota i niedziela po 8 godzin!- kurcze, chyba zaczną od modelu atomu Bohra i przez budowę pierwszej lampy wynalezionej przez Roentgena, efekt Comptona i inne takie dojdą do tej ochrony! Ile można mówić o ochronie radiologicznej- ponoć 48 godzin! I dlaczego obowiązkowo we wszystkie październikowe weekendy! To przecież oznacza, że mam szanse- przy gorszym scenariuszu, czyli dyżurze w jeden dzień z tego niezajętego szkoleniem weekendu- być w pracy we wszystkie dni października poza jednym rodzynkiem!) Może to, że rozmaite firmy, dla których pracuję, nie płacą mi za dawno wykonaną pracę- dotąd nie dotarły pieniądze za mammografie opisane w czerwcu! A podatek trzeba było od nich zapłacić, za lipcowe zresztą też, chociaż i za nie pieniążków jeszcze nie ma. I nie jest to jedyny spóźnialski :( A może tylko bezsensowne spotkanie z dawno nie widzianą znajomą z poprzedniej pracy, starszą panią, która wlazła na mnie i Trusię w piaskownicy (sama była ze swoją trzyletnią wnuczką). I wielce sie dziwować zaczęła, co ja też w tej piaskownicy porabiam, że co, z dzieckiem swoim jestem. A ilez ma owo dziecko- półtora roczku ? A chłopczyk to czy dziewczynka- no pewnie, chłopczyk w bluzeczce z falbaneczką i kwiecistym kapelutku! I pytanie- a które to, trzecie czy czwarte. Aaaa czwarte... Ton pełen współczucia(?), politowania(?)- w każdym razie niespecjalnie sympatyczny. I co, mam się tłumaczyć, że to Czwarte, to moje najpiękniejsze zrealizowane marzenie, najukochańszy prezent od Boga i szczęście, za które Mu co dzień dziekuję.

I tak to sprzeniewierzyłam się swoim zasadom i formule bloga, który miał być li i jedynie o i dla Gertrusi. Na razie wpis zostanie- może jednak za czas jakiś go skasuję? A jesienna melancholia, swoją drogą, też powoli mnie dopada :(

20:39, dsmiatek
Link Komentarze (7) »
wtorek, 19 sierpnia 2008
Przytulanka smakoszka

Jakoś tak mnie Fajerwerka zainspirowala swoim ostatnim wpisem o Pluszaku-Jagodzie. Trusiek też jeszcze wciaż jest taką domową przytulanką. Całuśną, mięciutką, puchatą i pachnącą. Nie da się przejść obok, żeby sobie nie głasknąć, nie cmoknąc w szyjkę, albo w stópkę gołą. Tak się już Królewna do tych wyrazów uwielbienia przyzwyczaiła, że sama łapki do całowania wyciąga albo łebek do głaskania podstawia. Albo proponuje- "tuli?"- no i się tulimy, a co. Trzeba korzystać póki się da, czerpać z tej przytulankowości pełnymi garściami, natulić się i napieścić, żeby na długo starczyło. Przy okazji Trusia sama nie skąpi innym czułości- nie tylko domownikom się dostaje "busi" i "moj moj", obdarowuje chętnie znajomych i prawie nieznajomych. Oraz napotkane zwierzaki. Mamy juz za soba liczne próby (często skuteczne) "mojania" napotkanych na spacerach psów i kotów, a wczoraj trafił nam sie nawet królik. Królik był puchaty, bialutki, pucaty, łypał czerwonymi ślepiami i wcale się nie bał dzieciarni, która na widok kicającego niespiesznie po trawniku kłapoucha zbiegła się tłumnie. Trusiek tez popędził ile sił w tłustych nózkach. Poniewaz ma juz doświadczenie w obcowaniu ze zwierzakami, więc nie rzuciła się miąchać królika od razu i brutalnie, podeszła ostrożnie, pomalutku i delikatnie zaczęła królika głaskać po pleckach. Potem uprzejmie skomentowała "usi", "oko", "noś", "ogon", "buzia". A na koniec ośiwadczyła "buzi" i pocałowała królika prosto w różowy "noś". Przy tej okazji zyskala sobie Trusia wielbiciela, trzy/czteroletniego Filipa, który wczesniej bawił się z nią w piaskownicy i barwnie odpowiadał nam, jakiej to strasznej kontuzji doznał, kręcąc kolegów na karuzeli (faktycznie miał delikatnie otarty naskórek na kolanie). I jak tak wspólnie miąchali królika, a ja powiedziałam Trusi, że królik jest taki mięciutki, to Filip miłośnie spojrzał na Truśkę i oświadczył "A ona też jest taka mięciutka i puszysta" :) No fakt, jest.

A nawiązując do "smakosza" w tytule. Otóż nabrała Truśka pewnych dziwnych kulinarnych upodobań- wyjada mi kostki rosołowe- wszystko jedno, czy są warzywne, czy kurze z lubczykiem, czy jest to bulion z oliwek do gotowania makaronu, czy kostki grzybowe. Chowam te kostki przed nią i już sama nie wiem, gdzie i czy w ogóle jakies jeszcze posiadam. A ona i tak wytropi te zapomniane, ropakuje sobie ze złotka i wpakuje do dzioba. Po pewnym czasie mamlania wypluwa namokniętą kostkę- zwykle kulturalnie matce na rękę.
Druga jedzeniowa namiętnością są pomidory, ktore także Truśka tropi w mieszkaniu, wydobywa i się wgryza. Parę dni temu zobaczyła pomidory na krzaczku w przydomowym ogródku i z zachwytu aż ją w chodnik wmurowało. Najpierw zawrzasnęła- "oooo jabuka!", potem została uświadomiona, że to nie "jabuka" tylko pomidorki. Stała z okrągłymi ślepiami i kontemplowała owe pomidory chyba z dziesięć minut.

No i jeszcze jedna nowa umiejętność- Mały Człowiek wynalazł "narzędzia". Jak gdzieś nie potrafi dosięgnąć sama, to podsuwa sobie stołeczek i się na niego nasuwa. Albo włazi na stosik wysypanych książeczek. Nie ma juz na nią mocnych, nic się nie uchowa!

21:08, dsmiatek
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 18 sierpnia 2008
Nie zaginęliśmy, jesteśmy

Ano jesteśmy, jesteśmy. Tylko końcówka tygodnia była pracowita, weekend u Babci, a zalegające mammografie nie pozwalają na specjalnie udzielanie się na blogu.

Trusiek najwyraźniej babcie obie wielbi i, mimo że widuje je rzadko, kilka razy dziennie pragnie do którejś babci zadzwonić, a o planowanej wizycie mówiła już na tydzien wcześniej. Droga nasza do Babciowego miejsca zamieszkania wiodła przez miejsce, przez które w piątkowe popołudnie przeszła trąba powietrzna. Uwierzcie- to co widzi się w telewizji nawet w połowie nie oddaje rzeczywistości. Nagle znaleźliśmy się w środku wsi, w której wyglądało tak, jakby w sam środek spadła bomba- zrujnowane domy bez dachów, wybite szyby w oknach, rozwalone szopy na podwórkach, z drzew zosrały połamen patyki. I chaos, wszedzie porozrzucane gałęzie, szkło, jakies blachy daleko na polu. Zdezorientowani i wciąż zszokowaniu ludzie usiłujący zaprowadzić jako taki porządek. Po prostu koszmar. Trąba przeleciała w poprzek wsi- kilka metrów obok zrujnowanych domów stały były sobie wypielęgnowane ogródki i doniczki z kwiatami na parapetach- jakby zupełnio nic się nie stało. Wracaliśmy w niedzielę autostardą A4 (w sobotę była zamknięta i dlatego własnie znaleźliśmy się w Błotnicy Strzeleckiej)- wyjaśniło się, dlaczego nie dalo się nią jechać dzień wcześniej. Przy zjeżdżie na Strzelce Opolskie rośnie sobie las- a właściwie rósł, bo teraz zostały z niego kikuty drzew, połamanych jak zapałki, pozbawionych kory i gałęzi. Koszmar.

A Trusiek zupełnie nie nadaje się na podrózowanie dłuższe niz pół godziny- po tym własnie czasie zaczęła wyć i łzy rzęsiste wylewać, po trzudziestominutowym wyciu zostałam zmuszona na zamienienie się miejscami z Pawłem, wyjęcie Dziecka z fotelika (no niestety, inaczej się nie dało, mea culpa), po przytuleniu do miejsca, gdzie Trusie lubią być najbardziej ("mleki" chlip chlip- wychlipało umordowane wyciem dziecko) oczki się zaklapły i Dzieć poszedł spać- szczęśliwie udalo się ją z powrotem do fotelika włozyć bez obudzenia. W drodze powrotnej scenariusz był podobny:( Tak więc będę chyba miała traumę podróżną i zacznę unikać wyjazdów samochodowych z Dzieckiem dalszych niż obrzeża Krakowa.

Poza tym tęsknimy na Bunią, która w Londynie się zadomowiła i zaczęła zarabiać pierwszy milion ;) Trusiek codziennie łazi i wypytuje, pokazuję Bunię na zdjęciach i najwyraźniej powrót Starszej Siostry bardzo by ją uszczęśliwił.

I to tyle znaku życia, żebyście nie przestali do nas zaglądać. Jak się uda sprawnie odrobić pańszczyznę, to postaram się dziś jeszcze ostatnie chorwackie miasteczko na drugiego bloga wrzucić. Pozdrawiamy wszystkich naszych czytaczy :)

20:32, dsmiatek
Link Komentarze (4) »
środa, 13 sierpnia 2008
O mojej półtoraroczniaczce jeszcze słów parę

W ramach podsumowań "okrągłej" rocznicy jeszcze parę Trusinych "osiągnięć"- żeby nie zapomnieć.

Muszę się pochwalić, że moja Córcia jak na razie przynajmniej nie jest beksą. Marudna i owszem, potrafi być czasem do bólu, ale beksą nie jest. Jak się uderzy albo w inny sposób skontuzjuje, to zwykle nie płacze tylko patrzy niepewnie w stronę rodzica (lub aktualnego opiekuna)- jesli rekcja nie jest panikarska, to po prostu podsuwa kontuzjowaną część cielesną w celu pomojania, podmuchania i pocałowania. A jeżeli juz tak się zdarzy, że kontuzja jest nieco poważniejsza, to i owszem, rozpłakuje się, ale tez dość szybko uspokaja. Tylko potem długo "podziwia" otarte kolanko, pokazuje na strupki, zmartwiona powiada "boli" i karze się żałować. Nawet jak już śladu po ranie nie ma, to jeszcze pamięta i sprawdza, czy aby coś do pomojania i podmuchania nie zostało.

Jak dotąd nie okazała się też specjalnie samolubna i  nie wydaje się za bardzo przywiązana do swojej własności. W piaskownicy chętnie dzieli się z innymi dziećmi zabawkami, pozwala nawet bez większych protestów zabrać sobie to, czym się w danej chwili bawi. Chyba tylko raz spróbowała podkreślić, że coś należy do niej- w czasie spotkania z Nulką próbowała wydrzeć spod Nulki naszą chustę (chusta tym razem posłużyła do wymoszczenia Nulkowego siedziska i stworzenia zabezbieczenia, żeby Nulka nie wysunęła się z dziecięcego krzesełka w Klimatach Południa).

Poza tym Trusia doskonale zapamiętuje i pamięta różne zdarzenia- co wieczór przed spaniem bierze zebrę otrzymaną od Ewy i Roberta i powtarza, że konik jest od Ani i Cioci. A Nulkę rozpoznaje na zdjęciach bezbłędnie i bardzo się na jej widok cieszy. Rozpoznaje też na zdjęciach siebie - własny widok również wprawia ją w doskonały humor.
O sobie mówi "dzidzia", czasem "tusia", ale na pytanie, gdzie jest Zosia, też pokazuje na siebie. Podobnie zresztą zapytana, gdzie jest łobuz i psuja :)- bardzo ładnie oba te słowa powtarza- "łobuź" i "psiuja".

Ostatnie ważenie wykazało, że dźwigam już 11,5kg szczęścia- ale wciąż w chuście daję radę. Miałam przez chwilę ideę, żeby Truśce wózek-spacerówkę nabyć, ostatnio jednka porzuciłam te pomysły. Trusia z wózka właściwie prawie wcale nie korzysta- jedynie na spacerach z nianią i w niedzielę z Tatusiem, jak idziemy na mszę na Rakowice. Ze mną tupta na nóżkach albo idziemy w chuście (wciąż noszę ją z przodu, nie opanowałam wiązania plecaczka:( ), na króciutkie dystanse zabieramy poucha- wciąz się sprawdza- że też taka głupia byłam i  pozwoliłam mu tyle czasu leżakować bezużytecznie, w końcu parę miesięcy temu sprawdzałby się jeszcze lepiej! Tak więc porzuciłam pomysły zakupu nowego wózka. Może raczej zainwestujemy w napleczne nosidło ze stelażem- chociaż nie wiem, czy uda nam się je "zamortyzować".
Nie wiem wciąż, ile dokładnie centymetrów szczęścia posiadam, ponieważ szczęście owe jest niezwykle ruchliwe i unika ustawienia przy futrynie w celu dokonania pomiaru. W każdym razie ubranka nosimy na 86cm z ulubionego H&Ma i KappAhla, a pomalutku kupujemy już na 92cm, co wiąże się ze smutną koniecznością zmiany stoiska z ulubionego niemowlęcego na małodziewczyńskie- a jakoś te niemowlęce działy bardziej mi się podobają....Ech, ten niebłaganie pędzący czas...

23:13, dsmiatek
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2
Archiwum